Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 8 grudnia 2012

Tezy Marszałka



Miał rację Marszałek. Zawsze powtarzał, że naród u nas wspaniały, tylko ludzie kurwy.


Czas honoru Jarosław Sokół

piątek, 7 grudnia 2012

Spektakl spod znaku jednej ręki

Plakat spektaklu Jednoręki ze Spokane 

Jednoręki ze Spokane

Martin McDonagh


Tytuł oryginału: A behanding in Spokane
Reżyseria: Ana Nowicka
Teatr: BARAKAH
Czas trwania: 1 h 15 min.






Teatr Barakah na krakowskim Kazimierzu to jedna z najciekawszych propozycji na teatralnej mapie Grodu Kraka. Piękna i nieco nietypowa lokalizacja w piwnicach restauracji Klezmer Hois, skromna i malutka sala, która służy równocześnie za scenę jak i miejsce dla publiczności, dające poczucie niesamowitej zażyłości, jaka wywiązuje się pomiędzy widzem a artystą oraz znakomita obsada aktorska pod przewodnictwem reżyserki Any Nowickiej sprawiają, że do tego przybytku sztuki wraca się przy każdej nadarzającej się okazji.

Spektakl Jednoręki ze Spokane autorstwa irlandzkiego reżysera oraz dramatopisarza Martina McDonagha, znanego m.in. za sprawą Królowej piękności z Leenane, czy Kaleki z Inishmann, to kolejna propozycja krakowskiego teatru. Sztuka zaliczana jest do nurtu nowego brutalizmu zwanego też nowym realizmem, który namiętnie eksponuje okrucieństwo współczesnego świata. Ekspresję podkreśla teatralny język, nacechowany agresją i wulgaryzmami.

Główny bohater, tytułowy jednoręki, to pan Carmichael (w tej roli Paweł Sanakiewicz), który od 27 lat bezskutecznie poszukuje swojej dłoni, odciętej przez pędzący pociąg. W czasie swojej życiowej pielgrzymki po całych Stanach, której celem jest utęskniona ręka, trafia do przyautostradowego hoteliku w niewielkim miasteczku, gdzieś w USA. Dwójka miejscowych rzezimieszków, drobni dealerzy narkotykowi, biała dziewczyna Marylin (Monika Kufel) oraz jej czarnoskóry chłopak Toby (Ana Nowicka) na wieść o przybyciu jednorękiego desperata, wietrzą szansę na ubicie niezłego interesu. Z miejscowego muzeum etnograficznego wykradają zakonserwowaną, czarną i malutką dłoń Aborygena z Aborygenii, którą próbują opchnąć panu Carmichaelowi za okrągłe 500 $.

Obsada spektaklu - foto by Dorota Czarnecka [http://www.teatrbarakah.com]
Nietrudno sobie wyobrazić, że przez 27 lat poszukiwań, pan Carmichael nie raz, ani nawet nie dwa spotkał się już z podłymi wyłudzaczami, instrumentalnie traktującymi jego problem, spoglądając na niego jedynie przez pryzmat możliwości zainkasowania pokaźnej gotówki. Doświadczenie w tej materii nie zmniejsza jednak jego gniewu, którym wybucha niczym wulkan. Rozgrzana lawa jego złości daje się poważnie we znaki naiwnej, młodej parze. W końcu pan Carmichael nie wygląda na typa, z którego można sobie stroić żarty. Obsesja malująca się w jego płonących obłędem oczach, nienaturalna bladość skóry podkreślona sinymi ustami i workami pod oczami dodają jaskrawości obrazowi szaleńca, jaki się przed nami maluje. Swoje robią też opowieści i wspomnienia jednorękiego poszukiwacza, który podkreśla, że zemsty na ludziach odpowiedzialnych za pozbawienie go kończyny dokonał dawno temu, więc teraz jedynym jego celem jest odzyskanie utraconej dłoni.

