Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 21 maja 2014

O rzeczach najukochańszych




„Es lebe Deutschland. Es lebe Argentinien. Es lebe Österreich. Das sind die drei Länder, mit denen ich am engsten verbunden war. Ich werde sie nicht vergessen. Ich grüße meine Frau, meine Familie und meine Freunde. Ich hatte den Gesetzen des Krieges und meiner Fahne zu gehorchen. Ich bin bereit! In einem kurzen Weilchen, meine Herren, sehen wir uns ohnehin alle wieder. Das ist das Los aller Menschen. Gottgläubig war ich im Leben. Gottgläubig sterbe ich.”

Niech żyją Niemcy. Niech żyje Argentyna. Niech żyje Austria. To są te trzy kraje, z którymi byłem najbardziej związany i których nie zapomnę. Pozdrawiam moją żonę, moją rodzinę i moich przyjaciół. Byłem posłuszny prawom wojny i mojemu krajowi. Jestem gotowy. Panowie, wkrótce się spotkamy, taki jest los wszystkich ludzi. Całe życie wierzyłem w Boga i umieram wierząc w Niego.

Adolf Eichmann - ostatnie słowa przed wykonaniem na nim wyroku śmierci w dniu 31 maja 1962 w Ramli w Izraelu

wtorek, 20 maja 2014

Brama do Raju



Wyspa klucz



Małgorzata Szejnert


Wydawnictwo Znak 2009

liczba stron: 315


Sam bym pewnie po tę książkę nigdy nie sięgnął. Nazwisko autorki, poniekąd wstyd przyznać, niczego mi dotąd nie mówiło. Do tego ten tytuł, Wyspa klucz, teraz o całkiem innej wymowie, ale wcześniej kojarzący mi się raczej z literaturą dla gospodyń wiejskich, niż z czymś wartym zainteresowania. Na szczęście lekturą maja 2014 mojego, czyli rawskiego, oddziału DKK* była właśnie ta publikacja. Na szczęście, ale dlaczego, o tym dalej.


Chrześcijański raj w niebiesiech ma swoją bramę i swojego świętego Piotra, jak wszystko w zasięgu mentalności zachodniej cywilizacji opartej na murach, bramach i ich strażnikach. Nie jest więc dziwne, że i Stany Zjednoczone, ów raj wyśniony i wymarzony dla większości populacji Europy z przełomu XIX i XX wieku, cierpiącej niewyobrażalną dziś biedę, musiał mieć swoją bramę i swoich strażników. Co najdziwniejsze, temat ten w Polsce, pomimo jej znaczącego wkładu w europejską emigrację do USA, był dotąd kompletnie nieznany, w przeciwieństwie do innych krajów, których ludność zasiliła tę wielką falę zmierzającą do Ameryki. Tą, przypominającą biblijną, bramą jest wysepka u wejścia do Nowego Jorku, zwana obecnie Ellis Island (nazywana też Wyspą Klucz), sąsiadująca z Liberty Island, której jedyna stała mieszkanka, nomen omen Wolność, jest zwrócona do Ellis Island, i wszystkich, którzy na nią przybywali, w poszukiwaniu wolności właśnie, swymi czterema literami. Tam, na Ellis Island, znajdowała się stacja, na której odbywał się sąd nad przybyszami, gdzie decydowano, kto może wejść (do USA), a kto będzie odrzucony. I nierzadko, jak w Biblii, mąż wchodził, a żona nie, dzieci wchodziły, a rodzice odchodzili z płaczem i zgrzytaniem zębów. Każdy mógł był przyjęty, każdy odrzucony i nie było odwołania od tego prawdziwie ostatecznego sądu. Wystarczy wyobrazić sobie, że w szczytowym okresie przez malutką wysepkę i położoną na niej stację przewijało się rocznie ponad milion osób, z których każda musiała być osądzona, a brano pod uwagę tak różne i trudne do oceny aspekty jak choćby zdrowie fizyczne i psychiczne czy moralność, by zrozumieć doniosłość implikacji wynikających z samego faktu istnienia i funkcjonowania takiego miejsca. I właśnie historię tej jedynej w swym rodzaju wyspy, historie ludzi, którzy tam pracowali i tych, którzy przez nią chcieli wejść do swego raju, Małgorzata Szejnert nam przybliża.

