Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 24 maja 2010

Kawa i szkiełko



Tym razem nie będzie o szkiełku mędrca, choć na pewnoniejeden uczony kawą właśnie się wzmacnia w trakcie nocy wypełnionej pracąnatężonego aż do granic umysłu. Nie będzie też o szkiełku z zawartościąprocentów, którymi też często się wzmacnia małą czarną, aby zmieniła się wirlandzką lub jeszcze inną dystyngowaną kawę dla smakoszy.

Wpiątek, 21 maja 2010, we wszystkich portalach internetowych, od wielkiej trójcypocząwszy (onet, interia, wp) a na niszowych skończywszy, na pierwszej stronierozpisywano się o tym, że Nescafe wypuściła na polski rynek kawy rozpuszczalnez domieszkami szklanych odłamków. Nie dość, że Nesca jest jedną z najdroższychkaw rozpuszczalnych dostępnych w naszych sklepach, to jeszcze problem dotyczyłtopowych cenowo produktów tej marki, a więc kaw Alta Rica, Cap Colombie orazEspresso, pakowanych w charakterystyczne słoiki 100 g. Można więc powiedzieć,że największym badziewiem okazały się produkty najdroższe na rynku, po którymkażdy by się raczej spodziewał najlepszych cech. W dodatku przerażające jestto, że nie chodzi tu o złą jakość, która grozi co najwyżej zniesmaczeniem lub wnajgorszym wypadku rzadką sraczką, a o zagrożenie dla zdrowia, co wobeckondycji polskiej służby zdrowia może łacno przerodzić się w poważne zagrożenieżycia.

Przeglądnąwszykilkanaście różnych serwisów zauważyłem, że niefrasobliwość Nestle (producentNescafe) idzie w parze z podejściem internetowych dziennikarzy do wykonywanejprzez nich pracy. Co prawda podali tą bulwersującą informację do publicznejwiadomości, ale to żadna zasługa bo znając życie zrobiliby wszystko byzwiększyć ilość odsłon na swych stronach. Wymowa tych artykułów daleka byłajednak od potępienia tak gorszącej wpadki firmy pretendującej do miananajlepszej w branży. Mało tego, nie tylko w żadnym wypadku nie podanoproducenta tych kaw, ale nawet nie pokazano zdjęć ich opakowań! Zamiast nichjako ilustrację tekstów umieszczano zdjęcia typowo reklamowe, raczejzachęcające do kupna tych kaw niż do ostrożności. Może o to chodziło, by wpadkęprzerodzić w nową reklamę? No bo ilu ludzi nie pijących namiętnie drogich kawzapamięta wymienione w tekście nazwy i zdoła je sobie przypomnieć stojąc przedpółką na której do wyboru będą mieli kilkadziesiąt różnych kaw w wielu wzorachsłoików i słoiczków? Każdy kto by zobaczył zdjęcie charakterystycznych wzorówpodpadniętych kaw na pewno by je zapamiętał. Czemu więc nigdzie tych zdjęć niebyło? Lenistwo i głupota kolegów dziennikarzy czy może bardziej świadome„przeoczenie”?

Nawetkarygodne postępowanie Nestle i bulwersujące podejście dziennikarzy niezmusiłoby mnie do napisania tego artykułu. Może dlatego, że Nestle oświadczyłoiż wycofuje z rynku felerne opakowania. W końcu Polska jest pośmiewiskiemświata w wielu dziedzinach a poziom poszanowania konsumenta wcale od tegoobrazu naszego kraju nie odstaje, więc cieszyć się tylko, że kawy znikną zrynku.

Nowłaśnie. Znikną. Chyba gdy wszystkie zostaną wykupione przez nieświadomychklientów. Temu chyba miał służyć brak zdjęć ostrzegających przed zakupem niebezpiecznychproduktów. Dzisiaj wieczorem w supermarkecie widziałem wszystkie trzy kawki wtradycyjnym zestawie, czyli te potencjalnie ze szkiełkiem w środku. Dzięki ciNestle i niech żyje polskie dziennikarstwo.


środa, 14 kwietnia 2010

Kaczyński na Wawelu?



Myślałem, że już nie będę zmuszony powracać do Ś.P. Prezydenta Kaczyńskiego, przynajmniej do czasu jego pogrzebu, ale niestety… Rzeczywistość, co było do przewidzenia, okazała się taka, jak każdy widzi. Bezpośrednim impulsem do napisania tego postu była dzisiejsza rozmowa Moniki Olejnik z Pawłem Kowalem, posłem PiS, w Radio Zet.

Nie zakończono jeszcze prac na miejscu smoleńskiej tragedii, nie zidentyfikowano jeszcze wszystkich ciał, a już prezydent, który za życia jątrzył i dzielił Polaków, znów jest powodem sporów i demonstracji.

Kościół i rodzina pragnie by Prezydent znalazł miejsce wiecznego spoczynku na Wawelu. Jak w ogóle katolik może mówić, iż ktoś znajdzie miejsce wiecznego spoczynku na ziemi. Przecież oczekujemy Zmartchwychwstania. Nawet w warstwie językowej widać, że katoprawica sama nie wierzy do końca w głoszone przez siebie tezy. To tylko jednak taka dygresja na temat słownictwa.

Nie chcę tutaj rozważać, czy Lech Kaczyński godzien jest spoczywać obok królów. Oni też święci nie byli, więc pewnikiem tak. Problem jest gdzie indziej. Skoro mamy po jego śmierci żałobę narodową, skoro był prezydentem kraju, a więc wszystkich obywateli, to dlaczego o miejscu jego pochówku ma decydować rodzina i dostojnicy kościelni. Nie wszyscy zresztą, gdyż nawet w łonie Kościoła są na ten temat sprzeczne zdania.

Niezależnie od tego, gdzie pochowamy Prezydenta, niezależnie od jego niezwykłej zdolności do dzielenia Polaków widocznej nawet po śmierci (niewykluczone, że za przyczyną jego żyjącego brata, który podobno był autorem pomysłu z Wawelem), widać teraz bardzo wyraźnie jak polska klasa rządząca (rząd, Kościół, Sejm z Senatem i wszystkie partie polityczne) mało zajmują się dobrem Państwa i jego przyszłością. Widać jak trwonią czas i siły na rozstrzyganie spraw jednostkowych i mało ważnych zamiast przy ich okazji tworzyć rozwiązania trwałe i ogólne. Widać jak bardzo odstajemy tutaj od normalności.

Państwo ma czas i pieniądze, by ingerować w prywatne życie pojedynczego człowieka aż do granic absurdu. Choćby ustawa o obowiązku jazdy na światłach, co jak jednoznacznie pokazują badania nie ma żadnego wpływu na bezpieczeństwo jazdy. Jest czas i środki by takie prawo tworzyć i egzekwować. Nie było jednak czasu i możliwości, by wypracować procedury uniemożliwiające zaistnienie takiej tragedii jak w Smoleńsku. Nawet w czasie wojny nie jest do wyobrażenia by w jednym dniu zginał Prezydent i dowódcy wszystkich rodzajów wojsk nie licząc innych kluczowych dla działania państwa osób. Nawet niektóre prywatne koncerny, nie mówiąc o strukturach państwowych w innych krajach, mają przepisy zabraniające przebywania w jednym czasie w jednym środku transportu kilku kluczowych dla swego działania osób. Żałoba żałobą ale czas przyznać, że jako państwo i naród znów pokazaliśmy przed światem swą głupotę i krótkowzroczność. Jak widać po aferze z miejscem pochówku Prezydenta, tragedia w Smoleńsku niczego nas nie nauczyła.

Wawel jest miejscem od dawna politycznie martwym. W dodatku jest miejscem mocno katolickim. Pochowanie Kaczyńskiego na Wawelu, kontrowersyjne już dziś, na pewno spowoduje w przyszłości problemy. Każdy następny pogrzeb prezydenta będzie jeszcze większą awanturą o ile nie dojdzie do totalnej chryi. Wiadomo czym się kieruje się kardynał Dziwisz. Za trumną Kaczyńskiego popłynie na Wawel mnóstwo ludzi i jeszcze więcej pieniędzy. To także próba pokazania jak wielką władzę ma w Polsce Kościół i próba sprawdzenia, jak daleko może ta władza sięgnąć w państwie, które zgodnie z konstytucją oddziela sprawy kościelne od świeckich. Osoby utożsamiane z państwem powinny patrzeć jednak trochę dalej niż na dzień dzisiejszy, na partykularne interesy i ten konkretny pogrzeb. Dzisiejsza awantura o miejsce pogrzebu powinna być widziana jako objaw tego, co może być wielkim problemem w przyszłości. Czy tak trudno zobaczyć potencjalną awanturę po śmierci Wałęsy, Kaczyńskiego, że o Jaruzelskim nie wspomnę? Gdzie ich pochować?

Oczywiście, można za każdym prezydenckim pochówkiem być pośmiewiskiem świata; kłócić się i opluwać nawzajem. Jednak można, gdyby ci na górze naprawdę o przyszłej Polsce myśleli, można by sprawę załatwić systemowo. Ustalić, przykładowo w drodze ustawy, iż miejscem pochówku wszystkich prezydentów Polski jest jakaś jedna nekropolia. Wtedy nie będzie awantur takich jak obecne. Zapobiegnie to też dalszym podziałów wśród Polaków. Pokaże, że wobec śmierci wszyscy są równi a tylko Bóg i historia może ich sądzić.

Na razie niestety na to się nie zapowiada. Takie pomysły może mieć tylko taki szary, głupi człowieczek jak ja. Mądrzy i wielcy szykują dalsze podziały i dalsze powody do nienawiści. Skoro bowiem „mój” prezydent zostanie pochowany gdzie indziej niż „twój”, a obaj po awanturach i przepychankach, to znaczy, iż jeden był gorszy a drugi lepszy. Z tego już powód do kolejnej awantury, bo można się „podłączyć” pod swojego prezydenta i jego autorytet a potem, na zasadzie kiboli, nienawidzić i poniżać inne osoby, które odmiennie oceniają ważność prezydentów.

Obym był złym prorokiem, ale niestety nieczęsto mi się to zdarza…

sobota, 10 kwietnia 2010

Katastrofa smoleńska



Cały świat już wie o katastrofie samolotu Tupolew Tu-154M nr  boczny 101 (nr seryjny 90A-837) w dniu 10 kwietnia 2010 roku. W trakcie nieudanego lądowania w Smoleńsku zginęło prawie 100 osób a wśród nich Prezydent Polski i szereg wybitnych osób z naszych elit politycznych i wojskowych. Ogłoszono już tygodniową żałobę narodową a w mediach trwa samonakręcająca się parada fałszywych żałobników. Dlaczego doszło do katastrofy, która bodajże nie ma precedensu w dziejach, i jakie mogą być jej długofalowe skutki?

Przyczynę bezpośrednią być może kiedyś poznamy, ale czy dowiemy się całej prawdy, tylko Bóg może wiedzieć. Ta sprawa ma niewątpliwie wydźwięk polityczny o znaczeniu międzynarodowym i nawet trudno sobie wyobrazić jak wielkim i różnorodnym naciskom będą podlegać wszyscy pracujący nad ustaleniem przyczyn tej tragedii i rekonstrukcją wydarzeń.

Zauważmy jednak, że do katastrofy w takich rozmiarach zwykle prowadzi splot okoliczności ważniejszych i mniej ważnych, bezpośrednich i pośrednich, zależnych od ludzkiej woli i tych do rachunku prawdopodobieństwa (lub Boga)  tylko należących. Tylko wystąpienie ich wszystkich powoduje, iż właśnie tu a nie gdzie indziej i właśnie w takich rozmiarach nieszczęście się zdarzyło. O niektórych, jak o brakach w technicznych możliwościach oferowanych przez lotnisko w Smoleńsku, już wiemy. Wiedzieli o nim zresztą piloci i wszyscy zainteresowani. Mgła również była bez wątpienia ważnym czynnikiem. Katastrofa nie nastąpiła jednak przy pierwszym podejściu do lądowania. Dlaczego piloci podjęli ryzyko ponownego podejścia, skoro wielokrotne próby lądowania są dozwolone tylko w warunkach bojowych?

Już odzywają się głosy próbujące zwalać winę na pilota. Nawet jeśli popełnił błąd to głównych i pierwotnych przyczyn tej tragedii należy szukać gdzie indziej.

O zmarłych nie należy mówić źle. Jednak prawda prawdą pozostaje. To styl sprawowania władzy przez Ś.P. Lecha Kaczyńskiego był w moim odczuciu przyczyną tragedii, której skutki spadły na nas tak nieoczekiwanie. Wielu już nie pamięta, więc trzeba to przypomnieć, iż w trakcie podróży Ś.P. Prezydenta do Gruzji, „gdy pilot odmówił mu lądowania w Tbilisi, Lech Kaczyński wtargnął do kabiny pilota i nakazał mu lot do Gruzji. Pilot odpowiedział tylko, że miał inny rozkaz. Na to prezydent: - A kto jest zwierzchnikiem Sił Zbrojnych?”*

Kaczyński nie tylko przekroczył swoje uprawnienia w czasie tamtego lotu** ale po powrocie publicznie źle wyrażał się o pilocie, który odmówił lądowania w Tbilisi i szydził z jego „braku odwagi”***  oraz próbował zwolnić z wojska; skończyło się to nie lada chryją, z ekspertyzami MON-owskich, sejmowych, rządowych i prezydenckich prawników nt. roli prezydenta jako zwierzchnika sił zbrojnych włącznie.****

Większość z nas nie zdaje sobie sprawy jak taka presja zakłóca proces oceny ryzyka i podejmowania decyzji. Wystarczy przypomnieć sobie sprawę Titanica. Ciągle wałkuje się temat technicznych przyczyn katastrofy w wyniku zderzenia z górą lodową a nie daje się odpowiedzi na oczywiste pytanie, które nasuwa się każdemu rozsądnemu: dlaczego kapitan Edward John Smith szarżował jak byk na matadora skoro na Titanicu odebrano ostrzeżenie o górach lodowych. To proste, choć się o tym nie mówi. Nie chciał iść na zasiłek. W pierwszy rejs RMS Titanic wyruszył z zadaniem rekordowo szybkiego i rekordowo luksusowego (no, może nie dla wszystkich) rejsu przez Atlantyk. Wpakowano w to przedsięwzięcie wielkie pieniądze a spóźnienie w trakcie pierwszego, bardzo rozreklamowanego rejsu groziło klapą inwestycji. Nie trzeba wielkiej filozofii by się domyśleć, że kapitan który by do tego dopuścił, porządnej pracy już nigdzie i nigdy by nie znalazł. Tego się nie nagłaśnia, gdyż w świetle powyższego każdy pasażer samolotu i pasażerskiego liniowca mniej wierzyłby w techniczną niezawodność, gdyż na nic nie zda się ona w momencie krytycznego błędu człowieka.

Światek pilotów to towarzystwo trochę hermetyczne i na pewno wyczyny Lecha Kaczyńskiego z Gruzji oraz późniejsza gehenna jego pilota odbiły się tam szerokim echem. W dzisiejszym feralnym locie nie tylko obecność Prezydenta wywierała presję na pilotów. Byli tam wodzowie wszystkich rodzajów polskich sił zbrojnych i wielu innych, którzy w razie spóźnienia związanego z lotem na inne lotnisko mogli łatwo złamać karierę pilotów. Właśnie dlatego podjęli oni ryzyko większe niż zwykle, mimo tego, iż ze względu na przewożony ładunek powinni jego tym bardziej unikać. O braku rozsądku naszych elit świadczy też ewidentnie, niespotykane w dziejach, nagromadzenie kluczowych dla działania państwa osób w jednym, ewidentnie narażonym na potencjalnie zabójczą katastrofę, środku transportu. A ja mówią Prawa Murphy’ego: jeśli coś ma się zepsuć, to zepsuje się w takim momencie i w taki sposób, by wywołać jak największe straty.

O nastrojach w lotnictwie obsługującym VIP-ów najlepiej świadczy Tomasz Pietrzak, były dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, który zdjął mundur na znak protestu przeciwko sytuacji w swej branży*****

To, że maszyna nr 101, która rozbiła się pod Smoleńskiem był przestarzała (choć sprawna) nie ulega żadnej wątpliwości. Jednak stan floty VIP-owskiej świadczy o tym, jak wielka jest presja mediów i poprawności politycznej, która z kolei zakłóca normalne myślenie naszych polityków. Gotowi są narażać życie swoich kolegów, a nawet własne, byle nie narazić się ze strony opozycji na zarzut rozrzutności przy zakupie nowych samolotów. Oczywiście mając nadzieję, że mechanicy dokonają cudów i za ich kadencji żaden samolot nie spadnie. Niestety, pula cudów jak widać się wyczerpała.

W związku z katastrofą samolotu prezydenckiego ogłoszono tygodniową żałobę narodową. Przy okazji od razu widać jak wielu próbuje ukręcić z tego nieszczęścia lody dla siebie. Już w połowie dnia uniwersytety (nie wiem czy wszystkie) podjęły decyzję o przerwaniu zajęć dla studentów zaocznych i o odwołaniu zajęć w niedzielę. Ciekawe czemu taki pretekst do laby wykorzystała grupa zawodowa, która powinna dawać przykład dystansu do śmierci jako naturalnego etapu w życiu każdego człowieka, która powinna dawać priorytet dążeniu do wiedzy i docenienia rzetelnej, systematycznej, codziennej pracy. Skoro elity umysłowe tak małostkowo wykorzystują smoleńską tragedię to czemu dziwić się politykom, którzy chcą wykorzystać pretekst do pokazania się przed kamerami z coraz częściej padającym w tle pytaniem; kiedy wybory i kto je wygra. W kontraście do nauczycieli akademickich są choćby śmieciarze, którzy nie przerwali swej pracy, czym dali wyraz zdrowego rozsądku i braku poprawności politycznej.

To co się stało w Smoleńsku jest tragedią ale tak naprawdę nikt nie wie, czy będzie ona dla Polski złem, czy zbawieniem. Czy przeważy negatywny aspekt jakim jest utrata wielu doświadczonych polityków, czy też zwyciężą korzyści jakie daje gwałtowny napływ nowej krwi w miejsce starej, skostniałej elity. Czas pokaże.

Zginęło tyle osób. Cześć ich pamięci. Jednak w ostatnie Święta tyle samo osób zginęło na drogach i nikt o nich nie pamięta. Rząd nie robi niczego konkretnego by poprawić stan dróg, by zmniejszyć rozmiary tej masakry. Podobnie zresztą jak poprzedni i wszystkie wcześniejsze od czasów upadku komuny. Jesteśmy ewenementem, już nie tylko na skalę europejską, i nikt nie ogłasza żałoby. Nie wiem czemu mam bardziej płakać po tych, co zginęli w Smoleńsku niż po tych, co giną na drogach. Nie znałem osobiście ani jednych ani drugich. Nie obchodziłem nigdy urodzin nikogo z nich. Oni nie obchodzili moich a o moja czy Wasza śmierć nie obeszłaby ich nawet jeśliby o niej usłyszeli.

Rozumiem polityków. Dla jednych to byli bliscy i znajomi. Dla innych to pretekst do zaistnienia w mediach (podobny jak katastrofa autobusu z pielgrzymami we Francji w 2007 roku). Nie wymagajcie jednak bym uznał za coś normalnego pokazywaną w mediach rozpacz zwykłych ludzi, którzy przeżywają tą katastrofę jak dopust Boży. To jakieś chore. To jak kibice rozpaczający po przegranym meczu drużyny z którą się identyfikują. Gorzej, bo drą szaty po śmierci ludzi, na których wcześniej psy wieszali. To po prostu nieuczciwe.

Łączę się w bólu z rodzinami, które utraciły bliskich w smoleńskiej katastrofie. Nie bardziej jednak niż wtedy, gdy słyszę o anonimowej śmierci na drogach, o tragediach w kopalniach czy o jakiejkolwiek śmierci kogoś mi obcego. Każdego z nich mi żal ale przecież nie można opłakiwać wszystkich. Co innego zaduma na widok krzyża na poboczu drogi a co innego publiczna i na pokaz rozpacz w takiej chwili. Trochę normalności!!!


** Według Konstytucji RP z 2. kwietnia 1997r. Prezydent sprawuje funkcję zwierzchnika sił zbrojnych wyłącznie na wypadek wojny. Może ją sprawować ją bezpośrednio lub poprzez wyznaczoną osobę. Na co dzień nadzór nad wojskiem w ramach cywilnej kontroli sprawuje Rada Ministrów, ze szczególnym uwzględnieniem Ministra Obrony Narodowej, któremu podlega Szef Sztabu Generalnego WP. Pilot zaś jest zobowiązany do przestrzegania procedur lotniczych, prawa i zwyczajów dyplomatycznych (Konwencja Wiedeńska). Biorąc pod uwagę konflikt zbrojny toczący się w Gruzji nie mógł zmienić miejsca lądowania ponieważ naraziłoby to pasażerów na niebezpieczeństwo... (zahttp://forum.wp.pl/fid,194,fullText,1,page,12,tid,39621,temat.html?ticaid=19f73 )
***http://www.dziennik.pl/polityka/article222721/Klich_Nawet_prezydent_musi_sluchac_pilota.html13 sierpnia 2008 Szef MON dla dziennika.pl Klich: Nawet prezydent musi słuchać pilota

***** 30 sierpnia 2008 Głośny lot według pułkownika Pietrzakahttp://www.dziennik.pl/wydarzenia/article230019/Dlaczego_pilot_odmowil_prezydentowi.html

poniedziałek, 15 marca 2010

KOŚCIELNY MARKET



W ostatnią niedzielę wybrałem się do zabytkowego kościoła w Ząbkowicach Śląskich. Było to zaraz po zakończeniu mszy, więc miałem nadzieję na chwilę samotności po wyjściu ostatnich wiernych a przed następną mszą. Niestety, jeszcze zanim zamknął za sobą drzwi ostatni uczestnik zakończonego obrządku, kobieta o wyglądzie Baby Jagi lub innej czarownicy, chyba zakonnica, bezceremonialnie wygnała mnie z kościoła, mówiąc iż musi go pozamykać. Nie dała się uprosić nawet o minutę zwłoki. Nie wiem, czy liczyła na jakąś wziątkę w zamian za ustępstwo, czy też chciała po prostu pokazać swoją władzę. Nie wdając się z nią w dłuższe dyskusje, bo z żandarmem, zwłaszcza w spódnicy, nie ma miejsca na dialog, wyniosłem się na zewnątrz. Nawet nie próbowałem jej tłumaczyć, że kościół nie jest jej własnością, bo jeszcze mogłaby mnie wziąć za Żyda. W judaizmie, o ile się nie mylę, i co uważam za dużo bardziej moralne, świątynia jest własnością gminy wyznaniowej, a nie organizacji biznesowej, która czerpie korzyści materialne z odprawianych obrzędów.

Pamiętam czasy, nie takie dawne, bo trwające do ostatnich lat komuny, gdy kościoły były zawsze otwarte dla wiernych a ich obsługa, bo teraz takiego słowa chyba wypadałoby używać, rozumiała potrzebę bycia w kościele niekoniecznie w czasie mszy. Jak to jest, że „zwycięstwo ducha”, czyli zwycięstwo Kościoła nad komuną, sprawiło iż Kościół z każdym dniem traci autorytet moralny, który jest jedynym uzasadnieniem jego istnienia. Jeśli straci go do końca nie będzie się różnić niczym od partii, grupy kibiców lub innego stowarzyszenia dającego jego członkom poczucie wyższości nad innymi, przynależności do grupy i możliwości identyfikacji z mniej lub bardziej wątpliwymi autorytetami.

Za komuny Kościół był taki jak należy, choć i wówczas, jak w każdej grupie ludzi, zdarzały się czarne owce. Nawet one nie były jednak w stanie przyćmić ogólnie dostrzegalnego wysokiego standardu moralnego kleru. Kościół był świadomy, iż komuniści tylko czekają na jakąś wpadkę księży, by wykorzystać ją do antychrześcijańskiej propagandy. Może dlatego Kościół bardziej dbał o czystość w swych szeregach i o dyscyplinę w udawaniu oddania dla ludzi i Boga. Nie wchodził w podejrzane biznesy, nie zezwalał na pedofilskie ekscesy i nie zamykał świątyni przed wiernymi.

Dziś kler czuje się bezkarny i nie chce nawet udawać, iż jest inaczej. Tylko w bajeczkach w rodzaju Ojca Mateusza księża pomagają ludziom i mają dla nich czas. Oczywiście są wśród kleru ludzie prawi i poczciwi, ale mam wrażenie, iż jest ich coraz mniej i coraz mniejszy mają wpływ na oblicze Kościoła. Prawie wszystkie świątynie katolickie stają się jak supermarkety. Otwarte tylko wtedy, gdy działa kasa (taca w czasie mszy) i zamykane, gdy kasa nie działa. Nie ma już miejsca na tak powszechne w przeszłości, a dziś spotykane już tylko w filmach, wejście do kościoła na samotną modlitwę, która jest rozmową sam na sam z Bogiem. Teraz jest tylko msza na którą większość wiernych chodzi ze względów społecznych, tak jak kiedyś chodzono na partyjne zebrania. I tak jak nikt kiedyś nie chodził do Komitetu by w samotności kontemplować mądrości Lenina, tak i dziś nikt nie chodzi do kościoła by w spokoju nie zakłóconym hałaśliwym obrządkiem i obecnością tłumu znanych nam wiernych, którzy na co dzień żadnego świadectwa swej wierze nie dają, samotnie z Bogiem pobyć. Jest tylko płatne przedstawienie o określonych godzinach, gdzie większość przychodzi pokazać się w nowym ciuchu, z nowym partnerem lub przed wyborami.

Od kilku dni słychać o planach zniesienia celibatu w Kościele Katolickim. To policzek dla Jana Pawła II, który podobno wywarł na Kościół, a nawet na świat cały, wpływ nieodparty. Może i nieodparty, ale jak widać bardzo, bardzo krótki. Mam naszego polskiego papieża za wielkiego Polaka i wielkiego człowieka, choć nieco fanatycznego w podejściu do kanonów wiary. Celibat zawsze uważałem za dziwactwo wprowadzone tylko i wyłącznie dla pomnażania majątku kościoła jako organizacji podległej Watykanowi. Mimo to zmiana frontu w tej sprawie jeszcze zanim zakończono proces beatyfikacyjny JPII, co jest dla papieża odpowiednikiem ostygnięcia w grobie, jest dla mnie co najmniej niesmaczna. Uzasadnienie zaś tego przewartościowania uważam za głupie i obrzydliwe. Kościół chce odejść od celibatu, by uniknąć kolejnych afer pedofilskich, które wybuchają w jego szeregach i umożliwić klerowi normalne życie seksualne. Nie bardzo rozumiem jak taka zmiana ma zmienić księdza pedofila w Casanovę kobieciarza. To nie celibat robi z księży pedofilów. To pedofile garną się w szeregi Kościoła, tak jak i do innych organizacji i instytucji mających kontakt  z dziećmi. Tylko że Kościół daje im ochronę i poczucie bezkarności, której nie daje im praca w domach dziecka, szkołach czy innych dla dzieci przeznaczonych instytucjach.

Niestety, mam wrażenie, że zasada dobrego wroga działa nie tylko w polityce, ale i w ewolucji organizacji społecznych. Dobry wróg pomaga skonsolidować swoich pod jednym sztandarem, odróżnić ich od obcych i zmobilizować do walki przeciwko niemu. Komuna była dla Kościoła dobrym wrogiem. Stanowiła bardzo widoczne, nie tylko ideologiczne, zagrożenie dla kościoła, nie tylko katolickiego. Zmuszała Kościół do pokazywania jak najbardziej ludzkiej twarzy. Od czasu jak jej zabrakło, jest w Kościele coraz gorzej. Nie zauważa on, iż w miejsce komuny ma wroga dużo poważniejszego niż ona – biznes. Kościół miał nadzieję, że po upadku komuny, tak jak przed jej powstaniem, będzie czerpał korzyści ze społeczeństwa kapitalistycznego dzieląc się z biznesem władzą i pieniędzmi. Niestety, w historii nic nie powtarza się dwa razy. Panta rhej. Nawet jeśli wstąpisz do tej samej rzeki, to nie do takiej samej. Kiedyś biznes chciał tylko pieniędzy, teraz zmienił się w potwora groźniejszego niż komuna. Chce nie tylko pieniędzy, ale i dusz. Władzy nad pragnieniami i marzeniami, stylem życia i jego celem. Nie ma tam miejsca na wiarę, gdyż człowiek nie jest już istotą ale przedmiotem zabiegów marketingowych. Już nie zaspokaja się ludzkich potrzeb ale się je tworzy i zmienia ludzi w idealnych niewolników, którym do szczęścia potrzebna jest tylko praca pozwalająca kupić wciąż nowe dobra, o których wczoraj jeszcze nawet nie marzyli, a które przedwczoraj uważali za zbędne albo wręcz głupie. W świecie rządzonym przez Boga Biznesu nie ma miejsca na Kościół i Wiarę, gdyż konkurują oni o te same dobra: czas, energię, marzenia i pieniądze. Tylko że Kościół, zwłaszcza w Polsce, jest zbyt ślepy by to zauważyć. Dwadzieścia lat po upadku komuny łudzi się, że to przez komunę coraz mniej jest wiernych w kościołach, coraz więcej seksu przedmałżeńskiego, naśmiewania z wary i obojętności wobec niej, zwłaszcza wśród młodego pokolenia. Młodzieżowe ruchy katolickie, którymi tak się kler zachwyca, są jak ZSMP w ostatnich dekadach komuny. Nie mają żadnego wpływu na ogół młodzieży; giną w jej masie i nie stanowią żadnej realnej siły pod jakimkolwiek względem.

Nowoczesny, marketingowy kapitalizm zmienia nie tylko społeczeństwo ale i Kościół. Upodabnia go do supermarketu. Tylko że ten supermarket ma mniej olśniewających gadżetów do rozdania, mniej paciorków do rozdania. Wymaga więcej czasu, poświęcenia niż konkurencja a daje mniej. Nic dziwnego, że wierni coraz częściej wolą spędzać niedzielę w jakimś Realu niż w kościele. Milej, wygodniej i bez żadnych nieprzyjemności. Nikt nie straszy i nie wypomina.

Nie wiem jakim cudem Kościół mógłby wygrać walkę z nowym wrogiem. Z tego co widać na Zachodzie, gdzie to starcie zaczęło się wcześniej, to jest bez szans, o ile nie wypracuje całkiem nowej strategii. Puste kościoły, pełne markety, to przyszłość, o ile nic się zmieni. Ale może to dobrze o ile Kościół się nie zmieni. Jak zapełnić kościoły, skoro drzwi się zamyka...

niedziela, 3 stycznia 2010

Jaskinia zbójców



Dlaczego tak łatwo podzielić nas na swoich i obcych?

Co sprawia, że ludzie wyznający te same poglądy i nawet lubiący się, często stają się w końcu wrogami?

W lecie 1954 r. obóz skautów w parku stanowym Robbers Cave (Jaskinia Zbójców) niedaleko miasteczka Watonga, w stanie Oklahoma, był miejscem jednego z najsłynniejszych eksperymentów z dziedziny psychologii społecznej. Jego inicjatorem był wybitny, urodzony w Turcji, amerykański psycholog Muzafer Sherif, autor realistycznej teorii konfliktu.
               
Jego pomysł polegał na tym, żeby spośród 12-letnich chłopców z protestanckich rodzin klasy średniej, mieszkających w akademickim mieście Norman, wybrać 22, których podzielił na dwie nieróżniące się zasadniczo grupy. Obie przewieziono osobno do Jaskini Zbójców, gdzie przez kilka pierwszych dni nie miały ze sobą kontaktu, a organizatorzy w każdej z nich starali się wytworzyć poczucie wewnętrznej więzi, solidarności i hierarchii. Po tej wstępnej fazie rozpoczął się właściwy eksperyment, którego celem było zbadanie, czy grupy zaczną ze sobą współpracować, czy też rywalizować? Czy pojawi się poczucie wrogości wobec onych, które w jakimś stopniu podzielane będzie przez wszystkich członków obu grup?

Eksperyment powiódł się ponad oczekiwania. W pierwszej fazie obie grupy wybrały sobie nazwy Orłów i Grzechotników (równie dobrze mogły nazwać się Platformersami i Pisiorami), uszyły "narodowe flagi" i wyłoniły przywództwo. Kiedy zaczęły rywalizować, wnet doszło do wrogich incydentów, wzajemnego ostracyzmu, a wreszcie nocnych rajdów zakończonych bezczeszczeniem flagi oponentów i zaborem przedmiotów o symbolicznym znaczeniu. Towarzyszyły temu, jak należało oczekiwać, wzajemne oszczerstwa i pomówienia. Sherif zdecydował dość szybko zakończyć eksperyment i pozostałe dni turnusu poświęcił na szukanie sposobu integracji zwaśnionych grup.

Sherif, interpretując swe obserwacje, wysunął hipotezę, że główną przyczyną, dla której grupy ludzkie posługują się wobec innych stereotypami i zaczynają ich dyskryminować, jest współzawodnictwo o dostęp do ograniczonych zasobów. Teoria ta, zwana realistyczną teorią konfliktu, wydaje się echem marksistowskiej wizji społeczeństwa i próbą racjonalnego (ekonomicznego) wyjaśnienia głębokich ludzkich motywacji. Niewątpliwie realny konflikt interesów (np. prezydentem kraju może zostać tylko jeden z kandydatów i jego wybór wydać się może pozostałym krzywdzący) łatwo prowadzi do wrogości. Późniejsze badania psychologów społecznych ujawniły jednak niepokojący fakt, że stereotypizacja i niechęć wobec innych grup pojawia się częstokroć, nawet gdy nie ma rzeczywistego konfliktu interesów.

Minimalne kryteria identyfikacji

Do ujawnienia tej prawdy w dużej mierze przyczynił się brytyjski badacz polskiego pochodzenia, urodzony we Włocławku syn żydowskiego kupca Hersz Mordche, który przybrał później nazwisko Henri Tajfel. Psychologią społeczną zajął się po tragicznych doświadczeniach drugiej wojny światowej. Gdy wybuchła, studiował chemię w Paryżu i powołany został do armii francuskiej. Dostał się do niemieckiej niewoli i przeżył okupację w obozach jenieckich tylko dlatego, że udało mu się ukryć swoją narodowość. Po wojnie przeniósł się do Anglii, ukończył studia psychologiczne i na Uniwersytecie Oksfordzkim rozpoczął badania grupowych uprzedzeń i nacjonalizmu. Kontynuował je w University of Bristol, gdzie w 1967 r. został kierownikiem katedry psychologii społecznej.

Swą teorię społecznej tożsamości Tajfel oparł na doświadczeniach dotyczących tzw. minimalnych grup. Było one minimalne w sensie arbitralnych i mało istotnych kryteriów identyfikacji. W jego badaniach uczestnicy identyfikowani byli jako członkowie grupy Kandinsky’ego lub grupy Klee – zależnie od tego, którego obrazy bardziej im się podobały. Członkowie poszczególnych grup nawet nie znali się i nic nie wskazywało, że kiedykolwiek się spotkają. Pomimo to Tajfelowi udało się wytworzyć u nich świadomość grupowej tożsamości i wykazać, że w ślad za nią idzie skłonność do dyskryminacji członków drugiej grupy.

O tym, że brak ogólnogatunkowej solidarności nie jest jedynie ludzką przywarą i wrogość wobec innych grup współplemieńców prowadzić może do aktów eksterminacji, przekonała się w 1974 r. słynna badaczka życia szympansów Jane Goodall. Obserwowana przez nią grupa zamieszkująca tanzański park narodowy Gombe jakiś czas wcześniej rozdzieliła się na dwie bandy. Dawni przyjaciele stali się śmiertelnymi wrogami i w wyniku kilkuletniej wojny podjazdowej mniejsza z grup przestała istnieć. Wszystkie należące do niej samce i starsze samice zostały zabite, zaś młodsze przyłączone do zwycięskiej grupy.

Ani Sherif, ani Tajfel nie byli w stanie wyjaśnić głębokiego źródła opisywanych zachowań. W ciągu ostatnich dziesięcioleci pojawiły się na ten temat nowe teorie, niektóre odwołujące się do biologii i do ewolucji. Fakt, że wszyscy jesteśmy ludźmi, nie powoduje, że automatycznie solidaryzujemy się z całą ludzkością. Inni ludzie są raczej naszymi konkurentami – a zatem zagrożeniem dla naszego bytu i szczęścia. Zdaniem psychologów ewolucyjnych powołujących się na koncepcję doboru krewniaczego, nasz altruizm i solidarność skierowane są przede wszystkich do członków najbliższej rodziny. Nieco większe grupy łączyć może tzw. altruizm odwzajemniony, wynikający z oczekiwania, że ci ludzie, którym pomożemy w potrzebie, odwzajemnią się kiedyś tym samym. Tożsamość z większymi grupami, na ogół nieznanych nam ludzi, jest jak gdyby dopiero nadbudową wspierającą się na bazie tych pierwotnych tendencji. Najpierw dbamy o własne geny, potem o przyjaciół, a dopiero później utożsamiamy się z większymi grupami, takimi jak partia, naród, a w końcu może i ludzkość.

Wiele do powiedzenia w sprawie motywów naszych skomplikowanych zachowań mają też neurofizjolodzy. Od czasu, kiedy odkryto (w mózgach małp) neurony lustrzane (POLITYKA 34), niektórzy z nich twierdzą, że ludzie są znacznie bogaciej w nie wyposażeni niż inne zwierzęta i dzięki temu jesteśmy niezwykle wrażliwi na odczucia innych ludzi – zdolni do empatii, a przede wszystkim do naśladownictwa. Tę ostatnią zdolność, długo uważaną za coś w rodzaju słabości skłaniającej ludzi do konformizmu, dziś uważa się za fundamentalną. Pozwala ona ludziom uczyć się przez obserwację innych i sprawia, że jesteśmy gatunkiem nie tylko społecznym, lecz – jak twierdzą uczeni – ultraspołecznym. Nie można jednak naśladować automatycznie wszystkich. Skuteczne naśladownictwo idzie w parze z poczuciem grupowej przynależności i samo z kolei wzmacnia poczucie grupowej tożsamości.

Demokraci bronią niewolnictwa

Tożsamość partyjna nie dla wszystkich jest ważna. Pamiętajmy jednak, że partia polityczna jest grupą mającą wspólny cel (zdobycie władzy), a niekiedy także poglądy. Dla wielu ludzi staje się rodziną zastępczą. Partia jest w efekcie czymś więcej niż zbiorowiskiem ludzi o podobnej ideologii. O tym, że tak jest, świadczy historyczne doświadczenie Stanów Zjednoczonych Ameryki, które przez wielu uważane są za wzorzec demokracji. Kiedy w 1854 r. powstała Partia Republikańska, mająca w swym programie abolicję niewolnictwa, zrzeszała ona zwolenników silnego centralnego rządu, wysokich podatków i ambitnego programu robót publicznych. Miały być one przeciwwagą dla demokratów, którzy popierali niskie opodatkowanie, ograniczone prerogatywy rządu federalnego, podejrzliwie traktowali elity Wschodniego Wybrzeża i uważali, że Waszyngton powinien pozostawić w spokoju posiadaczy prywatnej własności. Dziś stanowiska tych dwu partii we wszystkich wspomnianych kwestiach są dokładnie odwrotne, choć każda z nich zachowała historyczną ciągłość. Nie dzieliły ich więc abstrakcyjne ideologie, lecz pragmatyczny cel zdobycia władzy.

Wzajemna wrogość politycznych konkurentów przybierała w młodej republice bardzo osobistą formę. Kiedy Ojciec Narodu George Washington odmówił w 1796 r. zgody na trzecią prezydencką kadencję, wybór padł na federalistę Johna Adamsa, zaś wiceprezydentem został lider opozycji Thomas Jefferson. Dwa lata później, w czasie rozruchów w Filadelfii, na ulicach walczyli ze sobą zwolennicy obu polityków. "Polityka i partyjna nienawiść niszczy tu szczęście wszystkich" – pisał z żalem Jefferson do swej córki. Kilka lat potem, w lipcu 1804 r., Alexander Hamilton, były minister skarbu w rządzie Washingtona, zginął w pojedynku zastrzelony przez swego politycznego (i osobistego) przeciwnika, urzędującego wiceprezydenta kraju Aarona Burra. Wytoczona przeciwko Burrowi sprawa o zabójstwo została umorzona. Czy można się więc dziwić Washingtonowi, który nie godził się przystąpić do żadnej z partii, że uważał ducha partyjności za zagrożenie dla narodowej jedności? W swej słynnej mowie pożegnalnej ostrzegał, że duch partyjności "podburza społeczeństwo nieuzasadnionymi zawiściami i fałszywymi alarmami; rozpala wrogość jednej części [Narodu] wobec innej, prowadzi niekiedy do buntów i rozruchów. Otwiera drzwi dla obcych wpływów i korupcji…".

Co można powiedzieć w obronie systemu partyjnego? W ogłoszonym pięć lat temu w "The Washington Post" eseju zatytułowanym "Pochodzenie gatunków" (Origin of the Species) publicysta David Von Drehle konkluduje, że największą zaletą partii politycznych jest to, że nie są wieczne i – kiedy są u władzy – mają zwyczaj popełniania powodowanych arogancją błędów, które prowadzą do ich klęski. Prawdziwą wielkość polityków, pisze dalej, poznaje się po ich zdolności do wzniesienia się ponad partyjne podziały. Jako przykład podaje Jeffersona i Adamsa, którzy po odejściu od polityki pojednali się i jako prawdziwi mężowie stanu prowadzili ze sobą mądrą i życzliwą korespondencję. Traf chciał, że obaj zmarli tego samego dnia, 4 lipca 1826 r., w dniu amerykańskiego Święta Niepodległości.

A jak zakończył się eksperyment Sherifa w Jaskini Zbójców? Udało mu się pojednać zwaśnionych Grzechotników z Orłami. Zainscenizował on zręcznie awarię systemu wodociągowego w obozie, którego naprawa wymagała współpracy obu grup. Wobec tej wyższej konieczności wcześniejsza wrogość została zapomniana.

Strach pomyśleć, jakie okoliczności skłoniłyby naszych polityków do odnowienia starej przyjaźni...

niedziela, 29 listopada 2009

GANGRENA RZECZPOSPOLITEJ



Wiele chorób dotknęło w przeszłości, dotyka dziś i dotykać będzie naszą Rzeczpospolitą. Nie jest to dziwne, gdyż taka jest kolej rzeczy, zarówno w świecie organizmów jak i państw czy społeczeństw. Jedne choroby przychodzą i odchodzą a inne pozostają i da się z nimi żyć. Są jednak takie, które nieleczone zabijają. Takie rzeczy istnieją w świecie przyrody i w świecie polityki.

Polska w odczuciu wielu ludzi i w moim również, jest bardziej chora niż wiele innych krajów. Przodujemy w korupcji, zacietrzewieniu, nietolerancji i w wielu innych negatywnych zjawiskach. Na samym końcu jesteśmy w poziomie nauki i oświaty, opieki medycznej i wielu innych sprawach mających najbardziej żywotne znaczenie dla akceptacji państwa przez społeczeństgwo, przy czym to, co mamy jest tylko pozostałością tego, co przyniosła nam komuna. Gdyby nie komuna przewnie pół kraju, zwłaszcza od strony wschodzniej, nie miałoby nawet prądu. Wydaje się Wam, że przesadzam? 1/3 ludności świata żyje bez prądu a tereny postkomunistyczne też by się mogły w tej grupie znaleźć gdyby szły inną drogą rozwoju. Zresztą w kapitaliźmie też dbano o masy tylko po to, by pokazać uciemiężonym przez komunizm, że kapitalizm nie jest już taki, jak przed wojną, że dba o zwykłych ludzi, o wsie i miasteczka. To jednak temat na osobne rozważania. Polska przetrwała komunę i istnieje nadal. Zwykłe choroby nie byłyby jej w stanie zniszczyć gdyby nie gangrena, która ją toczy.

Cóż to za paskudztwo mam na myśli? Państwa nie upadają w wyniku niezadowolenia społecznego. Upaść mogą najwyżej rządy i inni włodarze. O końcu państwowości zawsze decyduje ekonomia. Ona powoduje przegrane wojny, rozpady i anschlussy. Szwajcari czy Szwecji nikt nie zajął w czasie I czy II Wojny. Nie opłacało się. Czechosłowacja nie przetrwała przemian ustrojowych gdyż jej dwie części nie były wystarczająco mocno związane ekonomicznie. Wykazywanie ekonomicznych kulis polityki i władzy to temat wielu książek, nie rozwódźmy się nad tym i wróćmy do sedna.

Gangrena, czyli zgorzel to proces rozkład tkanek w żywym organizmie przez bakterie gnilne (beztlenowce) wnikające do organizmu przez ognisko martwicy. Dla komuny martwicą było nie niezadowolenie społeczne z braku wolności, którą to tezę usilnie się lansuje, nie dywersja finansowa i ideologiczna z Zachodu jak chcą inni, a zapaść ekonomiczna. Spojrzyjmy choćby na nasze kolejne „zrywy wolnościowe”. Zawsze zbiegały się z planowaną podwyżką cen żywności i zawsze zaczynały w dużych skupiskach ludzkich zależnych od jej zakupu. Na wsi nigdy takich ruchawek „wolnościowych” nie było, bo jeszcze było co jeść. Dzisiaj ten główny, prawdziwy motor upadku komunizmu się pomniejsza głośno krzycząc o umiłowaniu wolności. Dlaczego? Ano dlatego, że komuna pozostawiła nam ognisko martwicy, którego nie ruszył żaden rząd i które sieje spustoszenie w naszej ekonomii.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych nie ma nic wspólnego z ubezpieczeniami. Gdyby miał nie istniałaby Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego. Składki w KRUS są kilkakrotnie niższe niż w ZUS a świadczenia takie same. Czy to możliwe, żeby mężczyzna ubezpieczony w KRUS, w wieku lat 20 miał te same świadczenia co jego kolego w ZUS, ale za jedną czwartą stawki tego drugiego? Oczywiście nie. Ktoś musi do niego dopłacać. Póki rolników było tyle co na wsi, póki najbardziej obrotni ludzie nie zwiali na Zachód, póty ZUS jakoś sobie radził Jednak postęp w medycynie spowodował podrożenie procedur medycznych których domagają się pacjenci jako dostępnych powszechnie w innych krajach. W dodatku masa ludzi, nikt nie wie jak wielka, bo to tajemnicy poliszynela, której nikt nie chce ruszyć, została „rolnikami” by zamiast haraczu do ZUS odprowadzać symboliczną daninę do KRUS. Jak wielki jest rozmiar tego ogniska martwicy nikt nie wie, ale cały czas rośnie. Coraz więcej ludzi podczepia się pod KRUS a część, która nie może, coraz chętniej ucieka ze składką za granicę. Coraz mniej wpływa do kasy ZUS a chętnych do świadczeń coraz więcej, gdyż społeczeństwo się starzeje.

Kolejne rządy miotają się jak w kaftanie bezpieczeństwa w okowach KRUSowego spętania i próbuje uzdrowić slużbę zdrowia, której uzdrowić się nie da dopóki nie powstanie spójny system jej finansowania. A jak ma powstać skoro jedni Kowalscy za to samo płacą kilka razy mniej niż inni. Pół biedy, gdyby ci inni byli, ale frajerów coraz mniej. Nikt nie chce zadrzeć z wieśniakami bo to przecież znaczący elektorat. Zwłaszcza iż zainteresowani wiedzą, że połowa objętych KRUSem mieszka w miastach. Tematu się więc w ogóle nie porusza i śmiem twierdzić, że tak naprawdę żadna partia nie jest zainteresowana dobrem Polski, gdyż żadna się tego śmierdzącego tematu nie chce dotknąć. A temat jak tytułowa gangrena już zaczyna powodować objawy na skalę całego organizmu.

Przesadzam? Kiedy za Gierka Polska się zadłużyła zewnętrznie opozycjoniści rwali włosy z głowy. Polska nigdy się z tego nie wygrzebie! Sprzedał Polskę! Teraz Polska jest zadłużona jak jeszcze nigdy. Szacunki są sprzeczne. Niektóre nawet podają sumę zadłużenia kilkakrotnie wyższą niż w najczarniejszym momencie poprzedniego ustroju. Jednak najgorsze jest to, że zadłużenie rośnie a politycy nabrali wody w usta.

Kiedy usłyszę, iż ktoś chce rozpędzić KRUS, wtedy na niego zagłosuję, bo to może będzie jakaś szansa. Jednak wszyscy, którzy bajają o reformie ZUS, służby zdrowia i państwa bez tego tematu, są tak naprawdę zainteresowani tylko tym, by jeszcze trochę tego czerwonego sukna z Rzeczpospolitej wyrwać dla siebie. Interesują ich tylko stołki i interesy własne oraz znajomych, którzy razem z nimi za to sukno ciągną.

sobota, 21 listopada 2009

Parytet - szansa dla nieudaczników



Kiedy słyszę wołania o „parytet” dla kobiet w dostępie do polityki to po prostu krew mnie zalewa. Jeśli ten poroniony pomysł przejdzie to chyba z większą sympatię będę patrzył na komunę niż na naszą „demokrację”

Pomysłów z parytetami, z ustawowo, urzędniczo przydzielonymi prawami mieliśmy w historii wiele. Zawsze ukrywały one rzeczywiste problemy a ich realizacja powodowała następne.

Mieliśmy choćby parytet wieśniaków na studiach realizowany co prawda nie wprost, a za pomocą dodatkowych punktów dla ludzi ze wsi. Miał on spowodować poprawę wskaźników, czyli zwiększenie ilości studentów pochodzenia wiejskiego. Władza zdawała sobie sprawę, iż oświata na wsi kuleje w porównaniu do poziomu szkół w miastach ale normalne rozwiązanie tego problemu, czyli zwiększenie nakładów na szkolnictwo wiejskie, popularyzacja idei oświeconego mieszkańca wsi i podobne programy byłyby niezwykle kosztowne a pozytywne skutki bardzo, bardzo odległe w czasie. Zamiast tego kandydatom na studia z pożądanym rodowodem ułatwiano dostanie się na uczelnie. Tego, że na studia trafiały buraki, które nigdy się tam nie powinny znaleźć, które skutecznie obniżały poziom uczelni i powodowały schamienie braci studenckiej, nikogo nie interesowało.

Dzisiaj nasze „gwiazdy” pod przewodnictwem J.O. Prezydenta chcą parytetu dla kobiet w sejmie. Co to oznacza? Oznacza to, że nie będzie już ważne co kto ma w głowie, tylko co ma między nogami. Jeśli trafi się rok, w którym do sejmu wystartuje zestaw wyjątkowo mądrych, uczciwych i popularnych mężczyzn i zdurniałych, granatem od garnka oderwanych bab, to połowa z tych super facetów odda swe miejsce bo 50% miejsc należeć się będzie kobietom. Nie żebym miał złudzenia co do umysłowego poziomu przeciętnego reprezentanta klasy politycznej. Może się też zdarzyć odwrotnie. Po prostu zamiast wolności wyboru, który gwarantuje nam Konstytucja, będziemy mieli przymus. Zamiast równości, co gwarantuje Konstytucja, będziemy mieli przymus.

Konstytucja wyraźnie mówi, że nie wolno nikogo dyskryminować. Szczególnie ze względu na płeć. Jak to się ma do parytetu, który wyraźnie zamknie drzwi przed lepszymi o ile nie będą odpowiedniej płci?

Tych, którzy głośno opowiadają się za parytetem i nie widzą w nim niczego złego pytam:

Czy następnym będzie wprowadzenie parytetu płci przy przyjęciach na studia?

A może zanim wprowadzimy parytet w dostępie do polityki najpierw wprowadźmy go w górnictwie, na morzu i w innych dziedzinach, w których tak brak kobiet. Na pewno byłoby fajnie mieć znajome górniczki pod ziemią, marynarki i rybaczki na morzu i TIRówki za kierownicami ciężarówek. Zwłaszcza, jeśli będą się równie atrakcyjnie prezentować co dzisiejsze TIRówki.

Bądźmy też konsekwentni i zróbmy parytety w drugą stronę: za mało jest męskich sędziów w sądach rodzinnych, nauczycieli i męskich biurw. Przykłady można mnożyć. Zróbmy i tam parytety.

Każdy widzi, że idea jest kretyńska. Skąd więc tak masowe dla niej poparcie? Zbliżają się wybory. Kobiety to w kraju połowa elektoratu. Nic więc dziwnego, że ktoś się chce im podlizać. Dlatego patrzmy i notujmy kto popiera parytet. Poznamy ludzi, którzy za nic mają dobro kraju i Konstytucję. Poznamy tych, którzy zrobią wszystko, by mieć władzę. Notujmy i NIGDY na nich nie 

wtorek, 3 listopada 2009

Cenzura na forum Onetu



Dzisiaj do opublikowanego w Onecie artykułu Porachunki pseudokibiców pod pomnikiem papieża dodałem komentarz o następującej treści:

to kolejny dowód nieodpartego wpływu wiary i pontyfikatu Jana Pawła II na społeczeństwo

Komentarz został usunięty z następującego powodu:

ponieważ komentarz nie ma nic wspólnego z artykułem

Ja tam związek widzę. Jan Paweł II wywarł podobno niezatarty wpływ na nasze społeczeństwo. Tylko ja tego nie odczuwam. Nie widzę spadku przestępczości wśród Jego wyznawców. Nie widzi tego też statystyka. Nie widzę wzrostu tolerancji ani żadnego innego pozytywnego wpływu w jakiejkolwiek dziedzinie. Mówię o naszym katolickim społeczeństwie globalnie; nie zaprzeczam wpływu na pojedyncze jednostki. Jednocześnie wyraźnie widzę negatywny wpływ JPII na Polską rzeczywistość: korzystając z Jego niepodważalnego autorytetu wiele negatywnych zachowań i postaci zapewnia sobie bezkarność i nietykalność. Nawet wtedy, gdy słowa JPII stoją w sprzeczności ze słowami Ojców Kościoła, jak choćby sprawa życia poczętego, nie można zwalczać niczego, co korzysta z mądrości Naszego Papieża. Porachunki z użyciem noża pod pomnikiem JPII są więc dla mnie symboliczne i wyraźnie widzę związek między artykułem a komentarzem. To symbol braku realnego pozytywnego wpływu na naszą młodzież, państwo, społeczeństwo Nie wspomnę już o tym, że jak łatwo sprawdzić, przez cenzurę zwaną na Onecie moderacją przechodzą zarówno komentarze obraźliwe, czego zabrania i prawo i regulamin, i jeszcze mniej związane z tematem. Tylko ten jakoś się nie spodobał.

Chcę jeszcze wspomnieć, iż nie jest to pierwsza taka sytuacja. Kiedyś nawet zażaliłem się na nadgorliwego moderatora. Przeprosiny uzyskałem, ale komentarz i tak nie poszedł, a temat stracił aktualność.

A jak Wy sądzicie? Jest na Forum Onetu ceznura czy też nie?