Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 2 lipca 2013

Oby mnie grad wytłukł




Kiedy słyszymy o klęskach żywiołowych, kiedy widzimy w wiadomościach ludzi, którzy utracili dorobek całego życia w następstwie powodzi, gradu czy wichury, budzi się w nas współczucie, chęć pomocy. Dzieje się tak między innymi dlatego, że czasami sami, albo nasi bliscy, mamy nieszczęście doświadczyć jakichś małych klęsk i wiemy, iż na pomoc państwa nie ma co liczyć, a ubezpieczenie, nawet jeśli mamy wykupioną full opcję, nigdy nie pokryje całości strat. Ktoś nam ukradnie portfel na wycieczce – szybko się dowiemy, iż ubezpieczenia takich przypadków są dla Niemców, nie dla Polaków. Złapie nas burza pod wiaduktem w stolicy i nasze auto utonie – ubezpieczenie obowiązkowe nie obejmuje odszkodowania dla nas, tylko dla innych, gdybyśmy to my straty spowodowali. Jeśli mamy wykupione pełne ubezpieczenie, może dostaniemy pieniążki za samochód, ale zawsze niższą z dwóch w danym momencie stawek, czyli rynkowej i deklarowanej w polisie. Nikt jednak nam nie zapłaci za aparat czy inne rzeczy, które akurat były w aucie. Jak w zagadce: - Czym się różni polski fotograf od niemieckiego, jeśli ukradną mu bagaż? - Polak płacze po utraconym sprzęcie, a Niemiec po utraconych zdjęciach z wakacji. To samo dotyczy podtopionych domów, zniszczonych miejsc pracy, towarów. Jest jednak w Polsce pewna nieliczna grupa, która wprost czyha na klęski żywiołowe i modli się o powódź, gradobicie, suszę albo chociaż wymarznięcia. To bogaci rolnicy i sadownicy.

Nie ma drugiej grupy społecznej, zawodowej czy innej, która by, tak jak rolnicy, za to samo co inni płaciła mniej. Takie same świadczenia medyczne kosztują ją nieporównanie mniej (KRUS) niż wszystkich innych, którzy płacą ZUS. Jest to najlepszym dowodem, iż nie są to żadne ubezpieczenia społeczne, tylko podatek, który władza ustanowiła jak chciała, bez żadnego uzasadnienia ekonomicznego ani bez żadnego w związku z tym, na czym się ubezpieczenia na całym świecie opierają, czyli na kalkulacji ryzyka i rentowności. To też pokazuje, że wszytskie "reformy" systemu opieki zdrowotnej są fikcją, gdyż nie sięgają podstaw. Prawdziwego jednak szoku doznałoby społeczeństwo, gdyby wiedziało, jaką "tragedię" przeżywa "świadomy" rolnik doświadczony „klęską” żywiołową.

Po pierwsze, z PROW*-u rolnik może otrzymać wsparcie z działania "Przywracanie potencjału produkcji rolnej zniszczonego w wyniku wystąpienia klęsk żywiołowych oraz wprowadzenie odpowiednich działań zapobiegawczych" jeżeli poniósł starty w wysokości co najmniej 10 tys. zł w majątku trwałym np. maszynach, budynkach produkcyjnych, sadach czy plantacjach wieloletnich i jednocześnie klęska żywiołowa spowodowała w jego gospodarstwie powyżej 30% strat w rolniczych uprawach, hodowli zwierząt czy ryb. W ramach tego działania może otrzymać do 300 tysięcy złotych wsparcia, przy czym nie musi opłacać wcześniej żadnej składki ubezpieczeniowej. Takiej ochrony nie ma poza rolnikami w naszym kraju nikt. Jeśli zepsuje się Wam samochód, którym dojeżdżacie do pracy, jeśli pożar zniszczy wam biuro albo myszy zjedzą Wasz towar na nic podobnego liczyć nie możecie. Mało tego. Wsparcie polega na tym, że rolnik dostaje zwrot 90% dokonanych zakupów, czyli jeśli wyda 333 tysiące złotych, dostanie 300 tysięcy do kieszeni. A żeby było jeszcze ciekawiej, nie musi czynić nakładów na to, co utracił ani nie jest ograniczony wysokością strat. Przykładowo, jeśli grad zniszczył mu stary sad, który i tak planował wyciąć w najbliższym roku, czyli ponieść potężne koszty, on może na to konto wyciąć drzewa, zakupić i posadzić nowe, położyć nawodnienie, kupić sobie traktor i przyczepę i co mu tam jeszcze do głowy przyjdzie, oczywiście do kwoty 333 tysięcy złotych. 300 tysięcy do niego wróci. Oczywiście nie każdy dostanie 333 tysiące, ale każdy ma zagwarantowane, że dostanie 130% zgłoszonych strat. Zawsze jest więc 30% do przodu, czego nie ma nikt i nigdzie poza rolnictwem, a im więcej wykaże, tym więcej zyska. A w wykazywaniu różnych rzeczy, które niekoniecznie polegają na prawdzie, to w Polsce wszyscy się znają. W latach 2007 - 2013 przewidziano na pomoc z działania "Modernizacja gospodarstw rolnych" ok. 8,5 miliarda złotych! Jakby tego było mało, rolnik NIEZALEŻNIE od powyższego, może korzystać z innych form pomocy. Niezależnie, czyli może z racji jednej klęski brać kasę jednocześnie z wielu źródeł. Wymienię tylko niektóre z nich.

Przez kilka lat rząd dopłacał rolnikom do wykupu komercyjnych ubezpieczeń m.in. sadów. Co to oznacza nie trzeba tłumaczyć. To tak, jakby rząd Ci zaproponował, że ci da kasę na ubezpieczenie Twojego samochodu, którym dojeżdżasz do pracy, lub Twojego biznesu. Chciałbyś?

Ustawa z dnia 22 maja 2003 r. o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych nakłada na wszystkich obywateli obowiązek zawarcia obowiązkowych ubezpieczeń. Każdy, kto ma samochód, wie co znaczy ten obowiązkowy haracz za posiadanie pojazdu mechanicznego, który nie ma wiele wspólnego z ubezpieczeniem, czyli czymś, co zależy od ryzyka, a nie od promocji i innego widzimisię. I każdy wie, że z OC pojazdu nie dostanie nic. Podobnie ma się z OC zawodowym przewidzianym w innych przepisach dla kilkudziesięciu grup zawodowych. Całkiem odmiennie mają się rolnicy. Ich obowiązkowe OC zawiera ubezpieczenie budynków wchodzących w skład gospodarstwa rolnego od ognia i innych zdarzeń losowych. Ile razy więc widzicie rolnika, który płacze nad spaloną czy zalana stodołą pamiętajcie, że jest ona ubezpieczona, w dodatku za grosze, w przeciwieństwie do Waszego mieszkania czy domu.

Niezależnie od wymienionych dróg uzyskania "wsparcia", powyżej 30% procent strat rolnikom należy się kredyt preferencyjny na uprawy, a inwestycyjny na pozostałe cele. Może być on zaciągnięty w banku komercyjnym, ale rolnik ma oprocentowanie 2%, a resztę odsetek płaci bankowi państwo. Ktoś z Was ma dojście do takich kredytów?

Poza tym może się rolnik ubiegać o umorzenie podatków i różne inne preferencje, a wszyscy mu współczują.

Żeby było ciekawiej, bardzo często rolnicy są sami sobie winni, przynajmniej częściowo. Za komuny na wsi pracowali specjaliści od melioracji, a za zasypywanie rowów i czy inne samowolki szczodrze szafowano karami. Kto był niedawno na wsi, ten wie, że rolnicy robią co chcą, nie tylko w tej dziedzinie zresztą**. Zasypują rowy, by móc posadzić jeszcze jeden rząd jabłonek więcej. Kopią stawy gdzie im się podoba. Było dobrze, przez kilka lat było sucho. Wszyscy przymykali oczy, a teraz, gdy sprawa się rypła, nikt nie chce tematu poruszyć, gdyż trzeba by było rozliczyć szkodników i urzędników nierobów. Lepiej więc z naszych, całego społeczeństwa pieniędzy, w trybie awaryjnym kopać rowy w błocie. Za jakiś czas pewnie wróci wszystko to „normy”. Do następnej powodzi.

Kiedyś myślałem, że PSL to najgorsza partia w Polsce. Jak sprzedajna kobieta, jest w stanie pójść z każdym, kto odpowiednio zapłaci. Nie ma chyba już opcji politycznej, której by się nie sprzedali. Teraz myślę, że to jedyna partia, która naprawdę dba nie tylko o swych członków, ale i wyborców. Załatwiła rolnikom takie przywileje, o jakich reszta społeczeństwa może tylko pomarzyć. A OSP, to już temat na osobne rozważania. Wszystko to jest tym dziwniejsze, że jednocześnie w tym samym kraju potężne pieniądze idą dla rolników na odciągnięcie ich od rolnictwa w kierunku działalności pozarolniczej (programy wspierające przebranżowienie, rozwój biznesu, przetwórstwa i inne), a jednocześnie ogromne kwoty są wydawanie na działania, które wręcz zachęcają do pozostania w rolnictwie. I do kombinowania. Wygląda więc na to, że jedyną prawdziwą partią w Polsce jest PSL, gdyż tylko on naprawdę dba o interesy swych wyborców, pomimo niewielkiej liczebności zmuszając pozostałe partie i tworzone przez nie rządy do wykonywania wzajemnie sprzecznych ruchów, ale zawsze korzystnych dla elektoratu PSL. Inne partie pożądają władzy, jak pisał Sienkiewicz, widząc w Polsce postaw czerwonego sukna z którego chcą wyrwać taki kawałek, by im na płaszcz starczyło. Nawet nie dla swoich wyborców, nawet nie dla swoich członków, tylko dla swoich prominentów i tych, którzy ich naprawdę wspierają. PSL jako jedyny naprawdę odwdzięcza się tym, którzy stanowią jego elektorat. Szkoda tylko, że nawet on nie wychodzi poza partykularne interesy, i nie kieruje się dobrem Polski.


Wasz Andrew


* Program Rozwoju Obszarów Wiejskich
** Rolnicy to prawdziwe święte krowy, których prawo nie obowiązuje. Jeśli ktoś nie wierzy, niech się wybierze w rejon sadowniczy w okresie dojrzewania czereśni albo wiśni. Noc jak na froncie. Przepisy o ciszy nocnej nikogo nie obchodzą, a te o normach hałasu są martwe. Przed wschodem słońca zaczyna się kanonada działek gazowych mających odstraszać ptaki, która trwa do późnej nocy. Przykłady tolerowania bezprawnych działań rolników można ciągnąć w nieskończoność.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Dzieciobójczyni pedagogiem i katechetką




Niedawna relacja Mariusza Szczygła zamieszczona w Dużym Formacie, a opisująca historię dzieciobójczyni, która pracuje w charakterze nauczycielki przedmiotów ścisłych i katechetki oraz jest ekspertką Ministerstwa Edukacji Narodowej i egzaminatorką Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej, wywołała w mediach burzę. Internauci błyskawicznie ustalili personalia „bohaterki” reportażu i opublikowali je na forach. Administratorzy zaczęli je kasować, ale z opóźnieniem i rozpętała się zadyma. Sprawą, bo jakżeby inaczej, nagle zainteresowali się wszyscy politycy. Równocześnie rozpoczęła się nagonka na zabójczynię; odezwały się nawet głosy nawołujące do linczu kobiety, która zakatowała paskiem kilkuletniego chłopca, za dobre sprawowanie w zakładzie karnym odsiedziała tylko dziesięć z piętnastu lat pozbawienia wolności, na które ją skazano, a po zatarciu skazania podjęła karierę zawodową nauczyciela, pedagoga i katechety.

Po pierwszej żywiołowej reakcji ustaliły się określone stanowiska.

Mariusz Szczygieł oświadczył, że absolutnie nie było celem jego publikacji zaszkodzenie osobie, o której pisał. Albo znany dziennikarz kompletnie nie zna mentalności społeczeństwa kraju, w którym żyje, i nie ma zdolności przewidywania konsekwencji swej działalności nawet na poziomie absolutnie podstawowym, co w zdecydowanie złym świetle stawia jego inteligencję i kompetencje zawodowe, albo, czemu gorąco zaprzecza, chciał mieć dobry temat, czyli zarobić kasiorę i zapracować na swoje własne pięć minut w mediach, nie oglądając się na skutki. Nie chce mi się tego roztrząsać. Sam nie wiem, która wersja gorzej o nim świadczy. Mnie zainteresowało co innego.

Karniści i inni prawnicy zgodnie podkreślają, iż trzeba coś z tym zrobić, ale wszystko jest zgodnie z prawem. Kara zatarta jakby nigdy nie miała miejsca, więc pracodawcy nie złamali przepisów zatrudniając dzieciobójczynię. Ba – nie mieli prawa jej nie zatrudnić. Wszyscy podkreślają jednak, że trzeba coś zrobić, by takie osoby jak bohaterka przedmiotowej historii nie mogła już więcej pracować z dziećmi. To ostatnie ochoczo podchwycili politycy, którzy zawsze chcą się wykazać, zwłaszcza gdy nie trzeba tykać rzeczywistych problemów.

Gdy tak tego wszystkiego słucham, znów mam wrażenie, iż odstajemy od normalnej reszty świata.

Po pierwsze nie jest prawdą, iż tak wygląda sprawa, jak to prezentują nam media. W sytuacji potężnego bezrobocia szkoły i MEN mają na pewno na każde miejsce wielu chętnych i wcale nie trzeba było starającej się o robotę dzieciobójczyni odmawiać z powodu błędów przeszłości. Wystarczyło zatrudnić kogo innego. W szkolnictwie, odmiennie niż w urzędach, nawet w teorii nie ma czegoś takiego jak konkursy i jawne (przynajmniej w założeniu) nabory na wolne etaty. Zatrudnia się kogo chce, w pierwszym rzędzie znajomych i z polecenia. Nikogo się nie informuje, dlaczego jego kandydaturę odrzucono, a inną przyjęto. Między więc jawne kłamstwa można włożyć tłumaczenia MEN i kierownictwa szkoły, iż nie można jej było odmówić. Jeszcze gorzej jest z pracą katechetki. Kierowanie do nauczania religii jest zastrzeżone biskupowi diecezjalnemu, a po cofnięciu przez niego skierowania dla danej osoby następuje jej automatyczne zwolnienie z funkcji katechety*. Spośród na pewno wielu kandydatek i kandydatów Kościół wybrał osobę, w której teczce widniało jak wół – dzieciobójczyni. Może dostała rozgrzeszenie? Oczywiście nikt się nawet nie zająknął o tym aspekcie sprawy, bo to temat tabu. Wszystkie media zatrzymują się tylko i wyłącznie na temacie: nauczyciele i ich zatrudnianie przez państwo oraz administrację. O Kościele i katechetach cisza. A ja się tylko zastanawiam, jak można wierzyć, iż ktokolwiek w Kościele chce naprawdę zwalczyć pedofilstwo i inne patologie, co dotyczy przecież osób z reguły niekaranych, skoro przyjmuje pod swe skrzydła ewidentnych morderców z prawomocnymi wyrokami. I to nie takich zwykłych, bo zabójstwo może się zdarzyć każdemu, choćby w samoobronie, ale zabójców najbardziej patologicznych. Osoba o której mowa nie pochodziła bowiem z marginesu, nie zakatowała dzieciaka znieczulona swym niskim poziomem umysłowym i alkoholem lub narkotykami, ale uczyniła to na zimno, z pełną premedytacja, jako element konsekwentnie stosowanych metod wychowawczych, czyli lania pasem. Inna sprawa, że dyscyplina (w znaczeniu bicza lub rózgi, a nie wierności regułom) w katolickim szkolnictwie i metodologii pedagogicznej ma długą i udokumentowaną tradycję. Oczywiście, gdyby taki temat w ogóle w mediach się pojawił, co raczej nam nie grozi, Kościół by przekonywał, iż nie wiedział. Raz, że kto choć trochę zna funkcjonowanie tej instytucji, nigdy w to nie uwierzy, a dwa, iż jeśli byłoby to prawdą, to jak ma Kościół zrobić porządek z czymkolwiek w swych szeregach, skoro nie ma pojęcia, co się w nich dzieje. Polska jawi się Kościołowi, tak można domniemywać w świetle jego działań, jako prywatny folwark. Niestety pan tego folwarku nie robi nic, by było w nim dobrze.

Teraz przejdę do najważniejszego, do tego, co się wiąże z tą sprawą i jednocześnie najbardziej pokazuje, jak patologiczna jest nasza rzeczywistość społeczna i jak odstajemy od demokratycznej normalności. Jak już wspominałem wielokrotnie, w Polsce panuje mentalność więzienna, będąca dominującą w naszym społeczeństwie. W dodatku jest ona stale wzmacniana, z każdym kolejnym pokoleniem wchodzącym w szpony systemu edukacji i „wychowania”. Jednym z kluczowych następstw takiej mentalności jest zaburzenie perspektyw czasowych i postrzegania sytuacji oraz systemu. Teraźniejszość rozdyma się do niespotykanych rozmiarów zawłaszczając przeszłość, a przede wszystkim przyszłość, co sprawia, iż nie podejmujemy działań mających dać poprawę rzeczywistości w przyszłości ani nie wyciągamy nauk z przeszłości oraz nie wierzymy w możliwość wpłynięcia na władzę, którą jednocześnie oceniamy jako wrogą i dominującą. Przyjrzyjmy się temu na naszym przypadku katechetki sadystki.

Z jednej strony absolutna większość deklaruje, że żyje w demokracji, że ma wpływ na rzeczywistość, a z drugiej strony twierdzi, że władza jest zła i niemoralna. Jednocześnie chce, by władza w formie szczegółowych nakazów i zakazów wyręczyła nas z obowiązku podejmowania wszelkich decyzji. Z jednej strony narzekamy na władze, a z drugiej oczekujemy ustaw, przepisów i procedur, które pozwolą nam działać bezmyślnie, jak niewolnicy, które zwolnią nas z myślenia i brania odpowiedzialności za następstwa naszych czynów. Przecież nikt nie kazał dzieciobójczyni zatrudniać. Po co wmawiać ludziom takie głupoty, że nie można jej było odmówić, skoro codziennie odmawia się tysiącom ludzi szukającym pracy, również w szkolnictwie. Odmawia się ludziom o kryształowej przeszłości, o wybitnej inteligencji i kompetencjach, a jej nie można było odmówić? Ale nie. Nikt o tym nie myśli. Rząd już wydaje oświadczenia, iż stworzy nowe przepisy, by takie sytuacje się nie powtórzyły. Nikt nie zauważa, iż to jeszcze bardziej nas zniewoli. Moralnie i umysłowo. W dodatku nic to nie da, gdyż nie da się przewidzieć wszystkich sytuacji, jakie niesie życie, i na wszelkie okoliczności zabezpieczyć się procedurami i przepisami. A o tym właśnie marzymy, co jest przecież zaprzeczeniem wolności.

Porzućmy na chwilę naszą dzieciobójczynię i zajmijmy się innym przypadkiem.

W 2010 roku w Szwecji zdarzyło się coś, co tam jest zdumiewające, a u nas wręcz normalne. Dwóch wesołych gości jadących samochodem Audi w sposób oględnie rzecz biorąc niezgodny z przepisami, nie miało ochoty zatrzymać się na wezwanie policji. Sytuacja u nas normalna, a tam równie wyjątkowa jak napad na bank. Szwedzka drogówka natychmiast dokonała siłowego zatrzymania, którego przebieg widać na poniższych fotkach, za które zresztą ich autor dostał jakąś szwedzką nagrodę za fotografię dokumentalną.






Nie sądzę, by w Szwecji procedury zatrzymywania pojazdów w ruchu przewidywały taranowanie. Jednak to pokazuje myślenie o przyszłości, które jest jednym z wyznaczników prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego. Szwedzcy policjanci doszli do wniosku, że staranowanie uciekających zagrozi co najwyżej życiu i zdrowi tych ostatnich, a to na pewno lepszy wybór, niż długi pościg, który będzie zagrożeniem dla niewinnych, niezwiązanych ze sprawą uczestników ruchu, być może nawet rodzin z małymi dziećmi. Za tą decyzję policjanci zostali uhonorowani nagrodami i wyróżnieniami. U nas oglądano by się na procedury i przepisy. Co chwilę w naszych mediach słychać o ofiarach drogowych kanalii uciekających przed policją. Ofiarach, które zawdzięczamy między innymi temu, że policjanci gonią, ale boją się zatrzymać, albo wręcz tylko robią fotkę, którą z mandatem wysyłają pocztą nie reagując w ogóle na sytuację w momencie jej zaistnienia. Czasami gonią, ale niejednokrotnie trwający dziesiątki kilometrów pościg rodzi dla wszystkich zagrożenie nie tylko ze strony uciekających, ale i goniących, lecz zakończyć go można tylko w sposób określony przez przepisy i procedury. Nawet jeśli nie przewidziały one jakiejś sytuacji, należy się ich trzymać. Nie chciałbym być w skórze polskiego policjanta, który by postąpił tak, jak jego szwedzcy koledzy. Nie kierujemy się poczuciem dobra i zła, oceną sytuacji, czy moralnością. Nawet dysponenci pogotowia ratunkowego i lekarze coraz częściej nie kierują się przysięgą Hipokratesa, ale przepisami, które tworzą ludzie niejednokrotnie kompletnie niekompetentni i oderwani od rzeczywistości. Zamiast sumień i mózgów, jak więźniowie, mamy system i procedury. I wciąż domagamy się nowych.

Oczywiście to była sytuacja wyjątkowa, ale wspomnę teraz o zwykłej. Jakiś czas temu grupka rodaków wybrała się do Szwecji busem. Kiedy sobie jechali w błogim zadowoleniu zbudowanym na wizji udanych biznesów, nagle usłyszeli za sobą syrenę radiowozu. Zatrzymali się do kontroli, pewni swej niewinności, gdyż już wcześniej zostali uprzedzeni, iż przekraczanie prędkości to samobójstwo, a i innych przepisów drogowych lepiej w Szwecji również nie łamać, więc jechali spokojnie, jak nigdy w Ojczyźnie. Policjant zarzucił im, iż wyrzucili przez okno śmieci z popielniczki. Oni powiedzieli, że niemożliwe. Na to, i tu wyobraźcie sobie ich miny, gliniarz im powiedział, że ma świadka, który to widział w miejscowości 80km wcześniej, gdzie się na chwilę zatrzymali, i albo zapłacą karę, albo on zatrzyma samochód i dokumenty do czasu uiszczenia grzywny. Ledwo, w ramach zrzuty, kompletnie drenując portfele, zdołali uzbierać należną sumę. A u nas? Kara za zaśmiecanie? Śmiech. W Niemczech jest „policja śmieciowa” która grzebie w śmieciach, by ustalić do kogo należą, a kary są horrendalne. A u nas? Śmiech. Granica przyzwolenia na zło przesuwa się u nas nieustannie w kierunku czynów coraz cięższych gatunkowo. Co wczoraj było karane, dziś już nie jest. Co jest karane dziś, jutro nie będzie. Najgorsze jest jednak to, że nie ma już możliwości kierowania się własną oceną; postępowania tak, jak należy. Gdyby nawet znalazł się ktoś, kto chciałby się czepiać takich drobiazgów jak rzucenie peta na ziemię, zrobiono by z niego wariata. Choćby po to po, by swym przykładem nie pokazywał, że jednak można coś robić i przez to nie stawiał innych w złym świetle.

Z jednej strony narzekamy na zniewolenie przez państwo, typowa reakcja więźnia, a z drugiej się tego domagamy. Wszędzie zakazy, nakazy. Zakaz wejścia do lasu, oczywiście pod karą grzywny, bo sam zakaz to za mało. Zakaz tego i zakaz tamtego. Zakaz wysyłania karetki tam, zakaz przyjęcia jednego pacjenta więcej. Wszędzie zakazy i nakazy, wszędzie procedury. A nam wciąż mało. Nawet wtedy, gdy nie ma przepisu, jak w przypadku naszej dzieciobójczyni, gdy możemy czynić dobrze nie naruszając przepisów, gdyż ich nie ma, i po prostu jej nie zatrudnić, wynajdujemy ewidentne kłamstwa, by się usprawiedliwić i żądamy tworzenia procedur, które pozwolą nam uniknąć podejmowania decyzji w podobnych sytuacjach w przyszłości.

Kiedyś pisałem recenzję z powieści pióra Stuarta MacBride Zimny pokój (oryg. Dark Blood). Pięknie w niej jest pokazane, iż w wielu krajach nadzór nad sprawcami przestępstw, które uznawane są za szczególnie społecznie niebezpieczne, nigdy nie ustaje. Oczywiście państwo nie jest w stanie zapewnić realizacji tak kosztownego, tak długotrwałego przedsięwzięcia, więc zajmują się tym wolontariusze, którzy w krańcowych przypadkach mogą takiego delikwenta nadzorować przez całą dobę. Sęk w tym, że u nas łatwo o zryw, typu lincz, Wielka Orkiestra czy inna akcja, ale brak tradycji długofalowego działania. Jest to spójne z psychika więźnia, który wszystko ocenia przez pryzmat dnia dzisiejszego, a nie przyszłości. Nawet te akcje, które trwają wiele lat, same w sobie są jednorazowe i nieobywatelskie – dajemy pieniądze Owsiakowi, by przez resztę roku zajmować się już tylko sobą i naszym dzisiaj. O tym, jak je spożytkowano, dowiadujemy się, o ile w ogóle, z jego oświadczeń publikowanych przy okazji zbiórki w następnym roku. Chętnie oddajemy innym prawo do działania i decydowania.

Wracając do tematu, zatarcie kary nie może być interpretowane jako zapomnienie o fakcie, jakby nie miał miejsca. Gdy się słucha niektórych teoretyków, aż śmiech bierze. Gdyby przyjąć ich logikę, w książkach historycznych nie wolno pisać, iż ten a ten zabił tego a tego, kiedy z mocy prawa nastąpi zatarcie kary. Bzdura! Zatarcie kary to fikcja prawna skuteczna w ściśle określony sposób, ale nie wymazanie faktów! Skoro nawet elity zaczynają myśleć tylko w kategoriach przepisów i procedur, w dodatku nie znając ich zbyt dobrze, i zapominają o takich narzędziach jak własne przekonanie, moralność i zdrowy rozsądek, to czego oczekiwać od reszty społeczeństwa. Wszak nawet papież Jan Paweł II zauważał, iż motłoch sam nie potrafi się rządzić i przestrzegał przed zmianą polskiej demokracji w ochlokrację, co niestety dzieje się na naszych oczach. A sprawa dzieciobójczyni, nauczycielki i katechetki w jednym, kolejnym tego objawem.

Ktoś nie wykazał się zdrowym rozsądkiem, odwagą i prawością, nie okazał się po prostu porządnym człowiekiem, a pozostali, zamiast to wprost powiedzieć, usiłują go usprawiedliwiać i tworzyć nowe elementy procedur, które będą dupochronami dla kolejnych pokoleń urzędników znajomków bez kompetencji i bez moralności.

Za Kopernika można sobie było kupić godność kościelną, za cara można było sobie kupić etat w urzędzie. Gdy patrzę na to, jak się teraz obsadza stanowiska, mam wrażenie, iż tamte rozwiązania w porównaniu do naszych nie były takie złe. Przynajmniej wszystko było jasne


Wasz Andrew


* Wg oficjalnych informacji na stronie Kurii Diecezjalnej w Zielonej Górze

niedziela, 30 czerwca 2013

Deklaracja Zimbardo

Foto: Jdec*

...przysiągłem sobie, że będę używał wszelkich posiadanych zdolności, aby czynić dobro i przeciwdziałać złu, wspierać to, co w ludziach najlepsze, pracować w celu uwolnienia ich z więzień, które sami sobie stworzyli, oraz w celu zwalczania systemów, które niszczą nadzieje na ludzkie szczęście i sprawiedliwość

Efekt Lucyfera Philip Zimbardo


* This file is licensed under the Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported, 2.5 Generic, 2.0 Generic and 1.0 Generic license.

sobota, 29 czerwca 2013

O zrozumieniu drugiego człowieka



To głębokie, długotrwałe doświadczenie wzbogaca mój podziw dla złożoności natury ludzkiej, bo dokładnie w momencie, kiedy myślisz, że kogoś rozumiesz, zdajesz sobie sprawę, że znasz tylko drobny wycinek jego prawdziwej natury, o którym wnioskujesz na podstawie ograniczonego zbioru osobistych lub pośrednich kontaktów.

Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

piątek, 28 czerwca 2013

Powiedz TAK ŻYCIU





Z reguły nie namawiam nikogo do udziału w żadnych zrzutkach pomocowych, akcjach charytatywnych czy innych podobnych imprezach. Wszelkie zaś łańcuszki, zwłaszcza internetowe, tępię z całą stanowczością. Z wielu powodów zresztą. Zdecydowanie zaś popieram pomoc osobom, które znamy, lub które znają osoby, które znamy. Dziś robię wyjątek.

Stowarzyszenie "TAK ŻYCIU" obchodzi dwudziestolecie. Jest to organizacja działająca w Strzyżowie, miejscowości oddalonej kilkadziesiąt kilometrów od Rzeszowa. Jej głównym celem jest wsparcie i integracja osób niepełnosprawnych i ich rodzin oraz innych osób w trudnej sytuacji życiowej. Organizacja utrzymuje się z wkładu swoich członków oraz dobrych serc darczyńców. Niestety, jak większość naprawdę porządnych stowarzyszeń tego typu, ciągle boryka się z brakiem środków.

Niedawno „Tak Życiu” zdobyło dwoje niezwykłych sympatyków. Są to Katarzyna i Wojciech Grzybowie. To właśnie dzięki nim, możecie teraz pomóc stowarzyszeniu licytując unikalną koszulkę środkowego Wojtka Grzyba wraz z autografem. Jeśli sami nie macie możliwości, albo nie chcecie, zawsze możecie wspomóc stowarzyszenie w inny sposób.






Szkoda tylko, że jak na razie na stronie stowarzyszenia nie ma konta, na które można wpłacać pieniążki,  a i nazwę wybrało niezbyt fortunnie. Próba wygooglowania po nazwie prowadzi do całkiem innych tematów. W dodatku raczej nie za bardzo ma szczęście do pomocy ze strony władz. te jak zwykle mają inne priorytety. Ale cóż - inicjatywa na pewno warta wsparcia, więc jeśli macie pomysły i możliwości, to działajcie 

Wasz Andrew

Ps. Na stronie licytacji koszulki (pierwszy link pod zdjęciem) jest już numer konta na które można wpłacać pieniążki, by pomóc Stowarzyszeniu.


    czwartek, 27 czerwca 2013

    O owocach zwycięstwa






    Vincere et victoria uti non idem est

    (Zwycieżać a korzystać ze zwycięstwa to nie to samo)


    Jan Pasek Pamiętniki

    środa, 26 czerwca 2013

    Co nie jest Bogu niemiłe


    Klęknąłem ks. Piekarskiemu służyć do mszej; ujuszony ubieram księdza, aż Wojewoda rzecze: „Panie bracie, przynajmniej ręce umyć.” Odpowie ksiądz: „Nie wadzi to nic, nie brzydzi się Bóg krwią rozlaną [dla] imienia swego.”


    Jan Pasek Pamiętniki

    wtorek, 25 czerwca 2013

    Bóg jest z nami pijakami

    czyli Pamiętniki Jana Paska







    Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1955

    Ostatnią przed wakacjami lekturą naszego DKK były Pamiętniki Jana Chryzostoma Paska. Kiedy wybieraliśmy spośród różnych dostępnych wydań, w większości będących wyborem tekstów, mnie przypadła wersja dla hardcorowców, czyli wydanie chyba najgrubsze z tych, którymi w tym momencie dysponowaliśmy. Sam wstęp, bez noty wydawniczej, to pięćdziesiąt stron litego tekstu. Przyznam się, że sam je poniekąd wybrałem, gdyż znając wagę tej książki dla rozwoju literatury polskiej, chciałem mieć możliwie pełną wersję, a nie okrojone fragmenty. Nie reflektowałem również na wydania skrócone, ale „wzbogacone” o pamiątkę z czasów, gdy Paskowe dzieło zasilało katalog szkolnych lektur, czyli o „opracowanie”, które bardziej przypomina ściągę, niż to, co pod owym określeniem można rozumieć. Ten ostatni, coraz popularniejszy w naszych czasach, typ produkcji wydawniczej zawsze kojarzy mi się z okresem, gdy naśmiewaliśmy się z opowieści studentów ze wschodu, którzy znali wielu autorów, ale tylko z opracowań z odpowiednim, jedynie słusznym, komentarzem, a nie z tekstów, które zapewniły owym sławę w panteonie literatury. Jak widać obecna kondycja polskiego szkolnictwa, z tą niesamowitą podażą i dorównującym jej popytem na wszelkie bryki i opracowania, bliższa jest momentami dawnej komunistycznej Ukrainie, niż Polsce z czasów PRL-u, gdzie jednak tekst był podstawą. No, ale dość tych dygresji – wróćmy do tematu.

    Wydanie trafiło mi się takie jak lubię; po staremu solidne, ładnie oprawione, z pięknymi, gustownymi rysunkami Adama Marczyńskiego, ładną stylową czcionką i niezrównanym klimatem pożółkłych nieco ze starości kartek. Wspomniany wstęp pióra Romana Pollaka okazał się wspaniałą lekturą samą w sobie. Czytałem go z wielkim zainteresowaniem i w moim odczuciu okazał się tak trafiony, iż gdyby wszystkie opracowania podobnie się miały do dzieł, których dotyczą, wiele lektur można by sobie odpuścić. Oczywiście, wprowadzenie to nosi łatwo rozpoznawalne piętno swoich dni, ale chyba lepsze to, niż dzisiejsze zakłamanie, w którym prawie nigdy nie używa się takich słów jak kapitalizm i imperializm, tak jakby demokracja oznaczała również ustrój gospodarczy. Niestety, tak celne słowo wstępne sprawia, iż w miarę postępów lektury samego dzieła, jeśli okazuje się ono poniżej oczekiwań czytelnika, traci on resztki samozaparcia, by dotrwać do końca. Po co się męczyć, skoro po przeżuciu jednej trzeciej objętości książki stwierdzamy, iż nasze wrażenia całkowicie się ze wstępem pokrywają, a ten z kolei prorokuje, iż dalej będzie tylko gorzej?

    Jest taka moda, zwłaszcza wśród niektórych naukowców (nie mylić z uczonymi), iż jak się na coś uprą, to chwalą to myśląc, iż siebie przy tym powiększą i nie są w stanie zrozumieć konsekwencji swego postępowania. Choć powinni. Co innego bowiem, jeśli zło chwali chłopek roztropek pod budką z piwem, a co innego gdy profesor. Zasięg i siła oddziaływania ich obu jest diametralnie odmienna, więc i wagę do ich osądu trzeba inną używać. To, co ujdzie wiejskiemu głupkowi, dla profesora jest hańbą, nawet jeśli jako okoliczność łagodzącą weźmie się pod uwagę fakt, iż wśród tej drugiej grupy więcej jest osobników wykazujących znaczące odchylenia od normy określanej stanem zdrowia psychicznego.

    Owszem, Pasek poprzez swe Pamiętniki zasłużył się literaturze polskiej znakomicie. Garściami czerpały z niego nasze późniejsze sławne pióra, jak choćby Sienkiewicz. Jednak widzieć w Pasku i jego dziele same plusy to paranoja. To tak, jakby historyk szkutnictwa widział w kodze ideał okrętu, a nawet wielokroć gorzej, gdyż koga sama w sobie nie była zła, a Pasek…

    Takim pewnie profesorom dziwakom zawdzięczamy to, iż kiedyś Pamiętniki były lekturą szkolną. Ilu na zawsze zniechęciły do czytelnictwa nie da się po prostu zliczyć. Takich decydentów powinno się piętnować na czołach rozpalonym żelazem. Język Paska jest bowiem tak odległy od dzisiejszego, iż nawet dla zagorzałego miłośnika Trylogii dłuższe z nim obcowanie jest męką. Co dopiero dla innych. Przyznam sam, iż do końca nie doszedłem. Z początku bawiły mnie opowieści wojskowe, w których więcej żywego języka i odbicia rzeczywistości niż oratorskiego bełkotu, ale im dalej, tym było gorzej W końcu doszedłem do wniosku, iż żal mi czasu na domęczenie tego dzieła, skoro tyle innych, zdecydowanie wartościowszych rzeczy czeka na przeczytanie.

    Niewątpliwie mogą być Pamiętniki ciekawą lekturą dla językoznawców i badaczy literatury. Już jednak dla historyków nie za bardzo, gdyż nie chcą oni nam pokazywać, jak wyglądała szlachta, czyli „elita” ówczesnego kraju nad Wisłą, od której chętnie teraz większość chce swój ród wywodzić, tak jakby to nie było raczej hańbą niż nobilitacją. To wszak nie komuna, tylko szlachta i arystokracja doprowadziły wielokrotnie ten kraj do upadku. Wojskowego i politycznego, gdyż moralnie upadł już wcześniej. Spójrzmy na Paska.

    Jaki naród, takie jego sławy. Alkoholik, złodziej, rozpustnik i zdrajca. Zwykły bandzior i morderca, nawet przez mu współczesnych kilkakrotnie skazany na banicję i utratę czci. Potrafi jednego dnia trzy razy po pijaku stawać do pojedynku i mówi, że Bóg go prowadził. Jego logika jest prosta – skoro Bóg by go nie popierał, to by przegrał. Skoro wygrał, to jest bez grzechu. Bóg był ze mną!

    Porównując wspomnianego już Sienkiewicza i jego Trylogię do Paska i jego Pamiętników widać już wyraźny wpływ na tego pierwszego czynników, które sprawiły, iż jesteśmy chyba jednym z najbardziej zakłamanych społeczeństw świata, czyli autocenzury, brązownictwa (od Brązowników Boya), dwulicowości i frymarczenia wiarą. U Sienkiewicza, choć czerpał z Pamiętników obficie, wszyscy bohaterowie zakochują się porywem serca, nie uderzają w konkury z wyrachowania. Pasek, nawet pisząc o sobie, nie tai, że kluczowym kryterium wyboru panny są pieniądze. Jej pieniądze oczywiście. U Sienkiewicza rycerze walczą o sławę i Ojczyznę; wybierają dla tej pierwszej co bardziej znanych i groźniejszych przeciwników, a dla tej drugiej czasami są nawet gotowi przedłożyć dobro publiczne nad swoje własne. Pasek nie wstydzi się pisać jak było. Szlachcic wybierał sobie za przeciwnika tego, kto miał bogatsze oporządzenie i szaty, po kim mógł się spodziewać zakończonego sukcesem finansowym rabowania zwłok, a jeśli na drodze do nich stanął mu inny szlachcic, który sobie ten sam obiekt upatrzył, gotów był i jego zabić. Oczywiście z pomocą Bożą. Wszystko bowiem było czynione w Łasce Pańskiej, inaczej Bóg by nie pozwolił się temu zdarzyć. Jeśli jednak nawet ta logika nie wystarczała i pozostawały mimo wszystko jakieś wątpliwości, spowiedź czyściła moralne konto. Najtańszy sposób na uwolnienie sumienia; bez zadośćuczynienia, bez prawdziwej pokuty, bez publicznego przyznania się do winy. W najpoważniejszych sprawach, jak porzucenie kobiety, której przysięgało się wierność, można było nawet, celem uciszenia rozterek serca i sumienia, uzyskać poparcie przedstawicieli Chrystusa przed faktem. Jak w przysłowiu „każdy święty ma swoje wykręty”. U Paska wystarczyło, iż ksiądz mu wytłumaczył, że przecież jego luba protestantką, co usprawiedliwia zerwanie i złamanie ślubów. Oczywiście wcześniej przez dłuższy czas w niczym mu to nie przeszkadzało.

    Sienkiewicz wspominał, iż w czas Potopu szwedzkich jeńców czasami mordowano bez litości, zwłaszcza gdy dostali się w chłopskie ręce, ale Pasek bez krępacji wspomina, iż rozcinano im na żywca brzuchy w celu sprawdzenia, czy przypadkiem nie zawierają połkniętych kosztowności.

    Pasek i jego dzieło mógłby służyć dla Zimbardo za elegancki dodatek do Efektu Lucyfera, by zobrazować jak nawet z pozoru ciemni i ograniczeni ludzie są w stanie wznieść się na poziom geniuszu, by zracjonalizować czynione zło i usprawiedliwić podłości, zwłaszcza jeśli mogą się podeprzeć wiarą.

    Jednym słowem, Pasek pokazuje, że to nie komuna nas zdegenerowała, gdyż tacy byliśmy od zawsze. Tylko potem pojawiła się moda na podwójną moralność, której choćby Sienkiewicz pięknym przykładem, a która rozkwita w narodzie niczym róża jerychońska w misce wody. Nie jest to lektura ani budująca, ani pocieszająca, choć są i piękne fragmenty, zwłaszcza na początku, w trakcie podkoloryzowanych, a jednak tchnących autentyzmem wspomnień z wojaczki u boku Czarnieckiego. Pełno w nim smaczków, których nie znajdziemy u Sienkiewicza, który wszak tych samych terminów używa, jak na przykład obrazowe wytłumaczenie, czym jest kara „włóczenia po majdanie”. Sienkiewiczowi poprawność polityczna widać zabraniała wyjaśnić to czytelnikowi.

    Reasumując, trzeba stwierdzić, iż choć Pamiętniki na pewno są, z wielu zresztą względów, cennym elementem naszej literatury, to jednak przystępować do ich lektury należy mając dużo, bardzo dużo czasu, gdyż język Paska jest już tak odmienny od naszego, iż czytanie jego tekstu przypomina wydobywanie faktów z opowieści pijanego w sztok marynarza. To po prostu męka. Nie niesie też to dzieło żadnych wzorców przystających do dnia dzisiejszego. Wręcz przeciwnie, to pochwała chorób toczących polski naród; alkoholizmu, prywaty, nietolerancji, okrucieństwa, sprzedajności i pogardy dla prawa. Może się pokusić o pełny odbiór Pamiętników człowiek inteligentny, z dystansem do autorytetów, krytyczny, oczytany i po prostu mądry. O ile w pewnym momencie nie stwierdzi, iż żal mu czasu na coś, co jest przebrzmiałe jak zwoje z zapisem dogmatów religii, której ostatni kapłan i wierny zmarli przed wiekami. Pozostałym może przynieść tylko szkodę, tak jak lektura Mein Kampf.
    Absolutnie nie polecam, choć i nie zniechęcam do lektury tych jedynych w swoim rodzaju pamiętników. Zarazem maksymalnie zafałszowanych, by wywyższyć autora i ukryć jego małość, ale w sposób na dzisiejsze czasy tak prymitywny i łatwy do rozszyfrowania, zwłaszcza w połączeniu z konfrontacją wobec innych źródeł, iż przez to, w tym co pozostaje po odrzuceniu celowanego kolorytu, tym bardziej szczerych i autentycznych. Po recenzje na ogół nie sięgają nieoczytani, więc mogę śmiało powiedzieć; kto ma odwagę – niech czyta. A komu się nie chce, albo jak ja, nie zdzierży do końca – niech ma odwagę to powiedzieć, gdyż zwłaszcza tego ostatniego, odwagi cywilnej, bardzo nam brak, a warto to zmienić, czego Wam i sobie życzę

    Wasz Andrew


    Pamiętniki [Jan Chryzostom Pasek]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE