czwartek, 31 lipca 2014

Po zagładzie




Dmitry Glukhovsky


(Дмитрий Алексеевич Глуховский)


Metro 2033


tytuł oryginału: Метро́ 2033

tłumaczenie: Paweł Podmiotko

wydawnictwo: Insignis Media 2010

Do debiutanckiej powieści Dmitrija Głuchowskiego podszedłem jak zwykle, czyli nie zapoznając się bliżej ani z autorem, ani z historią powstania książki. Oczywiście w tym wypadku mniej więcej wiedziałem, w jakich realiach, czasach i kanonie rzecz będzie się rozgrywać, gdyż trudno chyba, czy to wśród maniaków gier komputerowych, czy to wśród miłośników literatury, spotkać kogoś, kto o Metrze 2033 w ogóle nie słyszał, tym bardziej, iż dało ono impuls do powstania dwóch dość głośnych gier i stanowiło początek całej serii powieści piór różnych autorów, którzy fabułę swych dzieł oparli na uniwersum wykreowanym przez Głuchowskiego, który też zresztą napisał i swój własny ciąg dalszy.

Metro 2033; jak sam tytuł wskazuje, to przyszłość. Choć niezbyt już daleka – pułapka umieszczania dat w sf. Świat po wymianie ciosów, również atomowych, między wielkimi mocarstwami. Co się stało z cywilizacją, z całą ludzkością, dokładnie nie wiadomo, ale pewnie szlag ją trafił. W Moskwie niedobitki, które już ludzkością trudno nazwać, schroniły się w tunelach metra. Tam próbują przetrwać. Na powierzchni nie wszystko wymarło. To co wybiło ludzi i sprawiło, iż Ziemia nie jest już miejscem dla nich, jednocześnie uruchomiło przyspieszoną ewolucję gatunków, które przetrwały pierwsze uderzenie i promieniowanie, jakie pozostało po kataklizmie. I te właśnie formy życia są największym zagrożeniem dla ukrywających się w tunelach, którzy nie mogą się do końca odciąć się od świata na górze, gdyż szaber resztek dawnej cywilizacji jest podstawą ich istnienia na jakim takim poziomie. Jakby tego było mało, pod ziemią też pojawiają się nowe elementy łańcucha pokarmowego, w którym człowiek niekoniecznie stanowi ostatnie ogniwo.

Herosem naszej opowieści jest Artem, młody chłopak ze społeczności zamieszkującej stację WOGN, jak i inne przypominającą teraz plemienną, podziemną wersję państwa-miasta. Jak każda zewnętrzna stacja systemu metra, WOGN od dawna zmaga się z większymi przeciwnościami niż stacje wewnętrzne, ale ostatnio napór niespotykanych wcześniej potwornych przeciwników sprawia, iż nad WOGN-em zawisła realna groźba zagłady. W poszukiwaniu pomocy Artem wyrusza w pełną przygód podróż do stacji, które zachowały więcej z dorobku dawnej ludzkości; wiedzy i technologii.

Jak widać z powyższego, fabuła nie jest specjalnie skomplikowana, choć od razu trzeba bardzo podkreślić, iż cały czas trzyma czytelnika w niepewności nie tylko co do zakończenia, ale i sposobów, w jaki rozwiną się poszczególne sytuacje. Epilog powieści jest zaś prawdziwie zaskakujący i potężnym akcentem wpisuje się w warstwę filozoficzno-moralizatorską, do której jeszcze powrócę.

O postapokaliptycznych światach napisano już powieści wiele, podobnie jak i powieści drogi pojawiło się sporo. Muszę jednak przyznać, że tak dobrze oddanego klimatu jednego i drugiego, jak dotąd, nie zdarzyło mi się spotkać, no może poza Strugackimi i jeszcze kilku innymi dawnymi tytanami s-f. Kiedy czytałem Metro, wprost dźwięczała mi w uszach kultowa ścieżka dźwiękowa Fallout*, do czego nawet Drodze Cormaca McCarthy’ego, przez wielu uznawanej za arcydzieło, bardzo było daleko.

Klimat, realia uzbrojenia i wyposażenia, gdzie autor uniknął wpadek, co cieszy prawdziwe tygrysy, to nie jedyne zalety, które i tak same by wystarczyły, by jako postapokaliptyczna przygodówka powieść weszła na trwałe do kanonu literatury fantastycznonaukowej. Po pewnym czasie czytelnik zaczyna zdawać sobie sprawę, iż opowieść ma bardzo odważną i racjonalną warstwę filozoficzno-moralną. Pytania o wiarę, o jej istotę i wartość, o człowieczeństwo i jego ocenę, o naturę Boga i człowieka, a nawet o naturę rzeczywistości w zderzeniu z literaturą, są nie tylko wyartykułowane wprost, ale również bez reszty powiązane z motorem napędzającym akcję i z zaskakującym zakończeniem, które zarazem stanowi tych rozważań tych podsumowanie. Jakie ono jest, tego oczywiście zdradzać nie będę.

Tyle wynika z samej powieści. Tym razem warto jednak dodać małe co nieco o okolicznościach jej powstania. Głuchowski zaczął pisać Metro (taki był pierwszy tytuł - bez cyferek - co było chyba jednak bardziej perspektywicznym pomysłem) jako nastolatek. Jako uczeń dojeżdżał moskiewskim metrem do szkoły i jego znajomość była pewnie impulsem do wykreowania takiego właśnie świata, a zarazem dodała powieści wiarygodności w tle. Na pewno wpływ na autora wywarł szereg klasyków s-f, jacy tworzyli przed nim oraz kultowa, wspomniana już seria gier Fallout, która pozostawia niezatarty ślad na każdym, kto się z nią zetknął. Pierwsza wersja powieści została w 2002 roku bezpłatnie opublikowana w internecie wraz z linkami do muzyki proponowanej do słuchania w trakcie lektury. W świetle powyższego twierdzenia niektórych recenzentów, iż powieść „wyraźnie została napisana pod kasę”, najlepiej świadczą o ich autorach.

W tej pierwotnej wersji opowieść miała inne zakończenie niż obecnie, lecz pod naciskiem fanów i wydawnictw zmieniono je przed pierwszą publikacją papierową, która miała miejsce w roku 2005 (jedna z prezentacji Metra 2033 miała miejsce w przeciwatomowym bunkrze Ministerstwa Łączności na Tagance.). Warto też wspomnieć, że dzisiejszy ostateczny kształt powieść uzyskała w trakcie interaktywnych internetowych konsultacji autora z czytelnikami, również fachowcami od metra, uzbrojenia i służb specjalnych. Tutaj należałoby spoliczkować następnych recenzentów; tych, którzy piszą, iż powieść miała napędzać sprzedaż gry pod tym samym tytułem (i odwrotnie). Sęk w tym, że pierwsza część gry miała premierę dopiero w roku 2010(!), a powieść do dziś jest dostępna za darmo na stronie autora. To jednak przerasta jak widać możliwości umysłowe wielu moich rodaków i kolegów po piórze, dla których nienawiść jest ważniejsza niż fakty. To ostatnie uczucie jest chyba jednym z nieodłącznych, o ile nie głównych, atrybutów bycia człowiekiem, o czym z wielkim żalem opowiada również Metro 2033. Może właśnie tego niektórzy nie mogą w nim znieść. Nie muszę już chyba dodawać, że do lektury gorąco i z pełnym przekonaniem zachęcam, choć jako bezproblemowa, bezrefleksyjna rozrywka, na którą liczyłem, powieść wcale się sprawdziła


Wasz Andrew


* seria gier RPG osadzona w świecie po wojnie atomowej (jest też odnoga strategiczna - Brotherhood of Steel)

Cykl Metro:
1/ Metro 2033
2/ Metro 2034
3/ Metro 2035

Uniwersum Metro 2033: Metro 2033 [Dmitry Glukhovsky]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Metro 2033 - nowe wydanie [Dmitry Glukhovsky]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 29 lipca 2014

O tajnych informacjach



Access to secret intelligence [is] one of the more potent aphrodisiacs of power

(„Dostęp do tajnych informacji wywiadu jest jednym z silniejszych afrodyzjaków władzy”)

David Stafford Churchill and Secret Service (1998 r.)

motto z okładki książki Mariana Zacharskiego Krwawiąca granica

poniedziałek, 28 lipca 2014

O umiłowaniu historii




Ktoś kiedyś powiedział, że Polacy kochają swoją historię. To nieprawda. Polacy kochają swoje wyobrażenia o historii. A więc mity stworzone dla potomnych ku pokrzepieniu serc.



Piotr Zychowicz

z notki na okładce książki Mariana Zacharskiego Krwawiąca granica

sobota, 26 lipca 2014

Eileen Chang "Gorzkie spotkanie" - Kwitnąca róża, ciekawe czasy

Gorzkie spotkanie

Eileen Chang 

Tytuł oryginału: Xiao Tuanyuan
Tłumaczenie: Katarzyna Kulpa
Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Nowy Kanon
Liczba stron: 336
 
 
 
 
 

Obyś żył w ciekawych czasach – to jedna ze starożytnych chińskich klątw, rzucana pod adresem wyjątkowo nielubianych osobników. Cóż może być bowiem gorszego od egzystencji w tym wycinku historii, w którym dzieje się wyjątkowo dużo? Wojny, zarazy, przewroty na szczytach władzy, knowania, intrygi, rewolucje, insurekcje, monumentalne bitwy, klęski żywiołowe, skandale, afery – wszystko to prezentuje się całkiem nieźle, tj. intrygująco, ale jedynie z odpowiednio dalekiej perspektywy, np. historycznej. Sprawy przybierają natomiast zupełnie innego obrotu, kiedy sami znajdujemy się w epicentrum przemian, diametralnie zmieniających wizerunek kraju, narodu, całego kontynentu czy też świata. Potęga działających ponad naszymi głowami sił, na które nie mamy niemal żadnego wpływu idealnie unaocznia naszą niemoc, miałkość. Jesteśmy niczym kurz, który na wzburzonym wietrze historii wznosi się po to, by za chwilę opaść i gęsto zaścielić ziemię. Nikt jednak nie wybiera pory, w jakiej przychodzi mu bytować na tym łez padole, za to każdy stara się dźwigać brzemię losu, jakie przypadło mu w udziale. O tym jak prezentowało się życie Eileen Chang w czasach, które niewątpliwie zasługują na miano interesujących, możemy przekonać się za sprawą lektury Gorzkie spotkanie.

piątek, 25 lipca 2014

Pierwszy dzień pracy



Kilka dni temu wszystkie ogólnokrajowe media obiegał temat, który zapoczątkował bodajże Dziennik Polski. Państwowa Inspekcja Pracy poinformowała, że w naszym kraju firmy znalazły nowy sposób na okradanie państwa i własnych pracowników, bo czymże innym jest zatrudnianie ludzi na czarno. Patent polega na tym, że w razie kontroli informuje się inspektorów Państwowej Inspekcji Pracy, iż cała załoga jest pierwszy dzień w pracy i dlatego pracuje bez umów, ubezpieczeń, itd., itp.

Państwowa Inspekcja Pracy alarmuje, że zjawisko stało się powszechne, bo sprzyja mu przestarzały Kodeks pracy, a szczególnie art. 29, który pozwala zawrzeć umowę o pracę w dniu podjęcia pracy, a nie przed, czyli przez jeden dzień można pracować bez umowy, a podpisać ją dopiero pod koniec szychty lub po jej zakończeniu. Na zgłoszenie do ZUS jest jeszcze więcej czasu, gdyż aż dni siedem. Rewelacje te potwierdziła swym autorytetem rzeczniczka Okręgowej Inspekcji Pracy w Krakowie Anna Majerek oraz wiceszef małopolskiej "Solidarności" Adam Lach*.

Dlaczego czekałem z podjęciem tego tematu tak długo? Postanowiłem być bardziej wyrozumiały niż Pan w rozmowie z Abrahamem i dać Polsce, zanim jej kondycję zmieszam z błotem, większą szansę niż otrzymała Sodoma. Nie czekałem na dziesięciu sprawiedliwych, ale chociaż na jednego. I się nie doczekałem. Może gdzieś się tam odezwał, na jakimś blogu czy w gazecie, ale ani w telewizji, ani w mainstreamowym necie się nie objawił.

Parafrazując Sienkiewicza muszę więc zawołać, - czy tylko głupi i zdemoralizowani tę ziemię (Polskę) zamieszkują? Nie trzeba być geniuszem ani znawcą prawa, by wiedzieć, że ten odkrywczy trick pracodawców z pierwszym dniem pracy jest g… warty. Pomijając już takie „drobiazgi”, których się można czepiać, jak szkolenia BHP i badania lekarskie, które pracownik musi mieć zanim stanie do pracy, nawet na przyuczenie. Jest bowiem prosta metoda na walkę z owym „genialnym” wykrętem. I do jej wymyślenia nie potrzeba żadnej kompletnie wiedzy. Tylko chęć. Wystarczy po prostu przeprowadzić dwie kontrole w pewnym okresie czasu. Za pierwszym razem spisać nazwiska i wrócić choćby nazajutrz, czy za tydzień. Dwa razy ruszyć zza biurka cztery litery.

Jak to jest, że w całej armii urzędników nie znalazł się ani jeden, który by na to wpadł? Ani w całej rzeczy związkowców? Nie będę pisał, gdyż każdy wie o co chodzi, a ja na pewno zaraz zostałbym pozwany za zniesławienie powagi urzędów i związków, gdybym napisał to, co każdy od razu pomyślał.

To, że cały aparat państwowy i z nim związane instytucje są kompletnie niewydolne i z każdym rokiem stają się większą parodią samych siebie, wie każdy, kto miał z nimi do czynienia. W normalnych krajach nadzieją na okiełznanie korupcji, nepotymzu, nieróbstwa i zwykłej głupoty, owym regulatorem demokracji, jest czwarta władza, czyli media. Przekleństwem Polski jest to, że u nas absolutnie nie spełniają one swej roli. Skoro w tak prostej sprawie, jak ta, bezkrytycznie, niczym objawienie, powtarzają bzdury opowiadane przez urzędników i związkowców, jakby same były na garnuszku pazernych kapitalistów bezczelnie łamiących prawa pracownicze, skoro nie znalazł się ani jeden dziennikarz uczciwy na tyle, by te bzdury ośmieszyć, to jak można mieć nadzieję, że jest w stanie rozgryźć jakieś afery i zrobić cokolwiek innego, niż powtarzać rzeczy, które ktoś im podrzuci by zwalczać konkurentów?