Oprócz wspomnianej trójki, na scenie pojawi się jeszcze Mervin (Lidia Bogaczówna), hotelowy recepcjonista, pałający szlachetną miłością do małp, człowiek pragnący za wszelką cenę dokonać czynu bohaterskiego, szczególnie na oczach zmysłowej i ociekającej seksapilem Marylin. Mervin nudzi się niezmiernie swoim obecnym zawodem, nie może jednak narzekać, bo osoba, która wyszła niedawno zza kratek nie powinna oczekiwać niczego lepszego. W pewnym momencie okazuje się, że Mervin jest ostatnią deską ratunku dla tonących w ognistej zemście pana Carmichaela Marylin oraz Toby’ego. Trudno jednak jest liczyć na pomoc kogoś, kogo wykiwało się z towarem i wskazało glinom jako handlarza narkotykami ...
Cały spektakl podszyty jest pokaźną podszewką absurdu oraz czarnego humoru. Wykreowane postacie są nieco przerysowane, ale właśnie to przejaskrawienie czyni je komicznymi. W trakcie seansu przyjdzie nam być świadkami wielu niesamowitych oraz zabawnych sytuacji. Opowieści o machaniu odciętą dłonią (ten łzawy ton przy powiadaniu sentencji: Wiesz, jakie to uczucie, gdy ktoś macha Ci na do widzenia Twoją własną ręką?), walka na zakrwawione ludzkie kikuty, czy wreszcie arcykomiczna dyskusja telefoniczna pana Carmichaela ze swoją rodzicielką, która mimo połamanych kostek doczołgała się do jego pokoju i odkryła w nim stosy świerszczyków (Oglądasz gołe baby? No to teraz to już na pewno możesz powiedzieć swoim koleżankom, że jesteś lesbijką) kipią wręcz czarnym humorem.

Bohaterowie wygłaszając swoje kwestie wyrażają się dość kwieciście, często posługując się wulgaryzmami. Co rusz pada również seria, która zwala z nóg i wywołuje salwy śmiechu wśród publiczności (przedmiesiączkowe pragnienie samozagłady; rzucasz jak zezowata kurwa; nadwyżki rąk na zamrażarce; nie może podejść do telefonu, bo nadal nie żyje). Gra jest bardzo ekspresyjna, istotna jest mowa ciała, bogata gestykulacja połączona z częstym podnoszeniem głosu. Nieco w tle całej fabuły pojawiają się od czasu do czasu zdania, mające na celu podkreślenie amerykańskiego zakłamania i hipokryzji, choćby na temat źle pojmowanej poprawności politycznej, czy ciągle żywego rasizmu. Wydaje się jednak, że mocno absurdalna forma osłabiła nieco wydźwięk tych spostrzeżeń, które zdecydowanie ustąpiły miejsca komediowemu stylowi (Lubię niektóre czarnuszki, ale to wcale nie oznacza, że nie jestem rasistą!; Gówno z Ciebie, a nie Czarna Pantera!).

Przerażony Toby w konwersacji z panem Carmichaelelm - foto by Bartosz Tryboń [http://www.teatrbarakah.com]
Wracając jeszcze do aktorskiej gry, wspomnieć należy, że na szczególną uwagę zasługuje Lidia Bogaczówna, która w swojej męskiej roli Mervina spisała się po prostu rewelacyjnie. W mojej opinii zagrała na tyle wiarygodnie, że gdy Mervin, proszony o zgaszenie świeczki wetkniętej w kanister benzyny, zaczął rozpinać rozporek, złapałem się na tym, że spodziewam się, iż za chwilę ujrzę autentyczny atrybut męskości!

Ze względu na bardzo skromne rozmiary lokum, w którym grany jest cały spektakl, tradycyjnie już, widz zostaje zaproszony do współtworzenia całej sztuki. Tuż po jej rozpoczęciu, wejście, które zamienia się nagle w okno hotelowego pokoju, zostaje symbolicznie zamknięte, odcinając publice drogę ucieczki. Sprawia to, że sytuacja uwięzionych Marylin oraz Toby’ego staje się nam jeszcze bliższa. Aktorzy nie omieszkają również zwrócić się do nas z pytaniem, czasem będą szukać u nas aprobaty i potwierdzenia dla swoich słów, w pewnym momencie będziemy musieli naprawdę się nagimnastykować, aby nie oberwać jedną z latających dłoni, którymi z furią, wśród przekleństw i złorzeczeń, zaczną obrzucać się Tobi i Mervin.

Klimatu całej sztuce dodaje także muzyka grana na żywo przez Łukasza Łukasika. Mocne, niekiedy szarpiące nerwy, agresywne gitarowe riffy świetnie współgrają z wydarzeniami, pomagając zbudować nastrój adekwatny do danej sceny, podkreślają również klaustrofobiczny klimat. Swoje robi również bardzo udana scenografia, dobrze odgrywająca hotelowy pokój. Ściany poobklejane monotematyczną tapetą w szarej konwencji, w której przewijają się motywy Jamesa Deana, Rity Haywort oraz Hollywood i Sunset Boulevard sprawiają wrażenie, że uczestniczymy w projekcji czarno-białego filmu.

Reasumując, kolejne spotkanie z ekipą Teatru Barakah uważam za bardzo udane. Sztuka utrzymana w groteskowym klimacie, potrafiła zahaczyć również o tematy okrucieństwa, obsesji, czy manipulacji i graniem na ludzkiej uczuciach. Do tego świetne kreacje bohaterów, stworzone przez aktorów, wśród których na szczególną uwagę zasługują Lidia Bogaczówna oraz Paweł Sanakiewicz. Wszystko to razem sprawia, że Jednoręki ze Spokane to jeden najlepszych spektaklów, spośród tych, które przyszło mi obejrzeć w krakowskim teatrze.


Zdjęcia autorstwa Bartosza Trybonia pochodzą ze strony www.teatrbarakah.com

O rządzie




Być rządzonym to tyle co być obserwowanym, nadzorowanym, szpiegowanym, kierowanym, poddawanym prawu, oznakowanym, okiełznanym, zapisanym, indoktrynowanym, pouczanym, kontrolowanym, spętanym, szacowanym, ocenianym, cenzurowanym, sterowanym przez istoty nie mające po temu ani prawa, ani mądrości, ani cnoty.

Być rządzonym to tyle co być ewidencjonowanym, zliczonym, otaksowanym, ostemplowanym, zmierzonym, napiętnowanym, wycenionym, licencjonowanym, autoryzowanym, pouczanym, powściąganym, spętanym, poprawianym, reformowanym, karanym we wszystkim, co się robi, w każdej transakcji.

To tyle co, pod pretekstem użyteczności publicznej i w imię interesu powszechnego, być obciążanym kontrybucjami, musztrowanym, łupionym, wyzyskiwanym, monopolizowanym, szantażowanym, uciskanym, oszukiwanym, grabionym; a przy najmniejszym sprzeciwie, przy pierwszym słowie protestu, to tyle co być represjonowanym, obkładanym grzywami, upodlonym, prześladowanym, zaszczutym, sprofanowanym, zakutym w łańcuchy, rozbrojonym, związanym, spętanym, uwięzionym, sądzonym, skazanym, rozstrzelanym, deportowanym, poświęconym, sprzedanym, zdradzonym; i dla ukoronowania wszystkiego to tyle co być wyśmianym, wyszydzonym, zohydzonym, odartym z honoru.

To jest władza; to jest jej sprawiedliwość; to jest jej moralność.


P.J. Proudhon

    czwartek, 6 grudnia 2012

    Punkty widzenia




    Prześwietna scenka z powieści Czas honoru, której autorem jest Jarosław Sokół:

    Żydzi w warszawskim getcie negocjują w sprawie sprzedaży Kossaka. Kupiec Bromberg stara się zaniżyć wartość obrazu, a sprzedający argumentują za walorami dzieła:

    „              - (…) Wjazd Jana Sobieskiego do Wiednia – wielki triumf oręża polskiego.
    - Właśnie mówię – wojna, cierpienie. Mało mamy tego za oknem? Po co jeszcze wieszać na ścianie.
    Mama nie byłaby sobą, gdyby nie wtrąciła się do negocjacji handlowych.
    - Jakie cierpienie, o czym pan mówi, panie Bromberg? Niech pan sam zobaczy, jacy tu wszyscy są zadowoleni. O, ten rycerz na przykład. Albo ten.
    - Sabinko – upomniał ją delikatnie tata
    - Proszę pani – odpowiedział Bromberg – jak ja się patrzę na esesmanów, to widzę, że oni też są zadowoleni.
    - No wie pan, porównywać esesmanów do naszej husarii! – oburzył się tata.
    - Dla mnie to oni nie bardzo są nasi.
    - Panie Bromberg, to jest nasze wspólne dziedzictwo. Gdyby nie Sobieski, to Turcy podbiliby całą Europę!
    - Niemców też?
    - Oczywiście, że tak.
    - A widzi pan. I po co im było przeszkadzać?”

    środa, 5 grudnia 2012

    Honor - kolejna odsłona




    Motto: Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor.

