Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

niedziela, 13 października 2013

O traumach




Dzięki temu doświadczeniu nauczyłem się także, że przeszłość może zostać tak przemodelowana psychologicznie, że piekło stanie się niebem. Udało mi się w pełni wykorzystać psychologicznie większość złych sytuacji. Są ludzie, którzy wyciągają odwrotną naukę, przechowując i przywołując w pamięci jedynie najgorsze czasy. Niektórzy tworzą ogromne muzea, w których przechowują swoje przeszłe traumy. Ohyda i szpetota zdarzeń, jakich doświadczyli w przeszłości, stają się trwałym filtrem, przez który postrzegają wszystkie swoje bieżące doświadczenia.

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

sobota, 12 października 2013

O historii



Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, skazani są na jej powtarzanie.

George Santayana The Life of Reason

 przytoczone w książce: Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

piątek, 11 października 2013

O historii i przeszłości




Podczas gdy nikt nie może mienić wydarzeń, które miały miejsce w przeszłości, każdy jest w stanie zmienić nastawienia i przekonania na ich temat.

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

czwartek, 10 października 2013

O przyczynach pedofilii



Niewłaściwa postawa często wyzwala się, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, zagubi się i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga.

abp Józef Michalik, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

foto: Ryszard Hołubowicz Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.

środa, 9 października 2013

Poza nawiasem

Okładka książki Dłoń

Dłoń

Michał Dąbrowski


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 208







W wesołych i nadal nie tak odległych latach mojej młodości, na własnej skórze dane było mi w bardzo niewielkim stopniu przekonać się, co to znaczy być sławetnym innym, tj. osobnikiem zdecydowanie odróżniającym się na tle pozostałej części społeczeństwa. W ramach szczęśliwego zakończenia roku szkolnego kolega zaproponował, aby uhonorować to wydarzenie przefarbowaniem włosów. Po krótkim wahaniu przystałem na propozycję, ale po konsultacjach z siostrą, doszedłem do wniosku, że na pewno nie poddam się modzie zmiany koloru owłosienia głowy na banalny blond. Nie rozmyślając niemal w ogóle nad konsekwencjami mojego czynu postawiłem na fryzurę stylizowaną na irokezie z efektownym, czerwonym kogutem, ciągnącym się przez całą długość głowy. Tuż po opuszczeniu salonu fryzjerskiego oblepiły mnie chciwe i natrętne spojrzenia. Szczególnie w okresie pierwszych kilku dniu, kompletnie nie przyzwyczajony do tak jawnie okazywanej atencji, czułem niemal fizyczny dotyk oczu, które błądziły za mną gdziekolwiek się pojawiłem. Ludzie, najczęściej bezmyślnie, czasami z jawną dezaprobatą, a za każdym razem natrętnie i bez cienia skrępowania, gapili się na mnie, jakbym był obiektem, którego trudno posądzić o posiadanie uczuć. Zatem dopóki nie przywykłem do tych wścibskich spojrzeń, dosłownie płonąłem ze wstydu. Moja cała osoba w mgnieniu oka została zdegradowana do kawałka włosów na głowie, które posiadały odmienny kolor niż u statystycznego obywatela. Ta odmienność z automatu nadała prawo do ciągłego, w żadnej mierze ukradkowego spoglądania w moim kierunku każdej napotykanej przeze mnie osobie. Oczywiście, urządziłem się tak na własne życzenie, a w dodatku miałem możliwość powrotu do normalności – wystarczyło ściąć włosy i problem zniknąłby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Co jednak z ludźmi, którzy są inni za sprawą wrodzonych wad czy dysfunkcji, nie dających się prosto bądź wcale wyeliminować?

Książka Michała Dąbrowskiego pt. Dłoń to znakomity zapis dorastania człowieka niepełnosprawnego, który od najmłodszych lat narażony jest na obstrzał spojrzeń wszelakiej maści życzliwych i ciekawskich. Pierwszoosobowy narrator, bohater książki napisanej w oparciu o doświadczenia życiowe autora, urodził się bez prawej dłoni. Dzieciństwo upłynęło mu stosunkowo beztrosko. Okres niemowlęctwa to rzecz jasna nieświadomość własnej fizycznej niedoskonałości. Ale wraz z dorastaniem, coraz wyraźniejszy i trudny do ukrycia stawał się fakt niekompletności. Chłopczyk z kikutem zamiast dłoni wyróżniał się na tle pozostałych malców, ale najczęściej był przez nie akceptowany. Po pierwszym, naturalnym i szczerym zaskoczeniu, zdawkowych komentarzach, wytykaniu palcami, bohater stawał się jednym z wielu, szkolnym kolegą, kumplem z podwórka, z którym wspólnie wspina się na ogrodzenia, czy ucieka przed rozwścieczonym sąsiadem. Niekiedy trafiały się smutne wyjątki – strach, odtrącenie, izolacja, jednak nie zdarzały się one często, a za postawą dziecięcej niechęci wobec chłopczyka bez dłoni, skrywała się najczęściej wola rodziców, by pociechy nie bawiły się z odmieńcem.