O powszechnej ponad światową miarę polskiej pogardzie dla prawa pracy pisałem już w poście Po osiemnastej. Nie napisałem jednak wtedy, iż o kuriozalnym przypadku Muzeum Czynu Niepodległościowego i Związku Legionistów Polskich opisanym w tym tekście powiadomiłem PiP. I otrzymałem odpowiedź, że się tym zajmą. A było to w… kwietniu. Od tego czasu cisza. I dość o tym.

Casus pierwszego dnia w pracy to kolejny objaw sepsy toczącej Polskę. Nie jest ważne to, że gdzieś jakiś urzędas może wziął w łapę, albo po prostu nawet mu się nie chciało. To się zdarza wszędzie. W każdym kraju. Dużo gorsze jest to, że takie zachowania ukazujące kompletną dysfunkcjonalność podnosi się rangi jedynego możliwego sposobu postępowania i w ich uświęcaniu biorą udział wszyscy, którzy w tym kraju mają jakąkolwiek władzę. Najgorsze jest jednak to, co odbiera wszelką nadzieję – umoczeni są wszyscy. To jedyne wytłumaczenie faktu, że nawet opozycja gra w tej samej tonacji. Zmiana władzy nic nie da. Jak z więzieniami CIA – postkomuniści wdepnęli, PiS ich krył (od kiedy tak zachowuje się prawdziwa opozycja), a PO kryło i jednych i drugich. W takim kraju, gdzie każdy, kto się liczy, wie, co ma mówić i kiedy, nie ma szans, by znalazł się ktoś znaczący, kto krzyknie, iż król jest nagi. I tak by powiedziano, że „sra we własne gniazdo”, czyli zrobiono by z niego zdrajcę i Polakożercę. „Patrioci” trzymają się razem. Niezależnie od tego, jakie kanalie są wśród nich.

Wiem, wiem – gdy mówię, że Polska upada, wielu pomyśli, że jestem nawiedzony. Ja nie twierdzę, że upada Polska kolesi, oszustów, układowiczów i ludzi bez sumienia. Nie, ona ma się wręcz coraz lepiej, pod płaszczykiem wartości, których nikt inny nie posiada. Upada Polska ludzi prawych. O ile kiedykolwiek istniała. Na pewno zaś upadają nadzieje na nią. Każda taka sprawa w mediach, to sygnał dla cwaniaków z całego świata – przyjeżdżajcie tutaj. To idealne miejsce do robienia „interesów”. I zawsze znajdzie się odpowiednia liczba ludzi, którzy będą głośno krzyczeć, że jest coraz lepiej. Im. A że równocześnie wielu porządnych wybędzie, więc to samonapędzające się sprzężenie nabiera podwójnego rozpędu.

Po co to piszę, skoro nie ma w mojej ocenie szans na poprawę? By ci, zwłaszcza młodzi, którzy na razie mają nadzieję, podsycaną optymizmem wylewającym się z telewizora, mieli szansę szybciej przejrzeć na oczy i podjąć odpowiednie decyzje, zanim dojdą do punktu, w którym będzie za późno.


Wasz Andrew


* http://www.wprost.pl/ar/458496/Czesty-sposob-na-omijanie-prawa-pracy-Zaloga-jest-pierwszy-dzien/

czwartek, 24 lipca 2014

Inna twarz wywiadu II RP


Marian Zacharski


Krwawiąca granica


Wydawnictwo Zysk i Ska 2014

Wydanie I

Krwawiąca granica Mariana Zacharskiego, będąca kolejną pozycją w cyklu Kulisy Wywiadu II RP, jest zarazem moim drugim, po Rotmistrzu, spotkaniem i z tą serią wydawniczą, i z twórczością generała*. O autorze nie będę opowiadał, gdyż zainteresowani mogą sobie bez trudności o nim poczytać gdzie indziej. Pytanie, które się nasuwa, to czym jest owa tytułowa krwawiąca granica? Oczywiście granica przedwojenna polsko-niemiecka. Rejon, gdzie zdarzały się incydenty powodujące utratę życia czy rany. Wiąże się to określenie również z przedwojenną niemiecką nomenklaturą, w której nielegalne przekroczenie granicy nazywano jej zranieniem oraz z manierą prasy, zarówno polskiej jak i niemieckiej, godną najgorszych trendów dzisiejszych mediów, określaną jako sang à la une czyli krew na pierwszej stronie, w myśl której każde zdarzenie prezentuje się w agresywny sposób powodujący u odbiorcy poczucie zagrożenia, a zdarzenia na tej granicy właśnie do takich należały.

W polskiej świadomości społecznej, która w sferze historii, zwłaszcza własnej, opiera się bardziej na propagandzie i mitach, niż na wiedzy, graniczny konflikt pomiędzy Niemcami a Polską międzywojenną liczyć należy od dojścia do władzy Adolfa Hitlera, jeśli nie jeszcze od późniejszego okresu, a cała wina za tę sytuację, za wszelkie prowokacje, napaści i zbrodnie, leży po stronie niemieckiej. Marian Zacharski przeciwstawia się tej legendzie i w Krwawiącej granicy ukazuje, że konflikt graniczny w fazie ostrej znajdował się niemal od początku istnienia II Rzeczpospolitej, a niektóre formy bandyckich wręcz zachowań, nie będących wcześniej stałym elementem walki wywiadów, jak na przykład porwanie osoby z terenu innego kraju, były polską innowacją. Zresztą w tym ostatnim wypadku pierwsza akcja tego typu w polskim wykonaniu była kompletnym blamażem.

Głównym wątkiem książki jest rola polskiej Straży Granicznej w systemie wywiadu II RP na kierunku niemieckim. Nie jest to opracowanie kompleksowe, przekrojowe, a raczej rzucenie tematu dotąd szerszemu ogółowi kompletnie obcego, za pomocą na tyle szczegółowego, na ile to obecnie możliwe, zreferowania kilku głośnych wówczas operacji szpiegowskich. Jak wynika z samej definicji tajnych operacji, głośnych - a więc zakończonych wpadką. Prawdziwie udane akcje wywiadowcze prawie nigdy nie trafiają na pierwsze strony gazet, a przynajmniej nie przed upływem dziesięcioleci od ich zakończenia.

Wielką zasługą autora jest, iż odważył się ukazać, że obie strony konfliktu granicznego miały swoje racje i obie ponosiły zań winę. Co prawda jeszcze daleko nam do tego, by większość zauważyła, iż jesteśmy jedynym chyba krajem z uczestniczących w II wojnie, który do dziś twierdzi, że jego żołnierze nigdy nie zabijali jeńców ani cywilów, że to się nie zdarzało, ale książka gen. Zacharskiego to krok w dobrym kierunku. W kierunku odbrązowienia naszej wizji historii tak wybielanej przez dziesięciolecia, że aż infantylnej.

Cała społeczna świadomość polska w temacie naszego międzywojennego wywiadu opiera się na propagandzie mielącej w kółko kilka udanych akcji, a przynajmniej akcji, w których się nie ośmieszyliśmy. Pokazuje się kilka postaci, które były wybitne i pasują do obrazu polskiego rycerza bez skazy (przynajmniej jeśli się zbyt głęboko nie sięga). Krwawiąca granica ukazuje drugą stronę medalu – oficerów wywiadu, których poziom moralny i umysłowy trudno opisać, gdyż w słowniku ludzi cywilizowanych nie ma słów wystarczająco obelżywych. W 1930 wydano oficjalne wytyczne, że oficerom wywiadu nie wolno zabierać w teren tajnych materiałów, gdyż jeden z naszych orłów przeszedł do Niemiec, gdzie wpadł, wraz z najlepszymi kąskami ze swego biura, które powinny leżeć w jego biurze w szafie pancernej o ewidencjonowanym dostępie. Autor tego nie robi, ale każdy czytelnik może sam prowadzić dalsze rozumowanie. Wniosek nasuwa się sam – przez 12 lat istnienia II RP, kto chciał, chodził z tajnościami gdzie chciał, nawet na teren wroga. Gdyby tak nie było, gdyby były odpowiednie szkolenia i procedury, a tylko jeden głąb by się do nich nie zastosował, nie byłoby sensu wydawać takiego rozkazu. Zresztą dotyczył on – kolejne kuriozum - tylko wywiadowców, więc z tego można wysnuć wniosek, że inni oficerowie mogli dalej tak postępować. Zaletą tej książki jest bowiem możliwość snucia własnych przemyśleń na tematy niejednokrotnie zaledwie w niej poruszone.

Jedną z najdziwniejszych rzeczy, które wynikają z przebiegu operacji przedstawionych w Krwawiącej granicy jest refleksja, która równie dobrze mogłaby być wynikiem obserwacji dzisiejszej polskiej sytuacji - naród jak żaden inny doświadczony przez mistrza prowokacji, przez carską Ochranę**, jak żaden inny był i jest na takie działania podatny. Z czego to wynika, ta nieumiejętność uczenia się na błędach, nie tylko cudzych, ale nawet swoich? Zimbardo miałby tu wiele do powiedzenia. Takich pytań, wniosków i skojarzeń, materiał zawarty w książce może spowodować wiele. Nie sposób o wszystkich wspomnieć i na pewno każdy uważny czytelnik będzie miał swoje osobiste, na które tylko on wpadnie, a o których autorowi nawet się nie śniło. To urok historii.

Książka rozpoczyna się bardzo interesującym trickiem stylistycznym. Poznajemy przebieg pierwszej z omawianych akcji, zakończonych śmiercią polskiego oficera, poprzez sprzeczne relacje prasowe z tego okresu pochodzące z obu stron granicy. I mamy wrażenie, że to ci wredni Niemcy znowu wszystko zaczęli i wina jest tylko po ich stronie. Podświadomość każdego dzisiejszego Polaka, wypełniona wsysaną od urodzenia propagandową papką zwaną patriotyzmem, sprawia, że wierzymy bardziej prasie polskiej, a nie niemieckiej, choć wiemy, że każda mogła kłamać. A potem, gdy poznajemy rekonstrukcję wydarzeń… I tak zdradziłem za dużo, choć to nie powieść przecież.

Niestety, po świetnym początku, dalej nie jest już tak różowo. Nie tylko styl jest bardzo nierówny i obok fragmentów, które czyta się z przyjemnością, są takie, które powodują lekki niesmak, ale miejscami nawet zwykła polszczyzna bardzo kuleje. Oszczędzano na korekcie? Na szczęście treść ratuje całość.

Niestety nie jest to pozycja, o czym już wspomniałem, budząca pozytywne refleksje. Jak na dłoni widać obecne już wówczas wady ówczesnej i dzisiejszej Polski, choćby wymiaru sprawiedliwości, które niektórzy zakłamani i zaprzedani propagatorzy nowego porządku chcą przypisać zdeprawowaniu „komuną”: fałszowanie i podrzucanie dowodów, przekupność (oczywiście w imię wyższego dobra) nie tylko policjantów czy prokuratorów, ale nawet sędziów, arogancja władz wszystkich szczebli wobec tych, którzy są niżej… Na tym tle Niemcy, przynajmniej w opisanych wydarzeniach, czyli przed nastaniem Hitlera, jawią się jako dużo bardziej prawi i moralni.

Książka zawiera sporo ilustracji, a wśród nich dużo kopii dokumentów, co bardzo podnosi jej wartość. Niestety tym większym dysonansem, zupełnie niepotrzebnie psującym wrażenie, jest brak rzeczy tak podstawowej, jak podanie źródeł, z których autor korzystał poza tymi, których kopie zamieścił. Jest bowiem oczywiste, że nie wszystkie tezy autora da się wywieść z załączonych materiałów.

Dla mnie bardzo interesujące było podanie wyroków w omawianych sprawach. Zauważyłem, iż z reguły okres pozbawienia praw publicznych był zbliżony do czasu pozbawienia wolności, a czasem nawet dłuższy. To coś całkowicie odmiennego w stosunku do dzisiejszych zwyczajów, zgodnie z którymi pozbawienie praw jest wielokrotnie krótsze, niż wolności. I nasunęło mi się pytanie – jaki cel ma dzisiejsze państwo w takiej praktyce? Czy to dobrze, że złodzieje i inni siedzący w więzieniach przestępcy, skoro nie zostali pozbawieni praw, wybierają tych, którzy mają nami rządzić? Czy naprawdę wyższy wskaźnik frekwencji w wyborach jest tego warty i co ta praktyka sądownicza mówi o dzisiejszej Polsce?

Mam wrażenie, że publikacja w założeniu jest skierowana do miłośników historii, zwłaszcza zainteresowanych wywiadem, wojskowością i polityką. W rzeczywistości jednak może bardzo zaciekawić każdego, gdyż wnioski, jakie z niej wypływają i przemyślenia, które wywołuje, zdecydowanie wybiegają poza dwudziestolecie międzywojenne i narzucającą się w pierwszej chwili ocenę tematyki. Z tego powodu, pomimo mizernych wartości literackich, zdecydowanie polecam każdemu, nie tylko rodakom.


Wasz Andrew


* Stopień generalski nadał Zacharskiemu Prezydent RP Lech Wałęsa w 1995
** Ochrana (ros. Отделение по охранению порядка и общественной безопасности, Otdielenije po ochranieniju poriadka i obszczestwiennoj biezopasnosti, Oddział ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego) – tajna policja polityczna w imperium rosyjskim, powstała po zabójstwie cara Aleksandra II, na mocyukazu Aleksandra III z 14 sierpnia 1881 roku. Zlikwidowana w czasie rewolucji lutowej w 1917 roku. (za Wiki)

Krwawiąca granica [Marian Zacharski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 23 lipca 2014

O potrzebach



Tak naprawdę mamy nadwyżkę tak wielu rzeczy, że musimy dbać o to, by stawały się „modne”, żeby zwiększyć ich pożądanie, utrzymując tym samym popyt na sztucznym poziomie.


wtorek, 22 lipca 2014

Inny wymiar wyzwalania



Oczywiście żaden czarny rynek nie mógłby wyrosnąć w żadnym wyzwolonym kraju bez współpracy amerykańskiego personelu wojskowego. Chciwość nie jest wyłączną domeną ludzi innych nacji.

z oficjalnego opracowania armii amerykańskiej - przytoczył Charless Glass w książce Dezerterzy. Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej (Deserter. The Last Untold Story of the Second World War)

poniedziałek, 21 lipca 2014

O nadziei transcendentalnej





A jeśli sprawia to właśnie oko twojej wiary, jeśli na przyszłą jasność spoglądasz przez kolorowe witraże swoich wyobrażeń? Jakżeż przedziwne są obrazy przyszłości, które ludzkość maluje, korzystając z pędzla wiary i wielobarwnego pigmentu wyobraźni. A jeszcze dziwniejsze jest to, że tak kompletnie się ze sobą nie zgadzają!


sobota, 19 lipca 2014

Kaikō Takeshi "Japońska opera za trzy grosze" - Apacze z wysp japońskich

Japońska opera za trzy grosze

Kaikō Takeshi

Tytuł oryginału: Nihon Sanmon Opera
Tłumaczenie (z j. niemieckiego): Zuzanna Melicka
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Klub Interesującej Książki
Liczba stron: 232
 
 
 
 
 
 
 
Wojna, czyli konflikt zbrojny, toczony pomiędzy zwaśnionymi narodami, państwami, czy grupami etnicznymi to piętno, kroczące za człowiekiem od momentu narodzin cywilizacji. Ponieważ oparta jest na przemocy, działając ponadto niczym katalizator wyzwalający najgorsze ludzkie instynkty, prowadzi ona do spustoszenia oraz ogromnych zniszczeń. Dewastacji ulega zarówno ludzka psychika, moralność, cierpi także świat materialny, począwszy od zabudowań, architektury, na przyrodzie skończywszy. Niemal niemożliwym do uniknięcia następstwem wojennej zawieruchy jest chaos, któremu towarzyszą głód, ubóstwo oraz nędza. Społeczeństwo boleśnie przekonuje się wówczas, że proces budowy, tworzenia jest o wiele bardziej mozolny i trudniejszy od błyskawicznie postępującego burzenia, ślepego demolowania. W kraju, który dopiero powoli odradza się, stając na nogi po przebytych walkach brakuje podstawowych towarów, artykułów pierwszej potrzeby, bez których niemożliwa jest codzienna egzystencja. Państwo, które dopiero odzyskuje swój pierwotny kształt często nie jest w stanie zapewnić swoim obywatelom godziwych warunków, nie potrafi także poradzić sobie z działalnością czarnego rynku, który powstaje i funkcjonuje w każdych okolicznościach, będąc odpowiedzą na potrzeby konsumenckie. Szara strefa budzi raczej negatywne konotacje, ale ludzi z nią związanych oceniać jest raczej trudno, o czym najlepiej świadczy sylwetka Kaiko Takeshiego.

piątek, 18 lipca 2014

O religiach



Ludzie nieustannie zwracają się do niebios, aby im wyjaśniły, co ich czeka w przyszłości. Religie karmią się lękiem przed kresem, ową subtelniejszą formą egoizmu. (…) wszystkie religie gwarantują pomyślną przyszłość swoim wyznawcom, a przynajmniej tym z nich, którzy spełniają kryterium dobra.

… nadziei trzeba szukać w sobie, a nie na zewnątrz, (…). Człowiek istnieje tutaj, tu nosi w sobie tchnienie życia oraz poczucie dobra i zła – albowiem dobro i zło jemu się przydarzają. Na tym powinien budować (…), nie zaś padać na twarz przed wizerunkiem wyimaginowanej boskości ukształtowanej na jego ubogi obraz i żałosne podobieństwo, tyle że mającej większą moc sprawiania zła i bardziej dalekosiężną rękę.

czwartek, 17 lipca 2014

Druga młodość klasyka



Henry Rider Haggard



Ona. Dzieje niezwykłej przygody


tytuł oryginału: She: A History of Adventure*

tłumaczenie: Władysław Jerzyński

Wydawnictwo Zysk i S-ka 2014

liczba stron: 364


Henry Rider Haggard to angielski pisarz specjalizujący się w powieściach przygodowych, który znany jest obecnie szerszemu ogółowi głównie z Kopalni króla Salomona, pierwszej z liczącego osiemnaście części cyklu opowieści o afrykańskich przygodach Allana Quatermaina, awanturnika, poszukiwacza przygód i skarbów. Może nie tyle z samej powieści, co z filmów, gdyż była ona przenoszona na ekran wielokrotnie, a najnowsza ekranizacja powstała w 2004 roku.

Wbrew pozorom nie zawsze jest tak, iż najbardziej znane dzieło jest jednocześnie tym, które wywiera największy wpływ na przyszłość. Na przyszłość nie tylko literatury, ale i wielu innych dziedzin, nawet nauki. W przypadku Haggarda książką, która okazała się najbardziej inspirującą dla odbiorców, jest Ona. W swoim czasie była prawdziwym bestsellerem, dotąd przetłumaczono ją na 44 języki, a do wpływu, jaki na nich wywarła, przyznają się liczni pisarze, że wspomnieć choćby takie sławy jak Rudyard Kipling, Henry Miller, Graham Greene, Margaret Atwood czy J. R. R. Tolkien, choć zwłaszcza w przypadku tego ostatniego wydaje mi się dyskusyjne, czy wziął z Haggarda to, co najlepsze, czy to, co najgorsze. Wielkie zainteresowanie tą powieścią okazywali również Zygmunt Freud oraz Carl Jung i nasuwa się pytanie, na ile była ona przyczynkiem do ich rozważań, a na ile tylko zastrzykiem odwagi; potwierdzeniem, że myślących inaczej i wątpiących podobnie jak oni jest więcej. Inna sprawa, że Freud dzisiaj też nie pachnie już zbyt świeżo.

Fabuła powieści nie jest specjalnie skomplikowana, jak na nasze obecne kryteria. Narratorem i główną postacią, choć ani nie tytułową, ani kluczową dla intrygi, jest L. H. Holly, wykładowca w Cambridge, który przez umierającego przyjaciela Vinceya zostaje obarczony prośbą o opiekę nad jego synem Leo. Poza owym obowiązkiem testament Vinceya seniora przekazuje Holly’emu spory majątek oraz tajemniczą skrzynię, której otwarcie ma nastąpić dopiero w dniu dwudziestych piątych urodzin Leo Vinceya. Jej zawartość pchnie naszych bohaterów do niezwykłej wyprawy w głąb niezbadanych przez białego człowieka obszarów Czarnego Lądu, na których włada biała królowa Ayesha o władzy przekraczającej pojmowanie.

Zanim przejdziemy do oceny książki, musimy umiejscowić w czasie i miejscu zarówno ją, jak i jej autora. Haggard żył w latach 1856 – 1925. Urodził się i zmarł w Wielkiej Brytanii, choć przebywał przez pewien czas w Natalu i Transwalu (obecnie w RPA), skąd powrócił do ojczyzny w roku 1882. Przed nazwiskiem pisarza powinno się pisać Sir, więc nie był ani on, ani jego sposób postrzegania świata, typowym przedstawicielem ówczesnego społeczeństwa, bowiem Ich Lordowskie Moście zawsze stanowiły grupę żyjącą w nieco innej rzeczywistości, niż reszta Brytyjczyków. Ona ujrzała światło dzienne w roku 1887. Z reguły do osoby autora nie przykładam wagi, by wiedza o nim nie wpływała na odbiór dzieła, które powinno mówić samo za siebie. Lubię jednak już po lekturze dowiedzieć się co i jak, gdyż czasami rzuca to nowe światło na treść i sposób jej interpretacji. W tym przypadku osadzenie dzieła i twórcy w określonym punkcie historycznym, politycznym, geograficznym i społecznym jest nieodzowne dla całościowej oceny powieści. Narzuca się to odniesienie już od pierwszej strony lektury, niezależnie od tego, czy wiemy już coś o pisarzu, czy też niczego zgoła o nim nie słyszeliśmy. Uważny czytelnik na podstawie samego dzieła określi zarówno czasy, kiedy powstało, jak i pochodzenie, również społeczne, twórcy. To piękny dowód na to, jak nasza osobista historia, jeśli brak nam samokrytycyzmu, wpływa na nasz sposób widzenia wszelkich aspektów rzeczywistości, ale również to powód, by oceny Onej dokonywać uwzględniając wszelkie te czynniki.

W momencie wydania powieść zachwyciła oryginalnością świata wykreowanego przez Haggarda w bliżej nieznanym zakątku tajemniczej dla ówczesnych Afryki. Afryki, o której wiedza miejscami dość swobodnie mieszała się z fantazją. Ten właśnie aspekt stanowił impuls dla wielu późniejszych twórców różnych odmian fantastyki, a wpływów tych można doszukiwać się i w innych gatunkach, choćby horrorze. Bardziej wyrafinowanych czytelników zafascynowało bogactwo znaczeniowe; liczne pytania filozoficzne o kardynalnym znaczeniu, które wprost krzyczą z kart książki. Pytania, dodajmy, do dziś aktualne. Dobro i zło oraz ich odwieczna walka. Pytania o prawdę, o Boga, śmierć i czas, zbrodnię i karę. Wszystko, co zainteresowało Freuda i Junga, pozostaje aktualnym tematem i dzisiaj. Jest jednak jeszcze inna rzecz, która sprawia, że czas obszedł się z Oną wyjątkowo łagodnie.

Wiele książek, od opracowań popularnonaukowych po dzieła literatury pięknej, czas zamordował. Treści w nich zawarte się zdezaktualizowały, umarły niczym starożytne języki i religie, których ostatni kapłan skonał. W powieści Haggarda też widzimy wyraźnie wpływ mijających lat, lecz staje się on atutem. Pojawiają się przemyślenia i pytania, które na pewno nawet nie postały w głowie autorowi Onej.

Infantylnie wręcz, żeby nie użyć mocniejszego słowa, wypadają w świetle dzisiejszej wiedzy niezwykle seksistowskie tezy Haggarda dotyczące różnic między płciami. Szczególnie daje to do myślenia, gdy skonstatujemy, iż choćby Juliusz Verne, nawet nieco wcześniejszy niż Haggard twórca, nie ma aż tak zalatujących ciemnotą poglądów jak Sir Haggrad. Czy była to indywidualna różnica między umysłami tych dwóch sławnych prekursorów fantastyki, czy też może Francuzi w ogóle bardziej kochali i cenili kobiety, co wpływało na ich widzenie świata? I jak się poglądy Haggarda miały do tego, że to właśnie Królowe, które Boże chroń, były i są prawdziwymi władcami Albionu?

Samo założenie wyraźnego dualizmu damsko-męskiego rozciągniętego na wszelkie aspekty istnienia, podobnie jak koncepcja uniwersalnego kanonu damskiej czy męskiej urody w świetle dzisiejszej wiedzy wydaje się zdecydowanie żałosne, a takie są właśnie przekonania Haggarda. Podobnie archaiczne wydają się tezy o rozdzielności ducha i ciała, czy dziecinne w oczach dzisiejszego czytelnika rozważania o istocie władzy.

Najciekawsze, że to wszystko wcale nie działa na niekorzyść powieści! Ona, jak mało która lektura, ukazuje nam, jak wielki wpływ mogą mieć stereotypy, a szerzej mówiąc System, w którym żyjemy, na nasz sposób widzenia rzeczywistości, myślenia i oceniania. Na każdej stronie książki widać charakterystyczną nie tylko dla Anglików pychę i pogardę wobec innych. Wobec innych narodów, religii, wobec wszystkiego, co nie nasze. Ta przestroga, choć nie była na pewno zamierzeniem autora, jest jak najbardziej aktualna i dziś, i w Polsce. Choć nie nazywamy innych dzikusami, to nie brak nam brudasów i innych żydów. Pamiętajmy, by nasz sposób mówienia i myślenia o innych nie wypadł kiedyś w oczach uczciwych potomnych tak, jak wypowiedzi Haggarda brzmią dzisiaj w naszych. To samo dotyczy poglądów. Zresetujmy co pewien czas nasz umysł, oczyśćmy z papki stereotypów, które pompuje w nas społeczeństwo, byśmy postrzegali i myśleli raczej jak Verne, niż Haggard.

Bardzo cenną rzeczą dla interpretacji Onej jest maniera Ridera Haggarda by to, co uznaje za swoje własne, za pewne, wkładać w usta powieściowych postaci w formie pospolitych twierdzących wypowiedzi, a to, co uznaje za pytanie lub problem filozoficzny, moralny lub inny, ubierać w formę dyskusji międzypostaciowych lub monologów wyróżnionych wyraźnie spośród pospolitych rozmów.

Niestety, choć postrzegam Haggarda jako zdecydowanie twórczego, gdyż nie sposób nie oddać mu hołdu za wprowadzenie nowych prądów do literatury, to nie widzę go jako szczególnie mądrego. Są rzeczy, które dziś żenują, ale były nieodzownym atrybutem jego czasów i te można nawet cenić jako świadectwo wpływu epoki na umysłowość, ale są i inne, które przy pewnej dozie racjonalizmu powinien odrzucić, jak choćby muzułmanów pijących brandy, tezy o rozwijających aspektach podróży i ograniczających życia na uniwersytecie, uniwersalność gestów takich jak ściskanie ręki czy pogarda dla innych wyznań i ludzi. Na pewno nie był bystrym obserwatorem, gdyż przebywając w Afryce pewne rzeczy powinien zauważyć. Są nawet gorsze wpadki, jak choćby fragmenty marynistyczne tej powieści, które byłyby hańbą dla każdego pisarza uprawiającego ten gatunek, czy jego tezy o symbolicznym przedstawianiu kształtu kobiecej sylwetki w dawnych cywilizacjach będące dokładną odwrotnością stanu faktycznego.

To wszystko, a przecież wiele wątków pominąłem, sprawia, iż jest to powieść bardzo interesująca i ciekawa, ale nie w tym znaczeniu, jakie by się podobało autorowi, gdyby nadal był wśród nas. Cudowne jest to poznawanie, jak problemy dobra i zła, wiary i jej braku, pozostają wciąż aktualnymi tematami, ale jednocześnie jak wielki wpływ na nie ma stopień zależności człowieka od innych ludzi, od czasu, w którym żyje i wszystkich następstw z tym związanych.

Zalety typowo rozrywkowe, czyli klimat przygody, tajemnicy i zagrożenia podkreśla świetne tłumaczenie Władysława Jerzyńskiego, któremu udało się również oddać manierę językową autora, jego czasów i sfer, co jest dodatkowym, bezcennym smaczkiem.

Ze względu na wielość znaczeniową, na rozmach problemów i wagę stawianych pytań, jest to powieść wielce wymagająca dla czytelnika. Pomieszanie mądrości z infantylnością też nie pomaga. Absolutnie nie polecałbym jej rozpoczynającym podróż po świecie książek. Powiedziałbym nawet, iż niejeden oczytany na niej polegnie. Jak choćby z tym stwierdzeniem, które aż nazbyt często się pojawia w recenzjach, iż „poszukiwanie prawdy, której nie da się odnaleźć, gdyż każda odpowiedź rodzi nowe pytania, przedstawione jest jako dramat”. Okazuje się, iż „prości” ludzie, bez aspiracji do wielkiej mądrości, już dawno ten dylemat rozstrzygnęli w urzekającym stwierdzeniu, iż „nie jest ważne, by złapać króliczka, ale by gonić go”.

Jest więc Ona Haggarda książką wyjątkową, choć dziś w zupełnie innym znaczeniu niż w dniach swej pierwszej chwały. Polecam zdecydowanie i z pełnym przekonaniem, właśnie dla tych refleksji i przemyśleń, które może wzbudzić w dzisiejszym czytelniku, choć nie zaprzeczam, że i warstwa przygodowo-fantastyczna jest urokliwa. W tych ostatnich aspektach dzisiejsza literatura oferuje jednak dużo więcej, więc miłośnikom takiej rozrywki polecałbym raczej choćby George R. R. Martina, a Oną ludziom z zacięciem do łamania głowy nad istotą rzeczy


Wasz Andrew


* do pobrania w oryginale >>tutaj<<



Ona [H. Rider Haggard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 15 lipca 2014

O mózgu




To miękka, galaretowata masa, ugina się pod palcem. I pod odpowiednim słowem lub kadrem filmowym, trzeba tylko wiedzieć, którą strefę nacisnąć. Żaden fragment ludzkiego ciała nie jest łatwiejszy do obróbki, wszystkie inne bowiem wymagają kontaktu fizycznego ze strony operatora i często twardych narzędzi, tymczasem mózgiem można manipulować na odległość, bez fizycznego dotyku. To bardzo ułatwia sprawę…

Satynowy magik Waldemar Łysiak

poniedziałek, 14 lipca 2014

sobota, 12 lipca 2014

Philip Roth "Wzburzenie" - W klatce pamięci

 

Wzburzenie

Philip Roth

Tytuł oryginału: Indignation
Tłumaczenie: Jolanta Kozak
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Liczba stron: 200









Młodość to wyjątkowy etap w życiu każdego człowieka. Ciekawość otaczającego świata oraz chęć poznania go powoli zaczynają ustępować miejsca pragnieniu, by go zmieniać, ulepszać, poprawiać. W oczy rzuca się najmniejsza niesprawiedliwość, uwierająca jest świadomość, że nie wszyscy otrzymują to, na co w pełni zasługują, nie do pojęcia jest fakt, że zbrodnia nie może doczekać się należnej jej kary. Młody człowiek, który nie zderzył się jeszcze z brutalną obojętnością świata, który nie został przeciśnięty przez jego śmierdzące trzewia, chlupoczące od oszustw, niegodziwości oraz niespełnionych obietnic, w pełni ufa własnym siłom, żyjąc w przekonaniu, że są one wystarczające, by skorygować wszelkie niedociągnięcia ułomnej rzeczywistości. Egzystencja sprowadza się do wiernej służby swoim najświętszym ideałom. Kiedy jednak ludzki materiał, stanowiący główny budulec tego świata, okazuje się wyjątkowo mało elastyczny oraz równie mało podatny na zmiany, w sercu młodego człowieka, tak jak w przypadku bohatera powieści Philipa Rotha zatytułowanej Wzburzenie, powoli wzbiera się gniew – zaczyna on odczuwać wszechogarniające wzburzenie.

czwartek, 10 lipca 2014

O sztandarach




Zapomnij o sztandarach, pagonach i defiladach (…) Tak właśnie kuszą ludzi, żeby zwiększyć pobór do wojska. Wojna to zabijanie, straszliwe cierpienie i złamana dusza.


Williams Weiss bohater pierwszej Wojny Światowej do syna wybierającego się na drugą

środa, 9 lipca 2014

O pionkach




W grze o tron nawet najskromniejsze pionki są obdarzone własną wolą i czasami nie chcą wykonywać posunięć, które dla nich zaplanowaliśmy.

Petyr Baelish alias Littlefinger

Uczta dla wron. Cienie śmierci (A Feast for Crows. Shadows of Death) - George R. R.Martin

wtorek, 8 lipca 2014

O kole historii



…historia toczy się kołem, gdyż ludzka natura jest zasadniczo niezmienna.


Lord Rodrik Harlaw (Czytacz)

Uczta dla wron. Cienie śmierci (A Feast for Crows. Shadows of Death) - George R. R.Martin

Herb rodu - Created by Scafloc.(Permission is granted to copy, distribute and/or modify this document under the terms of the [http://en.wikipedia.org/wiki/GNU_Fr).

poniedziałek, 7 lipca 2014

Cienie śmierci




George R. R. Martin

Uczta dla wron, część 1: Cienie śmierci

tytuł oryginału: A Feast for Crows. Shadows of Death

tłumaczenie: Michał Jakuszewski

seria/cykl wydawniczy: Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Firepowieść 4 część 1

wydawnictwo: Zysk i S-ka 2012

liczba stron: 512


Doszczętnie już zniesmaczony i znerwicowany naszą bieżącą rzeczywistością, z przyjemnością powróciłem do twórczości pióra George’a R. R. Martina, wielokrotnie nagradzanego amerykańskiego pisarza specjalizującego się w science fiction. Przyszedł czas na Cienie śmierci, pierwszą z dwóch części czwartej już odsłony cyklu powieściowego Pieśń Lodu i Ognia noszącej tytuł Uczta dla wron.

Nie jest łatwo pisać o wrażeniach z lektury dzieła, którego niepodważalnym atutem jest rozciągnięta na wiele tomów fabuła o niezliczonej ilości wzajemnie ze sobą powiązanych wątków, których znaczenie dynamicznie się zmienia w sposób absolutnie dla czytelnika nieprzewidywalny. Każde słowo dotyczące konstrukcji intrygi może być tym zdradzającym już zbyt wiele. Powiem więc tylko, iż w stworzonym przez Martina świecie w średniowiecznych klimatach, którego centralnym elementem jest kontynent Westeros, wciąż trwa walka o tron. Nie byle jaki tron, ale Tron Żelazny. Jeden, by władać pomniejszymi tronami Siedmiu Królestw składających się na cywilizowaną część kontynentu oddzieloną od reszty świata Murem na północy i morzem z pozostałych stron. Choć mamy już za sobą trzy powieści pełne walk, knowań i zdrad, wciąż nie ma możliwości, by czytelnik odgadł, kto będzie zwycięzcą w tych zmaganiach. I Cienie śmierci też nie przybliżą nas do rozwiązania kluczowej zagadki, choć kolejni pretendenci do korony odpadną z rywalizacji, w ten lub inny sposób zasilając grono aniołków i diabełków.

Autor trzyma poziom i wciąż wprowadza do gry nowe postacie, równie oryginalnie i przekonująco wykreowane, co dotąd. Wszystko, za co polubiłem ten cykl, znajdziemy i w Cieniach śmierci – przekonująca warstwa psychologiczna i socjologiczna, urzekający wizerunek mechanizmów walki o władzę, świetna atmosfera klimatów rodem z rycerskich eposów cudownie ożeniona z naturalizmem docierającym aż do cynizmu i totalnego relatywizmu. Rozbieżność postaw moralnych, charakterów ludzkich i możliwości, zarówno fizycznych, jak i intelektualnych, którymi pisarz obdarzył postacie powieści jest w dziejach literatury wręcz niespotykana. Zwłaszcza w połączeniu z równouprawnieniem ról tych tak różnorodnych bohaterów. Każdy z nich może odnieść sukces, każdy z nich marnie skończyć, jak w życiu. A czytelnik nie ma żadnych szans przewidzieć, na kogo należy postawić. Każdy atut może zostać zaprzepaszczony, a każda wada stać się zaletą.

W każdym dłuższym fragmencie historii, nawet w czasie wojny światowej, mamy okresy bardziej dynamiczne i raczej statyczne. Po ofensywie, czy kontrofensywie, zawsze następuje zastój. Trzeba przegrupować siły, podciągnąć odwody, wzmocnić obronę. Podobnie w polityce a nawet w życiu pojedynczych ludzi. Cienie śmierci w porównaniu do poprzednich powieści sprawiają wrażenie „nudnych” dla niektórych odbiorców, zwłaszcza takich, dla których ważna jest „akcja”. Akcja w rozumieniu ganiania z mieczem czy pistoletem wśród fontann tryskającej krwi. Jednak dla tych, którzy rozumieją, iż nawet na wojnie prawdziwie fascynujące rzeczy toczą się w głowach, często daleko za linią frontu, choć czasami i na pierwszej linii, będzie to książka fascynująca. Równocześnie, dla wielu również więcej wymagająca od odbiorcy. Tym razem tylko nieliczne rozdziały będą rozgrywać się w znanych nam już krainach. Poznamy bliżej rejony Westeros i rody znane wcześniej tylko ze słyszenia, a także sporo całkiem nowych. Trzeba będzie uważać, by się nie pogubić who is who i kto dokąd zmierza. A uważać trzeba, gdyż Martin, niczym prawdziwy los, lubi płatać figle. Czy dobry samarytanin, który w czasie pierwszej wojny światowej uratował rannego kapralinę Hitlera, wyciągając go pod ogniem z ziemi niczyjej, mógł przypuszczać, jak dalej potoczy się historia? I czytelnik Pieśni Lodu i Ognia też nie wie, które ze zdarzeń, z pozoru błahe, okaże się później decydującym dla losów świata, czy też odwrotnie, czy wielkie wydarzenia nie okażą się później kompletnie bez znaczenia. Dla mnie to prawdziwy rarytas – śledzić wszystkie wielopoziomowe zależności, wielowymiarową sieć powiązań wspólnych i sprzecznych interesów. Uwielbiam takie lektury.

W kanonie świetnej rozrywki, w świecie fantasy, tradycyjnie pozbawionym wielkiej polityki i wątków seksualnych, Martin przemycił jego zaprzeczenie. Pokazuje prawdziwą naturę ludzką, tak zróżnicowaną, iż nie ma jednej jej twarzy. W formie symboli i aluzji przywołuje tematy, o których w naszym kraju do dziś większość nie potrafi nie tylko rozmawiać, ale nawet myśleć. W Cieniach śmierci szczególnie spodobał mi się Bóg o Wielu Twarzach i jego Czarny Kielich. Kto przeczyta, będzie wiedział, o co idzie.

Nie będę się rozpisywał, gdyż największym grzechem w przypadku Pieśni Lodu i Ognia byłoby powiedzieć coś, co przyszłemu czytelnikowi zdradzi zbyt wiele i odbierze tajemniczość zagadek oraz rozkosz samodzielnych prób przewidywania powieściowej przyszłości. Powiem więc tylko, iż już nie mogę się doczekać następnej lektury z tego cyklu.


Czy w tej wielkiej beczce miodu znajdzie się łyżka dziegciu? Niestety tak. I to dwie.

Mam wielkie pretensje o to, że w tak grubej książce, tak wielowątkowej, brak spisu treści. Potrzeba cofnięcia się i odszukania któregoś z przeczytanych już fragmentów staje się przekleństwem. To minus pierwszy.


Drugi negatywny aspekt nie jest winą ani autora, ani wydawcy, tylko naszej rzeczywistości. Lektura, teoretycznie tak oderwana od naszych czasów i naszych problemów, zaczyna budzić u mnie skojarzenia z naszymi realiami, co sprawia, iż przestaje być tylko rozrywką. Choćby refleksja, iż choć kiedyś szarzy ludzie mieli nieporównanie gorzej niż teraz, w naszym polskim dniu dzisiejszym, to rządzący zyskali jeszcze więcej. Nie tylko chodzi o to, że przepaść między najbiedniejszymi, którzy i wtedy, i teraz, mieli podobną sytuację, tylko się zwiększyła, gdyż bogaci są dziś dużo bogatsi niż kiedykolwiek. Najgorsze jest to, że kiedyś uczestniczący w walce o tron stawiali wszystko, z własnymi głowami włącznie, i ponosili konsekwencje złych wyborów. Dzisiaj zaś są totalnie bezodpowiedzialni. Niczego nie ryzykują. Czy zrobią dobrze, czy źle, i tak wygrywają. Nawet jeśli przegrają w walce o tron, i tak wygrywają w porównaniu do całej reszty. Te i inne refleksje sprawiają, że choć nie mogę się już doczekać następnych części Pieśni Lodu i Ognia, że choć wiem, iż pewnie jeszcze nie raz do nich powrócę, by się tą prawdziwie przebogatą opowieścią delektować, to zaczynam już tęsknić za czymś równie infantylnym jak Potop. Czymś, co przeniesie mnie w świat równie relaksujący, co nieprawdziwy. Nieprawdziwy nie sztafażem smoków i innych baśniowych gadżetów, a zakłamanym obrazem natury ludzkiej i społeczeństwa oraz moralnością black and white. Zakłamanym, ale o ile bardziej optymistycznym i akceptowalnym, niż naturalizm społeczny Martina.

Póki co, jednak, z utęsknieniem oczekuję nowych wieści z Westeros i wszystkich Was zapraszam do lektury Pieśni Lodu i Ognia, oczywiście od początku i po kolei, gdyż tego cyklu inaczej czytać nie ma sensu


Wasz Andrew


* saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)

  1. A Game of Thrones (1996) - Gra o tron (1998)
  2. A Clash of Kings (1999) - Starcie królów (2000)
  3. A Storm of Swords (2000) - Nawałnica mieczy. Stal i śnieg (2002) + Nawałnica mieczy. Krew i złoto (2002)
  4. A Feast for Crows (2005) - Uczta dla wron. Cienie śmierci (2006) + Uczta dla wron. Sieć spisków (2006)
  5. A Dance with Dragons (2011) - Taniec ze smokami. Część I (2011) + Taniec ze smokami. Część II (2012)
  6. The Winds of Winter
  7. A Dream of Spring
Pieśń Lodu i Ognia. IV Uczta dla wron. Tom 1. Cienie śmierci [George R.R. Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE