Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.
niedziela, 30 grudnia 2012
Zasady walki
"To żaden pieprzony pokaz Bruce'a Lee, chłopcy. Jeśli jakiś sukinsyn będzie na tyle głupi, żeby stanąć w sportowej pozycji gotowości, zastrzelcie go albo rąbnijcie łopatą w łeb."
Jan Guillou Wróg wroga
sobota, 29 grudnia 2012
Dobro i zło
"Dobro i zło muszą istnieć obok siebie, a człowiek musi dokonywać wyboru."
Mahatma Gandhi
motto powieści Ivo Vuco Synonim zła
piątek, 28 grudnia 2012
W dwóch światach
Piękny umysł (2001)
(oryg. A Beautiful Mind)
reżyseria: Ron Howard
scenariusz: Akiva Goldsman
pełna „lista płac”
Tytuł Piękny umysł obił mi się o uszy już wielokrotnie, zapewne podobnie jak wielu z Was, których jak i mnie, kinomanami trudno określić. Kiedy więc kilka dni temu można było obejrzeć ten film w telewizji, skorzystałem z okazji, choć absolutnie nie wiedziałem czego się spodziewać. Byłem jak tabula rasa, na której miały się zapisać wrażenia z seansu nieskażone cudzymi opiniami i sądami autorytetów.
Piękny umysł jest biograficzną opowieścią, nie do końca co prawda zbieżną w szczegółach z autentyczną historią i książką pióra Sylvii Nasar pod tym samym tytułem z 1998 roku, na której podstawie powstał, ale to nie ma w tym akurat przypadku większego znaczenia. Główną postacią, której życie poznajemy, jest John Forbes Nash Jr (Russell Crowe). Śledzimy jego drogę do Nagrody Nobla, perypetie jego miłości do jednej ze studentek (Alicia Larde – w tej roli Jennifer Connelly) i walkę z postępującą schizofrenią paranoidalną, która sprawia, iż żyjąc w naszym świecie, genialny matematyk żyje jednocześnie w innym, dla nas niewidocznym, przenikającym się z tym realnym i zaludniającym nasz świat postaciami, które widzi tylko John.
Bardzo się cieszę, że przed obejrzeniem filmu nie czytałem żadnej o nim opinii. Dzięki temu mogłem w pełni cieszyć się seansem, nie wiedząc jak się skończą poszczególne wątki historii ani w którym momencie nastąpią punkty zwrotne. Krytycy filmowi, za co ich zdecydowanie potępiam, znacznie częściej niż ich literaccy koledzy, przedstawiają całość fabuły, posuwając się nawet do zdradzania kluczowych momentów i zakończenia. Odbierają widzom to, co ich samych często bawiło i co nierzadko jest jednym z atutów filmu. A Piękny umysł, mimo iż w dużej mierze biograficzny, gwarantuje nam i napięcie, i zainteresowanie tym, co wyniknie za chwilę ze sceny, która akurat się rozgrywa. I tak do samego końca.
Nie cytując dokładnie, przytoczę jednak myśl filmowego psychiatry zajmującego się Nashem. Dr Rosen (w tej roli Christopher Plummer) mówi nam, że człowiekowi trudno sobie wyobrazić, jak czuje się ktoś, którego cały świat legł w gruzach, któremu odebrano wszystko, który wszystko utracił. Jednak jeszcze trudniej wyobrazić sobie zdrowemu, jak czuje się schizofrenik, który się dowiaduje o swojej chorobie i o tym, że jego świat nie został nawet zniszczony, ale w ogóle nigdy nie istniał! „Piękny umysł” to jeden z najpiękniejszych i najbardziej poruszających filmów o walce z chorobą psychiczną w historii kina.
Jakby tego było mało, mamy jeszcze cudownie poprowadzony wątek związku Nasha z jedną ze studentek (wspomniana Alicja Larde), który sprawia, iż film jest piękną historią wielkiej miłości, takiej „na dobre i na złe”, która nie umiera nawet wtedy, gdy przychodzi złe nie z tego świata.
Role Nasha i Larde to prawdziwa wirtuozeria. Crowe i Connelly dają prawdziwy popis gry aktorskiej, która już nie jest rzemiosłem. Nie gorzej wypadają role drugoplanowe. O tym poziomie nasze „gwiazdy” mogą tylko marzyć. Nie da się obrazów z Pięknego umysłu wyrzucić z pamięci, podobnie jak wzruszeń i przemyśleń, do których nas zmusza. Gdyby przyznane mu nagrody ustawić na jednej półce, wyglądałaby imponująco i niesamowicie: cztery Oscary, cztery Złote Globy, dwie BEFTA oraz osiem innych nagród. I na pewno nie zostały one przyznane na wyrost. Dla mnie jednak ważne są jeszcze inne rzeczy.
W filmie jest moment come back’u Nasha do Pricneton, sięgnięcia po Nagrodę Nobla i powszechne uznanie (nie zdradzam chyba fabuły, gdyż każdy wykształcony wie, kto to Nash, nawet humanista, podobnie jak nawet matematyk wie, kto to Szekspir). Mam wrażenie, iż w Polsce przyjaciele z uczelni raczej by przeszkadzali w powrocie szalonemu koledze po fachu, zwłaszcza posiadając świadomość, iż jest on lepszy od nich i może ich wyprzedzić w karierze. Nasz model wyścigu szczurów odbiega od modelu amerykańskiego i wciąż bardziej przypomina polskie piekło, niż jakikolwiek wyścig. Oczywiście, że Piękny umysł to ukryta reklama MIT-u (Massachusetts Institute of Technology) i Princeton, jednych z najlepszych uczelni na świecie, ale może między innymi dzięki takiemu właśnie podejściu do indywidualności są one tym, czym są? Mekką najpiękniejszych umysłów na świecie, która obiecuje wyrozumiałość wobec odmienności i docenienie geniuszu?
Mam wrażenie, że w naszym zbiurokratyzowanym systemie, w którym liczą się testy, punkty i średnie, nie ma miejsca dla takich jak Nash. To smutna refleksja i tym bardziej bolesna, iż ta nasza urawniłowka preferująca cieniaków i średniaków, a zwłaszcza kombinatorów i cwaniaków, była niedawno tematem mojego felietoniku o systemie stypendialnym odzierającym wybitnych z godności i środków finansowych, gdyż jest z tym chyba z roku na rok gorzej i nie widać końca tego trendu.
Powracając do samego filmu; trwa 2 godziny i 15 minut, lecz ani przez chwilę się nie dłuży. Wciąga niczym najlepsza sensacja, romans i dramat w jednym, a jeszcze w dodatku, mam taką nadzieję, skłoni choć kilka osób do zainteresowania się teorią gier i matematyką, która rządzi wszystkim, niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie. Ale to już temat na osobne rozważania. Gorąco zapraszam do obejrzenia Pięknego Umysłu
Wasz Andrew
czwartek, 27 grudnia 2012
Kmicic na emigracji
Synonim zła
Ivo Vuco
Bellona 2012
Synonim zła to powieściowy debiut Ivo Vuco, Serba z urodzenia, a Polaka z wyboru i częściowo z krwi. Do lektury przystąpiłem bez żadnych informacji wstępnych, bez zapoznawania się nie tylko z recenzjami, ale nawet z notką zamieszczoną na okładce. Książka okazała się wielkim zaskoczeniem, w pozytywnym tego zwrotu znaczeniu, i momentalnie wciągnęła mnie tak bardzo, iż pochłonąłem ją w jednym, nieprzerwanym zaczytaniu.
Pisarz zaserwował nam fikcyjną opowieść, zawierającą jednak elementy autobiograficzne, napisaną, zabieg już w literaturze nienowy, w formie wspomnień lokatora celi śmierci. Głównym bohaterem powieści jest Bartłomiej Shmidt – Polak, którego marzeniem życia był New York; magiczne miasto za Wielką Wodą. Nie to, co będzie w nim robił, nie osoby, które w nim pozna, ale po prostu sam fakt, by tam dotrzeć, żyć i być może umrzeć. Od razu i bez żadnego owijania w bawełnę stwierdzę, iż od dawna już nie czytałem niczego z pogranicza gangsterki, sensacji i kryminału, co tak by mnie przekonało. Fabuła, choć nieco schematyczna, zawiera jednak ewidentny powiew świeżości, nowe pomysły i wyraźny odcisk indywidualności, który, mam nadzieję, stanie się znakiem firmowym pisarza. Świetnie oddane są klimaty miejsc, środowisk i wydarzeń. Akcja jest niezwykle dynamiczna, postacie wyraziste i, co dość rzadkie ostatnio, przekonujące charakterologicznie. Bartek od razu kojarzy mi się z głównym bohaterem Potopu – niezbyt głęboko zarysowaną, ale silną osobowością, budząca wielką sympatię czytelnika pomimo ewidentnych wad; niedostatków intelektu, moralności i zdrowego rozsądku. To jednak właśnie te wady poniekąd stanowią o oddziaływaniu na czytelnika obu postaci – sienkiewiczowskiej i tej nowej. Książka ma więc wszystko to, co niezbędne by mieć szanse na znalezienie się w absolutnej czołówce gatunku, nie tylko w Polsce. Choć styl nie jest może tak cyzelowany, jak na przykład u Marka Krajewskiego, to jednak biorąc pod uwagę bohatera i tematykę opowieści, jest odpowiedni; ani zbyt prymitywny, ani zbyt „literacki”. Film nakręcony w Hollywood na podstawie tej książki na pewno byłby hitem.
W postaci Bartłomieja Shmidta Ivo Vuco perfekcyjnie oddał to, co odróżnia Polaków od wielu innych narodów, choćby od Skandynawów, i co jest jedną z naszych największych słabości. Moralność, która uważa, że nie wolno okradać i mordować ludzi, ale okradanie instytucji nie jest naganne. A państwo jest największą instytucją i najłatwiej ją okraść. Brak nam poczucia, że tylko mocne i bogate państwo może zagwarantować bezpieczeństwo i spokojne życie zwykłym obywatelom, a biedne i słabe państwo, jak pisał Guillou, to szeroko otwarte wrota dla mafii i innych patologii. To dziwne, że wiedzą o tym Szwedzi, na nie czują tego Polacy, którzy tylokrotnie z własnej po części winy tracili niepodległość i ponosili konsekwencje prywaty i warcholstwa swych rodaków. Niestety, Kmicice wciąż budzą naszą sympatię. Nic się tu nie zmieniło i oby dalsze losy Polski nie powtórzyły się kiedyś w konsekwencji wciąż powtarzanych w kółko grzechów.
Gdy czytałem Synonim zła, ze wzmożoną siłą powróciły do mnie pytania, które niejednokrotnie nękały mnie w przypadku lektur wielu innych książek wydanych w obecnych czasach, w czasach komputerów. - Jak to jest, że gość pisze naprawdę rewelacyjną powieść i psuje ją ewidentnymi wpadkami? Przykłady? „Granat gazowy i trutka na szczury przeszkodzi psom w złapaniu śladu mechanoskopijnego.” Psy „łapią” ślady odorologiczne (osmologiczne). Śladem mechanoskopijnym jest na przykład ślad po łomie na krawędzi drzwi czy na ościeżnicy. Co miałby z tym robić pies? Polizać? Żenada! Nie wspomnę o tym, że bohaterowi, który ma tylko jedną nogę, można założyć łańcuchy na kostki obu nóg. Ivo Vuco potrafi!
Wydanie książki nie jest dziełem jednej osoby. Przynajmniej kilka powinno ją przeczytać i na pewno przynajmniej kilka bierze pieniądze za to, by wyłapać i usunąć błędy wszelkich rodzajów. Mają pomoce, których kiedyś, choćby w czasach Conan Doyla czy Sienkiewicza, nie było; komputery, programy, kursy szybkiego czytania, kursy koncentracji, całą wiedzę internetu. I walą gafy, po których w dawnych czasach pisarz i wydawnictwo popełniliby zbiorowe samobójstwo w najbardziej ustronnym kącie piwnicy w budynku wydawnictwa. Jak to jest, że NIKT spośród ekipy zaangażowanej w wydanie powieści ani nikt z recenzentów nie zauważył błędów karygodnych z punktu widzenia elementarnej wiedzy i logiki powieściowych faktów? Pomyłkę pisarza jestem w stanie zrozumieć i nawet nie ma czego wybaczać. Nie ma ludzi nieomylnych, a nie mylą się tylko ci, którzy nic nie robią, ale cała reszta? Nie ma już niczego takiego jak czytanie ze zrozumieniem? Czy wszystko musi być niedorobione? Cywilizacja badziewia? Ja tego nie trawię.
Pomijając jednak ewidentne wpadki, na których wspomnienie krew się we mnie burzy, gdyż wystarczyłby jeden uczciwy i rzetelny recenzent, aby je poprawić, muszę ocenić powieść bardzo wysoko. Nie są wspomniane wady, poza momentami, w których się objawiają, na tyle ważkie, by zepsuć prześwietną ucztę czytelniczą, jaką jest Synonim zła. Mam przeczucie, iż Ivo Vuco jest wschodzącą gwiazdą gatunku na firmamencie nie tylko polskiej literatury i z pełnym przekonaniem zachęcam do przeczytania jego pierwszej powieści; pomimo wspomnianych niedoróbek jest wspaniała
Wasz Andrew
Za egzemplarz tej książki dziękuję serwisowi nakanapie.pl
środa, 26 grudnia 2012
"Matka" Maksym Gorki - Matka całego proletariatu
Matka
Maksym Gorki
Tytuł oryginału: Мать
Tłumaczenie: Halina Górska
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej
Liczba stron: 386
Maksym Gorki to jeden z najbardziej
znanych pisarzy radzieckich. Na jego koncie znajdują się zarówno
dramaty, opowiadania jak i poezje, uchodzi za czołowego przedstawiciela
rosyjskiego modernizmu. Najobfitszy okres jego twórczości, z którego
pochodzą najsłynniejsze dzieła, przypada na początek XX wieku, a więc
zmierzch caratu w Rosji. To wtedy powstały takie utwory jak dramaty Letnicy (1904), Barbarzyńcy (1905), powieści Foma Gordiejew (1899) czy recenzowana Matka
(1906). Gorki praktycznie od początku swojej twórczości krytykował
drobnomieszczaństwo, burżuazję, wieszczył rewolucję, w której powodzenie
głęboko wierzył. Część tego gorącego pragnienia zmian, które powinny
zajść w rosyjskim społeczeństwie, Gorki zawarł w utworze Matka.
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Wesołych Świąt
Miłośnikom książek, moim czytelnikom i wszystkim innym razem oraz każdemu z osobna życzę tradycyjnie Wesołych Świąt. Żeby dla każdego były takie, o jakich marzy
Wasz Andrew
niedziela, 23 grudnia 2012
Topor, Nie-Francuz, Nie-Polak, Nie-Żyd, Artysta
Roland Topor. Zduszony śmiech
Frantz Vaillant
Tytuł oryginału: Roland Topor, ou le rire étranglé
Tłumaczenie: Magdalena Kowalska
Wydawnictwo: PWN
Liczba stron: 446
Postać Rolanda Topora poznałem za sprawą blogerki Miqi. W trakcie lektury recenzji Chimerycznego lokatora po raz pierwszy usłyszałem nazwisko tego francuskiego, jak wówczas sądziłem, pisarza. O tym, że słowo pisarz
jest stanowczo zbyt niewystarczające i skromne, że jest to wyraz
treściowo zbyt mało pojemny w przypadku Topora, artysty pełną gębą,
uświadomiłem sobie dopiero jakiś czas potem. Goszcząc w grodzie Kraka,
wracając syty i spełniony intelektualnie i kulturowo po jednym z Dramatoriów
Teatru BARAKAH, przechodząc obok kiosku Ruchu położonego na ulicy
Szpitalnej, w okolicy Teatru im. Juliusza Słowackiego, natknąłem się na
biografię R. Topora z serii Wielkich Biografii Wydawnictwa PWN. Chwila
zawahania, rzut okiem na stan portfela, jeszcze jeden moment poświęcony
na rozmyślania, czy warto zapłacić 24,99 zł i finalna refleksja, że
przecież nie ma lepszego sposobu na wydanie gotówki niż kupno dobrej
lektury. W ten właśnie sposób przekonałem się, że Roland Topor był
wielkim, wszechstronnym niczym szafa grająca, francuskim artystą, a nie
jak mylnie sądziłem, tylko pisarzem.
