Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 21 marca 2013

Wyzwolony seks





"Ludzie pozbawieni zasad moralnych często uważają się za bardziej wyzwolonych, ale przeważnie nie potrafią odczuwać lub są niezdolni do miłości. Dlatego uciekają w rozwiązłość. Trupy spółkujące z trupami. W ich grach nie ma ani elementu ryzyka, ani poczucia humoru. To wielka orgia zwłok."

Charles Bukowski Kobiety

środa, 20 marca 2013

Podróże po umyśle amerykanofoba

Okładka książki Pamiętać, by pamiętać 

Pamiętać, by pamiętać

Henry Miller


Tytuł oryginału: Remember to remember
Tłumaczenie: Marek Cegieła 
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 400
 
 
 
 
 
Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, to w skali ogólnoświatowej stosunkowo młode państwo. Mimo tego, jest to chyba kraj, który jak żaden inny, wzbudza niesamowite wulkany emocji. Z jednej strony USA jest bezbrzeżnie podziwiana, szczególnie przez państwa biedniejsze, uboższe zarówno w technologie jak i zielone dolary. Dla mieszkańców takowych krain ziemie kontynentu amerykańskiego jawią się jako spełnienie wszelakich marzeń, raj utracony, klucz do osiągnięcia sukcesu zarówno zawodowego i finansowego. Należy przyznać, że również i w Polsce, w mniejszym stopniu obecnie, a w zdecydowanie większym za czasów komuny, USA postrzegana była i jest jako światowy hegemon, w którym można znaleźć sposób na dostatnie i wygodne życie. Ileż to ludzi wyjechało za daleki ocean, by szukać tam szczęścia. Jednak, jak to często w życiu bywa, istnieją inne punkty widzenia, i nie inaczej jest w tej kwestii. Są ludzie, którym USA wcale nie jawi się w tak różowych barwach. Kraj Lincolna widziany jest bardziej jako rozpasany konsumpcyjnie do granic wszelakich możliwość kolos na glinianych nogach, w obrębie którego coraz mniej zaczyna znaczyć jednostka, a podziały klasowe stają coraz bardziej wyraźne. Dla wielu to ojczyzna fałszu i obłudy, wszechobecnego kłamstwa, przejawiającego się, czy to w sztucznej żywności, czy też pustych obietnicach i mitach o szczęśliwej egzystencji, zawartych w produkcjach rodem z Hollywood. Wydaje mi się, że śmiało można pokusić się o stwierdzenie, że jednym z najzagorzalszych krytyków USA, był Amerykanin Henry Miller. Swoją niechęć do własnej ojczyzny Miller przedstawił w książce Klimatyzowany koszmar. Niejaką kontynuacją owych zapisków zrodzonych pod wpływem podróży po Ameryce, jest pozycja Pamiętać, by pamiętać.

O ile jednak Klimatyzowany koszmar był w dużej mierze relacją z odbytej wyprawy po bezkresie amerykańskiego kontynentu, z której to wynikały różne spostrzeżenia oraz refleksje, o tyle Pamiętać, by pamiętać pozbawiona zostaje niemal zupełnie wątków podróżniczych, ograniczając się bardziej do charakteru zbioru esejów o naprawdę różnorodnej tematyce, których orbita najczęściej skupia się wokół Stanów Zjednoczonych.
Początkowo można łudzić się, że być może Henry Miller wyczerpał cały swój zapas gniewu w Klimatyzowanym koszmarze i w kolejnej pozycji nieco łaskawszym okiem spojrzy na swoją ojczyznę. Nic bardziej mylnego. O tym, że fobia wobec Stanów systematycznie się zwiększa, zamiast maleć, można szybko przekonać się już od pierwszych kartek, w 30-stronnicowym wstępie, który błyskawicznie przekształca się w rozwodzenie nad słabością amerykańskiego społeczeństwa oraz klasy politycznej. Małpi świat na wysokich obcasach, zataczający się między stolikami barowymi. Miller po raz kolejny bezpardonowo i bez cienia litości krytykuje każdą rzecz, która z Ameryką ma jakikolwiek związek. Drażnić zdaje się go po prostu wszystko – począwszy od klimatu miast (Miejsca... Weźmy, na przykład, Main Street w Los Angeles. Wszelkie niesamowite, podejrzane, okropne i niewiarygodne rzeczy zawsze się z nią kojarzą), poprzez żywność (W Ameryce można przejechać wiele tysięcy kilometrów i ani razu nie zjeść kawałka dobrego chleba), na społeczeństwie skończywszy (W Ameryce jest mnóstwo lokali. Pustych lokali. I wszystkie te puste lokale są zatłoczone. Po prostu zapchane pustymi ludźmi).

Warto nadmienić, że oprócz zwykłego narzekania, momentami wręcz ględzenia, Miller raczy nas kilkoma naprawdę błyskotliwymi przemyśleniami. Jako, że pozycja ukazała się w 1947 roku, naturalne są refleksje na temat II Wojny Światowej, jednego z najbardziej traumatycznych przeżyć, którego doświadczyła ludzkość. Pisarz boleje zatem nad Ameryką, którą widzi jako kraj niewykorzystanych możliwości, kraj niespełnionych nadziei. W jego mniemaniu, jego ojczyzna posiada ogromny potencjał oraz środki odpowiednie ku temu, by stworzyć nowy lepszy świat, zdaje się jednak wszystko zaprzepaszczać i trwonić, by przypadkiem nie poprawić bytu człowieka. Bardzo trafne są pełne żalu i goryczy retoryczne pytania o naturę ludzką, skłonną do ogromnych poświęceń, by tworzyć kolejne bronie oraz maszyny, których jedynym celem jest niszczenie oraz zabijanie. Na dobrą sprawę, to naprawdę zaskakujące, że tak łatwo wyrzekamy wszelakich wygód, gdy tylko usłyszymy hasła typu: wojna, ojczyzna w niebezpieczeństwie, wróg u bram – jesteśmy w stanie przymierać głodem, byle posiąść pewność, że przeciwnik został zrównany z ziemią, że uległ totalnej destrukcji. Za to o wiele trudniej przychodzi nam okazanie pomocy w odbudowie zniszczeń, wysyłaniu żywności, etc. Przerażający jest fakt, że niemal naturalne wydaje się przeznaczanie naszych pieniędzy na trzymaniu w ciągłym pogotowiu całego arsenału służącego do niszczenia, zabijania. Miller ponadto usilnie przekonuje, że w zdecydowanej większości przypadków, prawdziwymi wrogami zwykłych, szarych obywateli, pragnących żyć w spokoju, są politycy, klasa rządząca czy biznesmeni, którzy na działaniach wojennych są w stanie zbić godziwy kapitał. Co ciekawe, mimo gorącej wiary w nieuchronność zbrojnego konfliktu oraz leżące na sercu dobro ojczyzny, owi zwolennicy siłowych rozwiązań najczęściej trzymają się od areny walki jak najdalej, zadowalając się wysyłaniem na śmierć kolejnych anonimowych mas.
Idąc dalej, Amerykanom, podobnie jak i w Klimatyzowanym koszmarze, obrywa się za konsumpcyjny styl życia, jaki prowadzą. Krytyce zostaje poddana bezrozumna pogoń za dobrami materialnymi, które stają się wyznacznikami sukcesu oraz spełnienia, plastikowa bezkultura masowa, czy bezideowa egzystencja, której jedynym głębszym celem zdaje się praca, służąca zarabianiu pieniędzy, potrzebnych z kolei do tego, by przeżyć jakoś następny dzień. Siedząc spokojnie, gdy temperatura spadała, gdy czynsz był od dawna niezapłacony i gdy zdawało się brakować wszystkiego, co jest potrzebne organizmowi, myślałem o wielkich białych artystach zawzięcie produkujących butelki do lekarstw, kołnierzyki i krawaty, futra, bransolety, higieniczne podkładki dla chorych białych kobiet i mężczyzn w tę i we w tę jeżdżących pod ziemią do pracy, odpoczywających po pracy albo umierających po pracy, czasami zabijających, by pracować, lub zabijających dla przyjemności, niemniej zabijających. Wielkie białe braterstwo wojny i pracy, przemocy i grabieży, głodowania i podatków, przesądów i bigoterii, melancholii i mizantropii. W ogóle naród amerykański w opinii Millera zdaje się staczać coraz niżej i niżej, z pokolenia na pokolenie. Ciekaw jestem, co pisarz miałby do powiedzenia na jego temat w czasach obecnych.

Makonde Figure - B. DeLaney
Na szczęście książka zawiera również momenty, pozbawione fragmentów, w których dominującą formą jest krytyka narodu amerykańskiego. Miller prezentuje nam kilka interesujących postaci, przedstawicieli świata sztuki. Wśród artystów przewiną się zarówno malarze, aktorzy teatralni jak i rzeźbiarze (Beauford DeLaney, Jasper Deeter, czy Beniamino Bufano). Trzeba przyznać, że Henry Miller potrafił złożyć godny i szczery hołd osobom, które mu szczerze zaimponowały oraz odcisnęły pięto na jego psychice i twórczości. Okazuje się, że Miller z taką samą zaciekłością i werwą potrafi chwalić i gloryfikować, co ganić i krytykować. Rozdziały poświęcone twórcom kultury są świetną przeciwwagą do bezustannych, momentami nużących, nieprzychylnych komentarzy pod adresem Amerykanów. Chociaż uczciwie trzeba przyznać, że pisząc o kulturze, Miller niejako przy okazji wali po łbach swoich rodaków za to, że nie potrafią docenić własnych twórców. W opinii Millera uwłaszczające jest, że budowniczym sztuki każe się tworzyć w trudnych, czasami wręcz ekstremalnych warunkach, że często nie mogą liczyć oni na powszechną aprobatę, ani tym bardziej finansowe wsparcie.

Całość książki uzupełniają wspomnienia Henry’ego Millera z pobytu w Europie, w których dominuje ukochana przez pisarza Francja. Opowieści o paryskich czasach pełne są nostalgii oraz żalu za bezpowrotnie utraconym szczęściem. Miller prezentuje piękne i wzruszające opisy przyjaźni, z czułością i pieczołowitością portretuje ludzi, którzy wyryli mu się w sercu. Pośród tego przewijają się hymny pochwalne pod adresem narodu francuskiego, których nie osłabiła nawet II Wojna Światowa – w opinii Millera Francuzi to najznakomitsi ludzie, których wielkość tkwi w indywidualnej sile jednostki – mieszkańcy Francji są dla autora uosobieniem potęgi, tradycji, swobody oraz kreatywności. Niekiedy to bezkrytyczne uwielbienie nieco razi i mierzwi, chociaż przyznać trzeba, że Miller wysuwa całkiem spore zastępy argumentów, mających na celu potwierdzenie swoich tez.

Pamiętać, by pamiętać to na pewno interesująca lektura. Henry Miller jawi się w niej niczym mityczny Odys, próbujący powrócić do Ameryki ze swoich snów i wspomnień. Ponownie spotkanie z ojczyzną wywołuje jednak tylko zgorzknienie i złość, bowiem kraj, z którym pisarz pragnie się pogodzić, jest jeszcze gorszy, niż gdy go opuszczał. Jednocześnie książka obrazuje, jakiej zaskakujące transformacji uległ Henry Miller na przestrzeni lat – z lekkoducha oraz miłośnika kobiet i dobrej zabawy, Miller przekształcił się w gniewnego proroka, wieszczącego niemal zupełną zagładę moralną swojemu ojczystemu krajowi.

Kobiety, wino i książki




Kobiety

(oryg. Women)

Charles Bukowski

tłumaczenie: Lesław Ludwig
wydawnictwo: Noir Sur Blanc 2010

Jakiś czas temu miałem przyjemność napisać dla Was o powieści Hollywood pióra Charlesa Bukowskiego, zmarłego w 1994 roku amerykańskiego pisarza, kobieciarza i alkoholika, jak sam o sobie mawiał. Choć jego twórczość budzi ostatnio w naszym kraju dość duże zainteresowanie, książka ta nie wzbudziła mojego zachwytu i myślałem, iż nigdy już moja droga czytelnicza nie przetnie się ze ścieżką jego dorobku literackiego. Jak się jednak okazało, słowa „nigdy nie mów nigdy” będące motywem z Jamesa Bonda zawierają w sobie głęboką prawdę i przekonałem się o tym, gdy doszły mnie wieści, iż lekturą mojego oddziału DKK na marzec ma być książka Kobiety tego samego autora.

Żwawo zabrałem się do lektury i, o dziwo, okazało się, iż tym razem opowieść jest lekkostrawna. Jak w Hollywood, która jest zresztą późniejszą w stosunku do Kobiet powieścią, tak i teraz, głównym bohaterem jest amerykański poeta i pisarz Henry Chinaski, jak łatwo się domyślić będący literackim odpowiednikiem samego Bukowskiego. Zgodnie z tytułem, rzecz dotyczy miłosnych historii Chinaskiego – Bukowskiego. Jest też oczywiście gorzała i hazard, ale to stałe elementy życia obu postaci, tej prawdziwej i tej fikcyjnej.

Wspomniałem, iż dla mnie powieść była bezstresową rozrywką, ale muszę od razu zaznaczyć, że ilu czytelników i czytelniczek, tyle reakcji na tę książkę. Styl prozy Bukowskiego i tym razem jest prosty, prawie ubogi. Próżno szukać tu sienkiewiczowskich klimatów. To po prostu opowieść pijaka o kobietach jego życia. A że pijak dość utalentowany i dość sławny, więc i kobiet sporo. Stosownie do środowiska, w którym obraca się Chinaski i z którego wywodzą się jego kochanki, język jest często prostacki i wulgarny, ale bez przesady. Dokładnie tyle, ile trzeba, by gładko wpasować się do opisywanych realiów. To wielki plus Chinaskiego w porównaniu do innych współczesnych powieściowych i filmowych bohaterów, którzy albo klną na potęgę, albo idą w bon ton, w obu wypadkach popadając w śmieszność.
Pióro Bukowskiego, a raczej jego maszyna do pisania, idealnie predysponowane było do realistycznych, naturalistycznych i wspomnieniowych książek udających powieści. Mam wrażenie, iż był on tego świadom od początku do końca, czemu niejednokrotnie daje wyraz w myślach i słowach Chinaskiego. Reakcje czytelników, kontrowersje wobec twórczości powieściowej Bukowskiego, w tym Kobiet, nie są więc chyba w samej rzeczy odbiciem reakcji na walory warsztatu, gdyż jego poziom odbiega od tego, co określamy mianem artyzmu, a raczej ukazują bardzo skomplikowane zależności między osobowościami czytelników i krytyków, a Chinaskim – Bukowskim. W opiniach i recenzjach znajdziemy wszystkie możliwe oceny, od najniższych do najwyższych. Ba – to co jednych odrzuca, innych wręcz przyciąga. Wszystko zależy od tego, jaka byłaby nasza reakcja na człowieka takiego jak Chinaski. Taka sama jest na lekturę Kobiet. A jaki jest Chinaski i jego kobiety?

Twórca świadom swej niejakiej mierności, ale rozumiejący, iż jednocześnie jest na tyle profesjonalny, że może ze swej twórczości wyżyć. Doceniający, iż opisywanie swego życia to lepsza praca niż fizyczna orka na pełnym etacie. Alkoholik świadom swego nałogu i leń świadom swego lenistwa. Człowiek, który chce przeżyć życie robiąc to, co lubi, czyli pijąc, uprawiając seks, nie krzywdząc nikogo, ale i nie litując się specjalnie nad nikim. Nie chce sukcesów, więc nie próbuje się wysilać. Chce zarabiać tyle, by móc się alkoholizować, łajdaczyć i lenić, i tego się trzyma. Podobnie wyglądają jego stosunki z kobietami. Zawsze stawia sprawę jasno i ten lansik zapewnia mu niezłe branie. Niezłe zwłaszcza ilościowo i jeśli chodzi o walory fizyczne niektórych kandydatek na romansik z pisarzem. Gorzej z zaletami umysłu. Ale to zgodne z realiami – im płytsza reklama, tym ma większe wzięcie w całej populacji. Jednym słowem realizm treści i naturalizm formy – aż po wyciskanie wągrów, ulubione zajęcie wielu kobiet, które jednak z niewiadomych powodów pomijane jest wstydliwie przez większość literatury traktującej o stosunkach damsko-męskich, podobnie jak problemy pojawiające się, gdy mężczyzna nie staje na wysokości zadania, albo gdy kobieta okazuje się mieć większe głębie, niż się z pozoru wydaje. Bukowski jest tutaj cennym wyjątkiem.

Jeśli więc spotkawszy takiego człowieka, który nie narzuca się nikomu ze swoim towarzystwem ani stylem bycia, bylibyście w stanie zrozumieć, iż jest to taki sam sposób na życie, jak inne i choć go nie akceptujecie, ani nie popieracie, bylibyście w stanie go tolerować, książkę odbierzecie pewnie jak ja – ani rewelacja, ani też porażka. Ot, zwykła opowieść o jakimś życiu; do poczytania. Nawet przyjemnego i budzącego pewne ciekawe refleksje poczytania, ale nic więcej. Jeśli zaś tkwią w Was jakieś kompleksy, jakaś potrzeba zwalczania żyjących inaczej, chęć zbawiania świata i bliźnich nawet wbrew ich woli lub cokolwiek innego, z czym jeszcze sami sobie nie poradziliście, pewnie zajmiecie któreś z licznych stanowisk; od zdecydowanego potępienia, przez odczuwanie zwykłej nudy, aż po fascynację i uwielbienie. Takie przynajmniej są moje odczucia i mam wrażenie, iż już teraz część z Was sama wie, czego się po tej lekturze spodziewać


Wasz Andrew

Kobiety [Charles Bukowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Kobiety [Charles Bukowski]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE



czwartek, 14 marca 2013

Waffen-SS in Combat



Waffen-SS in Combat

Tekst Robert Michulec

Edycja Tom Cockle

Plansze barwne Ronald Volstad

The Military Book Club


Po dwóch małych monografiach sprzętu pancernego, które ostatnio wam przedstawiłem, przyszedł dziś czas na książkę nietypową, lecz niezwykle interesującą. Waffen-SS in Combat poświęcona jest historii tej kontrowersyjnej, lecz niezwykle interesującej formacji. Temat atrakcyjny nie tylko dla historyków i miłośników militariów, ale chyba dla każdego. Tym bardziej, iż wydanie nie ma formy wykładu, a albumu złożonego ze świetnie dobranych fotografii. Każde zdjęcie jest szczegółowo opisane . Idąc od zdjęcia do zdjęcia śledzimy losy Waffen-SS , legendarnych legionów Hitlera, a rozpoczynamy między innymi od fotek z ataku na polską Pocztę Gdańską.

Mocną stroną opracowania jest brak zadęcia propagandowego i koncentracja na faktach. Pokazuje niedostatki uzbrojenia i innego wyposażenia przeciętnych jednostek zadające kłam propagandzie alianckiej upatrującej przyczyn przewagi niemieckiej głównie w sprzęcie. Nie jest to wyczerpująca rozprawa usiłująca dać całościowy obraz i ocenę tematu. To raczej zestaw informacji, które w połączeniu z innymi pozwalają myślącemu czytelnikowi, by sam sobie wyrobił o przedmiocie własne i indywidualne zdanie, by miał jeszcze jedno narzędzie do weryfikacji różnych wersji historii.

Jak wspomniałem, jest to niezbyt obszerny materiał (52 strony), ale usiłujący oddać ducha całej Waffen-SS. Stąd wiele zdjęć przedstawia zadziwiającą ubogość sprzętu, jak na elitarną bądź co bądź formację, choć sytuacja w niej i tak była lepsza niż w Wermachcie. Jeśli chcecie poczytać o tym, co najbardziej fascynuje miłośników broni pancernej, czyli o jednostkach wyposażonych w Tygrysy, jak choćby o legendarnym Schwere SS Panzer Abteilung 101, który do dziś rozpala wyobraźnię historią swych dokonań, musicie poszukać innej lektury. Tigery były zaledwie nielicznymi perełkami wśród morza pośledniejszego sprzętu i w tej książce znajdziemy tylko jedno zdjęcie tej legendarnej konstrukcji. To też pokazuje, jak świadomie autorzy dobrali ilustracje, powstrzymując się od tego, co na pewno zwiększyłoby liczbę czytelników, w imię oddania realiów i ducha czasu.

Można zrozumieć, dlaczego po wojnie propaganda zwycięzców robiła wszystko, by przedstawić Waffen-SS w możliwie najgorszym świetle. Coś przecież trzeba było zrobić z wizerunkiem fanatycznych żołnierzy zapatrzonych w człowieka, który o mało co nie podbił świata. Dlaczego jednak dzisiaj dalej jest wielu, którzy potępiają ich tak zaciekle? Były zbrodnie popełniane przez Waffen-SS? Były. Tego nie da się ukryć. Byli fanatykami? Byli. Na pewno nie wszyscy, ale jako całość na pewno. A czyż legiony rzymskie nie miały w swych kartach takich samych wyczynów i takiego samego fanatyzmu, przywiązania do osoby wodza? Czyż nie wyrzynali całych osad łącznie z kobietami i dziećmi? Czemu o tamtych nie mówi się zbrodniarze i ludobójcy? I czemu Rzymianom nie odmawia się prawa do rzetelnej oceny, a żołnierzom z Waffen-SS wielu nie chce przyznać nawet tego, czego liczne są dowody i przykłady, czyli wewnętrznego koleżeństwa, nawet braterstwa, heroicznej niejednokrotnie odwagi? W czasach świetności, morale ich było niezwykle wysokie. Potrafili prowadzić natarcie przy stratach własnych, przy których inne formacje, nawet w obronie, rzucały się do panicznej ucieczki, co było powodem zazdrości dowódców przeciwnej koalicji. Byli poniekąd przeciwieństwem Wermachtu, który górował nad przeciwnikami nie tyle odwagą i sprzętem, co umysłami dowódców i wyszkoleniem. Może między innymi tu leży pies pogrzebany?

Dzieje i ocena Waffen-SS są bardzo dobrym przykładem relatywizmu historii. Inaczej oceniają je Polacy, inaczej Niemcy, inaczej Anglicy. Znów mi się przypominają słowa Liz Murray: „Tyle jest historii, ilu jest ludzi”. I ta książka jest jedną z tych, które pomagają nam wypracować swoje własne widzenie spraw, bez mozolnego oddzielania propagandy od faktów. Nie zaprzecza popularnym sądom, ale pokazuje drugie oblicze przeszłości.

Zdecydowanie polecam, nie jako lekturę dającą odpowiedzi, ale jako dającą podstawy do stawiania pytań.


Wasz Andrew



środa, 13 marca 2013

Gdzie zjemy sól wypadową?


Wreszcie ujawniono listę firm, które karmiły nas solą wypadową w chlebku, bułeczkach i ciasteczkach.
Można zobaczyć pełną listę w formacie pdf albo piękną mapkę.

Jeśli chodzi o tych, którzy tę sól ww producentom dostarczali, GIW podaje do publicznej wiadomości nazwy jedynie trzech przedsiębiorców:

  • Amasol Sp. z o.o. , Chełmiczki 45, 88-121 Chełmce, gm., Kruszwica
  • PPHU Konsalt, Chełmiczki 45, 88-121 Chełmce
  • ZPS Łojewski Sp. z o.o., ul. 23 Stycznia 2, 63-130 Książ Wlkp.

 Wspomniana lista nie obejmuje jednak producentów m.in. wyrobów mięsnych, mleczarskich i przetwórstwa rybnego, których kontrola leży w kompetencji Głównego Inspektoratu Weterynarii. Na wniosek Fundacji Pro-Test w sprawie ujawnienia informacji publicznej GIW nie udostępnił bowiem listy producentów, u których stwierdzono sól wypadową. W związku z tym Fundacja Pro-Test skieruje przeciwko GIW sprawę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego o ujawnienie tej listy, ponieważ nadrzędnym prawem konsumentów jest prawo do informacji.

Wasz Andrew za PRO-TEST

Słoneczna filiżanka

Okładka książki Spijając filiżankami słońce 

Spijając filiżankami słońce

Magdalena Starzycka 


Wydawnictwo: MG
Liczba stron: 236
 
 
 




Wiadomo dobrze, że ludzi nie powinno oceniać się po wyglądzie. Podobnie jest zresztą z książkami – to nierozsądne wydawać wyroki na temat treści oraz jakości lektury, uczyniwszy to wyłącznie na podstawie okładki. Wszyscy jednak zdajemy sobie doskonale sprawę jak głęboki rozdźwięk panuje pomiędzy tego typu hasłami a rzeczywistością. Ludzie to w zdecydowanej większości wzrokowcy, więc naturalne jest, że pierwsze wrażenie przy styczności z nową osobą lub rzeczą, zawdzięczamy naszym oczom. A, że mało kto z nas może poszczycić się spojrzeniem na tyle przeszywającym, by dowiedzieć się coś na temat charakteru innej osoby, czy też prześwidrować treść danej powieści, często zdarza się, że jesteśmy zaskakiwani, a nasze wcześniejsze predykcje okazują się zupełnie błędne. Nie inaczej było w moim przypadku, kiedy po raz pierwszy ujrzałem książkę Spijając filiżankami słońce. Spodziewałem się klasycznego czytadła, piejącego z zachwytu nad życiem za granicą, gdzie szczęśliwie zostały odnalezione miłość, wyciszenie, wewnętrzny spokój, etc. Na szczęście promocyjna cena 5 zł na dłużej przykuła moją uwagę i zobligowała mnie do przeczytania słów kilku o tej pozycji – zdania subiektywny opis zanurzania się Polaka w obcym środowisku portugalskim; akcja powieści rozpoczyna się w latach osiemdziesiątych, a kończy obrazem Polski przechodzącej transformację; autorka współpracuje z czasopismami „Tygiel Kultury” oraz „Kronika Miasta Łodzi” brzmiały bardzo kusząco. Na dokładkę patronat medialny wortalu literackiego granice.pl. Zostałem pokonany – przekonany.

Lata osiemdziesiąte XX wieku. Świat nie jest jeszcze globalną wioską. W Europie wciąż znajdują się kraje, o których pozostali mieszkańcy kontynentu wiedzą bardzo niewiele, albo zgoła nic. W dodatku Europę dzieli gruby mur (chociaż zaczynają pojawiać się w nim coraz większe wyrwy) – jedną jej część zamieszkują szczęśliwe oraz hołubiące pracę i poświęcenie w imię wyższych idei demoludy, drugą, tę bardziej zgniłą moralnie, kraje Zachodu, liberalni konformiści wyznający bezkrytyczną wiarę w kapitalizm. Kapitaliści oraz komuniści nie znają się wzajemnie zbyt dobrze – niemal cała wiedza oparta jest na stereotypach, domysłach oraz wyobrażeniach. Nic zatem dziwnego, że w owym czasie Portugalia dla Polaka była równie zagadkowa jak Polska dla Portugalczyka. PRL jawiła się jako kraina leżąca gdzieś za Żelazną Kurtyną. Interesujący się nieco polityką kojarzyli jeszcze, że to dość biedny kraj z wiecznie pustymi półkami. Z kolei kibice piłki nożnej wiedzieli, że wąsaty bramkarz FC Porto z nazwiskiem nie do wymówienia, Józef Młynarczyk to Polak. A co z Portugalią? Kraj na samym krańcu Europy, z którego wyruszali wielcy odkrywcy, tacy jak Marco Polo, czy Vasco da Gama, ojczyzna znanego pisarza José Saramago. To chyba tyle. Upraszczając do maksimum fabułę powieści, można rzec, że książka traktuje właśnie o tej wzajemnej obcości, jaką odczuwali wobec siebie mieszkańcy obu krajów za czasów, kiedy flaga z sierpem i młotem powiewała nad połową kontynentu.

Pretekstem do porównana obu krajów jest postać głównego bohatera i równocześnie narratora powieści – pracownika naukowego, który otrzymuje szansę legalnego wyjazdu do Portugalii i podjęcia pracy na jednym z lizbońskich uniwersytetów w charakterze nauczyciela egzotycznego języka polskiego. Co warte podkreślenia, lektura książki nie jest jedynie zapisem wrażeń z pobytu w Portugalii. Owszem, w książce znajdziemy sporo intrygujących oraz żywych i plastycznych opisów malowniczych zakątków Lizbony oraz portugalskiej prowincji. Narrator zapozna nas z legendarnym gatunkiem muzycznym, pięknym i melancholijnym fado – portowym bluesem tworzonym w biednych dzielnicach portugalskich miast. Uraczeni zostaniemy nie jedną ciekawą historią oraz anegdotą. Przyjrzymy się bliżej życiu codziennemu Portugalczyków, przy czym spotkamy zarówno przedstawicieli młodszego pokolenia jak i ich rodziców, piewców tradycji i starych obyczajów. Zagościmy w niejednym lokalu i za sprawą znakomitych opisów, przynajmniej w wyobraźni zakosztujemy kilku tradycyjnych potraw z portugalskiego stołu. Jednakże charakterystyka Portugalii u schyłku XX wieku, jej historii oraz społeczeństwa to tylko część wielkiej budowli, na którą składa się cała powieść.

Książka to bowiem wielka rzeka wspomnień głównego bohatera, to swoiste rozliczenie się z czasu spędzonego na ziemskim padole. To równocześnie pieczołowity zapis zmian, które dokonywały się w Polsce, szczególnie intensywnie po roku ’89. Dzięki temu, że narrator na co dzień zamieszkuje obcy i dość odległy kraj, transformacja ustrojowa zachodząca w naszej ojczyźnie obserwowana jest z innej perspektywy, z zachowaniem odpowiedniego dystansu, który pozwala na szersze ogarnięcie tematu. Można pokusić się o stwierdzenie, że Portugalia, która przecież wcale nie została potraktowana po macoszemu, jest pretekstem do prezentacji Polski w jej dwóch obliczach: tej peerelowskiej oraz postkomunistycznej z raczkującym dzikim kapitalizmem.

Portugalia, co zrozumiałe, staje się również materiałem porównawczym. Jest to sprawa dość oczywista, bowiem naturalnym odruchem każdego człowieka, a w szczególności obywatela ZSRR albo któregoś z jego państw satelickich, po przekroczeniu Żelaznej Kurtyny i znalezieniu się w kompletnie innym otoczeniu jest porównanie zastanego stanu rzeczy do miejsca, które zdecydowaliśmy się opuścić. Rzecz jasna, PRL nawet przy niezbyt bogatej wówczas Portugalii wypada niesamowicie blado, czy raczej szaro i buro. Szokujący jest przede wszystkim szalejący dobrobyt – w każdym sklepie napotyka się półki, które uginają się wręcz od bogactwa wystawianego na nich towaru. Człowiek może spędzić godzinę na zakupach, a i tak nie nabyć tego, co zaplanował, bowiem wybór proponowanego asortymentu jest tak szeroki, że aż trudno się na cokolwiek zdecydować. Do tego dochodzi obfitość książek, podręczników, brak cenzury, wolność słowa oraz pieniądze. Niby te ostatnie szczęścia nie dają, ale kiedy pensja pracownika naukowego w PRL-u warta jest 6 dolarów, to na życie zaczyna się patrzeć inaczej, gdy zaczyna zarabiać się wielokrotność tej kwoty.

Jednak wyjazd do Portugalii, szczególnie w okresie, gdy czerwony wielki brat rozciągał swe miłościwe oko na wszystkie zaprzyjaźnione narody, nie był rzeczą łatwą. Problem zaczynał się już z samą nauką języka portugalskiego. Narrator, by go w pełni opanować musiał wykazać się ogromną niezłomnością i uporem, jeśli chodzi o samokształcenie. Jako mieszkaniec Łodzi nie mógł oczekiwać żadnych kursów, czy indywidualnych zajęć z nauczycielem. Ponoć był kiedyś romanista znający portugalski, ale wszelkich słuch po nim zaginął. Pozostawały jedynie skrypt dla warszawskich studentów portugalistyki. Sęk w tym, że książki nie można było przetrzymywać w nieskończoność. Co prawda istniała opcja skopiowania podręcznika, ale była to jedynie ewentualność teoretyczna. W okresie stanu wojennego kserokopiarka uchodziła za narzędzie równie niebezpieczne i groźne, co karabin maszynowy. Dostęp do niej był ściśle ograniczony, a zaszczyt korzystania z niej przypadał nielicznym wybrańcom. A nawet, jeśli zrządzeniem losu oraz dzięki determinacji w pokonywaniu kolejnych przeszkód natury formalnej, kserokopiarka została udostępniona, to przecież zawsze istniała obawa, że akurat zabranie papieru... Polak to jednak istota ze wszech miar kreatywna – nie inaczej jest w przypadku głównego bohatera, który do szlifowania zdolności językowych wykorzystywał wszelakiej maści towary, przesyłane od kuzyna, zamieszkałego w Brazylii. Kompendium wiedzy zostały zatem etykiety z mydeł, proszków do prania, czekolady, czy suszonego mięsa. Powieść w ogromnej mierze ukazuje tego typu absurdy, które były przecież codziennością w komunistycznej Polsce. Owe skrajności stają jeszcze bardziej jaskrawe i widoczne, kiedy bohater zestawi je z rzeczywistością zastaną w Portugalii.

Historia głównego bohatera obejmuje również Polskę wyzwoloną, czyli tę, w której obecnie przyszło nam żyć. Akt jej narodzin niósł ze sobą wiele nadziei oraz oczekiwań, które jednak w ogromnej mierze nie spełniły się. Starzycka, jak wielu współczesnych polskich pisarzy, dobitnie pokazuje, że na transformacji ustrojowej najwięcej skorzystały farbowane lisy, które szybko potrafiły odnaleźć się w nowej rzeczywistości, oportuniści, umiejący błyskawicznie zmieniać swoje polityczne zapatrywania oraz zwykli przestępcy i złodzieje. Smutne jest to, że współczesna klasa polityczna w większości wywodzi się właśnie z tego typu środowisk. Nowa Polska, demokratycznopodobny twór jest zatem ogromnym rozczarowaniem, za które nikt, przynajmniej na razie, nie zamierza wziąć odpowiedzialności.

Na szczęście lektura nie jest tylko melancholijnym narzekaniem na naszą ojczyznę. Główny bohater, za czasów PRL-u będący jedną z niewielu osób w kraju znających język portugalski, był często zatrudniany przez wszelakiej maści instytucje jako tłumacz. Poznany w ogromnych trudach język okazał się więc nie tylko przepustką pozwalającą chociaż na chwilę wyrwać się z szarej polskiej rzeczywistości, ale również początkiem wielu fascynujących i zabawnych przygód związanych z wizytami Portugalczyków bądź Brazylijczyków w kraju wielkiego fiata.
Reasumując rzeknę raz jeszcze, że Magdalena Starzycka wielce zaskoczyła mnie swoją książką. To wspaniała historia człowieka, który poprzez ogrom wyrzeczeń oraz samozaparcie zrealizował swoje marzenia. To także interesujące spojrzenie na Polskę przed transformacją ustrojową oraz po obaleniu komunizmu, spojrzenie przez pryzmat Portugalii. Oprócz ciekawego porównania obu krajów autorka zapoznaje nas z wieloma faktami na temat mieszkańców zachodniej części Półwyspu Iberyjskiego – pani Starzycka bardzo zaimponowała mi znajomością kultury oraz obyczajów Portugalczyków, w których to nie brakuje i polskich akcentów. Powieść polecam zatem z czystym sumieniem, tym bardziej, że w księgarni Matras można nabyć ją za jedyne 5 polskich złotych. Na pewno nie jest to wygórowana cena za tak przyjemną lekturę.

Wasz Ambrose


wtorek, 12 marca 2013

Historia Rudego




T-34 in Action 

Steven Zaloga, James Grandsen & Don Greer 

Squadron/Sigma Publications 1983 
ARMOR No. 20 

Dziś przedstawiam kolejną broszurę z serii wydawniczej In Action, z linii Armor, oznaczoną numerem 20 i poświęconą T-34. Na pozór może się wydawać, iż temat jest banalny; czy jest choć jedna osoba, która nie widziała T-34 i nie słyszała tej nazwy? Miłośnicy militariów i historii, a zwłaszcza stalowych potworów, wiedzą, że Steven Zaloga i James Grandsen są gwarantem dobrej lektury, lecz czy jest w tej publikacji coś ciekawego dla przeciętnego czytelnika?

Zgodnie z tradycją serii w książeczce znajdziemy historię rozwoju jednej konstrukcji, w tym przypadku znanej na całym świecie jako T-34. Wszystko to opatrzone licznymi zdjęciami i rycinami. Numer jest wyjątkowo udany, gdyż koncentrując się tylko na jednym typie czołgu, w zwartej formie, ale dość szczegółowo, przedstawia dzieje jednego z najliczniej produkowanych i najdłużej użytkowanych bojowo pojazdów pancernych świata. Solidna porcja wiedzy okraszona jest wyjątkowo dobrze dobranymi, biorąc pod uwagę ograniczenia (49 stron), ilustracjami. Są to głównie zdjęcia, ale nie tylko. Szczególnie przydatne mogą być dla wszystkich, za wyjątkiem starych wyjadaczy, rysunki – klucze ukazujące, jak po detalach takich jak kształt wieży, wygląd osłony armaty, kół napędowych i innych elementach samodzielnie określić z jakiego okresu produkcyjnego, a nawet z jakiej fabryki dany pojazd pochodzi. Po co to nam? Dla modelarzy i początkujących historyków – bezcenne. Może nie tak obszerne jak poważne monografie, ale za to usystematyzowane, przejrzyste i poręczne. A dla zwykłych zjadaczy chleba przydatne choćby po to, by wiedzieć, co było nie tak z naszym „Rudym” 102.

Wiedza wiedzą, ale dla mnie powodem, dla którego lubię co pewien czas wracać do tego zeszytu, są fotografie in action, których tak brak było mi w poprzednio omawianym odcinku serii. Gdy się w nie dłużej wpatrywać, można poczuć prawdę o Froncie Wschodnim, gdzie jednostka była zerem, a ludzie tylko mięsem armatnim, które bez śladu ginęło w niezmierzonych przestrzeniach dalekiej Rosji. Niestety, książki tej nie znajdziecie w bibliotekach, a ceny nowych egzemplarzy są zaporowe. Pozostaje jedynie szukanie okazji z drugiej ręki. Czy polecam? Zdecydowanie


Wasz Andrew


(kliknij aby powiększyć)

poniedziałek, 11 marca 2013

German Halftracks in Action



German Halftracks in Action

Uwe Feist & Kurt Rieger

Squadron/Signal Publications
ARMOR NUMER 3


Seria In Action to kolekcja anglojęzycznych zeszytów, czy też jak kto woli broszurek, poświęconych konkretnym typom pojazdów militarnych, choć nie tylko, gdyż są także dotyczące choćby formacji wojskowych. Linia Armor dotyczy pojazdów lądowych; głównie pancernych.

Zeszyt trzeci traktuje o niemieckich półgąsienicówkach okresu II Wojny Światowej, pojazdach niezwykle udanych i wszechstronnych, począwszy od półgąsienicowego motocykla NSU „Kettenkrad” ’HK 101’ (Sk.Kfz.2), przez ciężarówki i podwozia aamobieżnej artylerii, aż po potężne ciągniki artyleryjskie Schwerer Zugkraftwagen 12 t (Sd.Kfz. 8). Pomimo skromnej objętości (48 stron) zdołano w wydaniu pomieścić dobrej jakości zdjęcia oraz zwięzłą i dość wyczerpującą informację o historii rozwoju każdej z przedstawionych konstrukcji. Oczywiście, nie można tej książeczki nazwać monografią, lecz z drugiej strony jest ona wystarczająca choćby dla modelarzy, którzy chcą wiedzieć coś więcej o sprzęcie, nad którego miniaturą pracują. Zdjęcia też mogą się im przydać. Może to być też wartościowa pozycja dla miłośników historii, a nawet historyków, gdyż próba zrozumienia losów wojen bez znajomości sprzętu uczestniczących w niej stron jest przedsięwzięciem o wątpliwych szansach na powodzenie. Niestety, gorzej nieco jest tym razem z tytułowym in action. Zdjęcia wybrane ze znawstwem ukazują dużo detali i dają spore pojęcie o specyfice omawianych pojazdów, lecz brak wśród nich zdjęć z walki. Mamy głównie fotki z przemarszów, jazdy w terenie, itd. To chyba jedyny minus tego akurat odcinka bardzo dobrej przecież serii wydawniczej. Czy więc warto kupić omawiany zeszyt, gdyż w bibliotekach go raczej nie uświadczycie?

No właśnie. Doszliśmy do ciekawej rzeczy. Zwróćcie uwagę na cenę sugerowaną umieszczoną przez wydawcę na okładce - $3.95(!). A potem wejdźcie do sieci i zobaczcie ceny. Na rynku wtórnym są dużo wyższe, niż ta z okładki, ale jeszcze w graniach zdrowia psychicznego, zwłaszcza w Polsce. Za to na pierwotnym… Sami oceńcie. Skąd taka dysproporcja? Tutaj dochodzimy do ciekawych refleksji i spostrzeżeń.


Pisałem już o prawach autorskich, które pod wieloma względami kojarzą mi się z hasłem z komunistycznej encyklopedii, do którego odnośniki znajdowały się przy wielu innych tematach – „pseudonauka burżuazyjna stworzona w celu ogłupienia mas pracujących”. Zobaczcie na rok przy copyrightce na stronie 2 – 1972. A obok napis: „Żaden element tej książki nie może być…”. A przecież zdjęcia, które prędzej niż treść, mogą być pokusą wartą skopiowania, zostały zrobione w czasie wojny. Nawet zakładając, iż liczymy czas od pierwszej publikacji, to czy mamy uwierzyć, że akurat w tym wydaniu wszystkie zostały po raz pierwszy upublicznione? Widać wyraźnie, iż prawa autorskie w wielu przypadkach, tak jak w tym, nie służą do ochrony należnych praw, ale do zapewnienia profitów nienależnie pobieranych przez wybrańców oraz do utrudnienia dostępu do zasobów informacji i dokumentów, które powinny być darmowe. To wszystko w zestawieniu z obecnymi cenami mówi samo za siebie. Mam wrażenie, iż za komuny cena owych publikacji na zachodzie była niska, by komunistyczna propaganda nie krzyczała, iż burżuje zdzierają od biednej młodzieży, która chce poznawać historię. Od upadku komuny ceny takich książek na Zachodzie rosną systematycznie i jest to może najmniej ważny, ale jednak dość wyraźny sygnał kierunku, w którym zamierza iść większość państw kapitalistycznych. To tylko jednak taka refleksja.

Czy broszura warta jest zakupu? Zależy od tego, za ile uda się Wam ją trafić. To musicie sami ocenić. Ja mogę tylko powiedzieć, iż lektura była interesująca, nawet dla osoby obeznanej z tematem, a zdjęcia rewelacyjne, choć nie tak, jak w innych numerach serii.


Wasz Andrew