Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 24 sierpnia 2013

"Drzazga. Opowieść o Niej i o Niej" Władimir Zazubrin - O zachłanna! O okrutna!

Okładka książki Drzazga. Opowieść o Niej i o Niej 

Drzazga. Opowieść o Niej i o Niej

Władimir Zazubrin


Tytuł oryginału: Щепка
Tłumaczenie: Henryk Chłystowski
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Biblioteka Babel  
Liczba stron: 142




Władimir Zazubrin, właściwie Zubrow, to radziecki pisarz, dziennikarz oraz prozaik, a przy tym znakomity przykład, że żadna rewolucja nie lubi intelektualistów. W przypadku Zubrowa, można pokusić się o banalne stwierdzenie, że bunt miał on we krwi. Urodzony w 1895 roku w Penzie syn pracownika kolejowego już w 1907 roku, za sprawą ojca, uczestnika rewolucji rosyjskiej z 1905 roku, wraz z całą rodziną trafił na zesłanie do Syzrania. Tam kontynuował naukę w szkole realnej, w której założył kółko socjalistyczne – broszurki, zebrania, przemówienia, stanowiły wystarczający powód, by Zubrowa wpakować na 3 miesiące aresztu. Po opuszczenia więzienia Zubrow, prawdopodobnie z polecenia partii, został zwerbowany przez carską Ochranie, z którą rozpoczął współpracę jako agent Minin. Rok 1917 to kolejna odsiadka – Zubrow został aresztowany przez władze Rządu Tymczasowego za propagandę bolszewicką. Po wyjściu na wolność trafił do armii – skierowano go do Pawłowskiej Szkoły Wojskowej w Piotrogradzie. Następne miesiące to istna burza – rewolucja październikowa, powrót do Syzrania, szkolenie wojskowej w Irkucku, zakończone promocją na podporucznika. Rok 1919 to udział w rosyjskiej wojnie domowej. Początkowo Zubrow walczył po stronie białych w oddziałach admirała Kołczaka, a kiedy wojska Kołczaka znajdowały się w odwrocie, Zubrow wraz z dwoma plutonami przyłączył się do czerwonej partyzantki. Działania wojenne skończyły się dla Zubrowa w Kańsku – ciężko chory na tyfus trafił na kwaterę do rodziny Tieriajewów, która oprócz gościny dała mu również żonę – Warwarę Tieriajewą.

piątek, 23 sierpnia 2013

O Eichmannie



„Pół tuzina psychiatrów uznało go za „normalnego” -  „w każdym razie normalniejszego niż ja sam po badaniach, jakim go poddałem”, jak miał ponoć wykrzyknąć jeden z psychiatrów; inny natomiast doszedł do wniosku, że cała konstrukcja psychiczna Eichmanna, jego stosunek do własnej rodziny, żony i dzieci, matki i ojca, braci, sióstr i przyjaciół, jest „nie tylko normalny, ale jak najbardziej pożądany”.

Kłopot z Eichmannem polegał na tym, że ludzi takich jak on było bardzo wielu, a nie byli oni sadystami, ani osobnikami perwersyjnymi, byli natomiast – i wciąż są – okropnie i przerażająco normalni. Z punktu widzenia naszych instytucji prawnych oraz kryteriów oceny moralnej normalność owa była dużo bardziej przerażająca niż wszystkie potworności wzięte razem, gdyż oznaczała ona… iż ów nowy rodzaj przestępcy, będący w istocie hostis generis humani [wrogiem rodzaju ludzkiego], popełnia swoje zbrodnie w okolicznościach, które właściwie uniemożliwiają mu uświadomienie sobie lub poczucie, że czyni coś złego.

H. Arendt Eichmann in Jerusalem: A Raport on the Banality of Evil

Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

czwartek, 22 sierpnia 2013

O analizach


Tradycyjne analizy przeprowadzane przez większość ludzi, m.in. w instytucjach prawnych, religijnych i medycznych, koncentrują się na osobie działającej jako jedynym czynniku przyczynowym. Wskutek tego minimalizują one lub lekceważą wpływ zmiennych sytuacyjnych i determinantów systemowych, które kształtują skutki zachowania i przekształcają działające osoby.

Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

środa, 21 sierpnia 2013

Najbogatsi na świecie

Wszyscy powtarzają, że świat wciąż walczy z kryzysem. Ale nie Polska. Już nie jesteśmy tylko zieloną wyspą. Jesteśmy wyspą świetlistą. Czyż jakikolwiek inny kraj stać na to, by dzień w dzień, nawet najbardziej słoneczny i upalny, trzymać włączone latarnie uliczne? Nas stać. Czyż jakikolwiek inny kraj stać na to, by systematycznie kosić trawy zasłonięte ekranami dźwiękochłonnymi przed wzrokiem przejeżdżających, w dodatku nawet wtedy, gdy z drugiej strony też nie ma niczego ani nikogo, kto mógłby te wydatki docenić? Nie wspomnę o tym, że takie koszenie zabiera cenne dla zwierząt, również ptaków, obszary. W imię czego?







Miałem zamiar dzwonić gdzieś w tej sprawie, ale widząc, iż często gęsto na te widoki patrzą ludzie z samochodów z napisami informującymi, że są z nadzoru i pewnie właśnie podziwiają te dokonania, gdyż nic się po ich inspekcjach nie zmienia, dałem spokój. Pozdrowienia dla GDDKiA , a zwłaszcza dla odpowiedzialnych za drogę S8 i węzeł Babsk.

Pijacka nirvana

Okładka książki Big Sur 

Big Sur

Jack Kerouac

Tytuł oryginału: Big Sur
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 264





Big Sur to słabo zaludniony region Kalifornii, położony na Centralnym Wybrzeżu w miejscu, gdzie góry Santa Monica wyrastają z wód Oceanu Spokojnego. Kraina nie ma jasno zdefiniowanych granic, dość powiedzieć, że leży około 200 km na południe od San Francisco. Big Sur raczy gości niezwykłymi widokami, największe wrażenie wywołuje linia brzegowa, którą stanowią, ostro wcinające się w ocean strome skały. Dzika przyroda, malownicza sceneria, niewielka liczba ludności sprawiają, że Big Sur to miejsce chętnie odwiedzane przez artystów, malarzy, czy myślicieli pragnących odpocząć od rojnego łona cywilizacji. Urokowi pięknej krainy nie potrafili oprzeć się m.in. poeta John Robinson Jeffers, popularny pisarz Henry Miller, fotograf Edward Watson, dziennikarz i literat Hunter S. Thompson, czy sam Król Bitników, Jack Kerouac. Można powiedzieć, że Big Sur odkrył Jeffers, przedstawiając romantyczną wizję regionu w swojej twórczości. Morley Baer wykorzystał poezję Jeffersa, by okrasić nią swoje fotografie Big Sur, w efekcie czego powstała zawierająca ponad 50 ujęć książka Stones of the Sur. Niezwykłość Big Sur docenił również Henry Miller, który żył tam w latach 1944 – 1962. Pokłosiem tego okresu jest powieść Big  Sur  i  Pomarańcze Hieronima Boscha. W roku 1960 w Big Sur zagościł także Jack Kerouac, poeta i prozaik, określany często mianem kronikarza oraz ikony Beat Generation. Kerouac zamieszkał w odludnej chatce znajomego poety, Lawrence’a Ferlinghettiego, jednak na łonie dzikiej przyrody wytrzymał raptem kilka dni. O tym jakie doświadczenia zebrał Król Beatników z tego pobytu, możemy dowiedzieć się dzięki lekturze książki Big Sur.

Egzystencja literacka Kerouaca, często utożsamiana przez czytelnika z jego życiem (bo w końcu pisarz na horyzoncie pojawia się dopiero w momencie debiutu, kiedy to cały świat, a przynajmniej otoczenie szersze niż ciasne grono najbliższych znajomych, dowiaduje się o istnieniu artysty) jest stosunkowo krótka – swoją raczej skromną długością oraz wybuchowością i gwałtownością uparcie przywodzi na myśl porównanie z błyskawicznie spadającą gwiazdą, krótkotrwałym rozbłyskiem – w roku 1957, gdy autor przeżywał już 35 rok pobytu na ziemskim padole, publikacji doczekała się książka W drodze, opus magnum Kerouaca, kronika oraz biblia Bitników. Tymczasem w roku 1962, czterdziestoletni, umęczony i styrany życiem oraz sławą Jack, wydaje gorzkie rozliczenie z danym mu i chyba we własnym mniemaniu w ogromnej mierze zmarnowanym czasem, wspomnianą powieść Big Sur.

Przed czytelnikiem ukazuje się obraz smutny i dosyć zaskakujący. Zachowany w pamięci wizerunek młodego, buńczucznego i hożego Jacka Dolouza (alter ego pisarza) zostaje bezpardonowo zapaćkany wizją podstarzałego, zniszczonego przez sławę człowieka. Relatywny upływ czasu – od publikacji W drodze do Big Sur upłynęło raptem 5 lat – daje o sobie znać w całej rozciągłości, uświadamiając czytelnikowi, że wydana dopiero kilka lat po napisaniu W drodze stała się swoistym gwoździem do trumny Kerouaca. Pokolenie Bitników wychowane na największym dziele Kerouaca, spotykając pisarza na żywo, nie potrafi zaakceptować faktu, że człowiek, z którym mają obecnie do czynienia, to postać zupełnie inna niż jego powieściowy odpowiednik. To osoba, która zakosztowała już życiowych niepowodzeń, nie tak spontaniczna, znajdująca się na zupełnie innym etapie swojej egzystencjalnej drogi. To przede wszystkim ofiara własnej legendy, którą Kerouac stał się już za życia.

Big Sur to opis trzech krótkich pobytów Jacka Dolouza w Bixby Canyon, w Big Sur. Za namową Monsanta (Lawrence’a Ferlinghettiego) Kerouac przybywa do San Francisco, skąd ma udać się do chatki swojego przyjaciela, położonej w Big Sur. Dolouz planuje wyprawę na Zachodnie Wybrzeże incognito, tj. nie chce informować znajomych o przyjeździe, będąc świadom fatalnej kondycji zarówno psychicznej jak i fizycznej. Nadużywający alkoholu Jack zamierza sprawić sobie rodzaj terapii, wyciszenia, które mogłyby pomóc mu odzyskać utraconą równowagę. Samotnia Monsanta, położona w Bixby Canyon, z dala od ludzi, z dala od alkoholu, na łonie dzikiej przyrody, wydaje się idealnym miejscem do osiągnięcia wewnętrznej harmonii. Ale już od początku plany Dolouza biorą w łeb. Artysta nie potrafi zachować tajemnicy, wszem i wobec ogłaszając swoje odwiedziny. W konsekwencji Dolouz wpada w ciąg kolejnych alkoholowych libacji, które utwierdzają go w konieczności odwiedzenia Big Sur.

Jack ląduje zatem w odludnej chatce swojego przyjaciela nad brzegiem potężnego Pacyfiku. Cisza. Wszechogarniająca cisza koi nerwy. Pozwala wsłuchać się w siebie. Dolouz zostaje odcięty od ogromnego organizmu, jakim jest miasto i którego stanowi integralną część. Big Sur staje się swoistą oazą, azylem, schronieniem, ucieczką. Umęczony, przesiąknięty alkoholem niczym gąbka umysł próbuje kontemplować otaczające go piękno. Ale Big Sur nie tylko fascynuje, Big Sur również przeraża. Dzika i nieokiełznana przyroda wzbudza atawistyczny lęk. Potęga natury staje w kontraście do małości rodzaju ludzkiego, uświadamiając człowiekowi jego marność.

Jack Dolouz ląduje w Big Sur, próbując uciec od dręczących go koszmarów. Odbywa podróż, tym razem w głąb siebie, penetrując kręte ścieżki własnej psychiki, które okazują się przerażające. Sielankowa atmosfera, poczucie wytchnienia szybko znikają, a zamiast nich pojawia się zwierzęcy strach. Dolouz ucieka zatem tam, skąd przybył, od czego pragnął odpocząć – do miasta, do ludzi, do przyjaciół. Można odnieść wrażenie, że Król Beatników nie radzi sobie z samym sobą, boi się siebie, unika przebywania ze sobą sam na sam. Krótkotrwała, bo raptem kilkudniowa izolacja w Big Sur pcha go w ramiona znajomych ludzi, wśród których szuka bliskości, akceptacji. Dolouz zanurza się zatem w morzu alkoholu, spożywanym wspólnie z najbliższymi. Ukojenia szuka również w ramionach Billie (Jackie Gibson Mercer), kochanki przyjaciela, Cody’ego (Neala Cassady’ego, sławnego jebaki i Adonisa z Denver). Nic jednak nie przynosi ukojenia, Dolouz stopniowo pogrąża się w szaleństwie.

Dolouz jeszcze dwukrotnie odwiedza Big Sur. Jednak kolejne wizyty są jedynie zaprzeczeniem zamierzeń Jacka. Przyjaciele, kobiety, alkohol i narkotyki desakralizują świątynię ciszy, za którą można było uznawać chatkę Monsanta. Big Sur staje się świadkiem pijackich ekscesów i coraz większego rozchwiania psychicznego Dolouza. Kerouacowi trzeba za to przyznać ogromną wiarę we własny talent oraz silne poczucie wartości tworzonej prozy. Porównania do Prosta, czy aluzje do Joyce’a na czele z poematem Morze. Odgłosy Pacyfiku w Big Sur, sprawiające wrażenie nawiązania do Finnegans Wake (Finneganów tren), a przypominające bardziej jego karykaturę, wyraźnie sygnalizują o potężnym ego autora (bądź też to najwyższa, bo dobrze zamaskowana forma autoironii). Denerwuje również tania metafizyka, którą Kerouac próbuje wciskać czytelnikowi – to chyba na jej podstawie widać najlepiej, jak źle jest ze starym Dolouzem. Banały pokroju, że wszyscy zostaniemy zbawieni, wykoślawione pojmowanie zen skutecznie odstręczają od dalszej lektury.

Reasumując krótko Big Sur to książka frapująca. Sam Kerouac uważał ją ponoć za najdoskonalsze dzieło, najbliższe swojemu ideałowi. W moim odczuciu to bardzo interesująca opowieść o człowieku, który nie potrafił podźwignąć brzemienia sławy. Big Sur jest zapisem stopniowego upadku wielkiego artysty, który nie radzi sobie z oczekiwaniami czytelników. Z horyzontu znika młody i pewny siebie Kerouac, a w jego miejsce pojawia się zmęczony człowiek, który ukojenia i zapomnienia szuka najczęściej w używkach, stanowiących do tej pory bramę do poszerzenia świadomości. Pisarz obnaża przy tym ruch Beat Generation, prowadząc jego swoistą demitologizację, odsłaniając jego prawdziwe oblicze. Big Sur jest więc smutnym zapisem klęski, zarówno życiowej jak i ideowej.

wtorek, 20 sierpnia 2013

O strachu powtórnie



Plakat Tadeusza Trepkowskiego z 1953

Strach jest bronią psychologiczną wybieraną przez państwo po to, by zmusić obywateli do poświęcenia swych podstawowych swobód i różnych form ochrony prawnej, w zamian za bezpieczeństwo obiecane przez ich wszechmocny rząd.

Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

O strachu




Strach jest metodą: terror wywołuje strach, a strach nie pozwala ludziom myśleć racjonalnie. Sprawia on, że ludzie myślą abstrakcyjnie o wrogu, o terrorystach, o powstańcach, którzy nam zagrażają, a zatem muszą zostać zniszczeni. Gdy zaczynamy myśleć o ludziach jako klasie istot, jako abstrakcjach, wtedy łączą się one w „twarze wroga”, a pierwotne impulsy do zabijania ich i torturowania ujawniają się nawet wśród ludzi zwykle nastawionych pokojowo.

Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

niedziela, 18 sierpnia 2013

Kanon fotografii




Bruce Barnbaum

Kanon fotografii. W poszukiwaniu indywidualnego stylu


(oryg. The Art of Photography: An Approach to Personal Expression)
tłumaczenie: Piotr Cieślak
wydawnictwo: HELION 2012


Podręczników fotografii, cokolwiek by to miało znaczyć, miałem już w rękach wiele. Niektóre z nich nawet przeczytałem; częściej fragmentarycznie, rzadziej w całości. Przyczyna jest oczywista – jako podręczniki zwykle powielają te same informacje, do znudzenia, a nawet do bólu. Kiedy w lokalnym konkursie fotograficznym wygrałem książkę Bruce’a Barnbauma Kanon fotografii. W poszukiwaniu indywidualnego stylu i przeczytałem na okładce, iż jest to „najbardziej literacki, przystępny i przekrojowy podręcznik poświęcony fotografii”, ale jednak podręcznik, od razu powędrował na dół stosu zaległych lektur czekających na moje zmiłowanie, gdzie odleżał ładnych kilka miesięcy. Jedyną podręcznikową książką o fotografii, którą dobrze wspominam, jest Książka o fotografowaniu Andrzeja A. Mroczka, właśnie dlatego, że nie jest to stricte podręcznik, a po prostu przypominająca rozmowę z mistrzem książka o fotografowaniu.

W końcu, jakiś czas temu, przyszła kolej i na dzieło Barnbauma. Autor jest z wykształcenia matematykiem, z przekonania obrońcą natury, a z hobby i profesji znanym, uznanym i docenianym fotografem amerykańskim, instruktorem fotografii oraz pisarzem. Kanon nie jest jego pierwszą książką, która odniosła sukces, a lista jego wiktorii na niwie foto jest zbyt długa, by się nią tutaj zajmować. Będąc przekonanym, iż poziom merytoryczny będzie wysoki, w końcu to jednak najwyższa liga światowa, ale nie przekonany, iż lektura będzie ciekawa, otworzyłem książkę.

Od razu zauważyłem jedno i wyraźnie to podkreślam; nie jest to książka dla absolutnie początkujących, o ile nie ma być tylko interesującą lekturą, ale i służyć ku nauce. Jeśli nie masz w małym paluszku absolutnych podstaw, jeśli nie do końca wiesz, do czego służy przysłona i migawka, co to czułość i głębia ostrości oraz co je ze sobą łączy, uzupełnij te braki zanim zaczniesz czytać. To jednak tylko taka dygresja – wróćmy do meritum.

Wydanie, choć prezentuje się elegancko, jest w bardzo nieporęcznym formacie, w dodatku czcionka jest mała, co nie ułatwia lektury, zwłaszcza poza fotelem. O czytaniu w pociągu, nie mówiąc o autobusie, zapomnijcie. Na leżąco też są z tym kłopoty. To minusy dotyczące nośnika. Teraz o tłumaczeniu. Największy (i na szczęście jedyny) mój żal do tłumacza, to… Tytuł. Kanon fotografii to w moim odczuciu nie to samo co Sztuka fotografii, a W poszukiwaniu indywidualnego stylu to nie to samo co Dochodzenie do osobistej ekspresji. Wiem, moje brzmi może nie tak ładnie, można to zrobić lepiej, ale czyż tytuł nie powinien być w zgodzie z treścią? A niestety wydźwięk książki jest taki, iż nie należy szukać własnego stylu, co grozi określonymi konsekwencjami, ale starać się przez swą sztukę pokazać to, co się czuje. Styl sam się pojawi. Drugie ogólne przesłanie jest takie, że na ma, tak jak chyba w każdej innej dziedzinie sztuki, żadnego kanonu. Są pewne reguły, ale tylko po to, by je świadomie łamać, jeśli mamy przekonanie, iż jest to celowe. Polski tytuł, w przeciwieństwie do oryginału, jest niejako tych tez zaprzeczeniem. Ta niezgodność tytułu oryginalnego i polskiego, jak się później okazało przekładająca się na wspomnianą rozbieżność z treścią i przesłaniem książki, też na pewno wpłynęła na niechęć, z jaką zabierałem się do lektury. Na szczęście ta niechęć bardzo szybko się ulotniła.

Nieczęsto się okazuje, by górnolotne sformułowania z okładek odpowiadały prawdzie. Bruce Barnbaum jednak jest i literacki, i przystępny, i przekrojowy. Być może jego ścisły umysł nadał jego sztuce fotograficznej i książce to coś, czym tchną dzieła Leonarda. Finezję i subtelność z nienaruszalnym szkieletem konkretnej wiedzy. Świadomość względności, absolutu i granicy między nimi. Gdy pisze o technice, jest prosty, klarowny i przypomina styl wykładu uzdolnionego pedagogicznie matematyka lub fizyka. Gdy opowiada o sztuce, jego proza staje się poezją. Widać, że nie tylko wie, o czym pisze, ale i potrafi pisać o tym, co czuje.
Jak już napisałem, Kanon fotografii nie omawia żadnych kanonów. Jeśli już o jakichś wspomina, to tylko po to, by zachęcić do ich łamania. Otwiera jednak oczy czytelnika na wiele aspektów, do których bystry obserwator uzbrojony w odpowiednią wiedzę i mający duszę artysty mógłby dojść sam po pewnym czasie i przy odrobinie szczęścia. Niewielu z nas jednak ma równą jak autor wiedzę, dziesiątki lat na zbieranie doświadczeń i równie wrażliwą artystyczną duszę. Jest to więc szansa by pójść na skróty w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie kopiować kolejne triki czy kompozycje, ale poznać najbardziej wartościowe elementy wiedzy fotograficznej – przemyślenia mistrza na głębsze tematy, które stanowią o różnicy między sztuką a kiczem.


Oczywiście w książce znajdziemy też i wiedzę bardziej konkretną. Choćby system strefowy objaśniony w sposób perfekcyjny – pełny i przystępny jednocześnie, czego dotąd spotkać mi się nie zdarzyło. Ciekawe wiadomości z optyki mogą zainteresować nie tylko fotografów, a bezkompromisowy sposób w jaki autor rozprawił się z mitem „obrazu bez obróbki” szczególnie mi przypadł do gustu, tym bardziej, iż ten bezsensowny zwrot ma wciąż zbyt wielu zwolenników i pojawia się coraz częściej już nawet w regulaminach konkursów. Takich „legend fotograficznych”, funkcjonujących na podobieństwo legend miejskich (urban legend), jest zresztą dużo więcej, jak choćby ta o celowości noszenia na stałe na obiektywie filtru (najczęściej UV) i podatni na plotki czytelnicy dzięki lekturze Kanonu mogą się od nich uwolnić, gdyż autor zawsze pisze dlaczego. Dlaczego uważa tak, dlaczego nie robi inaczej.

Klasę prawdziwego mistrza widać też w jego stosunku do innych Wielkich. Bruce często powołuje się na osiągnięcia innych tytanów fotografii oraz podkreśla ich dokonania, choć i potrafi wytknąć błędy nawet samemu Anselowi Adamsowi. Robi to jednak w taki sposób, iż jeszcze bardziej podkreśla szacunek jakim go darzy jako niedoścignionego w swej manierze artystycznej perfekcjonistę. Jednocześnie, podobnie jak wspomniany nasz rodzimy wirtuoz, czyli Andrzej Mroczek, ilustruje tekst tylko swoimi fotografiami. Jest to uzasadnione, gdyż tylko o nich wie wszystko; od technik, których użył, aż do najgłębszych odczuć, które doprowadziły do powstania tak pięknych i poruszających obrazów. A fotografie Barnbauma, których na szczęście w książce jest mnóstwo, są niesamowite. Choć przyznam, że kilka mi się nie podobało, a kilka innych nie do końca mnie przekonało, to obejrzenie pozostałych naprawdę było dla mnie dużym przeżyciem i na pewno niejednokrotnie będę się w nie jeszcze wpatrywał, że nie wspomnę o kilkunastu, a może kilkudziesięciu, w których zaiste widać tchnienie geniuszu.


Jeśli więc szukacie książki, która nauczy absolutnych podstaw lub poda na tacy zestaw algorytmów pozwalających obrobionymi w określony sposób fotkami zadziwić „znajomych” z sieci, to nie jest to raczej lektura dla Was. Jeśli natomiast chcecie czegoś, co da Wam wiedzę, przyniesie niezaprzeczalne przeżycia porównywalne z wizytą w najlepszej galerii sztuki w dodatku w towarzystwie mądrego przewodnika, który zadziwi Was wiedzą o fotografii, świecie i dziełach, które stworzył, jeśli pragniecie zajrzeć w siebie i spróbować rozwinąć zdolność zrozumienia, a potem ukazania własnego ja, to jest to rzecz, po którą warto sięgnąć.

Polecam absolutnie i z pełnym przekonaniem


Wasz Andrew