Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 26 września 2013

Połamać kości




Stuart MacBride

Połamać kości

tytuł oryginału: Shatter the Bones
tłumaczenie: Maciej Pintara
wydawnictwo: Amber 2011


Stuart MacBride to znany i uznany, wielokrotnie nagradzany szkocki pisarz. Większa cześć jego dotychczasowego dorobku powieściowego zawiera się w dziewięciotomowym cyklu, którego głównym bohaterem jest detektyw policji, oczywiście szkockiej, sierżant Logan McRae. W Polsce wydano dotąd siedem pierwszych pozycji ciągu powieści o Loganie* i dwie, które wcześniej czytałem*, oceniam bardzo wysoko. Ponieważ dzieje McRae są ewidentnym przykładem serii, która nie wymaga poznawania w kolejności, bez oporów zabrałem się za ostatni wydany u nas tomik, gdy tylko wpadł w moje łapki, z pominięciem, na razie, poprzednich.

Ludzie uwielbiający szufladkować najczęściej wrzucają twórczość tej szkockiej sławy do thrillerów. Czemu – nie wiem. Dla mnie to ewidentne kryminały. Specyficzne, ale tym bardziej kryminały, iż dla podgatunku, który reprezentują, ukuto nawet specjalne określenie – tartan noir, czyli czarny szkocki kryminał. Jego cechami są zwykle umiejscowienie w Szkocji, stworzenie przez Szkota, minorowa aura, zarówno w sensie dosłownym jak i bardziej przenośnym, duża dawka brutalności, nie tylko, gdy mówimy o akcji, ale i o opisach, cynizm bohaterów, często wręcz antybohaterów oraz zmęczenie życiem i całym światem. Oczywiście nie zawsze występują one w tych samych proporcjach, ale by prawidłowo odbierać ten charakterystyczny typ literatury, warto pamiętać o specyfice Szkocji, również tej geograficznej. Z jednej strony, dzięki Prądowi Zatokowemu, jest cieplejsza niż regiony Skandynawii czy Rosji położone na tej samej szerokości geograficznej, z drugiej jednak jest dużo bardziej depresyjna niż inne części Europy, a zmienność pogody stała się przysłowiowa (If you don’t like the weather, wait a minute).

W Połamać kości dzielny i prawy, co nie znaczy, że wesoły i zewnętrznie sympatyczny, sierżant wdepnie w świat, który dla mnie jest bardziej odpowiedni do słowa wdepnie, niż jakikolwiek inny, czyli w świat show-biznesu. Świat, w którym ludzie w pogoni za kasą i sławą, co zresztą się jedno z drugim wiąże, sprzedają bez żadnych zahamowań i się, i każdego, kogo sprzedać zdołają, łącznie z rodziną. Są bardziej sprzedajni niż prostytutki, które oferują tylko własne i tylko ciało. Szczególnie dotyczy to najnowszych pomysłów w tym biznesie, czyli wszelkich programów poszukujących nowych gwiazd, najczęściej gwiazd w cudzysłowie. Właśnie takie bożyszcze mediów, w dodatku w tandemie, czyli matka z sześcioletnią córeczką, które wzięły udział w telewizyjnym programie wyławiającym talenty wokalne, zostały porwane dla okupu. Porywacze są nieuchwytni i okrutni, a wątpliwy zaszczyt zajęcia się tą sprawą spada na miejscową policję, czyli oczywiście i na naszego herosa nie-herosa, który i bez tego ma tyle roboty, że nie wie za co się najpierw zabrać. Jak się sprawa zakończy nie będę zdradzał, gdyż skomplikowana i nieprzewidywalna fabuła jest mocną stroną powieści, nie jedyną na szczęście.