Okres dzieciństwa, kiedy naiwnie wierzymy, że świat to w gruncie rzeczy prosty mechanizm, a wokół siebie nie dostrzegamy żadnych ograniczeń, naznaczony był również marzeniami, że brakująca kończyna samoistnie odrośnie. Nadzieje podsycali sami rodzice, którzy odwiedzali z chłopcem różnych specjalistów. Część lekarzy kategorycznie stwierdzała, że odzyskanie dłoni jest niemożliwe, ale pojawiali się i mniej sceptyczni eksperci, którzy swoimi opiniami dawali podstawy bytu dziecięcym rojeniom. Sny o odrodzeniu ręki nie chciały się jednak ziścić. Zamiast nich coraz częściej pojawiała się niechęć wobec własnej niekompletności. Młody chłopiec zaczął coraz wyraźniej dostrzegać, że jego fizyczny brak wywołuje wiele skrajnych emocji, stąd próby maskowania kalectwa. Prawa ręka wciśnięta głęboko w kieszeń, czy koszulki z długimi rękawami zaczęły skrywać mroczną tajemnicę, z którą bohater wcale nie miał się ochoty dzielić w obawie, że zostanie wyśmiany, bądź odtrącony.

Dorastający chłopiec przyjmował różne postawy wobec własnego kalectwa. Od błogiej nieświadomości, która była stanem immanentnym, poprzez głęboką samokrytykę połączoną z próbami ukrycia niedostatków do samoakceptacji. Co interesujące, niezależnie od traktowania problemu przez samego zainteresowanego, postawa osób postronnych, a więc ludzi takich jak my, którzy na co dzień napotykają na ulicy niepełnosprawnego niemal wcale się nie zmienia. To smutne, ale bez względu na fakt, czy młody człowiek udźwignie poważne brzemię, jakim na podstawie lektury wydaje się niepełnosprawność, czy też nie, ludzie zdrowi wykazują dokładnie ten sam brak zrozumienia wobec prywatnego nieszczęścia. Najdotkliwiej przekonał się o tym bohater w okresie dojrzewania. Nowe twarze, nowe znajomości, zawierane na kolejnych imprezach, na które przyjaciele często siłą musieli wyciągać swojego niepełnosprawnego kolegę. Schemat prezentował się mniej więcej tak samo. Próba przedarcia się przez błonę konwenansów, zamiar niemal brutalnego wtargnięcia do centrum znajomości bez tego całego cyrku, którego nieodzownym składnikiem jest ceremonialny uścisk dłoni. Czasem się udawało, ale częściej nie. Niekiedy przychodziła więc pora na osobiste poznanie się – ręka wyciągnięta w stronę bohatera i uśmiech przyklejony do ust. A potem żarliwe przepraszam, nie wiedziałem, naprawdę mi przykro, etc. Bezustanne samobiczowanie się, zaklinanie rzeczywistości oraz obwinianie o niezręczność, która wynikała przecież z niewiedzy oraz była zupełnie niezamierzona. Zamiast prostej zmiany tematu często następowało jego sukcesywnie i bezlitosne drążenie. Taki delikwent kolejnymi pytaniami wywiercał ogromną dziurę w prywatności głównego bohatera, pragnąc dowiedzieć się jak to właściwie jest żyć bez jednej ręki. Nie mogło również zabraknąć dociekań o naturę kalectwa – czy jest to stan permanentny, czy też wada nabyta, np. na skutek nieszczęśliwego wypadku. A później chyba najgorsze – cała litania, najczęściej wyimaginowanych znajomych, którzy także są niepełnosprawni, ale pomimo tego jakoś w życiu sobie radzą. I tak bez końca.

Okazuje się, że człowiek niepełnosprawny niesłusznie degradowany jest niemal wyłącznie do wady, która stała się jego udziałem. Na dalszy plan spychane zostają osobowość, charakter, pasje czy zainteresowania. Zamiast tego pierwsze skrzypce zaczyna grać wada, znamię, piętno odróżniające bohatera od całej reszty ludzkości. Nie jest on już wartościowym człowiekiem, z którym można omówić dowolną sprawę, po prostu, po ludzku porozmawiać. Z góry czyni się założenie, że kwestią, jaką winno poruszać się w towarzystwie osoby niepełnosprawnej jest właśnie jego niekompletność i niesymetryczność. Stąd tematy-bumerangi, powracające do głównego bohatera z budzącą szewską pasję regularnością: sztuczna ręka oraz wstyd i łapka. Z jednej strony wujek rozwodzący się nad zaletami protez, ich coraz większą doskonałością w imitowaniu prawdziwych narządów, a z drugiej ciotka bez ustanku kłapiąca o konieczności pogodzenia się z sobą i porzucenia wstydu za swoją łapkę.

Na pierwszy plan wysuwa się zatem niezdarność i nieporadność w kontaktach z głównym bohaterem, które przejawiają osoby szczerze zainteresowane jego dobrem. Nawet najbliższa rodzina ma problem ze zrozumieniem całkiem oczywistego faktu, że stanowczo zbyt wiele czasu poświęcają tematowi kalectwa chłopca, zapominając o jego ludzkim obliczu. Okazuje się bowiem, że młody człowiek jest o wiele bardziej zainteresowany opinią swojego wujka na temat niedawno przeczytanej książki niż sztuczną ręką, którą ten stara się mu usilnie wcisnąć. Zrozumiałe jest, że takie przedstawienie zagadnienia kalectwa uzmysławia chłopcu, że postrzegany jest on jako osobnik niekompletny, z którym nawiązanie normalnych, zdrowych i szczerych interakcji będzie możliwe dopiero w momencie, gdy stanie się on pełnoprawnym, a więc pełnosprawnym człowiekiem. Idąc dalej tym rozumowaniem, można stwierdzić, że brakująca kończyna przybiera materialną postać stygmatu, jakim naznaczony zostaje główny bohater. Dojmująca pustka, doskwierający brak uniemożliwiają pełną i swobodną egzystencję, zarówno w wymiarze fizycznym – inwalidztwo wiąże się z kłopotami oraz niedogodnościami w codziennym życiu; jak i społecznym – bohaterowi odmawia się pełni człowieczeństwa, brak ręki utożsamiany jest z brakiem pełni praw do funkcjonowania w normalnym, zdrowym ludzkim zbiorowisku. Inwalida jest z założenia dysfunkcyjny, nienaturalnym jest zatem w jego przypadku zarówno pomaganie innym jak i samemu sobie, posiadanie nałogów, czy choćby wszczynanie konfliktów. W efekcie prostego sumowania oraz odejmowania, dochodzi się do absurdalnych wniosków, że osoby niepełnosprawne mogą pozwolić sobie jedynie na oczekiwanie litości oraz pomocy. Co gorsza, kiedy powyższe skonfrontujemy z rzeczywistością, okazuje się, że owe wnioski, o zgrozo, bardzo często próbuje się wcielać w życie, nie bacząc przy tym jak są one bzdurne oraz jak krzywdzą ludzi, którzy z racji pewnych niedoborów, braków, czy odchyleń od statystycznej normy często uważani są za podludzi.

Krótko reasumując, Dłoń, która jest powieściowym debiutem Michała Dąbrowskiego to wyborna lektura. Beznamiętnym, niemal pozbawionym emocji tonem narrator uświadamia czytelnikowi, jak trudno żyje się osobie niepełnosprawnej w naszym kraju. Czyni to bez płaczliwego tonu, nie formułując zbędnych oskarżeń i zarzutów pod adresem całego świata, a jedynie delikatnie gani za ignorancję i niezdarność. Dąbrowski zastosował w swojej narracji prosty język, który jasno i precyzyjnie formułuje uczucia podmiotu lirycznego. Ciekawym zabiegiem było również pozbawienie imion wszystkich bohaterów powieści – narrator do końca książki pozostaje bezimiennym, natomiast poszczególne postacie pojawiające się w trakcie lektury mogą liczyć tylko na pierwszą literę imienia. Aktorzy dramatu pozostają zatem anonimowi, a więc w pewnym sensie i niekompletni, podobnie jak chłopiec bez ręki. Kolejnym bardzo oryginalnym chwytem było wprowadzenie dodatkowej narracji z punktu widzenia brakującej, prawej dłoni. Jej niebyt, fizyczna nieobecność zostaje jeszcze bardziej wzmocniona, ponieważ jest ona jedyną, nierozerwalną towarzyszką głównego bohatera, świadkiem wszystkich jego przeżyć oraz dramatów, które komentuje z własnego punktu widzenia. Z niecierpliwością czekam na dalsze dzieła pana Dąbrowskiego.


Wasz Ambrose


 

Boeing Boeing

czyli bardzo przyjemna katastrofa



W ostatnią sobotę wybrałem się wraz z przyjaciółmi z DKK* do Teatru Powszechnego w Łodzi. Jak w przypadku większości moich lektur, które rozpoczynam bez uprzedniego zebrania informacji o ich autorach, historii powstania czy kluczach do interpretacji, by mogły przemówić same z siebie do nieuprzedzonego odbiorcy, tak i tym razem podszedłem do tematu podobnie. Prawdę mówiąc w ogóle nie podszedłem; nawet zapomniałem tytuł sztuki, na którą się wybierałem, i przypomnieli mi go dopiero w dniu wyjazdu pozostali uczestnicy wypadu. Wam jednak opowiem od razu co i jak, bo to co powiem i tak niczego nie zmienia – postaram się nie spojlerować**, jak wielu moich kolegów po piórze - a pewne rzeczy warto wiedzieć.


Boeing Boeing to dzieło francuskiego dramatopisarza Marca Camolettiego, które powstało w 1960 roku. Choć stosunkowo młoda, to jedna z najczęściej wystawianych sztuk w historii teatru, przez co weszła na trwałe do klasyki światowej. Została wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa do kategorii "najczęściej wystawiana francuska sztuka" – 17 500 realizacji)***. Gościła na wielu scenach i doczekała się licznych nagród oraz kilku ekranizacji.

W Polsce, z tego co się orientuję, tekst Camolettiego po raz pierwszy pojawił się w przekładzie Henryka Rostworowskiego pod tytułem Latające narzeczone i zdobył wielką popularność w latach sześćdziesiątych, którą utrzymał  do siedemdziesiątych, a nawet osiemdziesiątych, oraz doczekał się bodajże dziesięciu realizacji. Potem poszedł w zapomnienie, by powrócić na deski polskich teatrów w XXI wieku w nowym przekładzie i adaptacji Bartosza Wierzbięty, autora polskich wersji językowych m.in. do Shreka, Sezonu na misia, Skoku przez płot czy Madagaskaru. Od 2009 roku wystawiany jest w Teatrze Buffo w reżyserii Gabriela Gietzky'ego, a w 2011 odbyła się premiera Boeing, Boeing, także w adaptacji Bartosza Wierzbięty, w krakowskim Teatrze Bagatela w reżyserii Pawła Pitery.

Do Łodzi, do Powszechnego, zawitała wersja, którą reżyseruje Giovanny Castellanos, Kolumbijczyk z polskim paszportem; młody reżyser mający w dorobku między innymi Brechta, Mrożka i Marqueza. Akcję sztuki przeniesiono do Łodzi, no bo gdzie indziej. Główną postacią, przynajmniej nominalnie, jest Maks, dobrze sytuowany młody człowiek, który pędzi cudowne życie u boku trzech swych pięknych narzeczonych i gosposi. Ta ostatnia już taka urodziwa nie jest. Jak mu się to udaje? Oczywiście kluczem jest synchronizacja – trzy panie nie mogą się spotkać ani nawet o sobie dowiedzieć. Pomaga tu wspomniana dyskretna, choć nieco zrzędliwa, pomoc domowa oraz fakt, iż wybrankami Maksa są stewardesy pracujące dla różnych linii lotniczych. Pierwszą zapowiedzią komplikacji jest moment, gdy do gniazdka, w którym dotąd przebywał tylko jeden samczyk, przybywa kolega Maksa z młodych lat – Paweł. Jednocześnie zmiany w rozkładach lotów, jakie się zdarzą się w tym samym czasie we wszystkich trzech liniach, wprowadzą spore zgrzyty w funkcjonowanie dotąd niezawodnie sprawdzającego się systemu trzech latających narzeczonych. Widać już z tego obraz, z którego łatwo wywieść kapitalne zamieszanie. Czy Maksowi uda się wyjść z tej sytuacji obronną ręką zdradzać oczywiście nie będę.




Oszczędna, lecz pomysłowa, scenografia Wojciecha Stefaniaka i dobrze skrojona muzyka Marcina Rumińskiego sprawiają, iż elementy te są tylko, i aż, idealnie dobranym tłem dla gry dwóch trójek aktorskich, które tworzą Magda Zając, Karolina Łukaszewicz, Beata Ziejka i Jakub Firewicz, Janusz German oraz Artur Zawadzki.

Cieszę się, iż na spektakl udałem się właśnie do Łodzi. Nieskażone telewizją twarze aktorów to wielki atut w dzisiejszych czasach, a oglądanie ich żywiołowej gry jest wielką przyjemnością. Wybuchy śmiechu na widowni tak szczerego, iż aktorzy momentami sami z największym wysiłkiem ledwo zachowywali powagę, są najlepszą oceną tej komedii. Komedii, gdyż wbrew większości, szufladkującej spektakl jako farsę, dla mnie, przynajmniej w wersji, którą widziałem, jest to prawdziwa komedia dająca widzowi radość i solidną porcję śmiechu, którego tak bardzo brak w naszym społeczeństwie.



Niektórzy recenzenci podnoszą drobne niedostatki łódzkiego Beinga, ale ja się z nimi nie zgadzam. W konwencji, jaką sztuce nadano w Łodzi, wszystkie elementy, które zastosowano, są dopuszczalne i, co powinno być kluczowym w ocenie komedii tego typu, działają, czego najlepszym dowodem są zbieżne reakcji publiki o bardzo szerokiej rozpiętości wiekowej, wręcz megapokoleniowej.

Nie jestem maniakiem teatralnym. Nad dobrą sztukę przedkładam książkę. Z filmem już różnie – jego główną zaleta jest ukłon w stronę mojego lenistwa; nie wymaga wyjścia z domu. Jest jednak jedna cecha, która książkę i film wspólnie od spektaklu w teatrze odróżnia; niepowtarzalność tego ostatniego. Nigdy nie wstąpisz dwa razy do tej samej rzeki i nigdy nie obejrzysz dwa razy tej samej komedii w teatrze, poza Teatrem Telewizji oczywiście. Wystarczy, że któryś z aktorów będzie podchorowany, któraś aktorka niedysponowana, by poziom całości gwałtownie opadł. Ja miałem to szczęście, iż wszyscy grali z prawdziwym zaangażowaniem i wyczuciem, czego i Wam życzę, gdy się do Powszechnego na Boeinga wybierzecie. Wybrać się bowiem warto; absolutnie i bezapelacyjnie. Boeing Boeing to świetna propozycja również na pierwszy kontakt z teatrem dla młodzieży i dorosłych, którzy dotąd tej formy nie próbowali. Może zachęcić do odejścia od monopolu kina i TV. Nie bez kozery sztuka ta jest tak popularna w świecie. A polska łódzka lokalizacja, jak mawiają w slangu komputerowym, wypadła bardzo dobrze, o czy z przekonaniem Was zapewniam jeszcze raz zapraszając do Łodzi


Wasz Andrew


* Dyskusyjny Klub Książki
** Spojler - niepożądana informacja dotycząca szczegółów fabuły filmu, utworu literackiego itp. W szczególności zdradzenie zakończenia. Najbardziej naganna patologia spotykana w recenzjach. Złą recenzję można zapomnieć, skutków przeczytanego spojlera naprawić się nie da.
*** za Wiki

Materiały graficzne: © Teatr Powszechny w Łodzi 

wtorek, 8 października 2013

O lepszych czasach



Ci, którzy porównują epokę, do której trafili, ze złotym wiekiem istniejącym jedynie w wyobraźni, mogą mówić o upadku, degrengoladzie; jednak żaden z ludzi, którzy posiadają trafną wiedzę o przeszłości, nie będzie skłonny do rysowania ponurych lub przygnębiających wizji teraźniejszości.



Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

poniedziałek, 7 października 2013

O Colcie i równości



Jest takie powiedzenie, że Samuel Colt uczynił wszystkich ludzi równymi sobie. (…) Colt dał wprawdzie każdemu człowiekowi rewolwer, ale spust każdy musi nacisnąć sam.