środa, 18 września 2013

Richard Wright "Długi sen" - Senny koszmar


Okładka książki Długi sen 

Długi sen

Richard Wright


Tytuł oryginału: The Long Dream
Tłumaczenie: Zofia Klinger, Krzysztof Klinger
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Liczba stron: 666




Pisarska dola rzadko kiedy usłana jest samymi tylko różami. Kariera związana z piórem w niektórych przypadkach rozwija się płynnie i statecznie, w innych zaś gwałtownie eksploduje, by na krótko zabłysnąć i zapaść się z powrotem w kłęby nicości. Świat idzie do przodu, rodzą się kolejni ludzie, spośród których część postanawia zostać literatami, ale jedynie garstka z nich będzie pamiętana po własnej śmierci. Ale nawet Ci, którym udało się na stałe zapisać w annałach literatury, nie zawsze zostają w pełni docenieni. Ogromną bolączką, która trapi wielu pisarzy jest tendencja, by ich twórczość postrzegać wyłącznie przez pryzmat największego dzieła. Jedna jedyna książka, uchodząca za ich szczytowe osiągnięcie decyduje o sukcesie, ale równocześnie zasnuwa swoim blaskiem pozostałe prace, skazując je na widmo niepamięci. Przez wielu Umberto Eco kojarzony jest tylko za sprawą Imienia róży, a przecież choćby Wahadło Foucaulta to również powieść niczego sobie. Rzadko który czytelnik potrafi wymienić inną pozycję Bułhakowa niż sławetną lekturę Mistrza i Małgorzaty, a warto zapoznać się np. z Białą gwardią, znakomicie oddającą nastrój rewolucji w Kijowie, o którego walki prowadzili bolszewicy z armią Pelury. Wreszcie Joyce to przede wszystkim Ulisses, chociaż wg mnie znajomość z prozą Irlandczyka lepiej rozpocząć od zdecydowanie lżejszych gatunkowo Dublińczyków. Podobna przypadłość spotkała Richarda Wrighta, amerykańskiego literata, nieco słabiej kojarzonego w naszym kraju, którego twórczość zawężana jest najczęściej do wybitnego Syna swego kraju. Po lekturze tej powieści obiecałem sobie, że sięgnę jeszcze po inne dzieło Wrighta, by naocznie przekonać się, czy deprecjonowanie pozostałych książek pisarza na rzecz Syna swego kraju jest uzasadnione. Trudno było mi uwierzyć, że tak bystry i inteligentny pisarz potrafił spłodzić tylko jedno dzieło godne uwagi. Goszcząc w miejskiej bibliotece natknąłem się na Długi sen, książkę z 1958 roku, spłodzoną zatem już we Francji, 18 lat po napisaniu Syna swego kraju.

Richard Wright, urodzony w 1908 roku w stanie Missisipi, a więc w samym sercu Południa, słynącego z głębokiego rasizmu, uchodzi za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli prozy murzyńskiej. Wright, mimo braków w wykształceniu, które nadrabiał na własną rękę, zdołał uzyskać posadę dziennikarza w 1934 roku, po przenosinach na Północ, do Chicago. Trzy lata później zadebiutował jako pisarz, a w 1947 roku, pozbawiony złudzeń co do własnej ojczyzny, opuścił USA i przeniósł się do Paryża. Krótką biografię Wrighta przedstawiłem przy okazji omawiania Syna swego kraju. Teraz tylko pokrótce ją przypomniałem, ponieważ odgrywa ona bardzo dużą rolę w kontekście jego twórczości. Wright, murzyn urodzony na początku XX wieku w Missisipi to człowiek, który na własnej skórze odczuł niesprawiedliwość rasową, znający problem rasizmu z własnego doświadczenia. Upust złości, wywołanej nierównym traktowaniem oraz niesłuszną segregacją ze względu na kolor skóry, dał w swoich książkach, obracających się wokół tematu dyskryminacji czarnej mniejszości w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Bohaterem Długiego snu, podobnie jak i Syna swego kraju jest młody, czarnoskóry chłopak. Rex Ryba Tucker jest synem Tyree’a Tuckera, przedsiębiorcy pogrzebowego. Czytelnik śledzi losy Ryby przez cały okres jego dojrzewania, aż do osiągnięcia pełnoletności. Młody Tucker, podobnie jak i wszyscy Murzyni z Clintonville, zamieszkuje Czarną Dzielnicę. Białych zna tylko z opowieści kolegów oraz z przestróg ojca, by odnosić się do nich z szacunkiem. Na obszary zamieszkałe przez białych nigdy się nie zapuszcza, instynktownie czując, że nie byłby tam pożądanym gościem. W miarę dorastania, przed Rybą odmalowuje się świat, który tylko na pierwszy rzut oka wydawał się prosty i zrozumiały. Pogardliwe traktowanie ze strony przypadkowo spotkanych białych, przekonywanie starszego kolegi, że murzyni to obywatele drugiej kategorii, czy wreszcie lincz na czarnoskórym młodzieńcu, który spotykał się z białą kobietą, boleśnie ukazują jak skomplikowana jest otaczająca rzeczywistość. W innym świetle zaczyna prezentować się również ojciec, który jako właściciel wielu domów czynszowych oraz burdeli, okazuje się jednym z najbardziej wpływowych czarnych w mieście. Spotkania z kochanką oraz wzbudzająca u Ryby przerażenie i wstyd służalczość w kontaktach z białymi odsłaniają przed synem prawdziwy obraz Tyree’a Tuckera.

Pierwszym nauczycielem Ryby, który stara się uzmysłowić, jak bardzo niesprawiedliwe jest społeczeństwo, w którym obaj egzystują, jest Sam, o kilka lat starszy przyjaciel z podwórka. Jego ojciec walczy o równouprawnienie murzynów, a syn przejmuje poglądy rodziciela, które głosi wśród znajomych. Sam wyłuszcza przed Rybą choćby kwestie przynależności czarnej mniejszości w USA – czy powinni czuć się oni prawowitymi obywateli Ameryki Północnej, czy też są to po prostu potomkowie niewolników, a więc Afrykańczycy, siłą wyrwani z własnej ziemi, na którą powinni wrócić? Okazuje się, że murzyn nie jest ani Amerykaninem, bowiem odbiera mu się pełnię obywatelskich praw i swobód, ani Afrykańczykiem – Czarny Ląd opuścili jego przodkowie, pod przymusem, a nierzadko siłą, a współczesny potomek nie zna niemal wcale ani historii, ani kultury wspólnoty afrykańskiej, z jakiej się wywodzi. Sam, gniewnie oskarżając swoich kolegów o ignorancję problemu, stara się ich przekonać, że jako czarni są nikim – egzystują w próżni pomiędzy niewolniczymi korzeniami swoich przodków, a współczesnym rasizmem i ostracyzmem, wykluczeni poza społeczny nawias. Poruszają się środkami komunikacji publicznej z wydzielonym miejscem dla czarnych. Jadają w restauracjach dla czarnych. Uczęszczają do szkół dla czarnych. Wreszcie już po śmierci trafiają do zakładów pogrzebowych, również dla czarnych, by spocząć na cmentarzu dla czarnych. Granice ich bytności są starannie wydzielone – jasno określona jest linia, której absolutnie nie wolno przekroczyć – świat czarnych nie może wchodzić w głębsze relacje ze światem białych, powinien zostać od niego starannie odseparowany. Wśród powszechnego morza niechęci oraz uprzedzeń pozostają niewielkie enklawy czarnych, których życie przypomina bardziej wegetację. To smutna proza kolejnych dni i braku zasadności snucia marzeń na temat poprawy własnego losu. Możliwość zmian skutecznie blokuje cywilizacjach białych, nienawidzona za doznane krzywdy, a równocześnie podziwiana za nieosiągalne zdobycze i luksusy.

Swoistym symbolem, który jasno i wyraźnie unaocznia traktowanie czarnych przez białych jest biała kobieta. Rasistowski patriarchat traktuje instrumentalnie białe przedstawicielki płci żeńskiej, wykorzystując je często jako pretekst do wywoływania zamieszek, które cichną dopiero w momencie zlinczowania murzyna, oskarżonego o niemoralne kontakty z białą damą. Podniesienie oczu na białą, która w społeczeństwie amerykańskich również nie posiada jeszcze pełni praw, traktowane jest jako zbrodnia najcięższego kalibru, jaką tylko może popełnić czarny mężczyzna. Biała kobieta staje się więc wyłącznie lalką, za dotknięcie której grożą surowe konsekwencje. Z jednej strony redukowana jest ona do roli nietykalnego przedmiotu, z drugiej zaś nienawidzona jako swoiste przekleństwo, fatum, z którym wszelkie kontakty wiążą się z karą okrutnej, poprzedzoną torturami śmierci. Widać więc wyraźnie, że ubezwłasnowolnione zostały również białe kobiety, którym stanowczo zabrania się wchodzić w jakiekolwiek interakcje z czarnymi mężczyznami – wtłacza się je w role świętych krów, posągów, uosabiających czystość i cnotę, które jednak nie mają nic do powiedzenia w kwestii własnej uczuciowości. Dla czarnych natomiast symbolizują one pokusę, otuloną w ryzyko ceremonialnego linczu.

Najważniejszym nauczycielem Ryby zostaje jego ojciec Tyree. Początkowo chłopak nie może zaakceptować roli, w jaką wciela się rodziciel, kiedy przychodzi do kontaktów z białymi. Służalcza postawa, tępy uśmiech, wzrok spuszczony w podłogę, przygarbione plecy połączone z potulnym potakiwaniem oraz milczeniem, gdy nie jest się proszonym o zdanie wywołują u Ryby poczucie piekącego zaciekle wstydu. Młodzieniec doskonale zdaje sobie sprawę z pobudek, które każą ojcowi zachowywać się w ten sposób, ale mimo to nie potrafi zaakceptować Tyree’ego płaszczącego się przed białymi ludźmi, z którymi załatwia swoje szemrane interesy. Z czasem jednak Ryba dostrzega korzyści, płynące z trudnej, wymagającej poniżenia współpracy z białymi. Ale szybkie pieniądze, płynące z czynszów oraz burdeli unaoczniają jednocześnie nędzę czarnej społeczności. Nędzę, którą bezlitośnie pogłębia Tyree. Jako właściciel kamienic czynszowych zdziera wygórowane opłaty ze swoich lokatorów, nie okazując im cienia litości. Pieniądze albo bruk – wybór jest prosty. Wpływy pochodzące z domów publicznych, w których często pracując młode, czarnoskóre kobiety, nie potrafiące zarobić na życie w innych sposób, również budzą moralne wątpliwości. Cały interes kręci się dzięki białemu komendantowi policji, panu Cantleyowi, który jest uosobieniem białego diabła z Południa. To rasista z krwi i kości, który czarnych traktuje jako zwierzęta – z najsprytniejszym z nich, Tyree’m Tuckerem załatwia interesy, pobierając połowę doli, uzyskanej z nielegalnej działalności. Do momentu, gdy wszystko kręci się tak jak należy, ojciec ryby pozostaje starym, dobrym Tyree’m. Jednak, gdy tylko grunt zaczyna palić się pod nogami i machlojki Cantleya mogą ujrzeć światło dzienne, Tyree staje się zwykłym czarnuchem, który powinien mieć głowę na karku, jeśli nie chce jej stracić. Cantley nie rozumie i absolutnie nie stara się zrozumieć postępowania czarnych, bowiem nie potrafi dostrzec w nich człowieka. Stara mierzyć ich zamiary różnorakimi wzorcami, a zapomina o tym najprostszym – czysto ludzkim. Z tego powodu czarni, którzy przecież przytakują mu gorliwie, że równość rasowa to kompletna bzdura, o jakiej wcale nie marzą, stanowią dla niego zagadkę, a przez to i zagrożenie.

Richard Wright dobitnie pokazuje, że czarni mimo zniesienia niewolnictwa, w dalszym ciągu nie byli pełnoprawnymi obywateli USA. Segregacja rasowa w miejscach publicznych, dzielnice przeznaczone dla kolorowych to tylko wierzchołek góry lodowej. Kiedy Tyree trafia do więzienia, okazuje się, że na jego procesie sędzią będzie człowiek, który należy do Ku Klux Klanu. Wymiar sprawiedliwości jest więc pustym frazesem. Sędzią, a więc funkcjonariuszem publicznym, który powinien pozostawać bezstronny, jest człowiek, który z racji wyznawanego światopoglądu, nie może podejmować obiektywnych wyroków w przypadku czarnoskórych obywateli. Przecież dla niego czarny jest już winny z racji posiadanego koloru skóry! Zatem w przypadku kolorowych, pojęcie prawa, czy sprawiedliwości jako wartości immanentnych, występujących a priori nie występuje. Murzyni według własnego mniemania mogą jedynie w miarę możliwości finansowych owe wartości nabyć za odpowiednią kwotę od białej rasy panów. Ale niesprawiedliwość przejawia się już znaczenie wcześniej, w znacznie błahszych kwestiach. W Clintonville wszyscy płacą podatki, bez względu na rasę, ale służby sprzątające ograniczają swoją działalność wyłącznie do białych dzielnic. Zatem czarni skazywani już na starcie. Brak środków publicznych, by utrzymywać czystość, dotować szkoły, czy kulturę z miejsca stawiają białych w uprzywilejowanej pozycji, pogłębiając tylko nierówności. Świat białych jest niczym zakazany owoc – świeci fałszywym blaskiem, obiecując dostatek i szczęście. Czarne dzielnice kojarzone są natomiast wyłącznie z brudem i ubóstwem. Stąd wielu młodych czarnych, obok nienawiści do białych, żywi również głęboką urazę do swoich ziomków – za to, że są tak słabi i bezwolni. Biali, wszechwładni niczym Bóg, tyle, że o wiele mniej miłosierni, doprowadzają czarną mniejszość do stanu apatii – murzyni, znużeni i zależni od białej łaski, pozbawieni życiowego celu, wykazują zawężony wachlarz reakcji emocjonalnych, ograniczających się najczęściej do płciowości, religii oraz alkoholu.

Długi sen, będący niekończącym się koszmarem, z którego nie może uwolnić się Ryba, to wspaniała i przejmująca powieść Richarda Wrighta. Chociaż przyznać trzeba, że jej lektura jest bardzo gorzka – trafnie prezentuje ona, jak spaczone, obrzydliwe i lepkie od fałszu były również wzajemne relacje pomiędzy czarnymi. Murzyni wykorzystujący swoich współplemieńców, płaszczący się przed białymi, z którymi łączył ich biznes, próbujący za wszelką cenę uszczknąć swoją dolę, żarliwie zapewniający, że nie w głowie im podobne głupoty jak równość społeczna, czy sprawiedliwe traktowanie to bolesny obraz tego, jak nisko może upaść człowiek, jeśli tylko dostarczyć odpowiednią ilość negatywnych bodźców ze środowiska. Przerażająca jest również samodyscyplina czarnych, którzy nawet przy utyskiwaniu na komunistów, wcielonych diabłów, których winno się z miejsca eliminować, zastrzegają, że oczywiście nigdy nie ośmieliliby się choćby tknąć białego czerwonego. Strach przed posiadaczami jasnego koloru skóry, mylony często z szacunkiem, determinuje niemal każdy krok czarnego człowieka.

Richard Wright w swojej ostatniej powieści, napisanej 2 lata przed śmiercią poruszył bardzo ważną kwestię, której próżno szukać w Synu swego kraju. Wright dobitnie prezentuje czytelnikowi fakt, że status ofiary, nie zwalnia czarnoskórych obywateli USA z obowiązków moralnych. Mimo, że w większości to biali ludzie odpowiadają za ucisk oraz niesprawiedliwość mniejszości, to jednak w niczym nie tłumaczy to bezwzględnego postępowania murzynów, którzy przy sprzyjającej okazji traktowali swoich ziomków dokładnie tak jak biali. Środowisko, w których dochodzi do takich patologii to dzieło białych, ale prawdziwy człowiek, zdający sobie w pełni sprawę z istoty człowieczeństwa, nigdy nie powinien wykorzystywać swojej uprzywilejowanej pozycji społecznej, by gnębić, czy wykorzystywać innych. Widać tu wyraźną zmianę myślenia zaprezentowanego w Synu swego kraju. Tam czarny chłopiec, sprawca zbrodni zaprezentowany został wyłącznie jako ofiara systemu, stworzonego przez białych oprawców, który nie powinien ponosić konsekwencji popełnianych czynów. Ryba potrafi dostrzec błędy w takim myśleniu i w końcu się go wyrzec i na tym polega wielkość bohatera oraz książki Wrighta.

Reasumując, uważam, że zdecydowanie niesłusznie Richard Wright kojarzony jest głównie za sprawą powieści Syn swego kraju. Długi sen, to książka podejmująca podobną tematykę, tyle, że zaprezentowano w niej dojrzalszy punkt widzenia na sprawy rasizmu. Wydaje się, że Richard Wright celowo uczynił młodego, dorastającego chłopca głównym bohaterem swojej powieści. Dopiero wkracza on w świat, który posiada niedostrzegalne dotąd kurtyny oraz bariery. Społeczność białych to swoiste terra incognita, jedynie mgliste skojarzenia i niedopowiedziane historie. Chłopiec, którego aparat poznawczy oraz zmysły obserwacji zaczynają działać coraz sprawniej, poznaje białych, traktowanych dotychczas jako temat tabu. Razem z Rybibrzuchem czytelnik wkracza na niebezpieczne terytorium, gdzie prowadzona jest bezlitosna walka na śmierć i życie pomiędzy obiema rasami.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)