Zachwycony poprzednimi powieściami o Loganie, początkowo czułem zawód i miałem wrażenie, iż ta książka jest zdecydowanie słabsza niż wcześniejsze. Dzięki Bogu się omyliłem, a przyczyną tej pochopnej oceny było to, że rzecz jest more noir than ever, co w połączeniu ze smętną pogodą za oknem i niekorzystnym biometem było chyba w tamtym momencie ponad moje siły. Wkrótce jednak, po raz kolejny, doceniłem stałe atuty stylu Stuarta MacBride, czyli obeznanie z realiami społecznymi, a zwłaszcza środowisk policyjnych i przestępczych, znajomość procedur, praktyki i rozbieżności między nimi, które autor potrafi po mistrzowsku rozgrywać, piękny styl idealnie dopasowany do nastroju i sytuacji, w które uwikłane są postacie. Klimat książki jego autorstwa jest nie do podrobienia. To niejako znak firmowy jego prozy, podobnie jak autentyczne aż do bólu postacie. Ten realizm obejmujący wszystkie aspekty jest zaletą tak wielką, że może stać się wadą. Dla wielbicieli kryminałków à la Ojciec Mateusz sierżan Logan może stać się wielkim wyzwaniem. Granica między tym, co byśmy woleli, a tym, co jest, między infantylnymi różowymi okularami, a ostrym spojrzeniem w sam środek ludzkiego bagna, będzie na pewno dla wielu poważną próbą. Myślę jednak, że warto ją podjąć, gdyż rzecz jest prawdziwie mocna. To wszystko może się zdarzyć w każdej chwili, a raczej zdarza się co chwila w nieskończonej liczbie wariantów. Z drugiej jednak strony proponuję nie zaczynać znajomości z MacBridem od tej powieści, a od którejś z wcześniejszych. Połamać kości to naprawdę czytelnicza głęboka woda, w dodatku mętna i cuchnąca. Dlatego właśnie prozę szkockiego pisarza polecam zdecydowanie wszystkim odważnym, którym nic co ludzkie nie jest obce


Wasz Andrew

* Cykl o Loganie McRae:

1. Chłód Granitu (Cold Granite)
2. Zamierające Światło (Dying Light)
3. Otwarte Rany (Broken Skin)
4. Dom krwi (Flesh House)
5. Ślepy zaułek (Blinde Eye)
6. Zimny pokój (Dark Blood)
7. Połamać kości (Shatter the Bones)
8. Partners in Crime (dwie krótsze historie: Bad Heir Day i Stramash)
9. Close to the Bone

Co skrywają głębiny

Okładka książki Tajemnica "San Diego" 

Tajemnica "San Diego"

Franck Goddio


Tytuł oryginału: Le Mystere Du San Diego
Tłumaczenie: Agnieszka Macoń
Wydawnictwo: MUZA S. A.
Liczba stron: 166
 
 
 
 
Archeologia często kojarzona jest przez pryzmat niesamowitych przygód doktora Henry’ego Waltona Indiany Jonesa. Za sprawą owego bohatera prastare cywilizacje wydają się ciągle żywe, zaciekle broniąc skrywanych przez siebie tajemnic za pomocą wszelakiej maści pomysłowych pułapek. Postać archeologa zlewa się z pierwiastkami awanturnika oraz poszukiwacza przygód i wiąże się z ciągłym unikaniem śmierci dosłownie o włos, rozwiązywaniem piekielnie trudnych zagadek, czy regularną walką z rabusiami, czyhającymi na zamierzchłe skarby. Z tego powodu trudno dziwić się rozczarowaniu, które towarzyszy okolicznościom, gdy śmiertelnik wychowany na etosie Indiany Jonesa przekonuje się, na czym polega i jak wygląda rzeczywista praca archeologa. Bezustanne, monotonne, nużące, żmudne, dłużące się w nieskończoność grzebanie w ziemi, zwieńczone odnalezieniem kilku glinianych skorup nie może się wydawać choćby w najmniejszym stopniu ekscytujące. Na szczęście oba obrazy to zdecydowane przejaskrawienia, a prawda jak zwykle leży gdzieś po środku. Praca archeologa to fascynujące zajęcie, ale wymagające ogromnych pokładów cierpliwości, poświęcenia i całkiem rozległej wiedzy. Przeszłość nie jest aż tak okrutna dla śmiałków, którzy chcą odkryć jej sekrety, ale często okrywa gęstym całunem milczenia całe swoje pokłady. Wiele faktów, niewygodnych chociażby dla tych, którzy daną historię tworzyli, zostaje wymazanych, część ksiąg ulega bezpowrotnemu zniszczeniu, wreszcie wiele budowli pochłania ziemia czy ocean. Kolejne tropy zostają zacierane, tak, że dotarcie do sedna zagadki staje się coraz trudniejsze, ale równocześnie daje o wiele większą satysfakcję, jeśli prowadzone badania zostaną zwieńczone sukcesem.

