wtorek, 17 kwietnia 2012

Drugie spotkanie z królem



Ken Bruen

Londyński bulwar
(London Boulevard)
przekład Magdalena Koziej

Po pierwszym spotkaniu z prozą Kena Bruena, którym była lektura powieści Strażnicy bezprawia (The Guards), z utęsknieniem wyczekiwałem na kolejną jego książkę. No i nastał ten dzień – zaprzyjaźniona biblioteka powiatowa w ramach akcji „Poleć książkę” zakupiła Londyński bulwar, który w ciemno zarekomendowałem, kierując się tylko nazwiskiem autora.

O ile centralną postacią Strażników jest były policjant, o tyle głównym bohaterem Bulwaru jest Mitchell, dla znajomków Mitch, który właśnie skończył odsiadkę i rozpoczyna drugie podejście do życia na wolności z mocnym przeświadczeniem, iż nigdy więcej za kraty nie wróci. Planuje zdobyć dobrą pracę i trzymać się z dala od kłopotów, ale wiadomo – nigdy nie mów nigdy. Dawne grzechy ciążą, a dawni kumple jeszcze bardziej. Co z tego wyniknie nie będę ujawniał. Zdradzę tylko, że choć powyższy schemat jest dość klasyczny, to fabule nie brak oryginalności, a zakończenie też nie jest sztampowe. Nie oryginalność intrygi jednak, ani mocna puenta, są największymi atutami Londyńskiego bulwaru. To styl prozy Bruena, porażający jak wyprowadzony z zaskoczenia cios w splot słoneczny, potwierdza zasadność nadanego mu tytułu króla twardego kryminału noir.

Wyobraźcie sobie, że będąc przejazdem w jakiejś odległej dziurze, gdzie wasza noga już nigdy nie postanie, kupiliście sobie od ulicznego handlarza szczeniaczka* jakiegoś mocnego alkoholu bez żadnej nalepki i marki. Przez dłuższy czas nie otwieraliście go nawet, w czym pewnie miała swój udział obawa przed utratą wzroku będącą częstą konsekwencją eksperymentów z podobnymi wyrobami niewiadomej proweniencji. W końcu nadchodzi, po latach, ten dzień, gdy macie doła i musicie się napić. Nie ma niczego lepszego pod ręką i w chwili rozpaczliwej odwagi otwieracie zakurzona flaszeczkę, nalewacie setę i chlup. Okazuje się, że to najlepszy trunek, jaki piliście w życiu. Czujecie to? W butelce zostało już tylko półtorej kielonka! Jeszcze rozkoszujecie się uczuciem, jakby pogłaskał was ognisty anioł, jeszcze została ponad połowa, a już czujecie niesamowity żal, że flaszka taka malutka, że tak szybko zbliża się koniec libacji, a druga podobnie smakowita butelka może się już nigdy nie trafić. Taka jest właśnie proza Bruena. Ja ją po prostu połykam i już od pierwszych stron, gdy zauważam jak błyskawicznie się go czyta, żałuję, że jego powieści nie są grubsze.

Mistrz oszczędnego słowa. Gdyby Bruen napisał Potop, pewnie zmieściłby się jednym niewypasionym tomie. Mimo tego jego proza jest niesamowicie wyrazista. W kilku zdaniach, pozbawionych wszelki zbędnych wyrazów, potrafi zawrzeć wszystko co potrzebne, by czytelnik przeniósł się w ciemne londyńskie uliczki lub do irlandzkiego pubu, by wszedł w ciało zdesperowanego zabójcy lub napalonego kochanka. Nie są mu potrzebne wielostronicowe opisy, wystarczą zdania zamiast akapitów, słowa zamiast zdań. Dodajmy do tego zawrotne tempo akcji i otrzymamy lekturę, której jedyną wadą jest to, że tak szybko się skończy.

Czytając recenzje zawodowych krytyków, z reguły powieścią równie zachwyconych jak ja, i amatorów, z reguły mniej zachwyconych, w pierwszej chwili byłem zdziwiony. Dopiero potem zrozumiałem. Dobry krytyk literacki powinien być albo otwarty na wszelkie możliwe style, gatunki i maniery literackie, i oceniać każde dzieło w ramach konwencji, w której zostało stworzone, albo być na tyle samoświadomym, by unikać obszarów, w których się źle czuje. Najgorszy grzech krytyka, to ocenianie czegoś, czego z samego założenia się nie lubi. Ile przykładowo warta recenzja powieści Lema napisana przez kogoś, kto uważa, że fantastyka jest drugim sortem literatury? A Bruen jest prawdziwym ewenementem; oszczędności słowa, pragmatycznej brutalności i esencji życia. Koneserem przemocy i jednocześnie pełnym humanizmu filozofem ukrytym między wierszami. Mrocznym jak mało kto, ale zarazem, w postaciach swych bohaterów, jak niewielu doceniającym życie takim, jakim jest – niezależnie od tego, jakie karty dał nam los. I nie każdy jest w stanie to perwersyjne wręcz połączenie strawić. Nie piszę tego przekonany o swojej wartości, ale świadom bezcennej wielkości tego niesamowitego autora. Musiałem uzasadnić te rozbieżności ocen, z którymi możecie się spotkać i mój osobisty pogląd na ich przyczynę.

Śmieszą mnie zawsze powieści, w których opis aktu eksplozji przemocy czy namiętności jest tak długi, iż jego przeczytanie trwa wielokroć dłużej, niż samo zdarzenie. To wybija z rytmu i odbiera autentyczność. Londyński Bulwar jest wizytówką stylu Kena Bruena. By zbudować mroczny nastrój, by oddać gwałtownie wzbierające uczucia, opisy zbrodni czy wrażeń literackich - wystarczą pojedyncze słowa. Wszystko potrafi przekazać z tą szokującą oszczędnością, a do tego zdoła bez łamania stylu przemycić wiele zdrowej filozofii i życiowej mądrości przydatnej nie tylko twardzielom i zabijakom, ale każdemu. Polecam tę powieść zdecydowanie i absolutnie. Nie tylko miłośnikom twardego kryminału noir. Polecam każdemu, choć mam bolesną świadomość, iż wielu będzie zniesmaczonych, podobnie jak po lampce Frapin Cuvee 1888 czy Remy Martin Louis XIII Black Pearl Limited Edition**. Wszystko jest kwestią smaku


Wasz Andrew



* mała butelka, zwykle 0,25 l wódki
** marzenia konesera koniaków

1 komentarz:

  1. Mnie również ten styl spodobał się, duzo treści w małej ilości słów, czarny humor, puenty pełne ironii i oczywiście zaskakujacy finał. :)

    OdpowiedzUsuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)