Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Koniec świata homo sapiens sapiens

Koniec świata to temat często podejmowany w newsach, literaturze, filmie, religii – wszędzie praktycznie. Zarazem podejmowany i w pewnych aspektach omijany. Paradoks?

Najpierw zacznijmy od tego, co to takiego ten koniec świata. Najczęściej rozumie się pod tym hasłem koniec ludzkości, fizyczne unicestwienie wszystkich ludzi na Ziemi. W ten czy inny sposób. Czy aby na pewno tylko to może być końcem świata? Czy nie jest możliwy koniec świata mimo iż wielu przeżyje?

Wyspa Wielkanocna. Któż o niej nie słyszał? Stoją na niej posągi zwane moai. Choć ich budowy najprawdopodobniej zaprzestano całkiem niedawno (XVI w. ?), choć najprawdopodobniej dzisiejsi mieszkańcy są w prostej linii potomkami tych, którzy owe posągi budowali, choć raczej jako robotnicy niż inżynierowie, między tymi dwoma światami, z czasów budowania moai i dzisiejszym, nie ma żadnej ciągłości. Jeden świat, świat w którym posiadano umiejętność budowania moai i w którym je rzeźbiono, odszedł raz na zawsze. Był więc to niewątpliwie dla tej społeczności wyspiarskiej koniec świata. Między tym co przed i tym co po nie ma żadnej ciągłości. Nie zachowała się żadna wiedza sprzed tego małego końca świata. Nic z dorobku jego mieszkańców nie przeszło do dziedzictwa ludzkości. Poza widokówkami z wyspy pełnej kamiennych głów. Czy coś takiego możliwe jest w skali całej Ziemi? Oczywiście, że tak. Jeśli jakąś okoliczność przeżyje tylko niewielu w skali globu, to choć nominalnie, że tak powiem globalnie, może być ich sporo, lokalnie jednak będą tak nieliczni, iż będą mieli inne sprawy na głowie niż zachowanie zdobyczy zaawansowanych nauk ścisłych czy osiągnięć kultury. Jak na Wyspie Wielkanocnej nie będzie ciągłości między przed i po. A jak może dojść do takiej hekatomby?

Widzimy różne zagrożenia. Najczęściej ukazywane to uderzenie jakiegoś ciała niebieskiego w nasz glob lub wybuch wulkanu. Są jakieś koncepcje na temat tego, jak sobie poradzić z tym pierwszym zagrożeniem, choć na razie to raczej sf, natomiast z drugim w ogóle nie wiadomo co począć. W obu jednak wypadkach, jeśli dojdzie do zdarzenia na odpowiednio dużą skalę, może nie przeżyć nikt, a jeśli chodzi o prawdopodobieństwo wystąpienia tych zdarzeń… Nawet jeśli założymy, że jego wyliczenia nie są podobne do wróżenia z fusów, to każdy, kto widział grę w totka wie, że prawdopodobieństwo to nie proroctwo. Sprawdza się przy dużej ilości powtarzalnych zdarzeń, ale Ziemia jest jedna i nasze bytowanie na niej krótkie. Wyliczenia probabilistyczne niewiele nam więc mówią o tym, ile tak naprawdę i konkretnie mamy czasu do katastrofalnego wybuchu wulkanu czy odwiedzin śmiercionośnego gościa z kosmosu. Mimo tego filmy katastroficzne epatują nas tymi właśnie zagrożeniami pomijając inne, które nie tyle jest prawdopodobne, co pewne. I choć nie da się określić, kiedy się objawi w pełnej krasie swej grozy, to wiemy z całą pewnością, że wkrótce. To tak, jak gdybyśmy wjechali samochodem do ciemnego zamurowanego tunelu i z pełną prędkością jechali na krótkich światłach. Nie znając długości tunelu nie obliczymy, kiedy dokładnie się rozbijemy. Pomimo tego jednak nikt w samochodzie nie będzie miał wątpliwości, że słowo „wkrótce” jest jak najbardziej właściwe. Choćby to był najdłuższy tunel na Ziemi.

Co to za zagrożenie? Wojna czy pandemia? Ani jedno ani drugie samo w sobie, choć oba są emanacją jednego, wstydliwie przemilczanego zagrożenia, które w dodatku sami sobie fundujemy. Przeludnienie.

Populacja homo sapiens w milionach osobników.


Na wykresie widać dynamikę tego wzrostu, a presję czasu czuć wyraźnie, gdy się zauważy, że o ile na pierwszy miliard ludzkość „pracowała” od początku istnienia aż do 1820 roku (sic!), to ostatnie sześć miliardów „produkowaliśmy” już w tempie poniżej 20 lat na kolejny miliard. Mamy XXI wiek i będzie nas już niedługo na Ziemi osiem miliardów, a zachowujemy się jak gdyby to był rok pierwszy naszej ery, gdy było nas niewiele. Absolutna większość z nas pożąda tego samego, czego nasi pradawni przodkowie – mieć więcej. Więcej dóbr, więcej władzy, więcej dzieci, więcej wszystkiego. Postęp rozumiany jako przyrost we wszelkich aspektach z wyjątkiem upowszechniania wiedzy. Jak długo Ziemia to wytrzyma? Nauka na to nie potrafi odpowiedzieć dokładnie. Co gorsza, gdy klasyczne, poważne dziedziny nauki wskazują, że czas się opamiętać, systemy religijne narodzone w czasach, gdy wiedza o świecie, podobnie jak liczebność ludzkości, były całkiem inne, tyko podsycają oddziedziczone po przodkach prymitywne instynkty.

W tej chwili tylko jedno znaczące państwo promuje kontrolę przyrostu naturalnego, za co jest zresztą potępiane. Chiny. I pomimo kar, którymi usiłują powstrzymywać rodziny od marzeń o licznym potomstwie, za co zresztą powszechnie się to państwo krytykuje, nie udało zatrzymać wzrostu liczby ludności, a co najwyżej zmniejszyć jego dynamikę. Jest paranoją, że jedyne państwo, które walczy z tym, co nas zniszczy, jest krytykowane właśnie za tę walkę.

Zwiększająca się liczba ludności to problem wieloaspektowy. Z jednej strony wcześniej czy później czegoś dla kogoś zabraknie. Wody, metali ziem rzadkich, paliw. Czegokolwiek. I jeśli mentalność będzie taka, jak dotychczas, to jeśli tylko ci, którym zabraknie, będą mieli szansę zawalczyć, możemy mieć wojnę jakiej jeszcze nie było. Z drugiej strony zbytnie zagęszczenie osobników w dowolnej populacji zawsze w ten czy inny sposób prowadzi do gwałtownego wymierania. Mamy lemingi, które skaczą do morza, mamy epidemie chorób wśród zwierząt hodowlanych, a ludzkość niedługo zacznie przypominać monstrualne stado stłoczone na zbyt małej przestrzeni. Co się w tym stadzie stanie, nie wiadomo, ale na pewno nic dobrego. Jeszcze inny aspekt to efekt, jaki homo sapiens wywiera na całą biosferę. Jesteśmy dla innych gatunków tym, czym meteoryt albo wulkan może być dla nas jeśli wcześniej sami się nie zabijemy. Jesteśmy prawdziwym sądnym dniem. Krótki w skali historii Ziemi okres istnienia homo sapiens sapiens to prawdziwe wielkie wymieranie, które już zaczyna przerastać czas spustoszeń, który zabił dinozaury. Ocenia się, że każdego dnia (sic!) wymiera 20 (sic!) gatunków z powodu naszej radosnej działalności w imię wzrostu i postępu.

