Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 31 marca 2007

Skandal na Bałtyku



- zawiodły służby i procedury
Przez siedem godzin policja i morskie służby kłóciły się oto, kto ma wyłowić topielca, który dryfował kilka mil od Chłopów. W tym czasie ciało odpłynęło i zaginęło.
Źródło:Onet Wiadomości za gk24.pl, ML, 30.03.2007

Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność. Czy to dziwi? W sumie nie, bo IV RP ma wybitną skłonność do obsadzania stanowisk nie tyle fachowcami, co swojakami.Najważniejsze kryterium to przynależność partyjna, poglądy na sprawy aborcji i stosunek do eutanazji.

Mnie osobiście wkurza nie tyle samo zdarzenie, bo takie zgrzyty pewnie zdarzają się w każdym kraju i pod rządami każdej opcji politycznej, ale nagminność takich zdarzeń w Polsce i brak jakichkolwiek reperkusji. Nagminność wynika chyba z coraz powszechniejszej niekompetencji urzędników i z braku ich samodzielności.Samodzielności w myśleniu i w elementarnym poczuciu tego, co przyzwoite jest, aco nie. Brak procedur to jedno a nieumiejętność samodzielnej oceny sytuacji to drugie. To jest cecha chyba symptomatyczna dla całej katolickiej prawicy. Są chyba pod tak przemożnym wpływem swoich autorytetów z Janem Pawłem II,Giertychami i Kaczyńskimi na czele, tak są przyzwyczajeni do korzystania z ich niedościgłych dla zwykłego rozumu wskazówek, że gdy trzeba ruszyć własną mózgownicą dla dobra wspólnego albo pokierować się własnym poczuciem przyzwoitości, to się nimi nie posiłkują, bo zgoła nie mają czym. Inaczej się tego wytłumaczyć nie da, no chyba że jeszcze, co zresztą pierwszemu wcale nie przeszkadza,totalnym lenistwem i poczuciem bezkarności.

Totalne nieróbstwo widać najlepiej na przykładzie policji, bo jest to organizacja w dużej części jawna i znana szerokiemu ogółowi, w przeciwieństwie do służb związanych ze sprawami morskimi. Każdy, kto ma w rodzinie przedwojennego staruszka, kto czytał trochę albo słyszał opowieści z tego okresu, ten wie, że przed wojną policjant to była figura ale i upierdliwiec. Czepiał się nawet godzin otwierania i zamykania sklepów, i co tu dużo gadać, po prostu pilnował porządku. Nie mówię tu o głośnych przestępstwach, gdzie więcej jest polityki niż rzetelnej pracy policyjnej, ale o tym co dotyka każdego z nas co dzień w drodze do pracy albo do knajpy. Po wojnie policja stopniowo robiła coraz mniej,ale ogólnie rzecz biorąc nadal była upierdliwa (czytaj pracowita) i aktywna.Mundurowi byli jeszcze jako tako widoczni i reagowali na pijaków na skwerkach,na papiery walające się wszędzie dookoła i na brak numerków na posesjach. Teraz mamy coraz to większy bezwład tych podstawowych funkcji. Niejednokrotnie w większych miastach zdarzało mi się, jadąc pod prąd, mijać z radiowozem. Nigdy nie doczekałem się reakcji. Jedyne czego się można obawiać to zatrzymanie przez drogówkę za zbyt dużą prędkość. Dlaczego? Bo drogówka z radarem działa w ramach prikazu, a po PiS-owskiemu, w ramach swych procedur i kompetencji. Ona nie musi myśleć i oceniać we własnym rozumie i we własnym sumieniu. Policjant z innego pionu musiałby sam pomyśleć zanim podejmie nie przewidzianą czynność, a tego gojuż władza oduczyła. On ma tylko „wykonywać czynności”. Dlatego właśnie można spokojnie wymuszać pierwszeństwo na radiowozie jadącym z aktami do sądu,wyprzedzać jadący z maksymalną dozwoloną prędkością samochód z prawie każdego wydziału policji z wyjątkiem drogówki, czy mijać się z nim pod prąd. To nie jest żaden najazd na policję i policjantów. To samo dzieje się we wszystkich strukturach państwa, a skandal na Bałtyku jest tylko jednym z wielu codziennych tego objawów. Objawem bardzo spektakularnym i oczywiście bezkarnym. Takim samym jak chorzy umierający bez pomocy na granicy dwóch rejonów pogotowia czy pod bramą przychodni. Nie dziwi nic.

We Francji po katastrofie pociągów do dymisji podaje się minister komunikacji.Normalka, choć w sumie nie wiem dlaczego, skoro tragedii nie był winien i nie miał możliwości, by jej zapobiec. Może u nich taka moda, że minister, jak kapitan na okręcie, odpowiada za wszystko, nawet za góry lodowe, koklusz i gradobicie. Takich przykładów jest wiele. U nas takie wpadki nie powodują żadnych konsekwencji wobec osób na wysokich stanowiskach. O czymś takim, jak podanie się do dymisji to chyba nawet nie ma co marzyć. Tak więc nie ma się co bulwersować tym topielcem. W normalnym kraju ktoś by za to beknął ale u nas -nic to! Jutro następna wpadka odsunie poprzednią w zapomnienie i oby tak dalej.My mamy inne wartości. Chwalmy Pana!


Andrew Vysotsky

KATOLICY VS RESZTA ŚWIATA



Dlaczego nie podoba mi się polski katolicyzm, podobnie jak wielu innym ludziom w naszym kraju? Dlaczego ludzi takich jest coraz więcej? Dlaczego ten sam katolicyzm dużo bardziej podobał mi się 20 lat temu?

Te i inne pytania niejednokrotnie przewijają się przez głowę wielu z nas. Innym z kolei nigdy się nie objawiają i dlatego nie mogą zrozumieć krytyki katolicyzmu, a każdą negatywną jego ocenę odbierają jako atak na wiarę. Ten post postanowiłem napisać raczej dla wierzących niż dla pozostałych, by mogli zrozumieć innych. Nie wszystkich oczywiście, bo każdy myśli trochę inaczej.

Zacznijmy od cudów. Jeśli jaki człowiek cudownie ozdrowieje, to jest to albo wynik działania autosugestii, albo efekt placebo, albo jeszcze inne zjawisko, które choć na razie niewytłumaczalne, zdarza się w medycynie. Tak jest jednak tylko wtedy, gdy uzdrowionym nie jest wierzący, a przyczyną uzdrowienia nie jest wpływ Jana Pawła II albo innego świętego, o wyższych w hierarchii niebieskiej nie wspominając. Wówczas jest to cud. Jak to rozumieć? Czyli takie samo uzdrowienie jest albo statystycznym wybrykiem w historii medycyny, albo cudem, a kwalifikacja zależy od postawy i światopoglądu pacjenta?

Jeśli ktoś oddaje swoje życie za innych ludzi, bezinteresownie i bez żadnej ideologii, po prostu dlatego, że uważa to za dobre, to jest zwykłym, szarym człowiekiem, przez dzień czy dwa okrzyczanym bohaterem w nagłówkach krajowych gazet. Ten sam człowiek, jeśli swojego czynu dokona w stanie religijnego uniesienia, może zostać świętym? Co decyduje o uznaniu? Czyn i poświęcenie, czy wiara i poparcie kościelnej propagandy?

Jeśli ktoś słyszy głosy i czyni dobro to może zostać świętym. Jeśli ktoś słyszy głosy, włazi na wieżyczkę i wali z kałacha do gliniarzy, to pewnie jest wariatem. Czemu nikt nie sprawdza, czy naprawdę nie jest nawiedzony? Skoro ktoś publicznie świadczy o istnieniu Boga, skoro wiesza w naszym kraju krzyże w publicznych gmachach, skoro wierzy w możliwość nawiedzenia przez Boga, to czemu nie wierzy, w możliwość nawiedzenia przez szatana. Skoro można zobaczyć Matkę Boską, skoro można rozmawiać z aniołami albo nawet z Jezusem, skoro śmiertelnicy są w stanie potem ocenić, czy ktoś jest święty, czy nie, to czemu nie sprawdzają drugiej strony medalu? Czemu nie interesuje ich, czy ktoś był opętany czy nie? Niby sprawdzają, tam, gdzie nie trzeba. Szkoli się księży w egzorcyzmach, w wypędzaniu demonów, ale nie słyszałem, by próbowali pomóc takim, jak sławny ostatnio strażnik z Sieradza. A czemu zakładamy od razu, że głosy zachęcające do zabójstwa, są głosami szatana? Wszak niezbadane są ścieżki Pana.

Kiedy Świadkowie Jehowy zapytują nas na ulicy, czy chcemy porozmawiać o Bogu, kiedy pukają do naszych mieszkań, wielu z nas uważa ich za nachalnych. A co robi nasza, katolicka hierarchia? Włazi z butami do szkół, do gabinetów ginekologicznych, gdzie się tylko da. Świadkowie Jehowi nie zezwalają na transfuzje krwi, ale tylko swoim wyznawcom. Wystarczy się wyrzec Jehowy i już można sobie transfuzje robić. Katolicy w Polsce zmuszają wszystkich, by żyli według ich systemu wartości, według ich wierzeń. Mało tego, chcą jeszcze, by państwo stało na straży ich dogmatów religijnych. Mało tego, tak naprawdę to nie żadnych dogmatów. Wśród wielkich Kościoła można znaleźć wiele zdań na temat tego, kiedy człowiek staje się człowiekiem. Skoro te zdania w samym Kościele, wśród papieży i świętych są sprzeczne, to jak Giertych albo Orzechowski śmie narzucać swoje poglądy całemu społeczeństwu? Może właśnie dlatego polski katolicyzm coraz bardziej mnie wkurza, podobnie jak wielu innych, że dał się przerobić na hasło wyborcze dla wąskiej grupy oszołomów? Katolicy zdają się nie widzieć, że PiS, LPR i zaprzyjaźnione grono inną miarką mierzy swoich a inną całą resztę. Brzechwa jest zły, Tuwim jest zły, ale ojciec ministra Giertycha, który tytuł profesora otrzymał od komuchów raczej nie za walkę z komuną (podobnie jak bracia Kaczyńscy swe doktoraty), który w 1981 poparł wprowadzenie stanu wojennego tłumacząc, że jest to jedyny sposób na uniknięcie inwazji radzieckiej i w związku z tym rozsyłał listy nakłaniające do poparcia decyzji gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który poparcie to ponawiał wielokrotnie aż do 1989, ten nie jest zły i nie jest komuchem, agentem ani sprzedawczykiem. Jest ostoją polskości i katolicyzmu, podobnie jak jego syn prawnik, wybitny erudyta i mąż stanu. Katolicy uważają za świętą Marię Magdalenę, która była zwykła dziwką, ale później się nawróciła. Znając ówczesne realia pewnie się wcześniej nie raz i nie dwa wyskrobała albo „spędziła płód”. Ci sami katolicy są gotowi jednak wytykać palcami każdą kobietę, która kiedyś była dziwką, a potem sporządniała sama z siebie, bez pomocy wiary katolickiej. Ba – najchętniej skazaliby ją na dożywocie za usunięcie ciąży, bo to przecież to samo, co morderstwo. Znów nie jest ważne, że się ktoś poprawił, tylko dlaczego się poprawił. Czy jego czyn nada się dla naszej propagandy, czy też nie. Czy jest z naszej paczki, czy też nie.

A arogancja liderów katoprawicy? Porównajmy Wałęsę z dawniejszego katolickiego pokolenia i młodszego stażem politycznym Leppera, człowieka z gminu, niezbyt szermującego hasłami wiary, z jaśnie oświeconymi guru koalicji tj. Giertychem i Kaczyńskimi. Wałęsa, zdecydowany katolik, zawsze z obrazkiem Matki Boskiej w klapie, chłop prosty i bez wykształcenia. Nie będę oceniał jego dokonań, gdyż historia potrzebuje dziesięcioleci a nierzadko i wieków, by się zbliżyć do prawdy. Historycy jednoznacznie oceniający skomplikowane procesy sprzed kilku lat na ogół są po prostu płatnymi szczekaczkami. Niejedno złe można o Wałęsie powiedzieć ale trzeba mu przyznać, że zdołał przez swój czas polityczny przejść w miarę gładko, nie antagonizując zbytnio narodu, nie nasilając skrajnych postaw w społeczeństwie. Jego wiara, choć wyraźnie akcentowana, nikomu nie przeszkadzała, mimo iż wielu się podśmiewało z tego znaczka z Matką Boską, nieodłącznego akcentu na każdym portrecie Lecha. Potrafił być katolikiem, który się ze swą wiarą nie chowa, ale i nie narzuca. Ponadto Wałęsa zasługuje na szacunek za ogromną pracę, którą włożył w swój rozwój. Dzisiejszy Wałęsa i ten z czasów Okrągłego Stołu, to dwaj różni ludzie. Nauczył się manier, ładnie się wysławia, nabrał polotu. Pracę nad sobą jeszcze bardziej widać u Leppera. Zaczynał przygodę z polityką jako prosty chłop ledwo od pługa oderwany, nie umiejący sklecić dłuższego poprawnego zdania, porywczy i na bakier z prawem, ubiorem odstający od klasy politycznej i w ogóle jakby z innego świata. Teraz to człowiek potrafiący się wysłowić lepiej niż wielu polityków z długoletnim stażem, zwłaszcza tych z prawej strony, potrafiący się ubrać i zachować. Jak się mają przy nim Kaczyńscy i Giertych? Prawnicy, ludzie wykształceni, a bez kartki nie potrafią bez błędu spłodzić dłuższego zdania. Do prezydenta już na zawsze przylgnęło prostackie „Spieprzaj dziadu”. Brat niewiele się różni, do tego stopnia, że mam kłopot z ich rozróżnieniem. Giertych też nie potrafi nawet w części dorównać lotnością języka choćby Kwaśniewskiemu. Ci trzej się w ogóle nie zmieniają. Dlaczego? Przecież pracuje przy nich, podobnie jak przy innych ludziach z elit władzy, sztab ludzi od poprawy wizerunku, a przynajmniej powinien pracować. Chcą na siłę uczyć innych patriotyzmu i wiary, a nie robią nawet tyle, by poprawić styl swych wypowiedzi. Niektórzy z nich nawet słów hymnu Polski do dziś się nie nauczyli. Dlaczego? Czy tak są przeświadczeni o własnej nieomylności i o własnej wyższości, że nie słuchają już żadnych rad? A może uważają, że hasłami wiary zakrzyczą nie tylko braki własnej osobowości, ale także i wszystko inne?

Wspomniana trójca GKK, podobnie jak hierarchowie naszego Kościoła, pouczają nie tylko swoich wyborców, nie tylko swoich wyznawców, co jest dobre a co złe. Wmawiają nam, że ich system wartości jest jedyny, że ich wiara jest jedyna. Wołają, że świętość Jana Pawła II jest faktem, że płód jest człowiekiem, że wszyscy komuniści byli źli a wszyscy katolicy dobrzy. Nie widzą, że większość świata nie wierzy w świętość JPII, nie widzą, że w Kościele niewiele jest rzeczy jednoznacznych, a już kwestia momentu przemiany płodu w człowieka na pewno do nich nie należy, nie chcą widzieć, że większość polskich komuchów to byli katolicy. Antagonizują naród w imię swoich prywatnych celów. Robią z Polski kraj egzotyczny, a najgorsze jest to, że te ich działania przenoszą się na kościół. Ponieważ wspomniany Wałęsa nie szermował co chwilę dogmatami swej wiary dla swoich politycznych celów, więc nawet jeśli ktoś był mu niechętny, nie przenosił tych uczuć do Wałęsy na Kościół. Ta trójka jednak tak często jedyne uzasadnienie swych działań znajduje w naukach Kościoła, i to do tego w tej jego najbardziej ortodoksyjnej wersji, że bardziej się z nim kojarzy niż niejeden duchowny. Reakcją jest przenoszenie niechęci do nich na niechęć do Kościoła. Nie jest to zresztą nieuzasadnione, bo gdyby nie poparcie Ojca Rydzyka i najbardziej ortodoksyjnego kleru, to nie byliby u władzy. Skoro Kościół ich popiera, a oni popierają Kościół, to jest oczywiste, że można ich odbierać jako świeckie oblicze Kościoła. A nie jest niestety ono zbyt miłe.

Jeszcze ważniejsza sprawa, to szersza perspektywa historyczna. Ateistów i ludzi o zbliżonych poglądach zawsze była mniejszość. Większość zawsze chciała w coś wierzyć. Nie chciała rozmyślać nad marnością tego świata i wolała korzystać ze skrótów myślowych, gotowych przepisów na życie, moralność i wszechświat. Krajów, gdzie większość ludzi to ateiści, racjonaliści, itp. jest chyba niewiele. Jeśli więc ludzkość póki co jest skazana na religijność, to ważne, by były to religie naprawdę pokojowe, tolerancyjne i otwarte na nowe filozofie, a zwłaszcza na postęp nauki. Tymczasem w Kościele nadal drzemią siły, które doprowadziły w przeszłości do stosów, inkwizycji, wojen religijnych i wytępienia wielu kultur. Znów się odzywają w głosach LPR i PiS hasła nawołujące wszystkich do wyznawania jednolitych poglądów, jednolitych wartości i czczenia jednego Boga. W dodatku Kościół zdradził jedną ze swych głównych wartości z czasów swej młodości: obrony przed Islamem. Wiem, wiem. Islam to piękna religia, pokojowa i w ogóle. Tylko jakoś tego nie widać po państwach muzułmańskich, po tyradach islamskich ekstremistów. Nawet w państwach Europy można usłyszeć islamskich duchownych nawołujących do zbrodni na chrześcijanach. A Kościół co? Udaje że nic nie wie. Udaje, że nie wie, co się dzieje w państwach islamskich, jak się tam traktuje chrześcijan. Kościół już zapomniał Wiedeń a i Polska już nie ta. Ilość chrześcijan na świecie maleje a wyznawców Allacha rośnie. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie to, że podział ten pokrywa się z podziałem między bogatymi a biednymi, między starym światem a nowym. To z natury prowadzi do starcia, do konfrontacji. Kościół zaś zachowuje się wobec Islamu jak Francja wobec Niemiec przed wojną. Próbuje go ugłaskać. Do czego prowadzi głaskanie agresywnego, zaborczego organizmu społecznego w fazie wzrostu widzieliśmy już w dziejach niejednokrotnie.

U nas Kościół przypisuje sobie znaczącą rolę w obaleniu komunizmu. W rzeczywistości to fikcja. Komunę obalił amerykański dolar. Właściwie, to zielone rozwaliły poprzez zbrojenia gospodarkę ZSRR, a reszta przyszła sama. Fakt, że JPII dużo zrobił dla obalenia komuny w Polsce akurat w tym momencie i w ten dość łagodny sposób. Jego zasług nie można negować ale po pierwsze nic by on nie zdziałał, gdyby to ogólnopolityczne tło było inne, a po drugie w takiej sytuacji i bez niego wszystko by się tak samo skończyło. Może trochę później, może trochę gwałtowniej, ale był to proces światowych zmagań i musiał się właśnie tak zakończyć. Prawdopodobnie Stalin, wielki, bezduszny spryciarz, wiedział o tym już w 1945 i dlatego nigdy nie cieszył się z zakończenia wojny. Tak więc Kościół nie daje niczego pozytywnego. Nie widać zmniejszenia przestępczości, pijaństwa czy innych negatywnych zjawisk społecznych w krajach katolickich. Nie broni społeczeństw przed ofensywą islamu ani nie zdołał uczynić nic, by islam stał się bardziej pokojowy. Nie widać żadnych efektów w zwalczaniu przyczyn terroryzmu. Państwa zachodnie, czyli państwa chrześcijańskie, coraz bardziej zbliżają się do modelu państwa policyjnego, powoli rezygnując z coraz to nowych swobód obywatelskich, łamiąc własne prawa, więżąc bezprawnie, torturując, a nawet zabijając. Nawiasem mówiąc jak bardzo upadliśmy świadczy sprawa obowiązku meldunkowego. Kiedy po upadku powstania Rosja wprowadziła obowiązek meldunkowy Polacy bardziej psioczyli na to ograniczenie, niż na zsyłki i kazamaty. Był to dla nich symbol totalnej inwigilacji w majestacie biurokracyjnej machiny. Teraz jesteśmy tak zniewoleni, że nawet nie uważamy tego za niedogodność. Kościół nic nie potrafi zrobić by temu przeciwdziałać, nie potrafi nawet przeciwdziałać zboczeniom, agentom i korupcji we własnych szeregach, natomiast wciąż głodny jest nowych dóbr i nowych zaszczytów. Świątynia Opatrzności Bożej w kraju, w którym brak pieniędzy na szpitale i szkoły, chyba nie ma nic wspólnego ze skromnością i elementarną uczciwością.


Wasz Andrew

wtorek, 27 marca 2007

ŚWIADOMA PROKURATURA



Jeszcze nie znikły z serwisów internetowych newsy o nieprawidłowościach w działaniu prokuratury w sprawie Mirosława G., jeszcze w kioskach leżą gazety z podobnymi tytułami, a tu nagle wszystkie dzienniki bombardują nas informacjami z prokuratury białostockiej. Nic nie dziwi?

Wszyscy pamiętamy teatralne wystąpienie ministra sprawiedliwości Ziobry z okazji zatrzymania Mirosława G. Wielki sukces jego służb i jego osobiście. Sąd zastosował areszt opierając się na zapewnieniach prokuratury, że nie zakłóci to sprawnego funkcjonowania wydziału transplantologii kierowanego dotąd przez Mirosława G, że nie zapłacą za to pacjenci. Teraz okazuje się, że aresztowany był człowiekiem niezastąpionym i operacje, które były dla niego zaplanowane, w ogóle się nie odbywają, a niedoszli pacjenci mogą sobie zamiast na łapówki, o których mówił minister Ziobro, odkładać na trumny. Oczywiście prokuratura twierdzi, że została wprowadzona w błąd. Dziwne, taka łatwowierna? A może bardzo chciała być wprowadzoną w błąd?

Jeszcze nie przebrzmiały echa tej sprawy, jednoznacznym cieniem kładącej się na wizerunku moralnym i ocenie kompetencji prokuratury, a już ping-pong wraca do lekarzy. Oto dowiadujemy się, że w białostockim szpitalu zabijano pacjentów dla ich narządów jak nie przymierzając świnie w rzeźni. Zeznania takie lekarze z Białegostoku złożyli w prokuraturze już w grudniu 2005 roku (Gazeta Polska, 27 marca 2007). Czy nie jest dziwne, ze ta szokująca bądź co bądź informacja wypłynęła akurat w tak dogodnej chwili? Akurat teraz, by dowalić środowisku lekarskiemu i odwrócić uwagę od błędów prokuratury? Prokuratura, która nie mogąc udzielać informacji o prowadzonych sprawach, nie ostrzegła kierownictwa Zakładu Karnego w Sieradzu o prowadzonych postępowaniach przeciwko funkcjonariuszowi, który przedwczoraj zastrzelił trzech policjantów, jednocześnie nie widzi problemu, by ujawniać informacje z innych śledztw? Czemu czeka z tym dwa lata?

Kiedyś prokuratura, tak jak i inne instytucje, była świadoma, że służy partii i klasie robotniczej, a jej działania były zrozumiałe. Gdyby to wszystko zdarzyło się w PRL-u wszystko byłoby jasne. Atak na prokuraturę działającą przeciwko lekarzom, to atak na państwo i partię, więc każdy prokurator wie, że ma szukać haków na lekarzy. Teraz jednak nie żyjemy pod okupacją, tylko budujemy IV RP. Skąd prokurator w Białymstoku, od prawie dwóch lat trzymający pod stołem tak bulwersującą informację, wiedział, że akurat dziś byłoby dobrze ją ujawnić?

Czy nie wydaje się, że dziś prokuratura jest dużo bardziej spolegliwa, wręcz dyspozycyjna wobec rządu, niż była nawet w czasach PRLu?

Wiadomości z ostatniej chwili mówią, że informacje o zabijaniu pacjentów w Białymstoku raczej należy uznać za niepotwierdzone, co w postępowaniu karnym oznacza, iż są fałszywe. (Onet Wiadomości za IAR/gazeta.pl/RMF FM/TVN 24). Tym bardziej zastanawia, dlaczego prokuratura informację, którą skrywała przez półtora roku, wypuściła do mediów akurat wtedy, gdy doszła do wniosku, że jest ona fałszywa.. Most suspicious jak mawiał Carlos.


Wasz Andrew

niedziela, 25 marca 2007

Zmiana czasu - opium dla mas



Większość rozwiniętych krajów stosuje czas letni i zimowy. Z tych bardziej znanych wyjątkiem jest Japonia. Dlaczego stosujemy czas letni? Rządy, które od lat się w to bawią, przekonują nas, że to dla oszczędności. Czy to przypadkiem nie jest bzdura?

Pomyślmy. Czas letni wprowadzono po raz pierwszy w okresie I Wojny Światowej. W Polsce nastąpiło to w 1915 roku. Jedni mówią, że zrobiono to dla oszczędności, a drudzy, by ułatwić pracę przemysłu zbrojeniowego poprzez zgranie dnia roboczego z rytmem dnia i nocy.

Zanim przejdziemy stricte do czasu letniego cofnijmy się na chwilę do realiów nieco dawniejszych. Mało kto poza historykami i matematykami wie, że jeszcze nie tak dawno, bo w XIX wieku, a gdzieniegdzie nawet do początków XX wieku, nie było w żadnym kraju jednolitego czasu. Zegary kościelne wskazywały zwykle czas miejscowy, zależny od położenia geograficznego miejscowości. Mało kto miał kieszonkowy zegarek, więc po prostu przybywając dodanej miejscowości patrzył na wieżę kościelną, odnotowywał czas i już. Ci,którzy mieli zegarki, nawet jeśli podróżowali często, nie mieli wielkich kłopotów. Po prostu przy większej podróży przestawiali zegarki po przybyciu do miejsca docelowego. Zmiany były zauważalne dopiero przy większych odległościach. By przeskoczyć 4 minuty trzeba było przebyć 1 minutę długości geograficznej, co na równiku odpowiada w prostej linii prawie 30 kilometrom. U nas jest to mniejsza odległość, zależnie od szerokości geograficznej. W sumie nikomu to nie przeszkadzało. Nie było wtedy internetu, telefonów ani środków komunikacji, które poruszałyby się na tyle szybko, by ten czasowy folklor rodził poważniejsze problemy.

Sęki zaczęły się z czasem, a konkretnie,gdy nastąpił rozwój regularnych połączeń kolejowych. Jak drukować rozkłady jazdy, skoro każda stacja po drodze ma swój własny czas? Można powiedzieć, że to kolej żelazna wymusiła czas, który znamy dzisiaj, a więc jeden dla całego państwa. Widzimy więc, iż na czas miały wpływ pieniądze. Czas musiał się dostosować do potrzeb biznesu.

Jak już wspomniałem, czas letni/zimowy wprowadzono w czasie I Wojny Światowej. Czy dawało to coś wojsku? Nie ma podstaw, by tak sądzić. Natarcie można wyznaczyć równie dobrze na godzinę 6rano co na 7. A przemysł? Wyznacznikiem ówczesnej potęgi był przemysł ciężki. Dla stalowni,huty czy innej fabryki oświetlenie było kosztem marginalnym. To, czy żarówka paliła się godzinę dłużej, czy godzinę krócej, nie miało znaczenia. Zresztą, co za problem kazać robolom przyjść na 7 zamiast na 6? A koszty wprowadzenia zmiany czasu? Nie było wówczas tak powszechnej łączności radiowej,telewizyjnej, internetowej, zegarów satelitarnych. Nawet teraz zmiana czasu przysparza kłopotów, a co dopiero wtedy. Pomyślmy – wojna w toku. Transporty wojskowe, dostawy dla przemysłu, kolej, samochody, totalne zamieszanie, jak tona wojnie, a tu jeszcze zmiana czasu! Nawet teraz koszty zmiany czasu są znaczne. Trzeba opracować nowe rozkłady jazdy, wydrukować je, rozesłać gdzie trzeba. A zyski? Wprowadzenie czasu jednolitego wymusiła kolej, bo ona miała w tym interes ekonomiczny. A czas letni? Kto miał w tym widoki na zysk?Pamiętajmy, że były to czasy, gdy o interwencjonizmie państwowym nikt jeszcze nie słyszał. Jak przedsiębiorcy coś nie grało, to zwijał manatki, robotnicy szli na bruk, na który niejednokrotnie skakał z okna ich niedawny pracodawca, i wszystko toczyło się po staremu. Kto i po co wprowadził więc ten czas letni?

Spójrzcie na własne mieszkanie. Koszt oświetlenia jest coraz mniejszym odsetkiem zużywanej w domu energii. Ile godzin musi świecić żarówka, by zużyć tyle prądu co pralka podczas jednego prania? A mikrofale, czajniki elektryczne, kuchnie, grille, klima, telewizory, wieże,itp.? One kradną prąd nawet jak śpią (świecące oczko gotowości). W przemyśle jest po staremu. Większość zakładów ma włączone oświetlenie i w dzień, i w nocy. Koszty przestawienia czasu są spore, i w pieniądzach, i w stresie ludzkimi, o czym doskonale wie każdy, kto jechał pociągiem w momencie zmiany czasu, albo kto zapomniał przestawić zegarek i spóźnił się do pracy.

Czy nadal was przekonuje, że czas letni wprowadzono dla oszczędności energii elektrycznej? W dodatku w czasie wojny?Miliony ludzi ginęło na froncie, a rząd się zajmował ekologią, globalnym ociepleniem, i myślał, jak zaoszczędzić kilka promili krajowej konsumpcji prądu? Mnie to nie pasuje.

Czytałem u Suworowa, nie pamiętam w której książce, że to komuniści podsunęli Zachodowi ten pomysł, wraz z tym nie wytrzymującym krytyki uzasadnieniem o oszczędnościach. Wychodzili ponoć z założenia, że trzeba zacząć przyzwyczajać społeczeństwa kapitalistyczne do bezsensownych zarządzeń władz. Kiedy Armia Czerwona wyzwoliłaby Europę od kapitalistycznego ucisku, ludy Zachodu, zmiękczone już podobnymi kretyństwami,łatwiej przyjęłyby następne pranie mózgu. Czy tak było? Nie wiem. Na pewno to ciekawa hipoteza i dla mnie bardziej logiczna niż oficjalne uzasadnienia.

Nasuwa się pytanie, dlaczego mało jest głosów przeciwko? A słyszeliście o szpinaku? Przez pokolenia biednym dzieciom wpychano to zielone świństwo, aż im się zbierało na wymioty. Wszystko dlatego,że ktoś się pomylił przy podawaniu wyników badań zawartości żelaza w tym zielsku o bagatelka jedno zero. Nikt poważny nie stawiał dociekliwych pytań a pytania i protesty dzieci nie były przez nikogo brane poważnie. Wielka jest siła autorytetów – przykłady można mnożyć...


Wasz Andrew

piątek, 23 marca 2007

NIEWYŻYTA POLICJA



„...W ostatni weekend listopada spotkało się trzechstudentów informatyki. Postanowili ubrać się w kupione na giełdzie starocirzeczy. Jeden w marynarkę z milicyjnymi patkami i stalowy hełm z napisem MO,drugi w marynarkę i starą czapkę milicyjną, a trzeci założył radzieckihełmofon. Tak ubrani wyszli wieczorem na miasto. Robili sobie zdjęcia, poszlina zakupy do sklepu przy kieleckim Rynku. Gdy wracali do domu, zatrzymał ichradiowóz. - Na komisariacie policjanci najpierw nie wiedzieli, jaki zarzut namformalnie postawić, a po jakimś czasie usłyszeliśmy, że nosimy mundury, doktórych nie mamy prawa - opowiadają....”
Źródło:Studenci w sądzie za noszenie mundurów MO, Marcin Sztander, 2007-03-02

Sprawa zakończyła się skazaniem dwóch studentów wpierwszej instancji (ten w hełmofonie został uniewinniony).

„...Dlaczego policja tak gorliwie ściga studentów? -Nie możemy tolerować łamania prawa. A w tym wypadku to było wykroczenie istudenci nie mogą się tłumaczyć nieznajomością prawa - argumentuje MałgorzataSałapa-Bazak, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach....”
Źródło:jw.

Czy to ta sama policja, która krzyczy, iż jest takprzepracowana, że nie jest w stanie porządnie zająć się ściganiem prawdziwych,kryminalnych przestępstw? Nie ma sił ani środków, by ścigać sprawców włamań dopiwnic i kradzieży. Przeciąga sprawy w nieskończoność, przyjeżdża z opóźnieniemna interwencje, strajkuje i narzeka na braki kadrowe, ale ma czas, siły iśrodki, by prowadzić takie bzdurne sprawy?

Nie wiem, skąd policja ma ludzi, by zajmowali siętakimi sprawami, skoro brak jej funkcjonariuszy do zwykłej, potrzebnejspołeczeństwu roboty. Wiem za to, że na pewno nie poprawi to jej wizerunku. Mamteż propozycję dla tych biednych studentów. Powinni wykazać się obywatelskąpostawą i zgłaszać w jednostce, która im narobiła tych kłopotów wszelkie zlotystarych pojazdów, wszelkie śluby kolekcjonerów, imprezy w stylu piknikówfortecznych, spotkania emerytów policyjnych, wojskowych, strażackich, inscenizacjehistorycznych bitew na świeżym powietrzu, itd. Każda z nich jest bowiemstrasznym przestępstwem, bo biorą w niej udział przebierańcy „noszący mundury,do których nie mają prawa” i „używają lub noszą: godło, chorągiew albo innąodznakę lub mundur, co do których został wydany zakaz, albo odznakę lub mundurorganizacji prawnie nie istniejącej, albo odznakę lub mundur, na którychustanowienie lub noszenie nie uzyskano wymaganego zezwolenia”. Wielu z nichnosi nawet mundury hitlerowskie z odpowiednimi insygniami, co jestprzestępstwem przewidzianym w jeszcze innych przepisach.

Życzę policji samych sukcesów w zwalczaniu tych okrutnych przestępstw.

czwartek, 22 marca 2007

Fałszywe autorytety



Nie wierzę profesorom, świętym i innym autorytetom. Wiem, że każdy poszukuje autorytetów. Autorytety ułatwiają życie. Nie trzeba się zastanawiać nad szukaniem drogi przez życie, nad szukaniem argumentów w dyskusji. Zamiast tego można się powołać na słowa autorytetu. Bardzo dobrze, jeśli przeciwnik nie może skontrować, bo atak na użyty cytat można uznać za obrazę autorytetu. Z tego powodu, co można obserwować w polityce, bardzo przydatne są autorytety religijne, jak na przykład ulubiony ostatnio Jan Paweł II. Jeszcze nie jest święty a już jego słowa są niepodważalne, nawet wtedy, gdy są sprzeczne  ze słowami uznanych, okrzepłych świętych. W czym JPII jest lepszy od Świętego Tomasza? Nie wiem.O to trzeba by spytać mądrych w piśmie z szeregów PiS albo LPR. Oni wiedzą, że JPII mówiący, że zarodek jest człowiekiem od chwili poczęcia, ma rację, a Święty Tomasz, który mówi, że jest inaczej, racji nie ma. Skąd to wiedzą? Nie wiem. To jedna z wielu ich tajemnic.

Wracając do autorytetów, to ja też ich poszukuję. Instytucja mistrza, autorytetu, czy jak to zwać, jest bardzo pożyteczna. Pozwala oszczędzić energii i czasu. Nie musimy łamać sobie głowy nad problemami, które już dawno ktoś inny, mądrzejszy od nas, przetrawił. Tylko czy najmądrzejszy nawet człowiek, największy nawet autorytet, nie może się mylić? Tu właśnie leży niebezpieczeństwo. Kiedy ludzie zamykają oczy na ewidentne potknięcia autorytetów, na totalne bzdury i ewidentne pomyłki, kiedy z innych ludzi robią bogów, to już jest niedobrze.Takie ciągotki drzemią w  każdym z nas. O ile jednak w przypadku autorytetów naukowych, czy innych z gatunku świeckich,zachowujemy resztki rozsądku, o tyle w przypadku autorytetów religijnych nierzadko następuje całkowite odmóżdżenie. Niektórzy potrafią wierzyć w nieomylność kilku autorytetów jednocześnie, choć każdy z nich twierdzi co innego.

Skończmy jednak z religią. Nasza panująca koalicja uwielbia nowy rodzaj autorytetów. To historycy. Ja tym ludziom nie wierzę bardziej niż reporterom z brukowca.Dlaczego?

Obecni profesorowie, którzy byli władni oceniać, kto złym agentem a kto czystym jak łza mężem, zdobywali swoje tytuły w czasach, gdy nauka polskiej historii stała na stanowisku, że Katyń, o ile w ogóle miał miejsce, to był zbrodnią niemiecką upozorowaną na radziecką. To oni pisząc prace magisterskie i doktoraty, broniąc swych prac habilitacyjnych, budowali PRL-owską wizję historii. Czy ktoś ich z tego rozlicza? Nie. To oni rozliczają innych. Ci sami ludzie, którzy dziś wieszają psy na PRL-u, swego czasu sławili bojowników o wolność i demokrację i byli gotowi udowadniać, że Armia Czerwona to było najlepsze, co mogło Polskę spotkać, a Janosik był komunistą. Gdy widzę profesora historii plującego na komunę pytam się go w duchu: - Gdzie byłeś w latach komuny? Co zrobiłeś dla prawdy historycznej?

Oczywiście,gdybym powiedział, że wszyscy się sprzedali, to byłbym niesprawiedliwy. Nie chodzi mi o rozliczenie historyków za brednie, jakie przez dziesiątki lat sączyli w głowy narodu i jakie nadal sączą. Chcę tylko powiedzieć, że historyk,jak każdy autorytet, nie tylko jest omylny, ale może być nawet ewidentnie zakłamany. Wystarczy spojrzeć na dzisiejszy stan wiedzy historycznej. Inaczej pewne sprawy, nawet o kardynalnym znaczeniu, widzą historycy w Polsce, inaczej zaś w Rosji, a jeszcze inaczej w USA czy Wielkiej Brytanii.

Przy autorytetach dotykamy jeszcze jednej sprawy. Częściej autorytetem jest profesor niż magister, częściej papież niż proboszcz, częściej generał niż kapral.Jednak w każdej drabince, czy to naukowej, czy religijnej, wojskowej czy biznesowej, zawsze im wyżej, tym więcej polityki. Każdy, kto jest odpowiednio wysoko, nim dotarł na szczyty, musiał być spolegliwy dla władzy. Nie można zostać papieżem, nawet będąc świętym, jeśli nie ma się poparcia politycznego odpowiedniej ilości kardynałów. Nie można zostać profesorem bezkompromisowo głosząc prawdę. Czy to źle? Nie. Ale te dwie rzeczy: omylność i spolegliwość autorytetów sprawiają, że nie można im wierzyć bez reszty. Są ludzie, którzy w wybrany przez siebie autorytet wierzą bardziej niż w siebie. Tylko czy to naprawdę ludzie? Wierzmy autorytetom, korzystajmy z ich wskazówek, ale kontrolujmy, czy ich mądrość nie stoi w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem, z innymi autorytetami, które uznajemy, z logiką, czy też po prostu z poczuciem prawości, które każdy z nas powinien mieć w sobie. Korzystajmy z tych swoistych dróg na skróty, ale ciągle uważajmy, czy nie próbują nas sprowadzić na manowce.Homo sapiens to w końcu człowiek myślący, a nie człowiek wierzący. 


Wasz Andrew

Pornografia...

PORNOGRAFIA, NIEWOLNICTWO I BEZMÓZGOWIE, PEDERASTIA I KATOLICYZM



Trzy gracje - Peter Paul Rubens

Koło Prawicy Rzeczypospolitej opowiada się za całkowitym zakazem pornografii. Jak poinformował lider PR Marek Jurek, koło złożyło w tej sprawie projekt do Marszałka Sejmu.

Koło Prawicy Rzeczypospolitej złożyło projekt zmian w Kodeksie karnym zakładający, że osoba, która "rozpowszechnia treści mają cecharakter pornograficzny" podlegałaby karze grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Tej samej karzepodle gałaby osoba, która takie treści w celu rozpowszechniania tworzy, przechowuje, przesyła, przenosi albo przewozi. Jeżeli robi to, by osiągnąć korzyść majątkową, podlega karze grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch. Ten sam projekt wcześniej złożył poseł Marian Piłka (wówczas poseł PiS, teraz poseł PR). Nie był on jednak rozpatrywany w Sejmie, ponieważ posłowie PiS wycofali swoje podpisy.

- Kilka tygodni temu projekt został wycofany po interwencji kierownictwa klubu PiS - podkreślił na konferencji prasowej w Sejmie Jurek.

Według niego,pornografia to "zjawisko, które jest formą współczesnego niewolnictwa,poniżania kobiet o wykorzystywania do rzeczy, do których nikt nie chciałby,żeby jego bliscy byli wykorzystywani".

- Mamy nadzieję,że ten projekt będzie przedmiotem prac w Sejmie - dodał.

W obecnym stanie prawnym, rozpowszechnianie pornografii stanowi przestępstwo wyłącznie wtedy,gdy: prezentacja może narzucić odbiór treści pornograficznych osobie, która sobie tego nie życzy; rozpowszechnia się treści małoletnim do lat 15;rozpowszechnia się treści z udziałem małoletniego do lat 15, zawierające sceny przemocy albo związane z posługiwaniem się zwierzęciem. Ponadto przestępstwem jest posiadanie tzw. pornografii dziecięcej.

Źródło: Wiadomości onet.pl za PAP, PL 24.05.2007


Kiedy tak czytam wypociny umysłów polskiej prawicy zastanawiam się, co wpływa na tak powszechną kontuzję stawu mózgowego, przyjmującą wśród tego środowiska rozmiary epidemii.Czy to katolicyzm tak ich ogłupił, czy też po prostu głupcy lubią się chować pod płaszczykiem religijności, jak Wałęsa za obrazkiem Matki Boskiej?

Pomijam już fakt,że tak naprawdę nikt nie wie, co pornografią jest, a co nią nie jest. W razie wprowadzenia postulowanego przez PR i pana Jurka przepisu każdy będzie mógł składać na każdego donosy o posiadanie pornografii, a sądy będą musiały każdorazowo powoływać biegłych, by ocenić co pornografią jest, a co nie.Ekspertyzy będą oczywiście niejednokrotnie sprzeczne, bo nikt tak dokładnie nie wie, co pornografią jest, a co nie. Najpierw by trzeba sprecyzować co to jest ta pornografia, ale to chyba tak do końca nie jest możliwe. Pomińmy jednak ten fakt, który sprawia, że rozmowa o zakazie pornografii jest tym samym, czym jest rozmowa o zakazie posiadania dumduloka. Skoro nie sprecyzowano czym jestdumdulok, to jak można zakazywać jego posiadania?

Pomińmy też kardynalną zasadę tworzenia prawa, która widocznie przerasta możliwości rozumienia katolickiej prawicy, a mianowicie jasność i czytelność. Jak obywatel będzie miał przestrzegać prawa, którego nie będzie umiał zastosować nie tylko on, nie tylko policja, ale nawet sąd. Skoro sąd będzie musiał powoływać biegłych, by orzekali (a właściwie usiłowali orzec), czy dana rzecz jest pornografią,to skąd ma to wiedzieć obywatel? Pomińmy więc i ten aspekt radosnej twórczości intelektualnej Jurka i spółki. Zajmijmy się ewidentną bzdurą, która go ośmiesza jako człowieka głupiego jak but.

Trybun katoprawicy twierdzi, że pornografia to niewolnictwo kobiet. Po pierwsze, to wydawało mi się, że pornografia nie jest tylko sprawą kobiet. Albo Jurek nie wie, że na każdym serwerze pornograficznym są działy, gdzie kobiet nie uświadczysz, albo udaje, że tego nie wie. Pornografia gejowska, pornografia, gdzie pokazuje się tylko mężczyzn, albo kobietę i mężczyznę z dominacją kobiety, kobiety wiążące i torturujący mężczyzn, to chyba nie jest sprawa niewolnictwa kobiet? Niejeden znany (w skali światowej) aktor brał udział w „pornografii” i jego fotki,a nierzadko i filmy z jego udziałem, krążą w sieci. Co to ma wspólnego z niewolnictwem? Kto jest niewolnikiem? Baba, która w hipermarkecie haruje za kilkaset złotych miesięcznie, czy Pamela Anderson albo Paris Hilton, które są gwiazdami„pornografii”?

Jeśli ktoś jest niewolnikiem, to chyba liderzy katoprawicy, którzy są niewolnikami niedostatków swych umysłów.Odurzeni religijnymi dogmatami wmawiają nam, że pederastia do zboczenie i że w dodatku można je leczyć. Obecnie wiemy, że co najmniej u 1500 gatunków zwierząt obserwuje się zachowania homoseksualne, a u takich przykładowo żyraf 90 %wszelkich zbliżeń seksualnych ma miejsce między dwoma samcami. Może zacznijmy od leczenia żyraf, bo w ogrodach zoologicznych mogą dawać zły przykład dzieciom i szerzyć propagandę homoseksulaną?

O co więc chodzi?Załóżmy, że zostanie wprowadzony całkowity zakaz posiadania wszelkiej pornografii. Co się stanie? Będzie można każdego oskarżyć, bo pewnie u każdego się coś znajdzie. A to kalendarz z gołą babą, a to zdjęcie synka z obnażonym siusiakiem, pamiątka z pierwszej wyprawy nad morze, a to obraz klasyka ukazujący matronę z widocznym biustem albo nie daj Boże kroczem. Może też być jakiś zapomniany Playboy z dawnych, dobrych czasów albo tapetka na pulpicie z Pamelą lub Monicą Bellucci. Może potem, po kilku/kilkunastu miesiącach, biedak zdoła się oczyścić, ale wiadomo – biegli są jak IPN. Dla swoich sprawę załatwią w godzinę, dla innych potrzebują miesięcy. Zanim to jednak nastąpi raz na zawsze przypnie mu się łatkę zboczeńca, przestępcy i degenerata. Czy o to chodzi? A upadek i tak już wątpliwego autorytetu sądów? Czy to nikogo nie obchodzi?

Inna sprawa to pornografia rysunkowa (fantasy, anime) i komputerowa (3D) bardzo dynamicznie się rozwijająca. Kto tu jest niewolnikiem? Rysownik? Procesor komputera? Może ktoś w końcu palnie w łeb tą lagą marszałkowską autorów teorii godnych bardziej przedszkolaka niż marszałka sejmu?

Pewnie, że w świecie pornografii jest dużo patologii. Takich zwierząt, jakie można znaleźć w habitach nie znajdzie się jednak nawet wśród bohaterów horrorów. Hannibal Lecter przy Brzicy to prawdziwa owieczka. Może zakażmy więc również propagowania katolicyzmu i posiadania jego symboli, bo w jego imieniu dokonano zbrodni, przy których ciemne strony pornografii to pestka?

Nie wiem jak jest.Czy takie pomysły, jak ten Jurka z pornografią i niewolnictwem, to bezpośredni efekt głupoty, czy też objaw politycznej perfidii, która w imię zniszczenia rywali jest gotowa na wszystko, co chyba jest głupotą jeszcze większą, bo związaną z nikczemnością. Tego się nie dowiemy. Jakkolwiek by nie było, u podstaw takich propozycji leży głupota, a tej musimy się sprzeciwiać z całych sił, bo nie ma większej potęgi, niż potęga ludzkiej głupoty. Jeśli pozwolimy naszemu krajowi dalej iść w tym kierunku, to wszyscy staniemy się niewolnikami.Ale nie takimi z wyboru, jak większość aktorów porno filmów, tylko takimi jak obywatele Kraju Rad za Stalina, czy obywatele USA za McCarthy’ego. Niewolnikami władz, własnego strachu i rządowej propagandy. Szkoda, że tragiczne epizody z historii innych krajów niczego nas nie uczą i próbujemy właśnie czerpać pełnymi garściami z najgorszych wzorców.


Wasz Andrew

GRAFICIARZE, SŁUŻBY I SPOŁECZEŃSTWO



Graficiarzy, którzy namalowali swe bohomazy na burciesamolociku na poznańskim lotnisku Ławica, uważam za głupków. Dlaczego? Bo głupito ten, co głupio czyni, jak mawiał bohater Rainmana, a oni popisali sięniewytłumaczalną wręcz głupotą. Popełnili przestępstwo i dali się złapać. Teraz straszą ich, że dostaną „do latpięciu”. To jeszcze pikuś. Jak pokrzywdzeni wytoczą ich rodzicom postępowanie oodszkodowanie za straty materialne, to chłopaki nawet w domu będą mieli przegrane.I bardzo dobrze.

Ludzkiejgłupoty straszna potęga Ziemię burzy, piekła sięga, trzeba więc tępić każdy jejprzejaw, a zwłaszcza tak widowiskowy, jak wspomniane graffiti. A mogło być takpiękne. Gdyby młodzi gentlemani zrobili użytek z organu, który podobno odróżniaich od zwierząt, byliby sławni i bezkarni. Może zrobiliby kasę na wywiadach irozpoczęli kariery medialne.  Ale niezrobili. Narobili sobie tylko kłopotów. Dlaczego? Nie wiem. Dla mnie toniezrozumiałe.

Skorochcieli się popisać, co bezpośrednio prowadzi do ujawnienia, to powinni bylisobie zapewnić bezkarność. Jak? Choćby przez użycie do swego wyczynu farbzmywalnych, które nie uszkodziłyby samolotu. Dodatkowo mogli zapewnić sobiewsparcie moralne zawczasu przygotowując bajeczkę, że nie chodzi im oautoreklamę, a o sprawdzenie, w ramach obywatelskiego obowiązku, jakościzabezpieczeń antyterrorystycznych na lotnisku. Nie zaszkodziłoby też na gorącoprzesłać materiał z akcji do jednej z bardziej znanych telewizji. Zadbaliby odrazu sobie o sławę, pieniążki i bezkarność. Pewnie, że wielcy specjaliści odochrony próbowaliby ich szarpać za spowodowanie jakiegoś tam zagrożenia,  za wejście na płytę lotniska w miejscuniedozwolonym, czy za cokolwiek innego, ale pewnie spełzłoby to na niczym, a służbynaraziło na śmieszność i zasłużoną krytykę. Tutaj dotykamy drugiej sprawy, dużopoważniejszej i dużo smutniejszej.

Wyczynmłodych grafficiarzy obnażył bezradność i niekompetencję służb odpowiedzialnychza przeciwdziałanie terroryzmowi. Grafficiarze mądrzy nie byli, ale czyspołeczeństwo nie jest jeszcze głupsze od nich? W demokratycznym społeczeństwiesłużby policyjne, wywiadowcze i inne wszelkiej maści rządowe agencje, mają podpłaszczykiem walki z zagrożeniem terrorystycznym uprawnienia, o jakich jeszczekilkanaście lat temu mogli tylko pomarzyć. Totalna inwigilacja każdego, ktopodpadnie ich zleceniodawcom, prześwietlanie, rewizje, podsłuchy, czytaniekorespondencji. Państwo policyjne w mundurku demokracji. A koszty? Kto za towszystko płaci? Kto utrzymuje tabuny nierobów, którzy nie potrafią niczemuzapobiec? My, wszyscy, społeczeństwo. Na co te wszystkie cuda techniki, ciwszyscy szkoleni za grube miliony specjaliści, skoro byle gówniarz może podejśćdo samolotu i zrobić z nim, co mu się rzewnie podoba? Potem sprawca chwali sięna swym blogu swoimi osiągnięciami, a policja uważa za sukces, że w drodze„działań operacyjnych” ustaliła sprawców. Nie dziwi, że nie mogą złapaćsprawców włamania do komórki, bo ci się w internecie nie ogłaszają. Żeby łapaćpospolitych przestępców trzeba wyjść zza biurka, a jak z tym jest, to wszyscywiemy i żadna propaganda nas nie przekona, że jest dobrze. Jak ktoś zobaczy naulicy dzielnicowego, to woła dzieci, bo to widok rzadszy niż zakonnica w mini.Podobny przykład skuteczności widzieliśmy ze snajperem w Szczecinie. Pierwszesłyszę by snajper używał broni krótkiej. Pewnie to pomysł rzecznika policji, byukryć niekompetencję swej firmy przez wyolbrzymienie zdolności przeciwnika.Oddziały szturmowe policji miały problem z ujęciem jednego faceta uzbrojonegotylko w broń krótką, działającego jak debil, bez wsparcia, bez rozpoznania, poprostu głupka z bronią. Skuteczność policji i innych służb, jaką obserwujemy corusz w środkach masowego przekazu, jest żenująca. Owszem, chłopcy wkamizelkach, uzbrojeni po zęby, potrafią wywlec ze szpitala lekarza czy innegopodobnego przestępcę. Tylko czy uzasadnia to ciągły wzrost uprawnień tychsłużb, czy uzasadnia ciągłe ograniczanie swobód w imię walki z terroryzmem, czyuzasadnia w końcu ciągle rosnące koszty, jakie wszyscy ponosimy? Mam wrażenie,że poleganie na technice i nadmiernych uprawnieniach prowadzi do corazmniejszej skuteczności, bo mniejszą wagę przykłada się do rzeczy podstawowych,a przestępca jest jak woda – idzie tam, gdzie najłatwiej. Nie będzie się pchałprzez bramkę kontrolną w sali odlotów, skoro może przejść przez płot ipomajstrować przy samolocie. Władze zachowują się jak ktoś kupujący drzwi zadziesięć tysięcy, choć każdy może wybić mu szybę w oknie i tamtędy wejść domieszkania. Tego rząd zdaje się nie zauważać, bo to podważa sens sięgania pocoraz to nowe uprawnienia i topienia coraz to większych sum w rozbudowietechnicznej i osobowej wszelkiej maści „służb”. Społeczeństwo też tego zdajesię nie widzieć i wciąż się zastanawiam, kiedy i czy w ogóle się to zatrzyma.Czy przypadkiem największym zwycięstwem terroryzmu nie będzie moment, gdypaństwa demokratyczne któregoś dnia stwierdzą, że w sumie są państwamipolicyjnymi, „demokratycznymi dyktaturami”. Że dla ochrony przed terroryzmemzrezygnowały ze wszystkiego, co przed nim chciały chronić. Koalicjaantyterrorystyczna nie brzydzi się już tortur, nielegalnych więzień, tajnychlotnisk, działań łamiących prawo i Bóg wie czego jeszcze. Czy to się kiedyś skończy? Kiedy porządny, szary człowiek znów będzie mógł zaufać władzy?