Kiedy słyszymy o klęskach żywiołowych, kiedy widzimy w wiadomościach ludzi, którzy utracili dorobek całego życia w następstwie powodzi, gradu czy wichury, budzi się w nas współczucie, chęć pomocy. Dzieje się tak między innymi dlatego, że czasami sami, albo nasi bliscy, mamy nieszczęście doświadczyć jakichś małych klęsk i wiemy, iż na pomoc państwa nie ma co liczyć, a ubezpieczenie, nawet jeśli mamy wykupioną full opcję, nigdy nie pokryje całości strat. Ktoś nam ukradnie portfel na wycieczce – szybko się dowiemy, iż ubezpieczenia takich przypadków są dla Niemców, nie dla Polaków. Złapie nas burza pod wiaduktem w stolicy i nasze auto utonie – ubezpieczenie obowiązkowe nie obejmuje odszkodowania dla nas, tylko dla innych, gdybyśmy to my straty spowodowali. Jeśli mamy wykupione pełne ubezpieczenie, może dostaniemy pieniążki za samochód, ale zawsze niższą z dwóch w danym momencie stawek, czyli rynkowej i deklarowanej w polisie. Nikt jednak nam nie zapłaci za aparat czy inne rzeczy, które akurat były w aucie. Jak w zagadce: - Czym się różni polski fotograf od niemieckiego, jeśli ukradną mu bagaż? - Polak płacze po utraconym sprzęcie, a Niemiec po utraconych zdjęciach z wakacji. To samo dotyczy podtopionych domów, zniszczonych miejsc pracy, towarów. Jest jednak w Polsce pewna nieliczna grupa, która wprost czyha na klęski żywiołowe i modli się o powódź, gradobicie, suszę albo chociaż wymarznięcia. To bogaci rolnicy i sadownicy.
Nie ma drugiej grupy społecznej, zawodowej czy innej, która by, tak jak rolnicy, za to samo co inni płaciła mniej. Takie same świadczenia medyczne kosztują ją nieporównanie mniej (KRUS) niż wszystkich innych, którzy płacą ZUS. Jest to najlepszym dowodem, iż nie są to żadne ubezpieczenia społeczne, tylko podatek, który władza ustanowiła jak chciała, bez żadnego uzasadnienia ekonomicznego ani bez żadnego w związku z tym, na czym się ubezpieczenia na całym świecie opierają, czyli na kalkulacji ryzyka i rentowności. To też pokazuje, że wszytskie "reformy" systemu opieki zdrowotnej są fikcją, gdyż nie sięgają podstaw. Prawdziwego jednak szoku doznałoby społeczeństwo, gdyby wiedziało, jaką "tragedię" przeżywa "świadomy" rolnik doświadczony „klęską” żywiołową.
Po pierwsze, z PROW*-u rolnik może otrzymać wsparcie z działania "Przywracanie potencjału produkcji rolnej zniszczonego w wyniku wystąpienia klęsk żywiołowych oraz wprowadzenie odpowiednich działań zapobiegawczych" jeżeli poniósł starty w wysokości co najmniej 10 tys. zł w majątku trwałym np. maszynach, budynkach produkcyjnych, sadach czy plantacjach wieloletnich i jednocześnie klęska żywiołowa spowodowała w jego gospodarstwie powyżej 30% strat w rolniczych uprawach, hodowli zwierząt czy ryb. W ramach tego działania może otrzymać do 300 tysięcy złotych wsparcia, przy czym nie musi opłacać wcześniej żadnej składki ubezpieczeniowej. Takiej ochrony nie ma poza rolnikami w naszym kraju nikt. Jeśli zepsuje się Wam samochód, którym dojeżdżacie do pracy, jeśli pożar zniszczy wam biuro albo myszy zjedzą Wasz towar na nic podobnego liczyć nie możecie. Mało tego. Wsparcie polega na tym, że rolnik dostaje zwrot 90% dokonanych zakupów, czyli jeśli wyda 333 tysiące złotych, dostanie 300 tysięcy do kieszeni. A żeby było jeszcze ciekawiej, nie musi czynić nakładów na to, co utracił ani nie jest ograniczony wysokością strat. Przykładowo, jeśli grad zniszczył mu stary sad, który i tak planował wyciąć w najbliższym roku, czyli ponieść potężne koszty, on może na to konto wyciąć drzewa, zakupić i posadzić nowe, położyć nawodnienie, kupić sobie traktor i przyczepę i co mu tam jeszcze do głowy przyjdzie, oczywiście do kwoty 333 tysięcy złotych. 300 tysięcy do niego wróci. Oczywiście nie każdy dostanie 333 tysiące, ale każdy ma zagwarantowane, że dostanie 130% zgłoszonych strat. Zawsze jest więc 30% do przodu, czego nie ma nikt i nigdzie poza rolnictwem, a im więcej wykaże, tym więcej zyska. A w wykazywaniu różnych rzeczy, które niekoniecznie polegają na prawdzie, to w Polsce wszyscy się znają. W latach 2007 - 2013 przewidziano na pomoc z działania "Modernizacja gospodarstw rolnych" ok. 8,5 miliarda złotych! Jakby tego było mało, rolnik NIEZALEŻNIE od powyższego, może korzystać z innych form pomocy. Niezależnie, czyli może z racji jednej klęski brać kasę jednocześnie z wielu źródeł. Wymienię tylko niektóre z nich.
Przez kilka lat rząd dopłacał rolnikom do wykupu komercyjnych ubezpieczeń m.in. sadów. Co to oznacza nie trzeba tłumaczyć. To tak, jakby rząd Ci zaproponował, że ci da kasę na ubezpieczenie Twojego samochodu, którym dojeżdżasz do pracy, lub Twojego biznesu. Chciałbyś?
Ustawa z dnia 22 maja 2003 r. o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych nakłada na wszystkich obywateli obowiązek zawarcia obowiązkowych ubezpieczeń. Każdy, kto ma samochód, wie co znaczy ten obowiązkowy haracz za posiadanie pojazdu mechanicznego, który nie ma wiele wspólnego z ubezpieczeniem, czyli czymś, co zależy od ryzyka, a nie od promocji i innego widzimisię. I każdy wie, że z OC pojazdu nie dostanie nic. Podobnie ma się z OC zawodowym przewidzianym w innych przepisach dla kilkudziesięciu grup zawodowych. Całkiem odmiennie mają się rolnicy. Ich obowiązkowe OC zawiera ubezpieczenie budynków wchodzących w skład gospodarstwa rolnego od ognia i innych zdarzeń losowych. Ile razy więc widzicie rolnika, który płacze nad spaloną czy zalana stodołą pamiętajcie, że jest ona ubezpieczona, w dodatku za grosze, w przeciwieństwie do Waszego mieszkania czy domu.
Niezależnie od wymienionych dróg uzyskania "wsparcia", powyżej 30% procent strat rolnikom należy się kredyt preferencyjny na uprawy, a inwestycyjny na pozostałe cele. Może być on zaciągnięty w banku komercyjnym, ale rolnik ma oprocentowanie 2%, a resztę odsetek płaci bankowi państwo. Ktoś z Was ma dojście do takich kredytów?
Poza tym może się rolnik ubiegać o umorzenie podatków i różne inne preferencje, a wszyscy mu współczują.
Żeby było ciekawiej, bardzo często rolnicy są sami sobie winni, przynajmniej częściowo. Za komuny na wsi pracowali specjaliści od melioracji, a za zasypywanie rowów i czy inne samowolki szczodrze szafowano karami. Kto był niedawno na wsi, ten wie, że rolnicy robią co chcą, nie tylko w tej dziedzinie zresztą**. Zasypują rowy, by móc posadzić jeszcze jeden rząd jabłonek więcej. Kopią stawy gdzie im się podoba. Było dobrze, przez kilka lat było sucho. Wszyscy przymykali oczy, a teraz, gdy sprawa się rypła, nikt nie chce tematu poruszyć, gdyż trzeba by było rozliczyć szkodników i urzędników nierobów. Lepiej więc z naszych, całego społeczeństwa pieniędzy, w trybie awaryjnym kopać rowy w błocie. Za jakiś czas pewnie wróci wszystko to „normy”. Do następnej powodzi.
Kiedyś myślałem, że PSL to najgorsza partia w Polsce. Jak sprzedajna kobieta, jest w stanie pójść z każdym, kto odpowiednio zapłaci. Nie ma chyba już opcji politycznej, której by się nie sprzedali. Teraz myślę, że to jedyna partia, która naprawdę dba nie tylko o swych członków, ale i wyborców. Załatwiła rolnikom takie przywileje, o jakich reszta społeczeństwa może tylko pomarzyć. A OSP, to już temat na osobne rozważania. Wszystko to jest tym dziwniejsze, że jednocześnie w tym samym kraju potężne pieniądze idą dla rolników na odciągnięcie ich od rolnictwa w kierunku działalności pozarolniczej (programy wspierające przebranżowienie, rozwój biznesu, przetwórstwa i inne), a jednocześnie ogromne kwoty są wydawanie na działania, które wręcz zachęcają do pozostania w rolnictwie. I do kombinowania. Wygląda więc na to, że jedyną prawdziwą partią w Polsce jest PSL, gdyż tylko on naprawdę dba o interesy swych wyborców, pomimo niewielkiej liczebności zmuszając pozostałe partie i tworzone przez nie rządy do wykonywania wzajemnie sprzecznych ruchów, ale zawsze korzystnych dla elektoratu PSL. Inne partie pożądają władzy, jak pisał Sienkiewicz, widząc w Polsce postaw czerwonego sukna z którego chcą wyrwać taki kawałek, by im na płaszcz starczyło. Nawet nie dla swoich wyborców, nawet nie dla swoich członków, tylko dla swoich prominentów i tych, którzy ich naprawdę wspierają. PSL jako jedyny naprawdę odwdzięcza się tym, którzy stanowią jego elektorat. Szkoda tylko, że nawet on nie wychodzi poza partykularne interesy, i nie kieruje się dobrem Polski.
Wasz Andrew
* Program Rozwoju Obszarów Wiejskich
** Rolnicy to prawdziwe święte krowy, których prawo nie obowiązuje. Jeśli ktoś nie wierzy, niech się wybierze w rejon sadowniczy w okresie dojrzewania czereśni albo wiśni. Noc jak na froncie. Przepisy o ciszy nocnej nikogo nie obchodzą, a te o normach hałasu są martwe. Przed wschodem słońca zaczyna się kanonada działek gazowych mających odstraszać ptaki, która trwa do późnej nocy. Przykłady tolerowania bezprawnych działań rolników można ciągnąć w nieskończoność.


.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)