Jakby tego było mało, to obok dawnych religii zachęcających do rozmnażania się i czynienia sobie ziemi poddaną, doszła nowa. W nowych warunkach znacznie przydatniejsza do manipulacji poddanymi niż chrześcijaństwo, które traci wpływ wraz z postępem naukowo technicznym i wzrostem zamożności społeczeństw. Ekologia. Pseudonauka będąca dla zbyt wielu prawdziwą wiarą. Jeśli przyznaje się oficjalne etykietki ekologicznych i nagradza firmy, które montują w swych urządzeniach zegary śmierci, za co są zresztą karane przez różne instytucje, jeśli działacze ekologiczni mają po kilkoro dzieci, używają wciąż nowych gadżetów, nie wspominając o pampersach i podpaskach, które będą się rozkładać przez wieki, jeśli za ekologiczne uważa się kupowanie nowych samochodów, które spalają tyle samo co stare, ale ich żywotność jest od tych dawnych dużo krótsza, a utylizacja dużo droższa, to jak można mówić, że ekologia jest nauką. Tym bardziej, że kluczową sprawą, czyli zmniejszeniem populacji, jakoś się ekolodzy zajmować nie chcą. Za to chętnie umieszczają nawet w swoich serwisach internetowych różne reklamy wciąż nowych dóbr, niejednokrotnie w ogóle nikomu niepotrzebnych, nakręcając tak jak i wszyscy inni obłędną manię posiadania.

W tej chwili ludzkość na ziemi z tą modą na ekologię przypomina ludzi płynących statkiem, który ma w dnie wielką dziurę i już widać, iż nabiera wody. Świadomi potrzeb dbania o stan statku członkowie załogi i pasażerowie, zamiast wypompować wodę i zatkać dziurę malują burty, żeby kadłub nie zardzewiał, myją pokład i pucują bulaje, by poprawić widoczność na wypadek  napotkania góry lodowej, a w dodatku uważają, że strasznie ważne rzeczy dla statku czynią i dla innych nim płynących.

Czy jest szansa, że to wielkie masowe samobójstwo nas ominie? Absolutnie nie. Atawistyczna chęć rodzenia dzieci i posiadania wcale nie słabnie, a wzmacniają ją wszystkie wielkie religie i zagrania polityków wmawiających, że postęp jest niezbędny, również postęp w liczności. Znakomita większość ludzi nie tylko przedkłada swoje własne doraźnie rozumiane dobro nad dobro ludzkości, ale tak naprawdę nie jest w stanie pojąć niczego, co nie dotyczy ich samych. Nawet rodzina ważna jest tylko dlatego, że jest częścią naszego mentalnego stanu posiadania, do czego się zresztą nie przyznajemy.

Mówimy o globalizacji, ale ten termin dotyczy tylko ekonomii, telekomunikacji i podobnych dziedzin. Nasze mózgi, w zdecydowanej większości, są na etapie sprzed tysięcy lat, gdy głównym zadaniem było rozmnażać się i podbijać, a potem posiadać. Tak naprawdę w znakomitej większości nie sięgamy poza to, co widzimy, czyli poza nasz płot, jeśli nie koniec nosa. Ewolucja mózgu nie nadążyła za rewolucją naukowo techniczną, która zmieniła nasz gatunek w największego szkodnika w historii Ziemi.

Jest sobie taka wyspa na Atlantyku zwana Tristan da Cunha. Jedna z najbardziej odległych od innych siedzib ludzkich. Populacja poniżej 300 osób. Społeczność wyspiarzy nie jest biedna. Mogliby posiadać więcej i mogliby się rozmnażać. Jednak ich świadomość ogarnia fakt, iż doprowadziłoby to do katastrofy. Nie rozmnażają się jak króliki w pogoni za „postępem” i ustawowo ograniczyli możliwość posiadania. Dosłownie. Ustalono między innymi limit dozwolonej ilości posiadanych zwierząt (2 krowy i 7 owiec na rodzinę). Podobnie jest na wielu innych niewielkich wyspach świata, choć na większości te mechanizmy samoograniczeń są zapisane w postaci zwyczajów, tabu, skomplikowanych systemów zawierania małżeństw i dziedziczenia. To udaje się jednak tylko tam, gdzie człowiek swym mózgiem, który nie nadążył za postępem w innych dziedzinach, jest w stanie ogarnąć ograniczenie swej wyspy, czyli tam, gdzie wyspa jest mała. Tego, że Ziemia to też taka wyspa, tyle że wielka i zawieszona w kosmosie, większość z nas ogarnąć już nie potrafi. A że demokracja promuje wolę i mądrość większości… czeka nas koniec świata. Tylko, że na własne życzenie.

Kiedy nastąpi? Nie wiem. Może za kilkadziesiąt lat, może za kilkaset. Nie chciałbym tylko tego dożyć. Na pewno nie będzie to tak nagłe i bezbolesne jak dźwięk trąb wzywających na Sąd Ostateczny.


Wasz Andrew

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Po osiemnastej


Niedawno wszystkie polskie media zachłysnęły się informacją, iż we Francji po godzinie osiemnastej*, czyli de facto natychmiast po zakończeniu pracy, nie wolno będzie pracownikom odbierać służbowych e-maili, przy czym zakaz ten dotyczy wszystkich platform sprzętowych, łącznie ze smartfonami. Co dziwniejsze, zamiast sprowokować dyskusję o gwałtownie pogarszającej się sytuacji pracowników w Polsce, zmierzającej raczej w kierunku Dzikiego Zachodu niż europejskich demokracji, temat ten, zwłaszcza w telewizji i radio, spowodował bardziej prześmiewcze niż poważne komentarze. Żaden dziennik nie podał, iż będzie to prawdopodobnie konsekwentnie przestrzegane, gdyż wzięło swój początek od procesu, jaki wytoczył swemu pracodawcy pracownik jednego z francuskich banków. Nie trzeba chyba dodawać, że pracodawca przegrał. Sąd nakazał wypłacić wynagrodzenie jak za całodobowe dyżury za cały czas, gdy tylko komórka służbowa pracownika była włączona (czyli praktycznie cały okres zatrudnienia) oraz, niezależnie od wspomnianego, odszkodowanie za skutki, które ciągła dyspozycyjność spowodowała, czyli stres, rozpad małżeństwa i chorobę. Warto natomiast dodać, że we Francji obowiązuje 35-cio godzinny tydzień pracy oraz prawo do wykorzystania całego rocznego urlopu w jednym ciągu, o ile nie zajdą naprawdę wyjątkowe okoliczności i skonfrontować to z sytuacją w Polsce. Niczego takiego nigdzie przy okazji tego newsa nie usłyszałem ani nie przeczytałem.


Oczywiście, można powiedzieć, iż Polska to nie Francja, i że są kraje, gdzie jest jeszcze gorzej. Choćby w Afryce. Wszystko to prawda. Tylko, że podobno to my aspirujemy do godnego (czytaj wiodącego) miejsca w Europie. Nie kiedyś w przyszłości, a już teraz.

Same z siebie te fakty pewnie by nie zmusiły mnie do napisania tego tekstu. Wiadomo, że w jednych krajach jest lepiej, a w innych gorzej. Dotyczy to wszystkich spraw, nie tylko prawa pracy. Polska jest jednak jedynym państwem, gdzie systemowo i jawnie tworzy się dwie rzeczywistości – tą oficjalną i tą faktyczną. Niby jest płaca minimalna, ale tylko w przepisach. Niby są instytucje powołane do bronienia praw pracowniczych, ale tylko na papierze. Podobnie jak organy skarbowe czy policja.

W Niemczech znajomy był świadkiem incydentu, gdy podczas wypłaty dla pracowników na budowie zabrakło pieniędzy. Przyjechała policja i zabrała właścicieli na komisariat, skąd pewnie by nie wyszli, gdyby nie to, że zaraz ktoś przywiózł resztę pieniędzy, a sprawę i tak mieli. W Polsce policja by się czegoś takiego dotknęła? Są sprawy ewidentne, które można wyłapać od ręki nie wychodząc nawet z za biurka, w dodatku tylko na podstawie już posiadanych przez instytucje materiałów. Firmy zatrudniające po kilkudziesięciu pracowników, które od lat nie wykazują zysku lub też ich zysk jest groszowy, a inwestycje co roku czynią w miliony. Firmy, gdzie wszyscy, od sprzątaczki po kierownika, zarabiają tyle samo, czyli minimalną, a właściciel nic. I nikt z tym nic nie robi.

Oczywiście w każdym nawet najbardziej praworządnym kraju są ludzie, którzy zatrudniają na czarno, oszukują i kradną. Nawet w będącej symbolem demokracji i praworządności Szwecji do zbioru jabłek w sadach tradycyjnie zatrudniało się nielegalnych pracowników przyjeżdżających na ten okres z innych krajów. Tam jednak kary są bardzo dotkliwe i aby ich uniknąć, sadownicy organizowali „systemy wczesnego ostrzegania” przed nalotami inspekcji pracy. U nas nie ma takiej potrzeby. Kiedy się przejeżdża przez nasze zagłębia sadownicze, praktycznie przez cały rok (cięcie drzewek, zbiory) widać zorganizowane ekipy krzątające się w sadach i nikt z wyjątkiem obcokrajowców nie ma żadnej umowy o pracę. To też ciekawe, to odwrócenie biegunów – na zachodzie na czarno pracują głównie przyjezdni, a u nas głównie miejscowi.

Tysiące ludzi, a jeśli doliczyć sady wiśniowe i inne, zbiory truskawek, itd. liczby wręcz ogromne. Wszystko na czarno. I nie słyszałem o przypadku, by PIP się tym zainteresował. A przecież pole to nie fabryka. Nie ma bramy, gdzie można inspektora zatrzymać, by w tym czasie ukryć co trzeba, nie ma budynku, który zasłaniałby wgląd. Wszystko widać z daleka i nie ma gdzie się schować. Gdy w 2010 roku koło Nowego Miasta nad Pilicą doszło do makabrycznego wypadku busa przewożącego, w warunkach nieodpowiednich nawet dla bydła, grupę robotników rolnych, w którym zginęło osiemnaście osób, niczego nie zrobiono, choć ustalono ponad wszelką wątpliwość, iż jechali do pracy w sadzie „na czarno”. Nie jest to dziwne, gdy weźmie się pod uwagę, iż w razie wypadku w drodze do pracy lub z pracy pracownikowi lub jego rodzinie przysługują świadczenia finansowane przez pracodawcę. Było więc parcie, by sprawy w tym kierunku nie drążyć, a że majątki sadowników przekraczają marzenia niejednego miejskiego biznesmena, więc było co chronić i czym to poprzeć. Osobny aspekt tej sprawy to wsparcie, jakiego rodzinom ofiar udzieliło państwo, a raczej jakiej nie udzieliło, gdyż było ono takie, jakby go nie było, i wielce znamienne jest porównanie go choćby z katastrofą w Smoleńsku, gdzie na ten cel przeznaczono już około 70 mln (sic!) zł i suma ta wciąż rośnie. Dla jednych ochłapy, a dla drugich kopalnia złota po prostu, z której czerpią bez żenady wszyscy, niezależnie od wyznania i poglądów politycznych. O tym jednak już kiedyś pisałem, więc wróćmy do tematu.

Te patologie są w moim odczuciu unikalne, przynajmniej na skalę „cywilizowanych” państw Europy. Do zmierzenia się z tematem impulsem było jednak co innego. Wiadomość, która dowodzi, iż wysuwamy się na niechlubne pierwsze miejsce w świecie w aberracjach stosunków pracy i utrzymywania podwójnej rzeczywiści.

Jakiś czas temu niektóre media podały, iż na jednym z portali internetowych ukazało się ogłoszenie o naborze pracowników (kliknij zdjęcie aby powiększyć).





Muzeum Czynu Niepodległościowego i Związek Legionistów Polskich działające w Domu im. J.Piłsudskiego przy Aleji (pisownia oryginalna! – przyp. A.V.) 3 maja 7 w Krakowie poszukuje osób chętnych do pracy w charakterze portiera. Forma zatrudnienia: Umowa zlecenie. Wymiar zatrudnienia: Pełny etat.
Opis stanowiska:
- praca w Krakowie (aleja 3 maja 7);
- praca na 2 zmiany w godzinach od 7:00 do 19:00 i od 19:00 do 7:00.
- ilość godzin w miesiącu od 180 do 200.
Wymagania:
- dyspozycyjność;
- zaangażowanie;
- mile widziane osoby na rencie lub emeryci.
Wynagrodzenie:
Umowa zlecenie za 2,5 zł netto za godzinę.



Student prawa czy administracji już na początku edukacji, nawet jeśli nie jest zbyt uważny, dowiaduje się, iż o formie zatrudnienia decyduje nie nazwa wpisana w nagłówku umowy, ani nawet takiej umowy w formie pisemnej istnienie, ale faktyczne zasady wykonywania pracy i ich ewentualne odbicie w umowie. Praca na etat nie stanie się umową zlecenie ani umową o dzieło tylko dlatego, że się da inną nazwę. O tym jednak wszyscy zapominają, gdy kończą naukę i idą do pracy. Dwie rzeczywistości. Oficjalna i ta prawdziwa. Muzeum idzie nawet dalej. Łączy obie. Ogłasza nabór na etat z umową o zlecenie. Mistrzostwo świata. Nie wspomnę o stawce. W Polsce jak widać stawka minimalna to fikcja. I to jaka! 500 zł za miesiąc pracy i jeszcze trzeba się wykazać dyspozycyjnością i zaangażowaniem!

Dlaczego mnie to tak zbulwersowało? Tym, którzy nie zauważają już tłumaczę. W każdym kraju są tacy, którzy łamią przepisy, oszukują i kradną. Powtarzam to bardzo często. Ale czy jest taki drugi kraj, gdzie instytucja, mało tego, instytucja odwołująca się samym swym istnieniem do Boga, Honoru i Ojczyzny, co jest dodatkowym smaczkiem całej sprawy, łamie prawo, w dodatku w sprawach fundamentalnych, przy tym robi to w sposób najbardziej jawny i publiczny z możliwych? Mało tego, media podejmują temat, ale jako facecję, a nie jako sprawę taką, jaką jest, czyli ohydnego łamania prawa, które trzeba nazwać niewolnictwem, bo czym innym jak niewolnikiem może być człowiek pracujący przez miesiąc za 500 złotych? No i oczywiście puenta naszej podwójnej rzeczywistości – jedyną grupą społeczną, która nic nie wie o całej sprawie są wszyscy ci, którzy biorą pieniądze za walkę z takimi patologiami.

Wspomnę tylko, iż sam wysłałem w tej sprawie dwa e-maile do samej centrali PIP, na dwie różne skrzynki żeby nie było, ale oczywiście bez żadnej odpowiedzi.

Nie ma drugiego takiego państwa, gdzie władza (obojętnie czy demokratyczna, czy monarchistyczna, komunistyczna czy wręcz bananowo-dyktatorska) wydaje akty prawne, powołuje i utrzymuje organy do wyegzekwowania tych przepisów, a wszyscy łamią je w sposób jak najbardziej publiczny i bez żadnych konsekwencji. Nie ma drugiego takiego państwa, w którym prawo w ten sposób łamią nie działające w tajemnicy firmy i osoby prywatne, a dumne z siebie instytucje. I to instytucje mające krzewić „zdrowe idee” w społeczeństwie.

Oczywiście, ludzie żyją wszędzie. Nawet w ogarniętych wojną i epidemiami rejonach Afryki. W Polsce też żyją i żyć będą, niezależnie od tego, jaka ona będzie. Takie symptomy wskazują jednak, że lepsza to ona nie będzie. Tacy jesteśmy, tacy będziemy. No – może nie wszyscy. Ja i tak nie odbieram od szefa po osiemnastej i tej postawy Wam również życzę, choć wiem, że to kosztuje. Ale nic dobrego nie przychodzi darmo


Wasz Andrew



* Podstawowe godziny urzędowania we Francji to 8.00 - 12.00 i 14.00 - 18.00.

sobota, 12 kwietnia 2014

Philip K. Dick "Płyńcie łzy moje, rzekł policjant" - Nadgniła rzeczywistość

Płyńcie łzy moje, rzekł policjant

Philip K. Dick

Tytuł oryginału: Flow My Tears, The Policeman Said
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 302






Życie ludzkie w ogromnej mierze składa się z działania oraz dociekania. Codziennie podejmujemy różnorakie decyzje, stawiani jesteśmy przed koniecznością dokonywania niełatwych wyborów. Niektóre z naszych akcji kończą się sukcesem, inne wiążą się z niepowodzeniem, czy wręcz klęską. Szczególnie w obliczu porażek, których doświadczyliśmy, zaczynamy stawiać sobie pytania, czy mogliśmy ich w jakiś sposób uniknąć. Spekulujemy, deliberujemy, domniemywamy, rozważamy, jakim torem potoczyłyby się koleje losu, gdybyśmy w danym, kluczowym i newralgicznym punkcie przeszłości zachowali się zgoła inaczej. Roztrząsamy zatem przyczyny niepowodzenia, dokonujemy wnikliwej analizy naszego postępowania, rozmyślamy nad konsekwencjami innych, alternatywnych wyborów, na które się wówczas nie zdecydowaliśmy. Domeną wielkich jest analogiczne rozkładanie na części pierwsze wszystkich składowych sukcesu. Natomiast specjalnością literatury science fiction jest rozpatrywanie scenariuszy, które w aktualnym momencie rozwoju ludzkiej cywilizacji są bardzo mało prawdopodobne, albo wręcz niemożliwe.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Dla chorych



…morał: małe zmiany w otoczeniu mogą wpływać na stany umysłowe, które z kolei wpływają na kondycję fizyczną. Istotne jest więc, by zachować poczucie samostanowienia, polegające na tym, że sam podejmujesz istotne decyzje dotyczące wszystkich aspektów twojego życia. Nie zrzekaj się odpowiedzialności i swobody na rzecz innych, tak długo dopóki jesteś w stanie działać w sposób racjonalny. Na koniec wreszcie, nie pozwól nikomu odebrać ci osobowości oraz poczucia ludzkiej godności, przez sklasyfikowanie cię jako pacjenta, którym wszyscy się zajmują, ale o którego nikt się nie troszczy.

PARADOKS CZASU (The Time Paradox: The New Psychology of Time That Can Change Your Life) -Philip Zimbardo, John Boyd

wtorek, 8 kwietnia 2014

O przysięgach




Broń króla. Bądź mu posłuszny. Dochowaj jego tajemnic. Wykonuj jego polecenia. Oddaj za niego życie. Ale słuchaj ojca. Kochaj siostrę. Broń niewinnych. Opiekuj się słabymi. Szanuj bogów. Przestrzegaj praw. Jest tego zbyt wiele. Bez względu na to, co człowiek uczyni, musi złamać jakiś ślub.


Jaime Lannister zwany Królobójcą

Starcie królów George R. R. Martin

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Westeros Light



George R. R. Martin

Rycerz Siedmiu Królestw


tytuł oryginału: A Knight of the Seven Kingdoms

tłumaczenie: Michał Jakuszewski

wydawnictwo: Wydawnictwo Zysk i S-ka 2014

liczba stron: 357


Kiedy sięgałem po Rycerza Siedmiu Królestw George’a R. R. Martina miałem mieszane uczucia. Nie, nie z powodu zewnętrznej postaci tej książki, gdyż szata graficzna i jakość wydania w twardej okładce zasługują na bardzo dobrą ocenę. Wystarczy rzut oka na front tomiku, by zorientować się, iż mamy do czynienia z klimatami rycerskimi, a odpowiednie proporcje rozmiarów okładki, przynajmniej jak dla mnie, zapewniają wygodę, czyli czytanie w pozycji rzymskiej obiadowej z lekturą w jednej ręce, a kawką lub herbatnikami w drugiej. Moja niepewność wynikała z pewnej kompletności świata Pieśni lodu i ognia pióra tego samego autora, w którym rozgrywają się również wydarzenia trzech opowiadań składających się na Rycerza Siedmiu Królestw (Wędrowny rycerz, Zaprzysiężony miecz, Tajemniczy rycerz), co rodziło we mnie obawy, iż te ostanie będą wyglądały przy wspomnianej wielkiej sadze niczym drewniane przybudówki przy okazałym dworze. Monumentalność głównego cyklu powieściowego nie bardzo też dawała mi nadzieję, by autor sprawdził się w tak krótkich formach literackich. Nie było jednak innego wyjścia by się przekonać, jak posmakować.

Przenosimy się na kontynent Westeros w erę przed wydarzeniami z Pieśni lodu i ognia. Rozpoczynając lekturę pierwszej opowieści poznajemy młodego i ubogiego wędrownego rycerza o imieniu Dunk, który zamierza zdobyć sławę i majątek, a realizację marzeń postanawia rozpocząć od udziału w wielkim turnieju. Do pomocy ma tylko giermka – chłopaka z gminu, który się do niego przypałętał. Co wyjdzie z tej znajomości i z planów o rycerskiej karierze nie będę zdradzał. Formy krótkie, więc i ja powiem krótko – Martin kompletnie mnie zaskoczył. Pokazał, iż potrafi swój styl do kanonu literackiego dostosować wręcz idealnie. Pieśń lodu i ognia - ogromna powieść, czy też seria powieściowa, jak woli większość, jest poważna i przysadzista w stylu, jak na dzieło tych rozmiarów wypada. Natomiast trzy historyjki o Dunku są lekkie, z dużą dawką humoru i naprawdę potrafią totalnie czytelnika zaskoczyć, co w fantasy jest znacznie rzadszym bonusem niż w „klasycznej” fantastyce. Świetne, oryginalne pomysły, mniejsza ilość postaci nie zmuszająca czytelnika do takiego skupienia jak Pieśń lodu i ognia. Wszystko, czego potrzeba krótkiej formie. Te opowiadania to prawdziwe perełki.

Martin nie byłby sobą, gdyby przewrotnie nie wplótł w bajkowo-rycerskie klimaty, tradycyjnie jednoznaczne moralnie, czytelne i czarno-białe, relatywizmu, który sprawia, iż czarne nagle wydaje się białe, a białe czarne, ale tylko do momentu, aż skonstatujemy, iż wszystko namalowane jest paletą zawierającą tylko szarości, za to w nieskończonej ilości odcieni. Dotyczy to zarówno czynów, postaci, jak i realiów. Nawet turnieje rycerskie nie są radosną zabawą, a już na pewno nie dla pokonanych, rannych i zabitych. Ale cóż. W końcu nie są to baśnie dla najmłodszych. Dla wszystkich starszych pragnących Martina w lżejszej wersji – rzecz zdecydowanie warta polecenia. Godna uwagi również dla wszystkich, którzy nie lubią przytłaczającego realizmu i naturalizmu, ale mają ochotę na dobre, nawet perfekcyjne opowiadania. I kieruję te słowa nie tylko w kierunku miłośników fantastyki, gdyż zbroje i zamki to tylko szata. Ważna jest zawartość.

Jest tylko jedno „ale”. Może ktoś mi wyjaśni, o co chodzi w poniższym cytacie. Raczej nie jest to dzieło chochlika drukarskiego, gdyż rzecz się powtarza:

W końcu chłopak usiadł poniżej soli razem z nimi, wykrzywiając usta w grymasie niezadowolenia. (podkreślenie A.V)

Mam na ten temat pewną teorię, ale żadnych możliwości jej zweryfikowania.

Jeszcze raz polecam przesympatycznego rycerza Dunka i opowieści o jego przedziwnych przypadkach, w dodatku pozbawioną wpadek edytorskich, co szczególnie warte podkreślenia w dzisiejszych czasach


Wasz Andrew

Rycerz Siedmiu Królestw [George R.R.Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE