poniedziałek, 30 września 2013

Wieczór w Bizancjum



Irwin Shaw

Wieczór w Bizancjum

tytuł oryginału: Evening in Byzantium
tłumaczenie: Cecylia Wojewoda
wydawnictwo: Książnica, Katowice 1993




Irwin Shaw, właściwie Irwin Gilbert Shamforoff (1913 - 1984) – amerykański dramatopisarz, scenarzysta i autor powieści, jest jednym z bardziej znanych piór Ameryki. Trzeba naprawdę szukać dość długo, i to wśród ludzi stroniących od dobrej literatury, by spotkać kogoś, komu nie obiły się o uszy takie tytuły jak Młode lwy (Young Lions, 1948), Pogoda dla bogaczy (Rich Man, Poor Man, 1970) czy Lucy Crown 1956. Wszystkie czytałem na tyle dawno, iż nie pamiętam z nich niczego konkretnego poza jednym; wspomnieniem świetnego, klimatycznego stylu, plastyki opisów i przekonujących postaci, czyli po prostu wspaniałej lektury. Sięgając po Wieczór w Bizancjum oczekiwałem więc prawdziwej uczty czytelniczej, choć były te nadzieje niedookreślone, niesprecyzowane.

Bohater naszej powieści, Jesse Craig, producent filmowy, przyjeżdża na festiwal do Cannes. Po okresie sukcesów ostatnie kilka lat spędził na bocznym torze, wycofany i odcięty od gwałtownego pulsu branży. Jego przyjazd rodzi oczywiste spekulacje – czy szykuje się do spektakularnego powrotu? Zaczyna się kręcić wokół niego młoda dziennikarka i starzy znajomi. Poznaje też nowych. Z czym naprawdę przyjechał i co z tego wyniknie, zdradzać oczywiście nie będę.

Od pierwszych stron Shaw urzeka czytelnika spokojną, uroczą narracją. Wydarzenia bieżące stają się pretekstem do retrospekcji i choć towarzyszyć będziemy głównemu bohaterowi niezbyt długo, zdążymy poznać praktycznie całe jego dotychczasowe życie. Niestety, na sam koniec pojawia się, przynajmniej w moim wydaniu, zauważalna ilość błędów, co jest naprawdę denerwującym dysonansem. Nie wiem, czyja to wina, tłumacza czy autora, ale wygląda to tak, jakby ktoś nagle zaczął się spieszyć i zamiast pięknym końcem zwieńczyć dzieło, dolepił na chybcika trochę dziadostwa.

Gdybym miał na siłę zaszufladkować Wieczór w Bizancjum, na siłę, gdyż nie lubię przylepiać etykietek, powiedziałbym, że jest powieścią obyczajową osadzoną w realiach światka przemysłu filmowego, najprawdopodobniej w latach siedemdziesiątych. Miłośnicy gatunku na pewno odnajdą tu ulubiony klimat, ale mnie czegoś zabrakło do szczęścia. Choć odnajdziemy w lekturze wiele refleksji, z wiodącym motywem wpływu, jaki nasze decyzje, nawet te najbłahsze, mogą wywierać na ludzi nas otaczających, nawet tych, których nie zauważamy, to są to wszystko prawdy nieco już ograne, oklepane, jakieś takie tchnące starzyzną, choć oczywiście nadal prawdziwe. Brak jakiejkolwiek nowej, poruszającej wymowy, jakiegokolwiek aktualnego przesłania i nauki sprawia, że od takich arcydzieł, jak choćby Zabić drozda, dzieli Wieczór w Bizancjum przepaść. Przepaść jak między dobrym rzemiosłem, a wirtuozerią przepełnioną tchnieniem geniuszu. Przy takich porównaniach zawsze wraca do mnie pytanie – lepiej jedno dzieło, ale niedoścignione, czy kilka o różnym poziomie? Wróćmy jednak do naszej powieści. Zakończenie nie tylko skażone jest błędami warsztatowymi, ale i merytorycznymi. Postać głównego bohatera, przekonująca i tchnąca autentyzmem przez całą książkę, w końcówce traci swe walory. Podejmuje, w moim odczuciu, decyzje niespójne z nadaną jej przez pisarza konstrukcją psychiczną i, co powoduje jeszcze większy zgrzyt, z decyzjami podjętymi chwilę wcześniej.

Zadajecie więc sobie pewnie pytanie – warto sięgać po ten Wieczór, czy też nie? Tym, którzy twierdzą, iż Shaw jest nudny, odpowiem, iż im ktoś sam jest bardziej nudny, tym więcej rzeczy go nudzi. Jest to rzecz do poczytania, i to do przyjemnego poczytania, ale skoro jest tyle książek o wiele bardziej udanych i wartościowych, a życie takie krótkie, może lepiej poszukać czego innego. Nawet wymienione we wstępie powieści tego samego autora będą dla wymagających korzystniejszą alternatywą. Tym zaś, którzy oczekują, by w powieści „się działo”, którzy szukają wartkiej akcji lub momentów, lekturę zdecydowanie odradzam. W Wieczorze w Bizancjum tego nie znajdziecie


Wasz Andrew


niedziela, 29 września 2013

O wzorcach



Za wiele wydaje się praw, za mało daje się przykładów.

(Saint-Just – Wybór pism. Tłum. J. Ziemilski, B. Kulikowski)”

Ryszard Kapuściński prztoczył w reportażu Cesarz

sobota, 28 września 2013

Nie o Polsce?



A taka się już w pałacu podniosła gorączka, taka szła szarża na szkatułę, że jeśli kto nawet nie gustował w fortunach, inni go wciągali, zagrzewali i tak napierali, że i on w końcu dla spokoju i przyzwoitości też coś włożył do swojej kieszeni. Bo to się, drogi przyjacielu, jakoś tak odwróciło, że przyzwoitością było brać, a dyshonorem nie brać, że w niebraniu widziało się jakąś ułomność, jakąś ślamazarność, jakąś żałosną i godną zlitowania impotencję. A ten znowu, który miał, z taką miną chodził, jakby chciał się popisać swoim męskim przyrodzeniem i z pewności siebie powiedzieć – klękaj, babski narodzie!

Ryszard Kapuściński Cesarz

piątek, 27 września 2013

O fikcji i życiu



Bo w prawdziwym życiu nie było szczęśliwych zakończeń – w prawdziwym życiu był tylko ból i połamane kości.

ostatnie zdanie powieści Połamać kości Stuart MacBride

czwartek, 26 września 2013

Połamać kości




Stuart MacBride

Połamać kości

tytuł oryginału: Shatter the Bones
tłumaczenie: Maciej Pintara
wydawnictwo: Amber 2011

Stuart MacBride to znany i uznany, wielokrotnie nagradzany szkocki pisarz. Większa cześć jego dotychczasowego dorobku powieściowego zawiera się w dziewięciotomowym cyklu, którego głównym bohaterem jest detektyw policji, oczywiście szkockiej, sierżant Logan McRae. W Polsce wydano dotąd siedem pierwszych pozycji ciągu powieści o Loganie* i dwie, które wcześniej czytałem*, oceniam bardzo wysoko. Ponieważ dzieje McRae są ewidentnym przykładem serii, która nie wymaga poznawania w kolejności, bez oporów zabrałem się za ostatni wydany u nas tomik, gdy tylko wpadł w moje łapki, z pominięciem, na razie, poprzednich.

Ludzie uwielbiający szufladkować najczęściej wrzucają twórczość tej szkockiej sławy do thrillerów. Czemu – nie wiem. Dla mnie to ewidentne kryminały. Specyficzne, ale tym bardziej kryminały, iż dla podgatunku, który reprezentują, ukuto nawet specjalne określenie – tartan noir, czyli czarny szkocki kryminał. Jego cechami są zwykle umiejscowienie w Szkocji, stworzenie przez Szkota, minorowa aura, zarówno w sensie dosłownym jak i bardziej przenośnym, duża dawka brutalności, nie tylko, gdy mówimy o akcji, ale i o opisach, cynizm bohaterów, często wręcz antybohaterów oraz zmęczenie życiem i całym światem. Oczywiście nie zawsze występują one w tych samych proporcjach, ale by prawidłowo odbierać ten charakterystyczny typ literatury, warto pamiętać o specyfice Szkocji, również tej geograficznej. Z jednej strony, dzięki Prądowi Zatokowemu, jest cieplejsza niż regiony Skandynawii czy Rosji położone na tej samej szerokości geograficznej, z drugiej jednak jest dużo bardziej depresyjna niż inne części Europy, a zmienność pogody stała się przysłowiowa (If you don’t like the weather, wait a minute).

W Połamać kości dzielny i prawy, co nie znaczy, że wesoły i zewnętrznie sympatyczny, sierżant wdepnie w świat, który dla mnie jest bardziej odpowiedni do słowa wdepnie, niż jakikolwiek inny, czyli w świat show-biznesu. Świat, w którym ludzie w pogoni za kasą i sławą, co zresztą się jedno z drugim wiąże, sprzedają bez żadnych zahamowań i się, i każdego, kogo sprzedać zdołają, łącznie z rodziną. Są bardziej sprzedajni niż prostytutki, które oferują tylko własne i tylko ciało. Szczególnie dotyczy to najnowszych pomysłów w tym biznesie, czyli wszelkich programów poszukujących nowych gwiazd, najczęściej gwiazd w cudzysłowie. Właśnie takie bożyszcze mediów, w dodatku w tandemie, czyli matka z sześcioletnią córeczką, które wzięły udział w telewizyjnym programie wyławiającym talenty wokalne, zostały porwane dla okupu. Porywacze są nieuchwytni i okrutni, a wątpliwy zaszczyt zajęcia się tą sprawą spada na miejscową policję, czyli oczywiście i na naszego herosa nie-herosa, który i bez tego ma tyle roboty, że nie wie za co się najpierw zabrać. Jak się sprawa zakończy nie będę zdradzał, gdyż skomplikowana i nieprzewidywalna fabuła jest mocną stroną powieści, nie jedyną na szczęście.

Zachwycony poprzednimi powieściami o Loganie, początkowo czułem zawód i miałem wrażenie, iż ta książka jest zdecydowanie słabsza niż wcześniejsze. Dzięki Bogu się omyliłem, a przyczyną tej pochopnej oceny było to, że rzecz jest more noir than ever, co w połączeniu ze smętną pogodą za oknem i niekorzystnym biometem było chyba w tamtym momencie ponad moje siły. Wkrótce jednak, po raz kolejny, doceniłem stałe atuty stylu Stuarta MacBride, czyli obeznanie z realiami społecznymi, a zwłaszcza środowisk policyjnych i przestępczych, znajomość procedur, praktyki i rozbieżności między nimi, które autor potrafi po mistrzowsku rozgrywać, piękny styl idealnie dopasowany do nastroju i sytuacji, w które uwikłane są postacie. Klimat książki jego autorstwa jest nie do podrobienia. To niejako znak firmowy jego prozy, podobnie jak autentyczne aż do bólu postacie. Ten realizm obejmujący wszystkie aspekty jest zaletą tak wielką, że może stać się wadą. Dla wielbicieli kryminałków à la Ojciec Mateusz sierżan Logan może stać się wielkim wyzwaniem. Granica między tym, co byśmy woleli, a tym, co jest, między infantylnymi różowymi okularami, a ostrym spojrzeniem w sam środek ludzkiego bagna, będzie na pewno dla wielu poważną próbą. Myślę jednak, że warto ją podjąć, gdyż rzecz jest prawdziwie mocna. To wszystko może się zdarzyć w każdej chwili, a raczej zdarza się co chwila w nieskończonej liczbie wariantów. Z drugiej jednak strony proponuję nie zaczynać znajomości z MacBridem od tej powieści, a od którejś z wcześniejszych. Połamać kości to naprawdę czytelnicza głęboka woda, w dodatku mętna i cuchnąca. Dlatego właśnie prozę szkockiego pisarza polecam zdecydowanie wszystkim odważnym, którym nic co ludzkie nie jest obce


Wasz Andrew

* Cykl o Loganie McRae:

1. Chłód Granitu (Cold Granite)
2. Zamierające Światło (Dying Light)
3. Otwarte Rany (Broken Skin)
4. Dom krwi (Flesh House)
5. Ślepy zaułek (Blinde Eye)
6. Zimny pokój (Dark Blood)
7. Połamać kości (Shatter the Bones)
8. Partners in Crime (dwie krótsze historie: Bad Heir Day i Stramash)
9. Close to the Bone

Co skrywają głębiny

Okładka książki Tajemnica "San Diego" 

Tajemnica "San Diego"

Franck Goddio


Tytuł oryginału: Le Mystere Du San Diego
Tłumaczenie: Agnieszka Macoń
Wydawnictwo: MUZA S. A.
Liczba stron: 166
 
 
 
 
Archeologia często kojarzona jest przez pryzmat niesamowitych przygód doktora Henry’ego Waltona Indiany Jonesa. Za sprawą owego bohatera prastare cywilizacje wydają się ciągle żywe, zaciekle broniąc skrywanych przez siebie tajemnic za pomocą wszelakiej maści pomysłowych pułapek. Postać archeologa zlewa się z pierwiastkami awanturnika oraz poszukiwacza przygód i wiąże się z ciągłym unikaniem śmierci dosłownie o włos, rozwiązywaniem piekielnie trudnych zagadek, czy regularną walką z rabusiami, czyhającymi na zamierzchłe skarby. Z tego powodu trudno dziwić się rozczarowaniu, które towarzyszy okolicznościom, gdy śmiertelnik wychowany na etosie Indiany Jonesa przekonuje się, na czym polega i jak wygląda rzeczywista praca archeologa. Bezustanne, monotonne, nużące, żmudne, dłużące się w nieskończoność grzebanie w ziemi, zwieńczone odnalezieniem kilku glinianych skorup nie może się wydawać choćby w najmniejszym stopniu ekscytujące. Na szczęście oba obrazy to zdecydowane przejaskrawienia, a prawda jak zwykle leży gdzieś po środku. Praca archeologa to fascynujące zajęcie, ale wymagające ogromnych pokładów cierpliwości, poświęcenia i całkiem rozległej wiedzy. Przeszłość nie jest aż tak okrutna dla śmiałków, którzy chcą odkryć jej sekrety, ale często okrywa gęstym całunem milczenia całe swoje pokłady. Wiele faktów, niewygodnych chociażby dla tych, którzy daną historię tworzyli, zostaje wymazanych, część ksiąg ulega bezpowrotnemu zniszczeniu, wreszcie wiele budowli pochłania ziemia czy ocean. Kolejne tropy zostają zacierane, tak, że dotarcie do sedna zagadki staje się coraz trudniejsze, ale równocześnie daje o wiele większą satysfakcję, jeśli prowadzone badania zostaną zwieńczone sukcesem.

Jednym z ciekawszych, współczesnych archeologów jest z pewnością Francuz Franck Goddio. Urodzony w 1947 roku badacz morze oraz historię pokochał za sprawą dziadka, żeglarza oraz naukowca, Érica de Bisschopa. Antenat Francka Goddio przeżył wiele niezwykłych morskich wojaży, o których wspominał w swoich licznych książkach. Zajmując się m.in. badaniem migracji Polinezyjczyków, własnoręcznie zbudował on pirogą żaglową Kaimiloa (z maoryskiego Za dalekim horyzontem), którą odbył podróż z Hawajów do Francji. Pragnąc udowodnić swoją tezę, że mieszkańcy Ameryki mogli wywodzić się od maoryskich żeglarzy, wypłynął w kolejny rejs. Tratwą Tahiti Nui pokonał trasę pomiędzy Tahiti a Chile. Niestety zginął w drodze powrotnej, kiedy nowa tratwa, Tahiti Nui II rozbiła się o podwodną rafę. Przeżycia dziadka od najmłodszych lat rozpalały wyobraźnię Francka Goddio, który jednak nie od razu poszedł w ślady swojego przodka. Zdrowy rozsądek i przyziemne podejście do ważnych spraw nabyte za sprawą wychowania na normandzkiej wsi sprawiły, że Goddio postawił na solidne wykształcenie, które w przyszłości zapewniłoby mu środki na realizację młodzieńczych marzeń. Franck wstąpił na École Nationale de la Statistique et de l'Administration Économique, gdzie studiował statystykę oraz matematykę. Królowa wszystkich nauk pozwoliła mu piastować wiele wysokich stanowisk doradczych w różnych narodowych oraz międzynarodowych organizacjach. W latach 80’ Franck Goddio postanowił niemal zupełnie skoncentrować się na archeologii podwodnej. W 1987 roku założył on Institut Européen d'archéologie Sous-Marine (Europejski Instytut Archeologii Podwodnej). Franckowi Goddio udało namówić się do współpracy wielu prominentnych uczonych, zarówno archeologów jak i naukowców z Komisariatu Energii Atomowej (CEA), specjalizujących się m.in. w magnetometrii (badanie oraz interpretacja anomalii magnetycznych). W tym samym roku na specjalne zamówienie Goddio został zbudowany katamaran, ochrzczony na cześć jego dziadka imieniem Kaimiloa. Łódź naszpikowano masą najnowocześniejszych zdobyczy techniki, a dzięki współpracy z CEA zainstalowano na niej magnetometry o działaniu opartym na nuklearnym rezonansie magnetycznym, pozwalającym na bardzo dokładnie badanie dna morskiego.

Uzbrojony zarówno w technikę jak i wiedzę, Franck Goddio mógł w pełni oddać się swojej pasji – wydzieraniu morskim głębinom sekretów, które skrywają one w swych przepastnych trzewiach. Francuz chętnie dzieli się doświadczeniami, płynącymi z podejmowanych ekspedycji. Owocem kolejnych wypraw są liczne publikacje naukowe oraz książki popularnonaukowe, opisujące losy poszczególnych podwodnych wykopalisk. Dzięki serii Dookoła świata wydawnictwa MUZA S.A. polski czytelnik za sprawą książki Tajemnica „San Diego” może raz jeszcze przeżyć niezwykłe wydarzenie, jakim było poszukiwanie oraz eksploracja wraku hiszpańskiego galeonu, San Diego.

Od pierwszych stron znać, że Franck Goddio jest urodzonym gawędziarzem. Lekkim językiem opisuje pokrótce losy swojego dziadka, wspomina własną młodość, obrazuje czytelnikowi drogę, która doprowadziła go do obecnej pozycji, ukazując tym samym, że ciężką pracą i wytrwałością można osiągnąć niemal wszystko, czego się tylko zapragnie. Autor prezentuje również narodziny IEAMS (Europejskiego Instytutu Archeologii Podwodnej) – widzimy, że na szacunek, którym obecnie cieszy się, Goddio harował przez wiele lat, początkowo prowadząc badania niemalże na własną rękę, finansując je głównie z własnych zasobów. Z czasem przyszły sukcesy, a z nimi i współpraca z poważnymi naukowcami oraz specjalistami jak również sponsorzy. Ograniczeniami dla tego niezwykłego marzyciela zdaje się być jedynie własna wyobraźnia, która przynajmniej na razie nie pozwala Franckowi trwać w bezruchu.

W te historie dwudziestowieczne, płynnie wplatane są wątki z samego początku XVII wieku. Goddio z pasją oddaje meandry losów hiszpańskich kolonii na Filipinach, roztaczając przed czytelnikiem rozległą panoramę polityczną tych odległych o kilkaset lat czasów. Do życia powołane zostają sylwetki popularnych oraz mniej znanych żeglarzy i podróżników, którzy w swojej epoce byli pionierami wielkich odkryć geograficznych. Co najciekawsze jednak, autor z ogromną precyzją stara się odtworzyć ostatnie chwile tytułowego San Diego. Goddio wyjaśnia jak doszło do tego, że handlowy galeon hiszpańskiej marynarki został przerobiony na okręt wojenny i wziął udział w fatalnym starciu z holenderskimi korsarzami, które to zakończyło się spoczynkiem w odmętach oceanu.

Dzięki lekturze, czytelnik może przekonać się, jak wygląda od początku do końca skomplikowana operacja, jaką jest odnalezienie oraz zbadanie zatopionego statku. Goddio wraz ze współpracownikami musieli przekopać się przez tony kronik, zapisków, wspomnień oraz dokumentów, by krok po kroku wyłuskać z nich prawdę oraz wskazówki, które pomogłyby w zawężeniu obszaru poszukiwań. Okazuje się bowiem, że relacje historyczne, również te pisemne, nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością – Franck Goddio umiejętnie podważy wiarygodność relacji głównego dowódcy hiszpańskiej misji, która miała przepędzić holenderskich piratów, Antonio de Morgi. Ten znakomity prawnik oraz wysoko postawiony urzędnik w koloniach na Filipinach, w Nowej Hiszpanii oraz Peru, dzięki ogromnej determinacji oraz niezłomnemu przekonaniu o własnej wielkości wymógł dla siebie, mimo braku kompetencji, stanowisko admirała, pragnąć poprowadzić do wielkiego tryumfu floty hiszpańskiej nad holenderskimi rabusiami. Bitwa zakończyła się klopsem – w końcu San Diego zatonął, ale de Morga dzięki sprytowi oraz usuwaniu niewygodnych relacji, niezgodnych z jego własnymi, obrócił sprawę o 180 stopni. Zatem książka w znakomity sposób ukazuje również mechanizmy powstawania historii – dobitnie można skonstatować, że powiedzenie, iż piszą ją zwycięzcy nie jest żadnym banałem. Bez trudu można również dojść do wniosku, że mimo upływu czasu, rozwoju techniki, natura ludzka pozostaje niemal niezmienna – tak jak i 400 lat temu, tak i dziś dla wielu najważniejszymi wartościami w życiu są władza i pieniądze, przed utratą których bronimy się rękami i nogami, pomagając sobie przy tym drobnymi fałszerstwami czy mistyfikacjami. W dalszym ciągu wołanie maluczkich, tj. osób nie posiadających bądź majątku, bądź realnej władzy, bez problemu można zagłuszyć, pozwolić mu zaginąć pośród innych, mało znaczących szumów.

Reasumując, Tajemnica „San Diego” to bardzo ciekawa lektura, stanowiąca mieszaninę faktów oraz historycznych rekonstrukcji, wsparta charakterystyką pracy współczesnych archeologów. Franck Goddio imponuje płynnością języka, uporem w wydzieraniu przeszłości swoich sekretów, bardzo rozległą wiedzą oraz niezwykła biografią, której wybrane fragmenty przytacza. Całość, mimo, że akcja plącze się między XVII a XX wiekiem czyta się z zapartym tchem, ani przez chwilę nie odczuwając znużenia. Serdecznie polecam.

środa, 25 września 2013

O tronie



Tron dodaje godności, ale tylko przez kontrast z otaczającą go pokorą, to pokorność podwładnych stwarza potęgę tronu i nadaje jej sens, bez niej tron jest tylko dekoracją, niewygodnym fotelem o wytartym pluszu i pokrzywionych sprężynach.

Ryszard Kapuściński Cesarz

Na zdjęciu tron Napoleona w Luwrze. Zjęcie : P. Alejandro Díaz. Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.0.

wtorek, 24 września 2013

O nas



Ze względu na szybkie zmiany, jakie zachodzą w otaczającym nas świecie od chwili naszego narodzenia, my ludzie jesteśmy żyjącymi przeżytkami. Przez ostatnie 150 lat nasz świat drastycznie się zmienił. W przeciwieństwie do niego, ludzka fizjologia powstawała przez miliony lat i w ciągu 150 tysięcy lat nie zaszły w niej większe zmiany. Twoje ciało – nawet jeśli jest w świetnej kondycji – zostało stworzone w sposób umożliwiający odniesienie sukcesu w przeszłości. Ta antyczna, biologiczna maszyneria wyewoluowała w odniesieniu na wymogi świata, który już nie istnieje.

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

poniedziałek, 23 września 2013

Cesarz o cesarzu




Cesarz

Ryszard Kapuściński

Czytelnik Warszawa 1982

Wrześniową lekturą w moim zaprzyjaźnionym oddziale DKK* był Cesarz pióra Ryszarda Kapuścińskiego, zwanego nomen omen cesarzem reportażu. Dobrze się stało, gdyż gdyby nie DKK, sam raczej bym po tę książkę nie sięgnął. Nie z powodu nieznajomości autora, ale raczej z powodu zbyt dużej podaży książek wartych poznania w stosunku do ilości czasu, którym dysponuję.

Ryszard Kapuściński (1932-2007) polski reportażysta, publicysta, poeta i fotograf, całkowicie zasłużył swym dorobkiem na zaszczytny, wspomniany wyżej przydomek. O wielkości jego pióra świadczy chociażby to, że obok Stanisława Lema jest chyba najczęściej tłumaczonym na języki obce z naszych pisarzy. Niektórzy zarzucają mu, iż współpracował z tajnymi służbami PRL, ale nie miejsce tutaj na takie bzdury. Temat realiów świata demoludów jest skomplikowany, i można o nim długo, a nawet trzeba długo, jeśli nie ma być tylko propagandowym odmóżdżaniem, ale dotyczy co najwyżej oceny człowieka. Mieszanie tej problematyki z oceną twórczości jest, delikatnie mówiąc, infantylne. To tak, jakby oceniać doskonałość konstrukcji samochodu czy piękno rzeźby przez pryzmat poglądów politycznych ich twórcy. Jest to co najmniej nielogiczne. Albo konstrukcja jest udana, albo nie. Albo rzeźba zachwyca, albo nie. Podobnie z literaturą.

Do Cesarza podszedłem niczym tabula rasa. Nie pamiętając już nawet co i kiedy było moim ostatnim czytelniczym spotkaniem z Kapuścińskim, bez dowiadywania się, o kogo chodzi w tej książce; kim jest tytułowy Cesarz i jakie zebrała ona po pierwszej publikacji (1978) recenzje. Potem, po skończonej lekturze, doczytałem, iż właśnie ten reportaż, bo to jednak reportaż, choć unikalny w formie, pozwolił Ryszardowi Kapuścińskiemu zabłysnąć w literaturze faktu na skalę międzynarodową; był to jego pierwszy naprawdę wielki sukces doceniony już przez współczesnych. To jednak tylko taka dygresja. Wróćmy do początku.

Od pierwszych stron dowiadujemy się wszystkiego; Cesarz to Haile Selassie I, władca Etiopii w latach 1930 – 1974 (zm. w 1975). Historia, o jakiej książka opowiada, to specyfika jego panowania ze szczególnym naciskiem na okres ostatni i czas upadku (w wyniku prokomunistycznego puczu wojskowego kierowanego przez Mengystu Hajle Marjama). Temat teoretycznie ciężki, jednak od samego początku poznać pióro Mistrza. Rzecz, która w innym wydaniu byłaby przygnębiająca, czyta się lekko, niczym komedię, groteskę lub bajkę. Gdyby zmienić nazwiska, nazwy i daty, równie dobrze mogłaby to być powieść science fiction, baśń lub klasyczna tragedia, antyutopia czy cokolwiek innego. Kapuściński ubrał całość w formę zbioru luźnych opowieści; wspomnień osób z personelu nieistniejącego już Pałacu, połączonych ze sobą tylko osobami dwóch cesarzy. Cesarza bohatera tych przypowieści, czasami nieledwie anegdot, oraz cesarza reportażu, który ich wysłuchał i zapisał słowa o świecie, który przeminął. Zapisał pięknie, miejscami wierszowaną prozą, pięknym zaiste stylem. Niektórym ten język wydaje się sztuczny, ale w moim odczuciu ten zabieg, celowy i przemyślany, dodaje autentyzmu. Wspominają o tym zresztą ci, którzy wypełnili książkę treścią, czyli niedobitki minionego ustroju, którzy cudem uniknęli więzienia i śmierci podczas politycznej zmiany warty. W swych opowieściach niejednokrotnie wspominają, iż Pałac wywoływał natychmiastową zmianę w zachowaniu, wyglądzie, a pewnie i wysławianiu się osoby, która doń wstępowała. Uważny obserwator widzi to i w naszych czasach, i w naszych realiach. Księdza czy polityka z niektórych kręgów można bez pudła poznać po sposobie mówienia, po rytmie i intonacji, po melodii jego języka i specyficznych formach, których używa. To właśnie, oddanie klimatu i, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, piętna kultury korporacyjnej, , udało Kapuścińskiemu udało się po mistrzowsku.

Cesarstwo Haile Selassie upadło. Przeminęły i rządy tych, którzy mu władzę odebrali. Ustrój, w którym żył i tworzył Kapuściński też już nie istnieje. Wszystko przemija, a książka ta budzi w czytelniku nie mniej żywy odzew niż w roku 1978. Dlaczego?

Cesarz to opowieść o władzy. Wydawać się nam może groteskowy, jego świat okrutny, a rozstrzygnięcia decydentów idiotyczne. Do czasu jednak, aż spojrzymy dookoła i skonstatujemy, iż biorąc pod uwagę nasze realia, położenie geograficzne, uwarunkowania historyczne i ekonomiczne, być może jesteśmy świadkami i uczestnikami jeszcze większej degrengolady niż ta, która poprzedziła upadek Cesarstwa Etiopii. Łatwo zobaczyć, że mechanizmy sprawowania władzy pokazane w Cesarzu, niczym w krzywym zwierciadle, są ponadczasowe, podobnie jak obojętność tych na górze wobec problemów tych na dole. To samo było w Cesarstwie Rzymskim, to samo w IVRP. Oczywiście entourage się zmienia, ale szkielet i maszyneria, która wprawia go w ruch, pozostają wciąż, od tysiącleci, te same. Nie zmienił tego ani Jezus, ani Stalin. Nie dała temu rady żadna rewolucja. Jedyna szansa być może w ewolucji, w czymś na wzór szwedzki, ale jak mawiał Lenin, warunkiem tej drogi jest bogactwo, więc dla większości jest zamknięta. I choć Kapuściński tak daleko nie sięga, a może właśnie dlatego, że powstrzymuje się od wszelkich ocen i komentarzy pozwalając opowiadać swym rozmówcom tak, jak oni wszystko widzą lub chcą widzieć, książka absolutnie się nie zestarzała. Wręcz przeciwnie. Każda mijająca epoka, która tak naprawdę niczego nie zmieniła z wyjątkiem zmiany lukru na wielkim torcie zwanym władzą, dodaje Cesarzowi nowej aktualności i większej autentyczności. Jest to też opowieść o istocie natury ludzkiej, którą dużo trudniej zmienić na lepsze niż ustrój, o tym co przemija, i o tym, co zmienić jest prawie niemożliwym. Książka, która każdemu daje do myślenia i która nikogo nie pozostawi bez reakcji. I choć refleksje na pewno są różne, a może właśnie dlatego

absolutnie i zdecydowanie polecam


Wasz Andrew




* Dyskusyjny Klub Książki

niedziela, 22 września 2013

O czasie i życiu




Czas to moneta twojego życia. To jedyna moneta, jaką masz, i tylko ty możesz zdecydować, w jaki sposób ma być wydana. Nie pozwól, by wydali ją za ciebie inni ludzie.

François Rabelais (1494-1553)”

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

sobota, 21 września 2013

O tabu w psychologii




Odkryłem, że znaczna część psychologii umyślnie zamyka oczy na skutki, jakie płyną z przekonań dotyczących dalekiej przyszłości z uwagi na fakt, że takie przekonania bywają ściśle powiązane z religijnością, urastającą do rangi tematu tabu w głównym nurcie psychologii.


Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

piątek, 20 września 2013

O śmierci



Śmierć jest końcem życia. Zaprzeczenie śmierci to odmowa uznania, że czas dobiegnie końca. Jeśli zaprzeczasz końcowi czasu, to jest wysoce prawdopodobne, że będziesz traktował czas zupełnie inaczej, niż gdybyś uważał, że jest deficytowy, a jego trwanie ograniczone. Jeśli wyobrażasz sobie swoje życie jako nieskończone, to nie będziesz gotowy do tego, by cenić czas jako bardziej wartościowy niż złoto, za to chętniej będziesz traktował go jak zwyczajne ziarnka piasku na plaży. Paradoksalnie, choć zaprzeczanie śmierci może - uwalniać od niepokoju i stresu psychologicznego, jednocześnie może cię doprowadzić do dewaluowania życia, co sprawi, że będziesz żył mniej pełnie.

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

środa, 18 września 2013

Senny koszmar

Okładka książki Długi sen 

Długi Sen

Richard Wright


Tytuł oryginału: The Long Dream
Tłumaczenie: Zofia Klinger, Krzysztof Klinger
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 666






Pisarska dola rzadko kiedy usłana jest samymi tylko różami. Kariera związana z piórem w niektórych przypadkach rozwija się płynnie i statecznie, w innych zaś gwałtownie eksploduje, by na krótko zabłysnąć i zapaść się z powrotem w kłęby nicości. Świat idzie do przodu, rodzą się kolejni ludzie, spośród których część postanawia zostać literatami, ale jedynie garstka z nich będzie pamiętana po własnej śmierci. Ale nawet Ci, którym udało się na stałe zapisać w annałach literatury, nie zawsze zostają w pełni docenieni. Ogromną bolączką, która trapi wielu pisarzy jest tendencja, by ich twórczość postrzegać wyłącznie przez pryzmat największego dzieła. Jedna jedyna książka, uchodząca za ich szczytowe osiągnięcie decyduje o sukcesie, ale równocześnie zasnuwa swoim blaskiem pozostałe prace, skazując je na widmo niepamięci. Przez wielu Umberto Eco kojarzony jest tylko za sprawą Imienia róży, a przecież choćby Wahadło Foucaulta to również powieść niczego sobie. Rzadko który czytelnik potrafi wymienić inną pozycję Bułhakowa niż sławetną lekturę Mistrza i Małgorzaty, a warto zapoznać się np. z Białą gwardią, znakomicie oddającą nastrój rewolucji w Kijowie, o którego walki prowadzili bolszewicy z armią Pelury. Wreszcie Joyce to przede wszystkim Ulisses, chociaż wg mnie znajomość z prozą Irlandczyka lepiej rozpocząć od zdecydowanie lżejszych gatunkowo Dublińczyków. Podobna przypadłość spotkała Richarda Wrighta, amerykańskiego literata, nieco słabiej kojarzonego w naszym kraju, którego twórczość zawężana jest najczęściej do wybitnego Syna swego kraju. Po lekturze tej powieści obiecałem sobie, że sięgnę jeszcze po inne dzieło Wrighta, by naocznie przekonać się, czy deprecjonowanie pozostałych książek pisarza na rzecz Syna swego kraju jest uzasadnione. Trudno było mi uwierzyć, że tak bystry i inteligentny pisarz potrafił spłodzić tylko jedno dzieło godne uwagi. Goszcząc w miejskiej bibliotece natknąłem się na Długi sen, książkę z 1958 roku, spłodzoną zatem już we Francji, 18 lat po napisaniu Syna swego kraju.

Richard Wright, urodzony w 1908 roku w stanie Missisipi, a więc w samym sercu Południa, słynącego z głębokiego rasizmu, uchodzi za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli prozy murzyńskiej. Wright, mimo braków w wykształceniu, które nadrabiał na własną rękę, zdołał uzyskać posadę dziennikarza w 1934 roku, po przenosinach na Północ, do Chicago. Trzy lata później zadebiutował jako pisarz, a w 1947 roku, pozbawiony złudzeń co do własnej ojczyzny, opuścił USA i przeniósł się do Paryża. Krótką biografię Wrighta przedstawiłem przy okazji omawiania Syna swego kraju. Teraz tylko pokrótce ją przypomniałem, ponieważ odgrywa ona bardzo dużą rolę w kontekście jego twórczości. Wright, murzyn urodzony na początku XX wieku w Missisipi to człowiek, który na własnej skórze odczuł niesprawiedliwość rasową, znający problem rasizmu z własnego doświadczenia. Upust złości, wywołanej nierównym traktowaniem oraz niesłuszną segregacją ze względu na kolor skóry, dał w swoich książkach, obracających się wokół tematu dyskryminacji czarnej mniejszości w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Bohaterem Długiego snu, podobnie jak i Syna swego kraju jest młody, czarnoskóry chłopak. Rex Ryba Tucker jest synem Tyree’a Tuckera, przedsiębiorcy pogrzebowego. Czytelnik śledzi losy Ryby przez cały okres jego dojrzewania, aż do osiągnięcia pełnoletności. Młody Tucker, podobnie jak i wszyscy Murzyni z Clintonville, zamieszkuje Czarną Dzielnicę. Białych zna tylko z opowieści kolegów oraz z przestróg ojca, by odnosić się do nich z szacunkiem. Na obszary zamieszkałe przez białych nigdy się nie zapuszcza, instynktownie czując, że nie byłby tam pożądanym gościem. W miarę dorastania, przed Rybą odmalowuje się świat, który tylko na pierwszy rzut oka wydawał się prosty i zrozumiały. Pogardliwe traktowanie ze strony przypadkowo spotkanych białych, przekonywanie starszego kolegi, że murzyni to obywatele drugiej kategorii, czy wreszcie lincz na czarnoskórym młodzieńcu, który spotykał się z białą kobietą, boleśnie ukazują jak skomplikowana jest otaczająca rzeczywistość. W innym świetle zaczyna prezentować się również ojciec, który jako właściciel wielu domów czynszowych oraz burdeli, okazuje się jednym z najbardziej wpływowych czarnych w mieście. Spotkania z kochanką oraz wzbudzająca u Ryby przerażenie i wstyd służalczość w kontaktach z białymi odsłaniają przed synem prawdziwy obraz Tyree’a Tuckera.

Pierwszym nauczycielem Ryby, który stara się uzmysłowić, jak bardzo niesprawiedliwe jest społeczeństwo, w którym obaj egzystują, jest Sam, o kilka lat starszy przyjaciel z podwórka. Jego ojciec walczy o równouprawnienie murzynów, a syn przejmuje poglądy rodziciela, które głosi wśród znajomych. Sam wyłuszcza przed Rybą choćby kwestie przynależności czarnej mniejszości w USA – czy powinni czuć się oni prawowitymi obywateli Ameryki Północnej, czy też są to po prostu potomkowie niewolników, a więc Afrykańczycy, siłą wyrwani z własnej ziemi, na którą powinni wrócić? Okazuje się, że murzyn nie jest ani Amerykaninem, bowiem odbiera mu się pełnię obywatelskich praw i swobód, ani Afrykańczykiem – Czarny Ląd opuścili jego przodkowie, pod przymusem, a nierzadko siłą, a współczesny potomek nie zna niemal wcale ani historii, ani kultury wspólnoty afrykańskiej, z jakiej się wywodzi. Sam, gniewnie oskarżając swoich kolegów o ignorancję problemu, stara się ich przekonać, że jako czarni są nikim – egzystują w próżni pomiędzy niewolniczymi korzeniami swoich przodków, a współczesnym rasizmem i ostracyzmem, wykluczeni poza społeczny nawias. Poruszają się środkami komunikacji publicznej z wydzielonym miejscem dla czarnych. Jadają w restauracjach dla czarnych. Uczęszczają do szkół dla czarnych. Wreszcie już po śmierci trafiają do zakładów pogrzebowych, również dla czarnych, by spocząć na cmentarzu dla czarnych. Granice ich bytności są starannie wydzielone – jasno określona jest linia, której absolutnie nie wolno przekroczyć – świat czarnych nie może wchodzić w głębsze relacje ze światem białych, powinien zostać od niego starannie odseparowany. Wśród powszechnego morza niechęci oraz uprzedzeń pozostają niewielkie enklawy czarnych, których życie przypomina bardziej wegetację. To smutna proza kolejnych dni i braku zasadności snucia marzeń na temat poprawy własnego losu. Możliwość zmian skutecznie blokuje cywilizacjach białych, nienawidzona za doznane krzywdy, a równocześnie podziwiana za nieosiągalne zdobycze i luksusy.

Swoistym symbolem, który jasno i wyraźnie unaocznia traktowanie czarnych przez białych jest biała kobieta. Rasistowski patriarchat traktuje instrumentalnie białe przedstawicielki płci żeńskiej, wykorzystując je często jako pretekst do wywoływania zamieszek, które cichną dopiero w momencie zlinczowania murzyna, oskarżonego o niemoralne kontakty z białą damą. Podniesienie oczu na białą, która w społeczeństwie amerykańskich również nie posiada jeszcze pełni praw, traktowane jest jako zbrodnia najcięższego kalibru, jaką tylko może popełnić czarny mężczyzna. Biała kobieta staje się więc wyłącznie lalką, za dotknięcie której grożą surowe konsekwencje. Z jednej strony redukowana jest ona do roli nietykalnego przedmiotu, z drugiej zaś nienawidzona jako swoiste przekleństwo, fatum, z którym wszelkie kontakty wiążą się z karą okrutnej, poprzedzoną torturami śmierci. Widać więc wyraźnie, że ubezwłasnowolnione zostały również białe kobiety, którym stanowczo zabrania się wchodzić w jakiekolwiek interakcje z czarnymi mężczyznami – wtłacza się je w role świętych krów, posągów, uosabiających czystość i cnotę, które jednak nie mają nic do powiedzenia w kwestii własnej uczuciowości. Dla czarnych natomiast symbolizują one pokusę, otuloną w ryzyko ceremonialnego linczu.

Najważniejszym nauczycielem Ryby zostaje jego ojciec Tyree. Początkowo chłopak nie może zaakceptować roli, w jaką wciela się rodziciel, kiedy przychodzi do kontaktów z białymi. Służalcza postawa, tępy uśmiech, wzrok spuszczony w podłogę, przygarbione plecy połączone z potulnym potakiwaniem oraz milczeniem, gdy nie jest się proszonym o zdanie wywołują u Ryby poczucie piekącego zaciekle wstydu. Młodzieniec doskonale zdaje sobie sprawę z pobudek, które każą ojcowi zachowywać się w ten sposób, ale mimo to nie potrafi zaakceptować Tyree’ego płaszczącego się przed białymi ludźmi, z którymi załatwia swoje szemrane interesy. Z czasem jednak Ryba dostrzega korzyści, płynące z trudnej, wymagającej poniżenia współpracy z białymi. Ale szybkie pieniądze, płynące z czynszów oraz burdeli unaoczniają jednocześnie nędzę czarnej społeczności. Nędzę, którą bezlitośnie pogłębia Tyree. Jako właściciel kamienic czynszowych zdziera wygórowane opłaty ze swoich lokatorów, nie okazując im cienia litości. Pieniądze albo bruk – wybór jest prosty. Wpływy pochodzące z domów publicznych, w których często pracując młode, czarnoskóre kobiety, nie potrafiące zarobić na życie w innych sposób, również budzą moralne wątpliwości. Cały interes kręci się dzięki białemu komendantowi policji, panu Cantleyowi, który jest uosobieniem białego diabła z Południa. To rasista z krwi i kości, który czarnych traktuje jako zwierzęta – z najsprytniejszym z nich, Tyree’m Tuckerem załatwia interesy, pobierając połowę doli, uzyskanej z nielegalnej działalności. Do momentu, gdy wszystko kręci się tak jak należy, ojciec ryby pozostaje starym, dobrym Tyree’m. Jednak, gdy tylko grunt zaczyna palić się pod nogami i machlojki Cantleya mogą ujrzeć światło dzienne, Tyree staje się zwykłym czarnuchem, który powinien mieć głowę na karku, jeśli nie chce jej stracić. Cantley nie rozumie i absolutnie nie stara się zrozumieć postępowania czarnych, bowiem nie potrafi dostrzec w nich człowieka. Stara mierzyć ich zamiary różnorakimi wzorcami, a zapomina o tym najprostszym – czysto ludzkim. Z tego powodu czarni, którzy przecież przytakują mu gorliwie, że równość rasowa to kompletna bzdura, o jakiej wcale nie marzą, stanowią dla niego zagadkę, a przez to i zagrożenie.

Richard Wright dobitnie pokazuje, że czarni mimo zniesienia niewolnictwa, w dalszym ciągu nie byli pełnoprawnymi obywateli USA. Segregacja rasowa w miejscach publicznych, dzielnice przeznaczone dla kolorowych to tylko wierzchołek góry lodowej. Kiedy Tyree trafia do więzienia, okazuje się, że na jego procesie sędzią będzie człowiek, który należy do Ku Klux Klanu. Wymiar sprawiedliwości jest więc pustym frazesem. Sędzią, a więc funkcjonariuszem publicznym, który powinien pozostawać bezstronny, jest człowiek, który z racji wyznawanego światopoglądu, nie może podejmować obiektywnych wyroków w przypadku czarnoskórych obywateli. Przecież dla niego czarny jest już winny z racji posiadanego koloru skóry! Zatem w przypadku kolorowych, pojęcie prawa, czy sprawiedliwości jako wartości immanentnych, występujących a priori nie występuje. Murzyni według własnego mniemania mogą jedynie w miarę możliwości finansowych owe wartości nabyć za odpowiednią kwotę od białej rasy panów. Ale niesprawiedliwość przejawia się już znaczenie wcześniej, w znacznie błahszych kwestiach. W Clintonville wszyscy płacą podatki, bez względu na rasę, ale służby sprzątające ograniczają swoją działalność wyłącznie do białych dzielnic. Zatem czarni skazywani już na starcie. Brak środków publicznych, by utrzymywać czystość, dotować szkoły, czy kulturę z miejsca stawiają białych w uprzywilejowanej pozycji, pogłębiając tylko nierówności. Świat białych jest niczym zakazany owoc – świeci fałszywym blaskiem, obiecując dostatek i szczęście. Czarne dzielnice kojarzone są natomiast wyłącznie z brudem i ubóstwem. Stąd wielu młodych czarnych, obok nienawiści do białych, żywi również głęboką urazę do swoich ziomków – za to, że są tak słabi i bezwolni. Biali, wszechwładni niczym Bóg, tyle, że o wiele mniej miłosierni, doprowadzają czarną mniejszość do stanu apatii – murzyni, znużeni i zależni od białej łaski, pozbawieni życiowego celu, wykazują zawężony wachlarz reakcji emocjonalnych, ograniczających się najczęściej do płciowości, religii oraz alkoholu.

Długi sen, będący niekończącym się koszmarem, z którego nie może uwolnić się Ryba, to wspaniała i przejmująca powieść Richarda Wrighta. Chociaż przyznać trzeba, że jej lektura jest bardzo gorzka – trafnie prezentuje ona, jak spaczone, obrzydliwe i lepkie od fałszu były również wzajemne relacje pomiędzy czarnymi. Murzyni wykorzystujący swoich współplemieńców, płaszczący się przed białymi, z którymi łączył ich biznes, próbujący za wszelką cenę uszczknąć swoją dolę, żarliwie zapewniający, że nie w głowie im podobne głupoty jak równość społeczna, czy sprawiedliwe traktowanie to bolesny obraz tego, jak nisko może upaść człowiek, jeśli tylko dostarczyć odpowiednią ilość negatywnych bodźców ze środowiska. Przerażająca jest również samodyscyplina czarnych, którzy nawet przy utyskiwaniu na komunistów, wcielonych diabłów, których winno się z miejsca eliminować, zastrzegają, że oczywiście nigdy nie ośmieliliby się choćby tknąć białego czerwonego. Strach przed posiadaczami jasnego koloru skóry, mylony często z szacunkiem, determinuje niemal każdy krok czarnego człowieka.

Richard Wright w swojej ostatniej powieści, napisanej 2 lata przed śmiercią poruszył bardzo ważną kwestię, której próżno szukać w Synu swego kraju. Wright dobitnie prezentuje czytelnikowi fakt, że status ofiary, nie zwalnia czarnoskórych obywateli USA z obowiązków moralnych. Mimo, że w większości to biali ludzie odpowiadają za ucisk oraz niesprawiedliwość mniejszości, to jednak w niczym nie tłumaczy to bezwzględnego postępowania murzynów, którzy przy sprzyjającej okazji traktowali swoich ziomków dokładnie tak jak biali. Środowisko, w których dochodzi do takich patologii to dzieło białych, ale prawdziwy człowiek, zdający sobie w pełni sprawę z istoty człowieczeństwa, nigdy nie powinien wykorzystywać swojej uprzywilejowanej pozycji społecznej, by gnębić, czy wykorzystywać innych. Widać tu wyraźną zmianę myślenia zaprezentowanego w Synu swego kraju. Tam czarny chłopiec, sprawca zbrodni zaprezentowany został wyłącznie jako ofiara systemu, stworzonego przez białych oprawców, który nie powinien ponosić konsekwencji popełnianych czynów. Ryba potrafi dostrzec błędy w takim myśleniu i w końcu się go wyrzec i na tym polega wielkość bohatera oraz książki Wrighta.

Reasumując, uważam, że zdecydowanie niesłusznie Richard Wright kojarzony jest głównie za sprawą powieści Syn swego kraju. Długi sen, to książka podejmująca podobną tematykę, tyle, że zaprezentowano w niej dojrzalszy punkt widzenia na sprawy rasizmu. Wydaje się, że Richard Wright celowo uczynił młodego, dorastającego chłopca głównym bohaterem swojej powieści. Dopiero wkracza on w świat, który posiada niedostrzegalne dotąd kurtyny oraz bariery. Społeczność białych to swoiste terra incognita, jedynie mgliste skojarzenia i niedopowiedziane historie. Chłopiec, którego aparat poznawczy oraz zmysły obserwacji zaczynają działać coraz sprawniej, poznaje białych, traktowanych dotychczas jako temat tabu. Razem z Rybibrzuchem czytelnik wkracza na niebezpieczne terytorium, gdzie prowadzona jest bezlitosna walka na śmierć i życie pomiędzy obiema rasami.

Kontrola czasu



„Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość
Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość.

George Orwell, Slogan partyjny z Ministerstwa Prawdy, Rok 1984

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

poniedziałek, 16 września 2013

O pedofilii w dawnej Szwecji




… Ylva zaś rada była temu, że się zatrzymał dłużej, lubiła go bowiem i chętnie widziała gościem w swoim domu. Ponadto zaś spostrzegła, że oczy jego coraz to zatrzymują się na Ludmile, która skończyła lat piętnaście i była już zupełnie dorosłą dziewczyną

Frans Gunnar Bengtsson Rudy Orm



Ylva - matka Ludmiły. Nienazwany absztyfikant - podstarzały kumpel ojca. I to tyle na temat arbitralnego, urzędniczego, określenia co jest, a co nie jest pedofilią, przez powiązanie tego z datami w dowodzie.

niedziela, 15 września 2013

Saga o Rudzielcu


Frans Gunnar Bengtsson

Rudy Orm

(tytuł oryginału: Röde Orm)
tłumaczenie: Zygmunt Łanowski
Nasza Księgarnia Warszawa 1961



W ramach oddechu po nieco pesymistycznych przemyśleniach na temat naszej polskiej rzeczywistości wynikających z lektury Efektu Lucyfera i Paradoksu czasu postanowiłem powrócić do kolejnej z lektur jeśli nie dzieciństwa, to jednak na pewno odległych czasów. Właśnie udało mi się po okazyjnej cenie zakupić dobre, stare wydanie Rudego Orma i wybór padł właśnie na niego. Ta powieść szwedzkiego pisarza, poety i biografa Fransa Gunnara Bengtssona (1894-1954) jest zdecydowanie najbardziej znaną częścią jego dorobku, żeby nie powiedzieć jedyną znaną, przynajmniej w Polsce. Swego czasu była chyba najbardziej popularną powieścią nie tylko w Szwecji, ale i w całej Skandynawii. Opowieść o Rudym Ormie, napisana w kanonie nordyckiej sagi, skutecznie konkurowała nawet z wydaną pokolenie wcześniej Krystyną córką Lavransa pióra noblistki Sigrid Undset, ale u nas nigdy jakoś specjalnie się nie przebiła.

Rozpoczynając lekturę książki, którą już drzewiej czytałem, i z której nie pamiętałem kompletnie niczego poza tym, że kiedyś mi się spodobała, zastanawiałem się, jak odbiorę ją dzisiaj. Na szczęście się obroniła, choć inaczej niż myślałem, ale o tym potem.

Powieść jest dość sporą porcją literek; 525 stron wypełnionych głównie tekstem i nielicznymi stylizowanymi na epokę rysunkami. Jak łatwo się domyślić, głównym bohaterem powieści w manierze na skandynawską sagę jest Orm Tostesson zwany Rudym Ormem, a w późniejszych latach swego życia Ormem Bywałym, wiking ze Skanii (dzisiejsza Szwecja). Opowieść rozpoczyna się od przyjścia na świat postaci tytułowej i toczy się na przełomie wieków X i XI. Zgodnie z regułami gatunku, Orm szybko okazuje się osobą nietuzinkową. Niedługo trzeba czekać, by porwał go wir niezwykłych przygód, które rzucały nim aż na krańce ówczesnego świata i szybko przyniosły mu sławę prawdziwego hövdinga, czyli wodza, wojownika, żeglarza i mędrca. Oczywiście będzie też wielka miłość, przeciwności losu, poszukiwanie skarbu i inne atrakcje. Jak się skończy droga życiowa naszego herosa nie będę zdradzał.

Akcja powieści przypada na czasy burzliwe, na starcie wkraczającego do północnej Europy chrześcijaństwa ze starymi wierzeniami i obyczajami, na łupieżcze wyprawy stanowiące stały element życia wielu Skandynawów, taki sam jak żniwa czy siew. Fabuła jest wielowątkowa z wyraźnie dominującym tematem Rudego Orma. Intryga nie jest specjalnie skomplikowana, jednak wyraźne zwroty akcji i dobre tempo są dużymi walorami, podobnie jak zaskakujące interakcje wątków pobocznych, związanych z postaci drugoplanowymi, z dziejami Orma stanowiącymi oś całości. Rzecz czyta się przyjemnie. Choć nie porywa heroizmem jak Krzyżowcy Jana Guillou, ani nie dotyka głębi tkliwych kobiecych serc, jak wspomniana Córka Lavransa, to mając w sobie coś z bajki dla dzieci i z baśni dla dorosłych sprawia, iż nawet takie ówczesne uciechy jak ucinanie głów, rozpruwanie brzuchów czy brutalne gwałty nie budzą ani niesmaku, ani strachu, ani wielkich emocji. Jest to po prostu bajka napisana z takim wyczuciem, iż może ją czytać każdy, od nieco tylko podrośniętych dzieci, do dziecinniejących staruszków.

Nie bez kozery przywołałem tu i Krzyżowców, i Krystynę. Pierwsza jest dla mnie symbolem idealnej wersji męskiej sagi, z dużą wagą przyłożoną do tła politycznego, społecznego, moralnego i innych „męskich” spraw, o militariach nie wspominając, druga zaś jest odwrotną stroną medalu, czyli opowieścią koncentrującą się na wewnętrznych przeżyciach, westchnieniach, dylematach moralnych i innych „babskich sprawach”. Choć obie są pełne wojen i wielkiej miłości, to w pierwszej nie znajdziemy skomplikowanych sytuacji damsko-męskich, a w drugiej z kolei scen batalistycznych będących ważkim elementem pierwszej. Istotny jest też czas powstania. W pierwszej, która powstała współcześnie, znajdziemy charakterystyczny rys dzisiejszej literatury skandynawskiej – moralizm społeczny, którego przemycanie we wszelkich gatunkach, z kryminałem włącznie, stało się chyba wyznacznikiem literatury regionu, natomiast w drugiej, która powstała jeszcze przed Rudym Ormem, absolutnie tego brak.

Powieść Bengtssona plasuje się pomiędzy wspomnianymi wyżej, lustrzano podobnymi dziełami. Podobnie jak saga Undset całkowicie jest pozbawiona morału, przesłania, czy podkreślania problemów społecznych, choć uważny czytelnik może zauważy, że niewiele warty jest świat i czasy, w których szczęśliwy i bogaty może być tylko ten, kto jest od innych silniejszy, okrutniejszy i bardziej bezwzględny, gdzie silni przyjaźnią się tylko z silnymi, a biedny i słaby nigdzie nie znajdzie pomocy ani ochrony. To jednak na pewno nie wynika z samej powieści, a raczej z odniesienia wrażeń z tej lektury do innych dzieł i do realiów innej rzeczywistości. Z kolei do Krzyżowców zbliża się Orm dynamicznym i plastycznym oddaniem bitew, wypraw, czyli tego, co tygrysy lubią najbardziej oraz płytkim potraktowaniem spraw uczuciowych i wewnętrznego życia postaci. Jak więc w oczach dzisiejszego czytelnika, w porównaniu do dwóch prawdziwych dzieł w tym samym gatunku, wypada Rudy Orm?

No cóż - wyraźnie słabiej, gdyż nie porwie mężczyzn, ani nie wzruszy kobiet. To jednak konkurencja z dziełami niezwykle udanymi, choć każde z nich jest wspaniałe na inny sposób. Zaletą powieści Fransa Gunnara Bengtssona jest jednak to, że broni się doskonale mimo upływu czasu i dzisiejszy odbiorca ma z niej chyba dokładnie taką samą radość, jak ten, który czytał pierwsze wydanie w 1941* roku. Swobodna rozrywka, bez głębszych refleksji, bez łez, bez patriotycznych czy religijnych frazesów. Wszystko doprawione specyficznym humorem dopasowanym do gatunku, epoki i bohaterów. Rzecz absolutnie do poczytania, i to do miłego poczytania. Zwłaszcza jako przerywnik między mądrymi lekturami , ambitnymi dziełami i odpoczynek od naszych, nieporównanie bardziej skomplikowanych, choć raczej nie gorszych, czasów. Aż dziw, że poza jakąś skandynawską produkcją, która w Polsce chyba nigdy nie zagościła, Rudy Orm nie doczekał się ekranizacji. Jako łatwiejszy scenograficznie, z racji innych realiów historycznych, niż Krzyżowcy, mógłby stać się wielkim hitem, gdyby zrealizowano go na Holywoodzką modłę, i to zarówno w wersji soft, jak i hard, zależnie od tego, czy okrucieństwa epoki ukazano by mniej, czy bardziej dosadnie.

Zdecydowanie polecam i zachęcam do poznania dziejów sympatycznego rudzielca i jego bliskich

Wasz Andrew

* Pierwsze wydanie było dwutomowe. Drugi tom miał premierę w 1945 roku.

sobota, 14 września 2013

O znaczeniu dnia dzisiejszego



To, jak spędzasz dzień dzisiejszy, ostatecznie określa zarówno twoją przeszłość, jak i przyszłość .

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

piątek, 13 września 2013

O altruizmie i paradoksach czasu



…ludzie zorientowani na przyszłość mają największe szanse na odniesienie sukcesu, natomiast prawdopodobieństwo, że pomogą osobie w potrzebie, jest w ich przypadku najmniejsze. Paradoksalnie, ludzie, którzy mają największe możliwości pomagania, są jednocześnie najmniej gotowi, by je wykorzystać. Przeciwieństwem są osoby nastawione na teraźniejszość, które mają mniejsze szanse na sukces, ale są bardziej gotowe pomagać innym.

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

czwartek, 12 września 2013

Sposób na



Humor z rana....

- Ktoś mi ukradł rower - skarży się pastorowi ksiądz.
- Wiem jak go możesz odzyskać. Jutro w czasie mszy wymień dziesięć przykazań, kiedy dojdziesz do „nie kradnij” jeden z parafian na pewno się zaczerwieni.
Kiedy w poniedziałek pastor spotkał się z księdzem, spytał:- Czy wyjaśniła się sprawa z rowerem?
- Tak, zrobiłem jak mi poradziłeś, a kiedy doszedłem do „nie cudzołóż”, przypomniałem sobie, gdzie go postawiłem...

środa, 11 września 2013

Względność wg Einsteina



Kiedy mężczyzna siedzi przez godzinę z ładną dziewczyną, wydaje mu się, że była to minuta. Ale niechby posiedział przez minutę na rozgrzanym piecu, a wyda mu się to dłuższe niż jakakolwiek godzina. I to jest właśnie względność.

Einstein

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

wtorek, 10 września 2013

Inne teksty

Okładka książki Mgnienie ekranu 

Mgnienie ekranu

Terry Pratchett

Tytuł oryginału: A Blink of the Screen
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 312
 
 
 
 
Terry Pratchett to synonim literackiego sukcesu. To autor, w przypadku którego śmiało możemy posługiwać się sloganem, że jest równie znany, co lubiany (niekoniecznie przez wszystkich, ale na pewno przez ogromną rzeszę ludzi). 50 milionów książek, które przetłumaczono już na 33 języki jasno i wyraźnie mówią o skali zjawiska, tj. czytelniczego szału, jakie zapanował na jego dzieła. Nie od razu jednak Rzym zbudowano. Sir Terence David John Pratchett przyszedł na świat w roku 1948. Od najmłodszych lat jego pasją była astronomia – ale z miłością do gwiazd nie współgrało uczucie do matematyki, dlatego młody Terry musiał porzucić swoje nadzieję na zostanie astronomem. Oczywiście dzisiaj nikt nie żałuje tego, że Pratchett nie posiada talentu matematycznego, bo dzięki temu literatura zyskała genialnego twórcę. Terry pierwsze inklinacje pisarskie zaczął wykazywać już w wieku 13 lat, gdy opowiadaniem Piekielny interes zadebiutował na łamach gazetki szkolnej. Dwa lata później tekst ukazał się także w czasopiśmie Science Fantasy. Jak na przyszłego literata przystało, Terry Pratchett całe honorarium otrzymane za wydruk dzieła przeznaczył na używaną maszynę do pisania, którą udało się zakupić przy niewielkim wsparciu rodziców. W wieku 17 lat Pratchett miał już na koncie pierwszą powieść pt. Dywan, która drogę do wydawnictwa znalazła w 1971 roku. Przełomowym okazał się rok 1983. To wtedy Terry po kilku latach pracy dziennikarskiej, zatrudnił się jako rzecznik prasowy Centralnego Zarządu Elektroenergetyki, pod jurysdykcją którego znajdowały się 3 elektrownie atomowe oraz wydał Kolor magii, czyli pierwszą książkę z cyklu Świat Dysku. Terry łączył pracę rzecznika prasowego z pisarską pasją do roku 1987 – po ukazaniu się powieści Mort, czwartej ze Świata Dysku, Pratchett skoncentrował się wyłącznie na pracy literackiej.

Dokładnie w 50. rocznicę oficjalnego debiutu Terry’ego Pratchett’a, na łamach wydawnictwa Prószyński i S-ka, ukazał się zbiór wybranych tekstów brytyjskiego twórcy, zatytułowany Mgnienie ekranu. Na pierwszy rzut oka to typowa pozycja zarezerwowana głównie dla zagorzałych fanów pisarza, obok których zwykły czytelnik przechodzi raczej obojętnie. Młodzieńcze płody, pierwsze próby, nigdy nie publikowane utwory tworzą dobrze znaną mieszankę, która pozwala niejako bezkarnie podglądać artystę, dając czytelnikowi możliwość śledzenia rozwoju jego warsztatu pisarskiego. Jednocześnie, o grzechy młodości, nie należy spodziewać się literackich fajerwerków – w wielu takich przypadkach bezpieczniejsza jest koncentracja na ewolucji stylu twórcy, która w takich zbiorach często przekładana jest ponad jakość serwowanych tekstów. Czy Mgnienie ekranu jest tego kolejnym przykładem? Na szczęście nie.

Książka podzielona jest na dwie zasadnicze części. Pierwszą grupę utworów stanowią Opowiadania spoza Świata Dysku. Wśród nich znajdziemy przytaczany już Diabelski interes, od którego Terry rozpoczął swoją niezwykłą przygodę z literaturą – trzeba przyznać, że jako tekst, którego autorem jest trzynastolatek, jest on całkiem błyskotliwy, wyraźnie znamionujący, w jakim kierunku będzie podążał przyszły twórca Dyskowego Uniwersum. Można pokusić się o dosyć oczywistą, ale namacalnie potwierdzoną tezę, że specyficzne poczucie humoru oraz zwały absurdu od początku kariery towarzyszą Terry’emu Pratchettowi. Dalsze twory z tej części zbioru są mocno zróżnicowane. Obok słownych zabaw, literackich igraszek pokroju Obrazu, Rozwiązania czy Inkublamażu egzystują niepokojąco karykaturalny horror wiktoriański Kartka świąteczna z kopertą – 20 pensów oraz bajkowa wariacja Książę i kuropatwa. Nie brakuje także tekstów, mocno zakorzenionych w otaczającej Terry’ego rzeczywistości. Guru. Dali mi ptaka, Uwaga na monolity to nawiązania do reporterskiej działalności Pratchetta, podczas której nie brakowało zabawnych momentów. Gramofony nocy, do której idealnie pasuje piosenka Dance Macabre polskiej formacji Kryzys to chyba debiut sceniczny Mrocznego Kosiarza, czyli Śmierci, chudego kościotrupa z ogromną kosą, MÓWIĄCEGO ZE STOICKIM SPOKOJEM, doskonale znanego ze Świata Dysku. Dla fanów twórczości Pratchetta z pewnością nie lada gratką będzie możliwość przeczytania utworów, które stały się kanwami dla całych powieści. Na podstawie Wysokich megów powstała książka Długa Ziemia, napisana wspólnie z gigantem brytyjskiego science fiction, Stephenem Barterem. Z kolei Rincemagle, Gnom z Suchych Mokradeł to pierwowzór Nomów księgi wyjścia. Moją uwagę zwróciły również Ostateczna nagroda, zabawnie ukazująca jak ogromna siła tkwi w słowie pisanym oraz z jaką odpowiedzialnością wiąże się literacka praca jak również KPM, udowadniająca, że HEX nie był pierwszym wrażliwym komputerem w twórczości Pratchetta. Całość znakomicie uzupełniają krótkie, acz niezwykle zjadliwe parodie politycznych wystąpień – tytuły Nie ma większego durnia niż stary dureń stojący w angielskiej kolejce oraz Prosimy o oddychanie krótkimi, mocnymi sapnięciami mówią zresztą same za siebie. No i Hollywoodzkie kurczaki – coś takiego mógł stworzyć tylko Pratchett.

Część druga zbioru, Opowiadania ze Świata Dysku to już swoista uczta dla pratchettomaniaków. 11 tekstów zabiera nas do wykreowanego przez Terry’ego Pratchetta Uniwersum, w którym świat jest płaskim dyskiem, wspieranym na grzbietach czterech słoni, stojących na grzbiecie ogromnego żółwia, dryfującego w bezmiarze Kosmosu, a magia jest zjawiskiem równie powszechna, co grawitacja w naszej rzeczywistości. Tę partię otwiera opowiadanie Trollowy most, które miałem przyjemność czytać uprzednio w zbiorze W hołdzie królowi, zawierającym utwory poświęcone twórczości J.R.R. Tolkiena. To bardzo gorzka i smutna humoreska, która w pełni ukazuje bezwzględność upływającego czasu i wieczny brak poszanowania dla tradycji, które winno okazywać dorastające pokolenie. W moim mniemaniu, najciekawszą pozycją z Opowiadań ze Świata DyskuRybki małe ze wszystkich mórz. Spotykamy w niej znaną choćby z Równoumagicznienia, czy Trzech wiedźm babcię Weatherwax. Pratchett z pełną krasą odsłania najgroźniejszą broń najbardziej poważanej czarownicy, czyli głowologię. Autor z lubością prezentuje istoty ludzkie, jako słabe i bezradne jednostki, które wpadają w popłoch, gdy tylko w otaczającej ich rzeczywistości pojawią się najmniejsze zmiany. Pratchett humorystycznie uzmysławia, że straszyć można również przez nie podejmowanie żadnych złowieszczych, ale oczekiwanych działań. Brak spodziewanej dawki gorzkiego wyrzutu, zgryźliwości czy niechęci może być również groźny i niepożądany, co najokrutniejsze uczynki, przez to właśnie, że burzą ustalony porządek rzeczy. Ludzie źli winni czynić zło, a niemili być niemili, bo do tego są przecież stworzeni, chciałoby się rzec. Inaczej wszystko staje do góry nogami, a świat okazuje się tylko mirażem, cienką, falującą przesłoną, za którą czekają już tylko mroki szaleństwa. Niestety zdecydowaną większość drugiej części zbioru stanowią bardzo krótkie formy, która często są uzupełnieniem wiedzy o Świecie Dysku. Nie brakuje twórczości pisanej na zamówienie, czy to na życzenie fanów, czy też na potrzeby tworzonych gier. Spośród tego typu utwór zdecydowanie najlepiej prezentuje się oficjalny Hymn Ankh-Morpork, lśniący niczym perełka. Świetne przesłanie oraz groteskowe podejście do patriotycznej powagi decydują o wyjątkowości utworu.

Krótko reasumując, Mgnienie ekranu to z pewnością pozycja ciekawa, chociaż nie wybitna. Co tradycyjne dla tego typu zbiorów, obok tekstów bardzo dobrych, pojawiają się dziełka zwyczajnie słabe, które w zwykłych warunkach nie mają racji bytu. W zbiorach podczepiają się one niczym autostopowicze z Opowieści Glastonburyjskich, próbując zbliżyć się chociaż o kilka przystanków do czytelniczej uwagi. Lektura książki jako całości sprawia wrażenie goszczenia w laboratorium Pratchetta – możemy podejrzeć jak twórca eksperymentował z poszczególnymi pomysłami, z których kilka na stałe zagościła w jego książkach. Ponadto nieco wyraźniej niż w przypadku całych powieści widać bodźce, które stanowiły podstawy do wymyślania poszczególnych koncepcji. Łatwo też uświadomić sobie, że w miarę dojrzewania talentu pisarskiego Pratchetta, te odniesienia do świata rzeczywistego są coraz lepiej maskowane. Ponadto, wydaje mi się, że najcenniejszą część zbioru stanowią krótkie komentarze samego Terry’ego Pratchetta, którego poprzedzają każdy z utworów. Dzięki nim dowiemy się sporo na temat okoliczności powstania każdego dziełka, przekonamy się również, że pisarzowi nie brakuje autoironii oraz samokrytycyzmu. Inspiracje, będące asumptem do realizacji danego pomysłu oraz kontekst sytuacyjny, odsłaniający tajemnice narodzin literackiego tekstu to rzeczy, które chciałby poznać każdy fan. W Mgnieniu ekranu tego nie brakuje i choćby z tego względu warto sięgnąć po tę pozycję.

Wasz Ambrose