Wróćmy do słowa publikacja. Użyłem go we wstępie świadomie, gdyż tak naprawdę trudno Wyspę klucz zaszufladkować. Jest to niewątpliwie książka historyczna, a więc popularnonaukowa. Jest to niewątpliwie literatura faktu, gdyż zawiera, poza tradycyjną wiedzą pochodzącą z materiałów źródłowych, również osobiste wrażenia, obserwacje i doświadczenia autorki. Styl godny literatury prawdziwie pięknej sprawia z kolei, iż pod tym względem doświadczamy wrażeń, których można się spodziewać tylko po największych piórach beletrystyki. Nie wiem, który wyznacznik jest najważniejszy i do jakiego gatunku literatury ostatecznie Wyspę klucz przyporządkować. Pewnie nie ma to żadnego znaczenia. Ważne, iż jest to lektura fascynująca. Od pierwszych stron wciąga niczym najlepsza powieść. Zmusza do myślenia. Niesie ogromny ładunek wiedzy z różnych dziedzin, choć zamaskowany formą wciągającej opowieści, a zarazem przywołuje pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi. Mnogość aspektów rzeczywistości, których dotyka, jest tak wielka, że nawet nie sposób wymienić znaczącej ich części.

Należy też tutaj wspomnieć o szacie graficznej. Tworzą ją dokumentalne fotografie miejsca i ludzi. Można się w nie wpatrywać godzinami. Perfekcyjnie oddają ducha epoki, ducha tej bramy do Ameryki. Poniższa fotka z książki nie pochodzi.



Pomijając już oczywiste powiązanie Wyspy Klucz z Polską poprzez Polaków, którzy się przez stację imigracyjna przewinęli, lektura wielokrotnie wywołuje w uważnym czytelniku przemyślenia również na temat dzisiejszej Polski i jej historii, nawet wtedy, gdy nie ma o naszym kraju ani słowa. Jak choćby wówczas, gdy czytamy, że dla Amerykanów symbolem zamordyzmu w dawnej Rosji było to, iż na zgromadzenia trzeba było uzyskać zezwolenie władz.

A czytać trzeba w wielkim skupieniu. Książka jest prawdziwą ucztą nie tylko dla miłośników historii, psychologii, psychologii społecznej i socjologii, ale dla każdego czytelnika ciekawego świata, ludzi i mechanizmów nimi rządzących.

Niezliczone są nieuchronne dla polskiego czytelnika skojarzenia z naszym krajem w dzisiejszym jego kształcie. Polacy żerujący na rodakach, regulamin sprzątania, o którym możemy tylko marzyć nawet na dzisiejszej polskiej kolei, w urzędach czy hotelach w tym naszym XXI-o wiecznym kraju, świadomość zagrożenia handlem żywym towarem, głównie kobietami, naganna rola duchownych, dziesiątki innych tematów, które bezpośrednio kojarzą się nam z naszą rzeczywistością. Są obok nich i przeplatają się z nimi wątki ogólnoludzkie, wręcz globalne, jak wpływ dowolnego wydarzenia na Ziemi na Wyspę, przemyślenia na tematy moralne i prawne oraz wzajemne stosunki miedzy nimi , waga pracy, która na całym świecie ustawia w życiu, a u nas nie, i dziesiątki innych.

Są i prawdziwe perełki, jak choćby dar bystrej obserwacji Amerykanów z przełomu XIX i XX wieku, którzy dla potrzeby stacji imigracyjnej stworzyli własny spis ras, który nie do końca korespondował z powszechnie uznanymi nacjami, jak choćby podział Włochów na dwa narody – północny i południowy. Czysty Zimbardo.

O dociekliwości autorki i poziomie książki może świadczyć choćby to, że nie koncentruje się ani na tym, jaki wpływ Wyspa Klucz wywierała na trafiających na nią imigrantów, ani na tym, jaki praca na niej wywierała na Amerykanów, ale pokazuje jednocześnie obie te sprawy i zależności między nimi. To standard u Małgorzaty Szejnert – ukazać nie tylko dwie strony medalu, ale i sam medal; sposób, w jaki je łączy i jednocześnie dzieli.

Wagę Wyspy klucz trudno przecenić. Przeciwstawia się kłamliwemu mitowi pięknych lat dwudziestych i trzydziestych ukazując, poprzez samą skalę imigracji chociażby, poprzez warunki transportu przez ocean, na jakie ludzie się godzili, jak złe to były dla zdecydowanej większości Europejczyków czasy. Czasy biedy tak wielkiej, że trudnej dzisiaj do wyobrażenia. Do tego cała warstwa historyczna, socjologiczna i moralna tego niezwykłego miejsca i niezwykłych czasów, również unikalna na naszym rynku wydawniczym.

Nie mniej ważne jest też, iż autorka nie ogranicza tematu do momentu zakończenia działalności stacji imigracyjnej, ale kontynuuje swą niesamowitą opowieść aż do czasów współczesnych. Na Ellis Island jest bowiem obecnie muzeum poświęcone imigrantom i dziejom samej stacji, które co roku jest odwiedzane przez dwa miliony ludzi. Więcej niż widziało Muzeum Oświęcimskie w swym rekordowym roku. I śmiem twierdzić, że emocje zwiedzających nie są mniejsze na Wyspie Klucz, choć oczywiście są całkiem innego rodzaju. Dlaczego tak jest, to temat do kolejnych przemyśleń, do których niezbędne przesłanki znajdziemy w lekturze.

Pewne rzeczy są oczywiste, ale paradoksalnie przez to właśnie, zbyt często w ogóle o nich zapominamy. Choćby to, jak młode są Stany – gdyby ludzie żyli tylko kilka razy dłużej, byliby od nich starsi! Skala zjawisk i ich konsekwencje z samej skali wynikające. Wpływ moralności i postawy szefów na podległe im organizacje i znajdujących się w nich ludzi. Znów można wymieniać długo, gdyż Małgorzata Szejnert i na te sprawy otwiera oczy czytelnika sklejone dotąd ropą naszej chorej rzeczywistości. I robi to nie odnosząc się w żaden sposób do dzisiejszej Polski i świata. Fakty i wspomnienia ludzi mówią same za siebie.

Są rzeczy, o których po przeczytaniu Wyspy klucz nigdy nie zapomnicie, jak choćby o sześciosekundowych schodach czy opukiwaniu płytek na suficie. Ale nie będę ich dłużej wymieniał ani omawiał, gdyż nie miejsce tu i czas na to.

Nieodparcie nasuwa się porównanie do mojej poprzedniej lektury klubowej – Afer i skandali Drugiej Rzeczypospolitej. To dwa światy. Jeśli Wyspa klucz dostałaby w starej skali ocen piątkę, nie wiem, czy książka Kopra nie dostałaby gola. Ponieważ zaś tamtą książkę nadal uważam za bardzo wartościową, więc niech to porównanie da Wam pojęcie o skali pozytywnych doznań, jakie zafundowała mi Wyspa klucz.

Świętej pamięci Ryszard Kapuściński nazywany jest Cesarzem. Cesarzem polskiego reportażu. Jakiś czas temu miałem zresztą przyjemność opisać wrażenia z lektury jego książki właśnie pod tytułem Cesarz, również pochodzącej z programu naszego DKK. W tym zestawieniu Małgorzata Szejnert jest czymś dużo więcej niż cesarzową. Sięga dużo dalej niż nawet taki mistrz jak Kapuściński, gdyż do warstwy reportażowej, obserwacyjnej, dołącza potężną warstwę historyczną, źródłową. Aspekt literacki i materiał graficzny też działają na jej korzyść. Wyspa klucz to książka naprawdę wybitna, arcydzieło w swej klasie i zarazem klasa sama w sobie. Zdecydowanie polecam każdemu, niezależnie od przekonań, wyznania i wieku


Wasz Andrew


*Dyskusyjny Klub Książki

poniedziałek, 19 maja 2014

Tylko durny idzie do urny







Znów mamy ten dziwaczny okres w życiu naszego kraju, gdy wszystkie media i wszystkie partie polityczne są zgodne, co jest prawdziwym cudem. Jednym głosem nawołują do pójścia na wybory. A ja się pytam po co?

Pamiętacie wybory do samorządu klasowego czy szkolnego? Jeśli nie, to spróbujcie je sobie wyobrazić. Przypomnijcie sobie lub wyobraźcie, czym się kierowaliście oddając głosy na tę a nie inną koleżankę lub kolegę. Swoimi interesami. Sympatia też jest pewnym szczególnym rodzajem interesu. I teraz wyobraźcie sobie, że wprowadzono ustawę, iż nie możecie jak dotąd głosować na konkretną osobę. Możecie głosować tylko na klasę, z której to nauczyciele wybiorą tego, kto dostanie władzę. Czy nadal będziecie uważać, że naprawdę macie prawo wyboru, że nie jest to jedno wielkie oszustwo?

Wybory takie, jak do samorządów, gdzie wybieramy osobę, mają konkretny sens. Z jednej strony mamy prawo wyboru, a z drugiej odpowiadamy, przede wszystkim każdy przed samym sobą, za to, kogo wybraliśmy. Jeśli namawialiśmy wszystkich znajomych, by oddawali głosy na Ziutka Przygłupa, bo obiecał nam podwyżkę, i choć śmiał się z niego cały świat, sami na niego głosowaliśmy, to tylko siebie możemy winić, jeśli Ziutek po objęciu urzędu zamiast zrobić nam dobrze, da nam przysłowiowego kopa w dupę. To jednak nie dotyczy tych wyborów, do których teraz się nas nawołuje. Teraz nie możemy głosować na osoby, tylko na kliki. A większość z nas, śmiem wierzyć, do żadnej z nich nie należy. Niektórzy nawet nie chcą należeć.

Jeśli głosujemy na ugrupowanie, w którym jest i Ziutek Przygłup, i Janek Nieskalany, i Wojtek Mądrala, i jeszcze kilku innych, ale w ogóle od nas nie zależy, który z nich obejmie władzę po wygraniu wyborów przez to ugrupowanie, to jaki sens mają takie wybory? Gdzie tu wpływ na cokolwiek? Chyba nie chodzi o to, by głosować na ładniejszą nazwę ugrupowania czy ładniejsze spoty reklamowe? Chyba nie na tym ma polegać prawo wyboru i odpowiedzialność za kraj?

Co robić? Po prostu dać sobie z tym spokój. A jeśli tak już Wam zaszczepiono w mózgu, iż na wybory chodzić należy, bo odpuszczenie, to nieodpowiedzialność, to idźcie i oddajcie głos nieważny. Pokreślcie całą kartkę albo napiszcie co myślicie o takiej formie wyborów. Pustej kartki nie polecam oddawać – zbyt łatwo pojawić się na niej mogą korzystne dla kogoś znaki.

Nie jest prawdą, iż pozostanie w domu, to nie jest wyrażenie swej woli. Niska frekwencja daje do myślenia. Nawet najbardziej zakłamanej władzy. Ale jeszcze lepsze są głosy nieważne. To wyraźny sygnał, że nie chodzi o lenistwo, ale o protest. I nie jest istotne, czy dużo nas będzie. Wszak, gdy oddajemy głos na kogoś ulubionego, też nie interesujemy się, czy będzie nas wielu. Ważne by zrobić to, co uważamy za słuszne.


Wasz Andrew

sobota, 17 maja 2014

Etos robotniczy



Żegnaj, żono!

Sunao Tokunaga

Tytuł oryginału: Tsuma yo nemure
Tłumaczenie (z j. czeskiego): Stanisław Gawłowski
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 222






Wybitny literat japoński, Sōseki Natsume na kartach swojej znakomitej powieści Jestem kotem, która pozornie jest ciekawym opisem żywota pewnego czworonoga, a w rzeczywistości stanowi wieloaspektowe dzieło, poruszające niemal każdą dziedzinę ludzkiego żywota, pisał, że kiedy prześledzimy uważnie i dalekowzrocznie rozwój cywilizacji i przepowiemy główne tendencje dalekiej przyszłości, okaże się, że nawet małżeństwo stanie się rzeczą niemożliwą. Autor z Kraju Kwitnącej Wiśni uważał, że będzie to jeden ze skutków wcielenia w życie tezy, że człowiek to zwierzę indywidualizmu. Zbyt silna koncentracja na własnej osobie będzie stanowić czynnik skutecznie uniemożliwiający wzajemne pożycie, czy osiągnięcie nici porozumienia pomiędzy ludzkimi jednostkami. Człowiecze byty, niczym jednoimienne ładunku będą potrafiły jedynie się odpychać, dusząc się zbyt bliską obecnością innych, która w naturalny sposób ogranicza swobodę ruchów. Z tego względu znacznemu rozluźnieniu ulegną wszelkie ludzkie więzy, nawet ten najświętszy. Śledząc dane statystyczne [1] dotyczące państw członkowskich UE, zgodnie z którymi na przestrzeni ostatnich 40 lat liczba zawieranych małżeństw spadła o połowę, natomiast ilość rozwodów podwoiła się, trudno nie zgodzić się z tezą, wystawioną przez japońskiego artystę. W mojej prywatnej opinii sytuacja jest godna pożałowania, ponieważ osobiście bardzo szanuję pary, które brną wspólnie przez życie, mimo upływu lat, odpływającej młodości oraz blaknącej urody. Uważam, że tacy ludzie umieli zadać sobie szczery trud, aby bardzo dokładnie poznać swojego partnera, poświęcając mu swój czas oraz uwagę. Przezwyciężając własny egocentryzm byli w stanie dostrzec wady i zalety bliskiej osoby, potrafiąc przy tym należycie je ocenić. Zdaję sobie sprawę, że obraz mojej idealnej miłości jest dość staroświecki jak na współczesne czasy, ale raz jeszcze powtórzę, że nie ma dla mnie piękniejszego widoku niż dwójka ludzi, na których czas odcisnął swoje piętno, a którzy nadal, mimo niemożliwych do uniknięcia zgrzytów, czy nieporozumień, potrafią cieszyć się sobą, nieustannie odkrywając własne natury. Pewnie właśnie z tego powodu moja ostatnia lektura Żegnaj, żono!, pióra Sunao Tokunagi tak bardzo przypadła mi do gustu.

Sunao Tokunaga to żyjący w latach 1899 – 1958 literat japoński. Urodzony na Kiusiu, w rodzinie małorolnego chłopa, już od wczesnej młodości wiedział dobrze co to głód oraz niedostatek. Dorastający Tokunaga nie poszedł w ślady ojca – opuścił rodzinną wieś i znalazł zatrudnienie w drukarni w charakterze zecera, najpierw w mieście Kumamoto, a następnie w stolicy, Tokio. Japonia za czasów panowania cesarza Mutsuhito (epoka Meiji przypadająca na lata 1868 – 1912) uległa ogromnym przemianom na płaszczyznach politycznej, społecznej oraz gospodarczej. Kraj postawił na dynamiczny rozwój przemysłu, inwestując ogromne kwoty w nowe technologie oraz urządzenia, korzystając z bogatego doświadczenia zagranicznych specjalistów oraz uczonych. Nieuniknionym skutkiem gwałtownego skoku cywilizacyjnego było narodzenie się nowej klasy społecznej – grupy robotników. Ponieważ praca w fabryce nie była zajęciem ani bezpiecznym, ani zbyt dobrze opłacanym, niemal równocześnie zaczęły formować się pierwsze ruchy robotnicze, dążące do polepszenia doli proletariatu. Działaczem społecznym, troszczącym się o dobro fabrycznych pracowników został również młody Tokunaga, organizując w Kumamoto związek zawodowy robotników poligraficznych oraz kółko samokształceniowe. W formowaniu się światopoglądu przyszłego artysty spory udział miały intensywne studia poświęcone literaturze marksistowsko-leninowskiej, czy zapoznanie się z dziełami Maksyma Gorkiego. Kariera artystyczna Tokunagi rozpoczęła się w 1929, kiedy to na łamach czasopisma Senki (Sztandar Walki), wydano powieść Taiyo no nai machi (Dzielnica bez słońca), opowiadającą o nieudanym strajku drukarzy w Tokio. Po incydencie mukdeńskim z 1931 roku (japońskiej prowokacji w wyniku której nastąpiła aneksja chińskiej Mandżurii przez Japonię) w Kraju Kwitnącej Wiśni nasiliła się działalność ugrupowań nacjonalistycznych oraz militarystycznych, w wyniku której literacka swoboda proletariackich pisarzy została drastycznie ograniczona. Także Sunao Tokunaga zamilkł, redukując swoją aktywność jedynie do pomniejszych utworów prozatorskich. Na pisarską scenę powrócił dopiero w 1949 roku za sprawą dzieła Żegnaj, żono!

Akcja powieści rozgrywa się w powojennej Japonii, kiedy kraj powoli podźwiga się z kolan po doznanych okrucieństwach i zniszczeniach. Utwór otwiera apostrofa, w której podmiot liryczny zwraca się do swojej nieżyjącej małżonki, Toshio. Pierwszoosobowym narratorem jest niedawno owdowiały mężczyzna, który na oczach czytelnika tka delikatne płótno wspomnień, poświęconych miejscom oraz osobom, będących świadkami całkiem szczęśliwej, choć niełatwej egzystencji dwójki ludzi. Odległe zdarzenia otoczone potężną, miłosną aurą nabierają szczególnego, wręcz mistycznego znaczenia, tak, że nawet banalne wydarzenia zyskują niezwykłej mocy, niewysłowionego wdzięku oraz czaru, uzmysławiając jak silne potrafi być uczucie, łączące człowiecze istoty. Autor, który w sporej mierze bazuje na własnych życiowych doświadczeniach, odsłania przed czytelnikiem subtelny obraz namiętności, która nie wymaga patetycznych gestów, romantycznych wyznań, czy żarliwych zapewnień o trwałości relacji. Miłość prezentowana przez Tokunagę to miłość spokojna, bez słów, posłuszna, altruistyczna, okazywana przede wszystkim poprzez gest, czyn, który natychmiast zostaje należycie zrozumiany, zinterpretowany. Jałowe zdania zastępuje mowa ciała, doskonała wzajemna znajomość. Wspólny czas wypełniany jest przede wszystkim słuchaniem, nawet jeśli oznacza to głównie wsłuchiwanie się w ciszę. Ogień namiętności, który podsycał zarówno wzniosłe deklamacje jak i gwałtowne kłótnie i spory, niemal wygasł, chociaż tli się na tyle mocno, by ogrzewały się przy nim dwa ludzkie serca.

Sama forma utworu, który przypomina obszerny list bądź drobiazgową relację z kolejnych, przeżytych dni, uświadamia czytelnikowi, że dla bohatera powieści żona to przede wszystkim towarzyszka ziemskiej podróży, oddana oraz w pełni zaufana przyjaciółka, czy powierniczka najskrytszych tajemnic. Śmierć ukochanej osoby pozwala ponadto uzyskać inną perspektywą, która na wspólnie przeżyte lata pozwala spojrzeć bardziej panoramicznie. Niepoślednią rolę w ponownym poznawaniu najdroższej istoty odgrywa powrót do rodzimej wsi zmarłej żony. Narrator odbywa pielgrzymkę w poszukiwaniu śladów swojej ukochanej, wędrując do miejsc, których historia ściśle związana jest z Toshio, tak jakby w materialnych przedmiotach mogła zostać zaklęta chociaż drobna cząstka jej duszy. Wdowiec niczym wygłodniały ptak raczy się okruchami wspomnień, sycąc nimi pamięć o swojej nieżyjącej połowicy. Staranne budowanie mozaiki przeszłości okazuje się antidotum, które w pewnym stopniu koi ból wywołany poczuciem straty i dojmującej pustki.

Należy przy tym zaznaczyć, że postać Toshio nabiera podwójnego znaczenia. Oprócz oddanej żony oraz dobrej matki, zawsze troszczącej się o dobro własnej dzieci, zostaje ona sportretowana jako robotnica, a później gospodyni domowa, która by zapewnić należyty byt swojej rodzinie zaharowuje się, nie oszczędzając się nawet przy najcięższej pracy. Jednocześnie Toshio reprezentuje wszystkie kobiety, które nie brały bezpośredniego udziału w wojnie, a mimo to czynnie w niej uczestniczyły poprzez zdobywanie pokarmu dla najbliższych, wykonywanie różnych wycieńczających zajęć, do których zabrakło silnych, męskich rąk, czy opiekowanie się rannymi i potrzebującymi. Książka jest zatem wspaniałym hołdem, złożonym ofiarom, które padły, mimo, że nie walczyły na żadnym z frontów. To docenienie znojów oraz trudów wojennej codzienności tych, o których wielka historia zazwyczaj milczy, bądź ledwie o nich wspomina. 

Powieść w ogromnej mierze oparta jest na biografii samego autora. Z tego powodu nie mogło zabraknąć w niej preferencji światopoglądowych, wyznawanych przez Sunoa Tokunagę, uchodzącego za pisarza proletariackiego. Dzięki temu czytelnik może śledzić rozwój oraz działalność ruchu robotniczego w Japonii, przekonać się w jakich warunkach przyszło żyć oraz pracować fabrycznym pracownikom w tamtym okresie. Interesujący jest również obraz II wojny światowej, oglądany z perspektywy podmiotu lirycznego. Tokunaga stara się przedstawić punkt widzenia szarego obywatela, który nie jest do końca zainteresowany wszystkimi zawiłościami politycznymi. W ten sposób wojenna propaganda państwowa jawi się jako nieuzasadnione i niezrozumiałe nawoływanie do głębokiej, atawistycznej nienawiści do wszystkiego co obce, a więc wrogie i złe. Autor zwraca przy tym uwagę, że Ci którzy mieli najmniejsze pojęcie, albo w ogóle nie rozumieli przyczyn wybuchu konfliktu, giną i cierpią w nim najczęściej. Tymczasem dla zwykłego człowieka sama geneza wybuchu wojny, podobnie jak i jej przebieg oraz ostateczny rezultat, pozostają rzeczami o wiele mniej istotnymi od kwestii tego, kiedy to całe piekło wreszcie dobiegnie końca. Co ciekawe, Tokunaga to kolejny po Ibuse Masujim (znanym mi za sprawą Czarnego deszczu) japoński pisarz, który poruszając się w wojennej tematyce unika obwiniania wrogich narodów za doznane krzywdy. W utworze Żegnaj, żono! ciężar zarzutów, dotyczących bardzo złego położenia cywili zostaje zrzucony na barki państwowych urzędników, polityków oraz bezwzględnych właścicieli fabryk, kierujących się wyłącznie żądzą zysku – Tokunaga podkreśla, że wielu z nich w minimalnym stopniu odczuło niewygody konfliktu, a najwięcej wyrzeczeń poniosły robotnicze masy.

Książka nie jest więc zapisem sielankowej przeszłości – samo zbieranie wspomnień przywodzi na myśl kompletowanie układanki, pozwalającej wyjaśnić, dlaczego Toshio, mimo całkiem młodego wieku, musiała umrzeć. Ponadto książka świetnie ukazuje jak niełatwe jest długoletnie współżycie dwóch istot ludzkich, od których oczekuje się jedności niemal w każdym aspekcie egzystencji, a które stanowią przecież dwa odrębne byty. W historii snutej przez narratora nie brakuje momentów pochmurnych, ciężkich od obustronnych oskarżeń, żalów oraz niedopowiedzeń. Przykład autora oraz jego małżonki pokazuje, że owe wichry codzienności można jednak przetrwać i cały czas brnąć wspólnie przez życie, razem pokonując przeszkody, które przed nami stawia.

Reasmując, Żegnaj, żono! to bardzo ciekawy oraz intrygujący utwór. Sunao Tokunaga zgrabnie formułuje w nim całkiem sporo przemyśleń, których oś centralną stanowi sylwetka zmarłej małżonki. Ukochana osoba staje się równocześnie pretekstem do ukazania i zaprezentowania środowiska robotników oraz ich rodzin – autor z bezwzględną szczerością obnaża ciężkie, niekiedy wręcz nędzne warunki bytowania oraz represje, spotykające tych, którzy odważyli się głośno domagać poprawy swojej sytuacji. W swoim utworze, Sunao Tokunaga poddaje również głębokiej krytyce model państwa, zgodnie z którym pospolity obywatel jest tylko trybikiem, pozbawionym prawa głosu, wyrażania własnych opinii, któremu wolno jedynie ginąć z głodu, z przepracowania, albo w wojennej zawierusze. Jednocześnie wrodzone tchórzostwo stanowi kompres, kładziony na rozgrzaną ideami głowę, dzięki czemu autor mimo, że był robotnikiem z krwi i kości, pozostawał dość sceptyczny wobec komunistycznej ideologii, będąc bardzo dalekim od przedstawiania jej jako leku na całe zło doczesnego świata.

piątek, 16 maja 2014

Słowo na niedzielę



Od czasu wprowadzenia chrześcijaństwa, miliony niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci zostały spalone, torturowane, ukarane, uwięzione – ale nie posunęliśmy się nawet o cal w kierunku jedności. Jaki był skutek zmuszania [ludzi do przyjęcia chrześcijaństwa]? To, że jedna połowa świata została głupcami, a druga hipokrytami? To, że na całym świecie szerzy się łajdactwo i niewiedza?

Millions of innocent men, women, and children, since the introduction of Christianity, have been burnt, tortured, fined, imprisoned; yet we have not advanced one inch towards uniformity. What has been the effect of coercion? To make one half the world fools, and the other half hypocrites. To support roguery and error all over the earth.

Thomas Jefferson, prezydent USA

czwartek, 15 maja 2014

Z ust wyjęte



Im dłużej żył, tym lepiej zdawał sobie sprawę, że nic nie jest proste, a prawie nic nie jest prawdą.

 (z przemyśleń Tyriona)

środa, 14 maja 2014

Kod zniżkowy



Jeśli ktoś ma dokonać zakupu e-booka w księgarni internetowej woblink, proszę dać znać. Mam kod rabatowy do oddania. Trzeba tylko ujawnić w komentarzu, jaką książkę chce się kupić :)