Jednym z ciekawszych, współczesnych archeologów jest z pewnością Francuz Franck Goddio. Urodzony w 1947 roku badacz morze oraz historię pokochał za sprawą dziadka, żeglarza oraz naukowca, Érica de Bisschopa. Antenat Francka Goddio przeżył wiele niezwykłych morskich wojaży, o których wspominał w swoich licznych książkach. Zajmując się m.in. badaniem migracji Polinezyjczyków, własnoręcznie zbudował on pirogą żaglową Kaimiloa (z maoryskiego Za dalekim horyzontem), którą odbył podróż z Hawajów do Francji. Pragnąc udowodnić swoją tezę, że mieszkańcy Ameryki mogli wywodzić się od maoryskich żeglarzy, wypłynął w kolejny rejs. Tratwą Tahiti Nui pokonał trasę pomiędzy Tahiti a Chile. Niestety zginął w drodze powrotnej, kiedy nowa tratwa, Tahiti Nui II rozbiła się o podwodną rafę. Przeżycia dziadka od najmłodszych lat rozpalały wyobraźnię Francka Goddio, który jednak nie od razu poszedł w ślady swojego przodka. Zdrowy rozsądek i przyziemne podejście do ważnych spraw nabyte za sprawą wychowania na normandzkiej wsi sprawiły, że Goddio postawił na solidne wykształcenie, które w przyszłości zapewniłoby mu środki na realizację młodzieńczych marzeń. Franck wstąpił na École Nationale de la Statistique et de l'Administration Économique, gdzie studiował statystykę oraz matematykę. Królowa wszystkich nauk pozwoliła mu piastować wiele wysokich stanowisk doradczych w różnych narodowych oraz międzynarodowych organizacjach. W latach 80’ Franck Goddio postanowił niemal zupełnie skoncentrować się na archeologii podwodnej. W 1987 roku założył on Institut Européen d'archéologie Sous-Marine (Europejski Instytut Archeologii Podwodnej). Franckowi Goddio udało namówić się do współpracy wielu prominentnych uczonych, zarówno archeologów jak i naukowców z Komisariatu Energii Atomowej (CEA), specjalizujących się m.in. w magnetometrii (badanie oraz interpretacja anomalii magnetycznych). W tym samym roku na specjalne zamówienie Goddio został zbudowany katamaran, ochrzczony na cześć jego dziadka imieniem Kaimiloa. Łódź naszpikowano masą najnowocześniejszych zdobyczy techniki, a dzięki współpracy z CEA zainstalowano na niej magnetometry o działaniu opartym na nuklearnym rezonansie magnetycznym, pozwalającym na bardzo dokładnie badanie dna morskiego.

Uzbrojony zarówno w technikę jak i wiedzę, Franck Goddio mógł w pełni oddać się swojej pasji – wydzieraniu morskim głębinom sekretów, które skrywają one w swych przepastnych trzewiach. Francuz chętnie dzieli się doświadczeniami, płynącymi z podejmowanych ekspedycji. Owocem kolejnych wypraw są liczne publikacje naukowe oraz książki popularnonaukowe, opisujące losy poszczególnych podwodnych wykopalisk. Dzięki serii Dookoła świata wydawnictwa MUZA S.A. polski czytelnik za sprawą książki Tajemnica „San Diego” może raz jeszcze przeżyć niezwykłe wydarzenie, jakim było poszukiwanie oraz eksploracja wraku hiszpańskiego galeonu, San Diego.

Od pierwszych stron znać, że Franck Goddio jest urodzonym gawędziarzem. Lekkim językiem opisuje pokrótce losy swojego dziadka, wspomina własną młodość, obrazuje czytelnikowi drogę, która doprowadziła go do obecnej pozycji, ukazując tym samym, że ciężką pracą i wytrwałością można osiągnąć niemal wszystko, czego się tylko zapragnie. Autor prezentuje również narodziny IEAMS (Europejskiego Instytutu Archeologii Podwodnej) – widzimy, że na szacunek, którym obecnie cieszy się, Goddio harował przez wiele lat, początkowo prowadząc badania niemalże na własną rękę, finansując je głównie z własnych zasobów. Z czasem przyszły sukcesy, a z nimi i współpraca z poważnymi naukowcami oraz specjalistami jak również sponsorzy. Ograniczeniami dla tego niezwykłego marzyciela zdaje się być jedynie własna wyobraźnia, która przynajmniej na razie nie pozwala Franckowi trwać w bezruchu.

W te historie dwudziestowieczne, płynnie wplatane są wątki z samego początku XVII wieku. Goddio z pasją oddaje meandry losów hiszpańskich kolonii na Filipinach, roztaczając przed czytelnikiem rozległą panoramę polityczną tych odległych o kilkaset lat czasów. Do życia powołane zostają sylwetki popularnych oraz mniej znanych żeglarzy i podróżników, którzy w swojej epoce byli pionierami wielkich odkryć geograficznych. Co najciekawsze jednak, autor z ogromną precyzją stara się odtworzyć ostatnie chwile tytułowego San Diego. Goddio wyjaśnia jak doszło do tego, że handlowy galeon hiszpańskiej marynarki został przerobiony na okręt wojenny i wziął udział w fatalnym starciu z holenderskimi korsarzami, które to zakończyło się spoczynkiem w odmętach oceanu.

Dzięki lekturze, czytelnik może przekonać się, jak wygląda od początku do końca skomplikowana operacja, jaką jest odnalezienie oraz zbadanie zatopionego statku. Goddio wraz ze współpracownikami musieli przekopać się przez tony kronik, zapisków, wspomnień oraz dokumentów, by krok po kroku wyłuskać z nich prawdę oraz wskazówki, które pomogłyby w zawężeniu obszaru poszukiwań. Okazuje się bowiem, że relacje historyczne, również te pisemne, nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością – Franck Goddio umiejętnie podważy wiarygodność relacji głównego dowódcy hiszpańskiej misji, która miała przepędzić holenderskich piratów, Antonio de Morgi. Ten znakomity prawnik oraz wysoko postawiony urzędnik w koloniach na Filipinach, w Nowej Hiszpanii oraz Peru, dzięki ogromnej determinacji oraz niezłomnemu przekonaniu o własnej wielkości wymógł dla siebie, mimo braku kompetencji, stanowisko admirała, pragnąć poprowadzić do wielkiego tryumfu floty hiszpańskiej nad holenderskimi rabusiami. Bitwa zakończyła się klopsem – w końcu San Diego zatonął, ale de Morga dzięki sprytowi oraz usuwaniu niewygodnych relacji, niezgodnych z jego własnymi, obrócił sprawę o 180 stopni. Zatem książka w znakomity sposób ukazuje również mechanizmy powstawania historii – dobitnie można skonstatować, że powiedzenie, iż piszą ją zwycięzcy nie jest żadnym banałem. Bez trudu można również dojść do wniosku, że mimo upływu czasu, rozwoju techniki, natura ludzka pozostaje niemal niezmienna – tak jak i 400 lat temu, tak i dziś dla wielu najważniejszymi wartościami w życiu są władza i pieniądze, przed utratą których bronimy się rękami i nogami, pomagając sobie przy tym drobnymi fałszerstwami czy mistyfikacjami. W dalszym ciągu wołanie maluczkich, tj. osób nie posiadających bądź majątku, bądź realnej władzy, bez problemu można zagłuszyć, pozwolić mu zaginąć pośród innych, mało znaczących szumów.

Reasumując, Tajemnica „San Diego” to bardzo ciekawa lektura, stanowiąca mieszaninę faktów oraz historycznych rekonstrukcji, wsparta charakterystyką pracy współczesnych archeologów. Franck Goddio imponuje płynnością języka, uporem w wydzieraniu przeszłości swoich sekretów, bardzo rozległą wiedzą oraz niezwykła biografią, której wybrane fragmenty przytacza. Całość, mimo, że akcja plącze się między XVII a XX wiekiem czyta się z zapartym tchem, ani przez chwilę nie odczuwając znużenia. Serdecznie polecam.

środa, 25 września 2013

O tronie



Tron dodaje godności, ale tylko przez kontrast z otaczającą go pokorą, to pokorność podwładnych stwarza potęgę tronu i nadaje jej sens, bez niej tron jest tylko dekoracją, niewygodnym fotelem o wytartym pluszu i pokrzywionych sprężynach.

Ryszard Kapuściński Cesarz

Na zdjęciu tron Napoleona w Luwrze. Zjęcie : P. Alejandro Díaz. Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.0.

wtorek, 24 września 2013

O nas



Ze względu na szybkie zmiany, jakie zachodzą w otaczającym nas świecie od chwili naszego narodzenia, my ludzie jesteśmy żyjącymi przeżytkami. Przez ostatnie 150 lat nasz świat drastycznie się zmienił. W przeciwieństwie do niego, ludzka fizjologia powstawała przez miliony lat i w ciągu 150 tysięcy lat nie zaszły w niej większe zmiany. Twoje ciało – nawet jeśli jest w świetnej kondycji – zostało stworzone w sposób umożliwiający odniesienie sukcesu w przeszłości. Ta antyczna, biologiczna maszyneria wyewoluowała w odniesieniu na wymogi świata, który już nie istnieje.

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

poniedziałek, 23 września 2013

Cesarz o cesarzu




Cesarz

Ryszard Kapuściński

Czytelnik Warszawa 1982

Wrześniową lekturą w moim zaprzyjaźnionym oddziale DKK* był Cesarz pióra Ryszarda Kapuścińskiego, zwanego nomen omen cesarzem reportażu. Dobrze się stało, gdyż gdyby nie DKK, sam raczej bym po tę książkę nie sięgnął. Nie z powodu nieznajomości autora, ale raczej z powodu zbyt dużej podaży książek wartych poznania w stosunku do ilości czasu, którym dysponuję.

Ryszard Kapuściński (1932-2007) polski reportażysta, publicysta, poeta i fotograf, całkowicie zasłużył swym dorobkiem na zaszczytny, wspomniany wyżej przydomek. O wielkości jego pióra świadczy chociażby to, że obok Stanisława Lema jest chyba najczęściej tłumaczonym na języki obce z naszych pisarzy. Niektórzy zarzucają mu, iż współpracował z tajnymi służbami PRL, ale nie miejsce tutaj na takie bzdury. Temat realiów świata demoludów jest skomplikowany, i można o nim długo, a nawet trzeba długo, jeśli nie ma być tylko propagandowym odmóżdżaniem, ale dotyczy co najwyżej oceny człowieka. Mieszanie tej problematyki z oceną twórczości jest, delikatnie mówiąc, infantylne. To tak, jakby oceniać doskonałość konstrukcji samochodu czy piękno rzeźby przez pryzmat poglądów politycznych ich twórcy. Jest to co najmniej nielogiczne. Albo konstrukcja jest udana, albo nie. Albo rzeźba zachwyca, albo nie. Podobnie z literaturą.

Do Cesarza podszedłem niczym tabula rasa. Nie pamiętając już nawet co i kiedy było moim ostatnim czytelniczym spotkaniem z Kapuścińskim, bez dowiadywania się, o kogo chodzi w tej książce; kim jest tytułowy Cesarz i jakie zebrała ona po pierwszej publikacji (1978) recenzje. Potem, po skończonej lekturze, doczytałem, iż właśnie ten reportaż, bo to jednak reportaż, choć unikalny w formie, pozwolił Ryszardowi Kapuścińskiemu zabłysnąć w literaturze faktu na skalę międzynarodową; był to jego pierwszy naprawdę wielki sukces doceniony już przez współczesnych. To jednak tylko taka dygresja. Wróćmy do początku.

Od pierwszych stron dowiadujemy się wszystkiego; Cesarz to Haile Selassie I, władca Etiopii w latach 1930 – 1974 (zm. w 1975). Historia, o jakiej książka opowiada, to specyfika jego panowania ze szczególnym naciskiem na okres ostatni i czas upadku (w wyniku prokomunistycznego puczu wojskowego kierowanego przez Mengystu Hajle Marjama). Temat teoretycznie ciężki, jednak od samego początku poznać pióro Mistrza. Rzecz, która w innym wydaniu byłaby przygnębiająca, czyta się lekko, niczym komedię, groteskę lub bajkę. Gdyby zmienić nazwiska, nazwy i daty, równie dobrze mogłaby to być powieść science fiction, baśń lub klasyczna tragedia, antyutopia czy cokolwiek innego. Kapuściński ubrał całość w formę zbioru luźnych opowieści; wspomnień osób z personelu nieistniejącego już Pałacu, połączonych ze sobą tylko osobami dwóch cesarzy. Cesarza bohatera tych przypowieści, czasami nieledwie anegdot, oraz cesarza reportażu, który ich wysłuchał i zapisał słowa o świecie, który przeminął. Zapisał pięknie, miejscami wierszowaną prozą, pięknym zaiste stylem. Niektórym ten język wydaje się sztuczny, ale w moim odczuciu ten zabieg, celowy i przemyślany, dodaje autentyzmu. Wspominają o tym zresztą ci, którzy wypełnili książkę treścią, czyli niedobitki minionego ustroju, którzy cudem uniknęli więzienia i śmierci podczas politycznej zmiany warty. W swych opowieściach niejednokrotnie wspominają, iż Pałac wywoływał natychmiastową zmianę w zachowaniu, wyglądzie, a pewnie i wysławianiu się osoby, która doń wstępowała. Uważny obserwator widzi to i w naszych czasach, i w naszych realiach. Księdza czy polityka z niektórych kręgów można bez pudła poznać po sposobie mówienia, po rytmie i intonacji, po melodii jego języka i specyficznych formach, których używa. To właśnie, oddanie klimatu i, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, piętna kultury korporacyjnej, , udało Kapuścińskiemu udało się po mistrzowsku.

Cesarstwo Haile Selassie upadło. Przeminęły i rządy tych, którzy mu władzę odebrali. Ustrój, w którym żył i tworzył Kapuściński też już nie istnieje. Wszystko przemija, a książka ta budzi w czytelniku nie mniej żywy odzew niż w roku 1978. Dlaczego?

Cesarz to opowieść o władzy. Wydawać się nam może groteskowy, jego świat okrutny, a rozstrzygnięcia decydentów idiotyczne. Do czasu jednak, aż spojrzymy dookoła i skonstatujemy, iż biorąc pod uwagę nasze realia, położenie geograficzne, uwarunkowania historyczne i ekonomiczne, być może jesteśmy świadkami i uczestnikami jeszcze większej degrengolady niż ta, która poprzedziła upadek Cesarstwa Etiopii. Łatwo zobaczyć, że mechanizmy sprawowania władzy pokazane w Cesarzu, niczym w krzywym zwierciadle, są ponadczasowe, podobnie jak obojętność tych na górze wobec problemów tych na dole. To samo było w Cesarstwie Rzymskim, to samo w IVRP. Oczywiście entourage się zmienia, ale szkielet i maszyneria, która wprawia go w ruch, pozostają wciąż, od tysiącleci, te same. Nie zmienił tego ani Jezus, ani Stalin. Nie dała temu rady żadna rewolucja. Jedyna szansa być może w ewolucji, w czymś na wzór szwedzki, ale jak mawiał Lenin, warunkiem tej drogi jest bogactwo, więc dla większości jest zamknięta. I choć Kapuściński tak daleko nie sięga, a może właśnie dlatego, że powstrzymuje się od wszelkich ocen i komentarzy pozwalając opowiadać swym rozmówcom tak, jak oni wszystko widzą lub chcą widzieć, książka absolutnie się nie zestarzała. Wręcz przeciwnie. Każda mijająca epoka, która tak naprawdę niczego nie zmieniła z wyjątkiem zmiany lukru na wielkim torcie zwanym władzą, dodaje Cesarzowi nowej aktualności i większej autentyczności. Jest to też opowieść o istocie natury ludzkiej, którą dużo trudniej zmienić na lepsze niż ustrój, o tym co przemija, i o tym, co zmienić jest prawie niemożliwym. Książka, która każdemu daje do myślenia i która nikogo nie pozostawi bez reakcji. I choć refleksje na pewno są różne, a może właśnie dlatego

absolutnie i zdecydowanie polecam


Wasz Andrew




* Dyskusyjny Klub Książki

niedziela, 22 września 2013

O czasie i życiu




Czas to moneta twojego życia. To jedyna moneta, jaką masz, i tylko ty możesz zdecydować, w jaki sposób ma być wydana. Nie pozwól, by wydali ją za ciebie inni ludzie.

François Rabelais (1494-1553)”

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

sobota, 21 września 2013

O tabu w psychologii




Odkryłem, że znaczna część psychologii umyślnie zamyka oczy na skutki, jakie płyną z przekonań dotyczących dalekiej przyszłości z uwagi na fakt, że takie przekonania bywają ściśle powiązane z religijnością, urastającą do rangi tematu tabu w głównym nurcie psychologii.


Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

piątek, 20 września 2013

O śmierci



Śmierć jest końcem życia. Zaprzeczenie śmierci to odmowa uznania, że czas dobiegnie końca. Jeśli zaprzeczasz końcowi czasu, to jest wysoce prawdopodobne, że będziesz traktował czas zupełnie inaczej, niż gdybyś uważał, że jest deficytowy, a jego trwanie ograniczone. Jeśli wyobrażasz sobie swoje życie jako nieskończone, to nie będziesz gotowy do tego, by cenić czas jako bardziej wartościowy niż złoto, za to chętniej będziesz traktował go jak zwyczajne ziarnka piasku na plaży. Paradoksalnie, choć zaprzeczanie śmierci może - uwalniać od niepokoju i stresu psychologicznego, jednocześnie może cię doprowadzić do dewaluowania życia, co sprawi, że będziesz żył mniej pełnie.

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu