wtorek, 2 października 2012

W górę, ku człowieczeństwu

Okładka książki W dół, do ziemi 

W dół, do ziemi

Robert Silverberg


Tytuł oryginału: Downward to Earth
Tłumaczenie: Irena Lipińska
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron:160
 
 
 
 

W dół, do ziemi to książka Roberta Silverberga, z trzeciego okresu jego twórczości, kiedy po kryzysie literatury science-fiction w USA (koniec lat ‘50), autor za namową Frederika Pohla powrócił do pisania fantastyki naukowej. Sam Silverberg to żywa legenda amerykańskiej prozy i to nie tylko z pogranicza fikcji literackiej. Autor ma na swoim koncie liczne nagrody, w tym te najcenniejsze, czyli Hugo (w 1956 r. za najlepszy debiut) oraz Nebulę (m.in.: w 1971 r. za powieść Czas przemian, w 1974 r. za opowiadanie Rodzimy się umarłymi, w 1985 r. za opowiadanie Pożeglować do Bizancjum). Oprócz science-fiction, Silverberg ma na koncie liczne opowiadania erotyczne, książki popularno-naukowe, publikacje z zakresu geografii, historii czy archeologii. To prawdziwy człowiek-instytucja, ogółem spłodził dobre kilkanaście tysięcy słów, zgrabnie zaprzężonych w powieści, opowiadania, teksty. To także redaktor licznych antologii (w Polsce, jak dotąd, ukazały się jedynie Legendy oraz Legendy II).

Napisana w 1969 roku W dół, do ziemi to powieść utrzymana w klasycznym nurcie science-fiction. Akcja rozgrywa się w czasach, gdy ziemska cywilizacja swobodnie podróżuje po Kosmosie, a w trakcie jego eksploracji, odkrywa kolejnego planety, które następnie kolonizuje. Ludzkość, mimo ciągłego rozwoju technicznego, w kwestiach moralności pozostaje praktycznie na tym samym poziomie, co dotychczas – nowe światy traktowane są jako ogromne kopalnie surowców oraz potencjalne źródła dochodu. W przypadku, gdy nowa planeta jest zamieszkana, jej rdzenni mieszkańcy (czy też rdzenna fauna i flora), traktowani są jako darmowa siła robocza. Kwestie typu paradoksu bliźniąt, czy napędu, z którym miałyby się poruszać gwiezdne statki są oczywiście skrzętnie pomijane, tak jakby autor uznał za naturalne, że prędzej czy później zostaną one rozwiązane i nie warto poświęcać im zbyt wiele uwagi, bo to po prostu szukanie dziury w całym.
Główny bohater, Gundersen, postanawia powrócić na planetę zwaną Światem Holmana, którą zarządzał 10 lat wcześniej jako przedstawiciel ziemskich korporacji, zajmujących się kolonizacją nowych światów. Od początku wizyty, Gundersen odkrywa, że w świecie, do którego ponownie zawitał zaszły spore zmiany – władanie nad planetą Belzagor (nazwa w języku autochtonów) zostało oddane pierwotnie zamieszkującym ją dwóm inteligentnym gatunkom: dwunożnym i nieco człekokształtnym sulidorom zamieszkującym regiony podbiegunowe oraz dominującym, słoniopodopnym nildorom, osiadłym w tropikalnej strefie podzwrotnikowej. Początkowo, bohater nie jest pewny, co było bodźcem, który tak silnie przyciągał go na dawno opuszczony świat. Jednak w miarę upływu czasu, wraz z Gundersenem zdajemy sobie sprawę, że rewizyta na Belzagorze jest próbą odpokutowania przewinień, których dopuścił się Ziemianin na tubylcach.
Gundersen przybywa na niegdysiejszy Świat Holmana z grupą turystów, którzy w pełni uświadamiając mu, z jakim stosunkiem podchodził w przeszłości do Belzagora oraz jego mieszkańców. Nutka pogardy zmieszana z odcieniem litości to dominujące uczucie towarzyszące pierwszemu spotkaniu z inteligentnymi przedstawicielami planety, nildorami (Przecież to zwykłe słonie!). Ludzki antropocentryzm nie jest w stanie znieść takiej potwarzy – wzniosłe idee nakazujące oddanie władzy nad planetami ich prawowitym mieszkańcom, wyznawane przez liberalnych Ziemian, którzy w rzeczywistości praktycznie w ogóle lub wcale nie znają innych ras, zostają zdmuchnięte niczym domek z kart przy pierwszym kontakcie z inteligencją, która nie przywdziała się w szaty człekokształtne (Jakie to okropne, że taką piękną i wartościową planetę musieliśmy oddać bandzie słoni).
Dopiero naiwność oraz ignorancja ziemskich obieżyświatów uzmysławiają Gundersenowi, jak niesprawiedliwy osąd wydał. W pewnym momencie (wreszcie! chciałoby się wtedy rzec) Gundersen dochodzi do wielce odkrywczego wniosku, że poziom zaawansowania technicznego oraz stopień złożoności rytuałów, ukrywanych pod maską cywilizacji, wcale nie muszą świadczyć o wyższości, czy niższości danego gatunku. Oświecenie okraszone zostaje burzliwą i obfitą perorą, którą Gundersen pointuje stwierdzeniem, że nildory nie stworzyły cywilizacji na kształt tej naszej, ludzkiej z przyczyny dość prozaicznej – nie posiadając kończyn chwytnych, ich ewolucja przebiegała w zupełnie innym kierunku. Słoniopodobne stwory posiadają za to dość bogatą kulturę, której tajemnicę próbuje zgłębić Gundersen. W czasie ściśle indywidualnym dla każdego z nildorów, stworzenia te wybierają się do Krainy Mgieł, którą władają sulidory, by przejść rytuał tzw. Ponownego narodzenia. Ta zagadkowa ceremonia nie daje spokoju Gundersenowi i stanowi dla niego powód pielgrzymki do Krainy Mgieł, maskowany chęcią odszukania i skontaktowania się ze starymi przyjaciółmi, którzy zdecydowali się zostać na Belzagorze, po opuszczeniu go przez korporacje.
Odbywając długą wędrówkę, najpierw w towarzystwie nildorów, następnie sulidorów, wreszcie samotnie, Gundersen wyrusza w podróż w głąb własnej duszy. Przebywając z dala od swoich ziomków, poznając niektóre ze zwyczajów nildorów, prowadząc przy tym z konieczności prosty i ascetyczny tryb życia, Gundersen powoli odzyskuje spokój oraz równowagę wewnętrzną. Wciąż jednak doskwierają mu dawne przewinienia, z których za najgorsze uważa uniemożliwienie 7 nildorom dotarcia na miejsce swoich powtórnych narodzin. W geście szlachetności, który podyktowany jest także ciekawością oraz po trosze pychom (to przekonanie o wielkości własnego grzechu, za który pokuta musi być nieskończenie ogromna), Gundersen decyduje się na poddanie się Powtórnym narodzinom.
Wykreowany przez Silverberga świat jest z pewnością ciekawy i malowniczy. Opisując kolejne smutne wypadki, które spotkały ziemskich wędrowców, pisarz udowadnia, że to również świat obcy, nieznany, a przez to niebezpieczny. Razi jednak zbytnie podobieństwo do naszego globu – Belzagor, na dobrą sprawę, przypomina Ziemię, z nieco tylko bardziej udziwnioną fauną i florą. Dziwi nieco obecność na planecie dwóch inteligentnych gatunków, autor jednak sprytnie wybrnie z tej pułapki ewolucyjnej, w którą na pozór się wpakował.
Reasumując, książka W dół, do ziemi to dość interesująca, ale momentami ocierająca się o pospolite cechy kanonu, lektura science-fiction. Silverberg prezentuje Ziemian jako zdobywców, grabieżców i łupieżców, czyli portret doskonale znany za sprawą naszej zachodniej cywilizacji. Razem z pisarzem odkrywamy stopniowo złożoność zwyczajów istot, zamieszkujących Belzagor, by na ostatnich stronach powieści zadać sobie pytanie, kto tu jest rasą podrzędną – sulidory oraz nildory, czy też ludzie z ich cywilizacyjno-technicznym wyznacznikiem postępu. Powieść to jednocześnie piękny hymn pochwalny o skrusze – autor przekonuje, że nigdy nie jest za późno na naprawę popełnionych błędów, rehabilitację za wyrządzone krzywdy. Godny podkreślenia jest również motyw wielkiej wędrówki, która jest tylko symbolem prawdziwej drogi, prowadzącej do zrozumienia istoty własnego bytu. Mój pierwszy kontakt z Robertem Silverbergiem oceniam na plus.

2 komentarze:

  1. Podoba mi się ta lektura, Hmm, "hymn pochwalny o skrusze" - bardzo pięknie napisane. Chętnie jej poszukam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że książka okaże się dla Ciebie równie ciekawa jak "Zamknięty świat" :)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)