Zduszony śmiech, autorstwa
Frantza Vaillanta, francuskiego dziennikarza, wykładowcy oraz twórcy
filmów dokumentalnych, to pierwsza próba podsumowania jakże obfitej i
różnorodnej działalności artystycznej Rolanda Topora. Zmarły w 1997 roku
Topor dopiero 10 lat po śmierci doczekał się swojej biografii. Co
najciekawsze, Vaillant nie zdążył poznać Rolanda osobiście. Na początku
swojego dzieła wspomina, że spotkał kiedyś artystę przypadkiem, ale nie
miał odwagi by do niego podejść i rozpocząć rozmowę. Kto zresztą nie
stchórzył kiedykolwiek w takiej sytuacji? Nagle, zupełnie
niespodziewanie trafiamy na osobę, którą świetnie znamy przez pryzmat
jej prac, dzieł, twórczości. Marzymy o spotkaniu z nią tête-à-tête,
by dyskretnie pochwalić jej wysiłek, zademonstrować, jaką estymą się u
nas cieszy, powymieniać kilka uwag na temat kondycji kultury, a gdy los
sprawi, że nasze drogi rzeczywiście się skrzyżują, okazuje się, że
zapominamy języka w gębie, nie mamy właściwie nic sensownego do
powiedzenia, a wszystkie słowa, które w danej chwili przychodzą do głowy
(o ile jakiekolwiek się w niej pojawiają) wydają się miałkie i bez
sensu. Podobna rzecz przytrafiła się Vaillantowi, który nigdy więcej nie
miał okazji zamienić z Toporem choćby kilku słów. Parę lat po
przypadkowym spotkaniu, Roland zmarł. Być może właśnie ta
niezrealizowana sposobność, by bliżej poznać cenionego artystę, stała
się dla Vaillanta bodźcem do kilku lat ciężkiej i żmudnej pracy,
poświęconej na przeglądanie osobistych notatek Topora, rozmowach z jego
bliskimi i znajomymi, wyławianiu jego dzieł, rozsianych niczym ziarenka
piasku na pustyni, w efekcie której powstała naprawdę ciekawa oraz
wyczerpująca biografia jednego z najbardziej niebanalnych francuskich
artystów XX wieku.
Vaillant zabiera czytelnika w
interesującą podróż po dziwnym, karykaturalnym i nieco przerażającym
świecie Rolanda Topora. Lektura, zgodnie z chronologicznym początkiem
rzeczy zaczyna się od przedstawienia rodziców Rolanda, Abrama Jechiela
oraz Zlaty Topor. Oboje byli polskimi Żydami, którzy wykorzystali roczne
stypendium Abrama, rzeźbiarza i absolwenta Akademii Sztuk Pięknych w
Warszawie, by wyrwać się z Polski i spróbować lepszego życia na
zachodzie Europy. Osiedlili się w mieście zakochanych, miejscu,
stworzonym dla artystów i sztuki, stolicy Francji, w Paryżu. Jednak
konieczność utrzymania rodziny, niedocenianie rzeźbiarskich zdolności
Abrama (a przynajmniej brak aprobaty w takim stopniu, by dało się z tego
wyżyć), skłoniły ojca Rolanda do odłożenia na bok sztuki i zajęcia się
kaletnictwem (po wcześniejszej nieudanej przygodzie w zakładzie
przemysłowym w Lotaryngii), które może nie syciło artystycznej duszy
Abrama, ale pozwalało zdobyć środki niezbędne do nasycenia wygłodniałych
żołądków. Vaillant, zarysowując dość dokładne dzieje rodzica Rolanda,
ukazuje nam głowę rodziny Toporów, jako niespełnionego artystę, który
musiał się poświęcić dla dobra swoich najbliższych. Dzięki temu
zabiegowi łatwiej jest nam zrozumieć, dlaczego Roland, praktycznie od
momentu narodzin traktowany był jako osoba szczególna, mogąca liczyć na
przychylność oraz pomoc, również materialną ze strony rodziców. Oboje
gorąco wierzyli, że ukochany syn wyrośnie na prawdziwego artystę ze
zdolnościami na miarę talentu swojego ojca. Oczywiście rodzice
zamierzali poruszyć niebo i ziemię, by Roland mógł ten talent godnie
spożytkować. W ten oto sposób Vaillant złożył piękny hołd państwu Topor,
wyraźnie podkreślając, że sukces Rolanda, to w ogromnej mierze również
ich zasługa.
A rzec trzeba, że Topor odniósł sukces,
mniejszy lub większy, praktycznie w każdej dziedzinie, w której
postanowił spróbować swoich sił. Rysownik, malarz, grafik, reżyser
zarówno teatralny jak i filmowy, przygodny aktor, scenarzysta,
scenograf, pisarz, twórca opowiadań, sztuk teatralnych, wiecznie
eksperymentujący i łączący ze sobą nieprzystające formy sztuki, mający
daleko w dupie wszelkie tematy tabu – oto obraz Topora, która wyłania
się z biografii pióra Vaillanta. Przekonujemy się, że Roland,
zainspirowany surrealizmem stworzył swój własny niepowtarzalny styl,
oparty na głębokich wodach czarnego humoru z wirami groteski i absurdu.
Vaillant uświadamia nam, kim w rzeczywistości był Topor – artystą,
bacznie obserwującym podlegający ciągłym zmianom obraz świata, żywo na
te zmiany reagującym. Zmysł obserwacji z pewnością wyostrzyły mu wojenne
przeżycia, które uczyniły go neurotykiem i nadwrażliwcem. Roland bez
cienia zażenowania podglądał zatem społeczeństwo, odnotowywał sobie jego
ułomności i przywary, by za chwilę wypluć z odmętów swojej wyobraźni
kolejne dzieło karykaturyzujące owe wady do granic absurdu, zaskakując i
szokując publiczność, niekiedy nawet wywołując skrajne obrzydzenie. Być
może z tego powodu pierwsze prace Topora rysownika, nie cieszyły się
zbyt wielkim uznaniem. Owszem, uważano jest za specyficzne i oryginalne,
ale jakoś nikt nie miał ochoty płacić za nie godziwych pieniędzy. Z
czasem sytuacja zaczęła się zmieniać, tworzący bez chwili przerwy Topor
zaczął otrzymywać coraz więcej zleceń, stawał się coraz bardziej
popularny w kolejnych kręgach artystycznych, by wreszcie, całkiem
niedostrzegalnie i płynnie dorobić się statusu twórcy kultowego.
Historię tych bardzo licznych drobnych
kroków, które doprowadziły Rolanda na sam szczyt odnajdziemy na
kolejnych kartach biografii autorstwa Vaillanta. Muszę jednak przestrzec
potencjalnych czytelników, że dalsza podróż w świat Rolanda Topora to
już tylko zagłębianie się w coraz gęstszym i mroczniejszym lesie.
Kolejne rozdziały, serwowane w porządku chronologicznym są dość krótkie,
ale bardzo treściwe, często okraszane cytatami, wspomnieniami bliskich,
fragmentami wywiadów. Nie brakuje również zabawnych anegdot,
historyjek, ciekawostek – dowiadujemy się np., że Topor rysował dla
polskich czasopism oraz odwiedził Warszawę, która nie wywarła na nim
najlepszego wrażenia. I kiedy łapczywie połykamy następne strony, nagle,
z niemym zdziwieniem konstatujemy, że zaczynamy być zasypywani przez
lawinę absurdu, choć początkowo brodziliśmy tylko po kostki w tej
groteskowej historii, która wciąga nas coraz bardziej, zarówno śmiesząc
jak i porażając.
Książka napisana jest bardzo ciekawie,
tak, że jej lektura nie jest nużąca, jak to niekiedy bywa z biografiami.
Są jednak kwestie, które budzą pewne zastrzeżenia. Po sposobie, w jaki
Vaillant prezentuje sylwetkę Topora, łatwo się zorientować, że
dziennikarz należał do jego zagorzałych fanów. Vaillant rzadko wspomina o
wadach Rolanda, a gdy musi już wymienić jakąś jego negatywną cechą,
zawsze stara się ją racjonalnie wytłumaczyć, tak, by niejako obciążyć
odpowiedzialnością za jej posiadanie kogoś innego. Nakreślony przez
Vaillanta obraz jest zatem zbyt jaskrawy, na pierwszy rzut oka Roland
Topor to naprawdę klawy gość, facet do rany przyłóż, dobry na każde
schorzenie. Dopiero po pewnym czasie zaczynamy zachodzić w głowę,
dlaczego aż tak nie układało mu się w życiu towarzyskim, a wreszcie
przez portret autorstwa Vaillanta zaczyna sączyć się prawdziwy Topor,
który momentami wydaje się niezwykle infantylny. Dowiadujemy się zatem,
że Roland wymagał nieustannej opieki ze strony innych, często zachowywał
się jak dziecko. Jego partnerki musiały odznaczać się niebywałą wręcz
cierpliwością, by sprostać wszystkim kaprysom Topora, by tolerować jego
nocne wypady do paryskich knajpek, w trakcie których ochoczo stawiał
następne kolejki, nie licząc się z wydatkami. Do zadań wybranki serca
Topora należały również walki z urzędem podatkowym, dłużnikami,
komornikami, z którymi Rolandowi nigdy nie było po drodze.
Ponadto przebija się wizja człowieka,
który panicznie bał się śmierci. Wydaje się, że ten strach, którego
źródła prawdopodobnie należy doszukiwać się traumatycznych przeżyciach
wojennych, przejawiał się w niemal każdym działaniu Rolanda. Na uwagę
zasługuje m.in. fakt, że zawsze wiązał się on z młodymi lub bardzo
młodymi kobietami. W swojej twórczości próbował on chyba ten lęk nieco
oswoić, złagodzić, nadając śmierci cechy absurdu, ironizując ją,
przedstawiając jako coś śmiesznego i nielogicznego, a więc jako rzecz
niegroźną.
Co najważniejsze jednak, Roland Topor,
tak jak zresztą sobie założył, w pewien sposób przechytrzył swojego
najgroźniejszego przeciwnika, wygrał z nim poprzez wdarcie się do
panteonu największych sław wśród dwudziestowiecznych twórców. Oczywiście
określanie Topora mianem wielkiego artysty do dziś budzi kontrowersje. W
mniemaniu niektórych bardziej pasuje do niego łatka ogromnego
skandalisty. A o tym, dlaczego Topor do dziś wywołuje tak skrajne opinie
niech poświadczy poniższy cytat na temat koncepcji zwierzęcości w
człowieku:
Wydaje mi się, że cywilizacja, która
neguje naturalne potrzeby człowieka, która neguje jego zwierzęcość,
jest cywilizacją opresywną. Chciałem doprowadzić do zderzenia. Z jednej
strony Gioconda, Mao i Kultura, cały kult osobowości, elegancji,
wielkości, ideologie, wszystko, co jest odcieleśnione, czyste. A z
drugiej gówno. Co dziwne, gówno każdemu wydaje się o wiele bardziej
przerażające niż Mao i Hitler. Gdyby zrobić sztukę o Hitlerze i gównie, z
pewnością to właśnie z powodu gówna nie przeszłaby w telewizji, a nie z
powodu Hitlera, Tymczasem, o ile mi wiadomo, gówno zabiło znacznie
mniej ludzi niż Hitler...
Krótko reasumując, dziś nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że 24,99 zł, które kosztowała mnie książka Zduszony śmiech,
to dobrze wydane pieniądze. Biografia zaserwowana przez francuskiego
dziennikarza, Frantza Vaillanta jest bardzo wyczerpująca, zdradzająca
niemal wszystkie sekrety Rolanda Topora, począwszy od jego dzieciństwa, a
na ostatnim okresie żywota skończywszy, a ponadto napisana została
bardzo dobrym stylem. Obraz Topora w wykonaniu Vaillanta jest może zbyt
idealistyczny, ale przecież Topor zawsze wzbraniał się przed złapaniem w
sztywne ramy formy, a przez to nie jest łatwo w wyczerpujący, treściwy i
obiektywny (?) sposób opowiedzieć o tym niezwykłym człowieku.
O filmie
"Filmy kosztują majątek z tego powodu, że przez większość czasu nikt nic nie robi, tylko wszyscy czekają i czekają : kamera, światła, dopóki fryzjer się nie wyszcza, a konsultant nie skonsultuje. Wszyscy umyślnie opierdalają się w ten sposób, biorąc forsę za co tylko się da."
Hollywood Charles Bukowski (chyba najbardziej znany cytat z dorobku tego autora)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