    (Józef Beck, polski minister spraw zagranicznych, 5 maja 1939)
    Czas honoru Jarosław Sokół

    Jeden z najbardziej znanych cytatów pochodzących z ust naszych polityków, obok „Spieprzaj dziadu” oczywiście. Posłużył, razem z innymi „patriotycznymi” hasłami, do wdania się w wojnę, której wygrać nie było można, czego najbardziej długofalowym skutkiem było wyginięcie elity naszego społeczeństwa w samej wojnie obronnej, i potem; podczas okupacji, powstania i wczesnych lat komunizmu. Cytat tym bardziej zdradziecki, iż zawierający element ewidentnie sprzeczny z tym, jak się go po dziś dzień interpretuje; „w życiu”. To sformułowanie wprost oznacza, że honor jest póty ważny, póki żyjemy. Po śmierci nie zda się psu na buty. Nie warto dla czegoś tak nieokreślonego jak honor (o wieloznaczności tego rzeczownika już kiedyś szerzej pisałem) poświęcać życia. Ten, kto przeżyje, ma rację i jego idee oraz jego geny będą górą, a ten, kto się w honorowym uniesieniu dał bezsensownie pozbawić życia, nie mu już żadnego wpływu na rzeczywistość, na przyszłe pokolenia i ich spojrzenie na to, czym jest ów honor i co ważniejsze na to, czym jest bycie porządnym człowiekiem. To przez zachwyty takimi cytatami, których sens wypaczono, jesteśmy postrzegani w świecie jako naród cwaniaczków i kombinatorów, gdyż większość porządnych dała się wybić w imię honoru, a te same slogany są tym głośniej i tym częściej powtarzane, im mniej jest skłonny do poświęceń ten, kto nimi szermuje.

    wtorek, 4 grudnia 2012

    José Saramago "Ewangelia według Jezusa Chrystusa" - A gdyby tak Jezus ...

    Ewangelia według Jezusa Chrystusa

    José Saramago


    Tytuł oryginału: O Evangelho Segundo Jesus Cristo
    Tłumaczenie: Cezary Długosz
    Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
    Seria:  Mistrzowie Literatury
    Liczba stron: 460





    Książki kupuję namiętnie oraz regularnie, rzadko się jednak zdarza, bym świeżo nabytą pozycję przeczytał od razu, niejako z marszu. Większość moich najnowszych zakupów musi cierpliwie odleżeć swoje na półce, dojrzeć, napęcznieć, nim zdecyduję się po nie sięgnąć. Nie mam zielonego pojęcia, z czego to wynika, jest to działanie bardziej podświadome, którego nie jestem w stanie wytłumaczyć żadną konkretną teorią. Reguła ta tyczy się zarówno powieści, które później mnie zachwyciły i na stałe wryły się w moją pamięć jak i tych słabszych. Podobny los dzielą dzieła autorów już mi znanych oraz lubianych. Nawet taka Książka dla Manuela autorstwa cenionego przez mnie nade wszystko Julio Cortázara odsiedziała jakieś pół roku, nim z radością zagłębiłem się w jej lekturze. Po tym przydługim wstępie, możecie uzmysłowić sobie, z jakim zdziwieniem stwierdziłem, że zaraz po wejściu w posiadanie Ewangelii według Jezusa Chrystusa, palę się wręcz z niecierpliwości, by dowiedzieć się, co też pogardzany przez władze Kościoła katolickiego, portugalski pisarz, laureat Nagrody Nobla, José Saramago ma do powiedzenia na temat życia oraz działalności Jezusa Chrystusa, jednej z najbardziej znanych oraz wpływowych postaci w całej historii ludzkości.
     

    Czas honoru



    Czas honoru

    Jarosław Sokół

    Zwierciadło 2011


    Po Czas honoru sięgałem pełen nadziei i dobrych chęci. Oglądałem, choć nie od pierwszych odcinków, serial w TV pod tym samym tytułem, który być może nie najwyższych lotów, na pewno był jednak dla mnie bardziej atrakcyjnym patrzydłem niż M jak miłość czy inne podobne produkcje. Liczyłem na to, iż w przypadku tej pięknie wydanej powieści po raz kolejny sprawdzi się reguła mówiąca, że książka zwykle jest lepsza niż film. Dodatkową zachętą było pochodzenie autora ze Świnoujścia, do którego to miasta mam wielki sentyment, co również wpływało na moje pozytywne prognozy co do lektury.

    Powieść opowiada o losach Polaków w okresie II Wojny Światowej sięgając również wstecz do czasów ją poprzedzających. Główne postacie, powiązane ze sobą różnymi relacjami, po kapitulacji Polski trafiają w szeregi podziemia walczącego z hitlerowskim okupantem. Nie wszyscy są święci, zdarzają się również tacy, którzy kolaborują z kim się da.

    Trzeba przyznać, iż powieść wciąga i czyta się ją świetnie; szybko i bezproblemowo. To chyba jest prawdziwą przyczyną zachwytów wielu osób. Podobnie jak to, iż jest ewidentnym pisaniem pod publiczkę; łechcącym naszą dumę i nie mającym niczego wspólnego z historią ani pisaniem o przeszłości. Wszyscy Niemcy i Rosjanie są źli, Francuzi to pacyfiści, a Anglicy to snoby. Tylko Polacy naprawdę palą się do walki i pewnie bez nich świat by zginął.

    "Urzekła" mnie szczególnie scena, gdy główni bohaterowie, pełniący akurat służbę na Linii Maginota, w marcu lub wczesnym kwietniu 1940 wybierają się do pobliskich sadów po świeże owoce(!), a z kolei w połowie maja tego samego roku stwierdzają, iż owady jeszcze się nawet po zimie nie zbudziły!!! Naprawdę dawno nie miałem ręku powieści, której autor dałby tak jawny wyraz swej… Takie inteligentne niedomówienie, że zacytuję słowa Mistrza Kobuszewskiego (kabaret Dudek) z niezapomnianego skeczu Stanisława Tyma. Jak inteligentny czytelnik może twierdzić, iż Czas honoru jest powieścią wartościową, która cokolwiek mówi o wojnie i historii, nawet jeśli nie ma wiedzy, by skonfrontować powieść z dawną rzeczywistością, jeśli autor wykłada się na tak trywialnych tematach, które nawet poziom umysłowy dziecka z podstawówki pozwalałby ocenić właściwie?

    Postacie drugoplanowe powieści są zarysowane wyraziście, ale niestety główne persony opowieści sprawiają wrażenie mocno uproszczonych, prawie komiksowych. Pada nawet stwierdzenie, iż nie mogą się już doczekać, by zacząć strzelać, jeśli nie do Niemców, to choćby do byle kogo. Z historią Czas honoru ma tyle wspólnego, co Czterej Pancerni i Pies, choć poziomem nawet się do tego ostatniego nie zbliżył, a różni je tylko kierunek ideologicznego przegięcia. W obu powieściach Niemcy to prawie debile. Szkoda tylko, że czytelnicy nie zauważają, iż stawiając w takim świetle Niemców, odbieramy godność tym, którzy od tych półmózgów ze swastykami brali baty na wszystkich frontach. Drażni mnie też natarczywe pokazywanie wszystkich czerwonych jako zdrajców i kanalii. To oni w końcu dali Polsce chyba najdłuższy w historii okres bez wojen i, z tego co wiem, to nie komuniści trzy razy z rzędu doprowadzili do rozbiorów państwa, które kiedyś było być może największą potęgą w Europie.

    Wielka szkoda, że taki temat został potraktowany z podobnym brakiem wyczucia. Szkoda, gdyż Jarosław Sokół potrafił wpleść w swą powieść perełki autentycznego humoru, jak choćby scena sprzedaży płótna pędzla Kossaka w warszawskim getcie, a jego styl, choć daleki od Sienkiewiczowskiego, potrafi wciągnąć i sprawić, że nieostrożny czytelnik może z przyjemnością połknąć to w gruncie rzeczy dość grube tomisko. To ostatnie jest właśnie najgorsze. Nieuważny czytelnik porwany przez wartką akcję może nie zauważyć, iż jest to, o czym już pisałem, powieść nie dająca poza fałszywą dumą narodową niczego. Ani prawdy o wojnie, ani o życiu, ani o ludziach. Jest w moim odczuciu takim samym produktem propagandowym, jak wspomniani już Czterej Pancerni, tylko pisanym na zamówienie innych mecenasów i, tego już wybaczyć nie można, dużo słabszym pod wszystkimi względami. Mam wrażenie, iż powieść ustępuje nawet serialowi telewizyjnemu o tym samym tytule, w którym pewnie wiele niedociągnięć ucieka uwadze widza, który w przeciwieństwie do czytelnika nie może zwolnić, gdy potrzebuje bardziej wyostrzyć uwagę. Wszystko to napisałem ze szczerym żalem, gdyż mogło być naprawdę pięknie. A nie było…


    Wasz Andrew

    Czas honoru [Jarosław Sokół]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

    poniedziałek, 3 grudnia 2012

    Akwarium



    Akwarium (Аквариум)

    Wiktor Suworow (Виктор Суворов); właściwie Władimir Bogdanowicz Riezun (Владимир Богданович Резун)


    Twórczość Wiktora Suworowa dzielę, o czym już wielokrotnie wspominałem, na trzy grupy: wspomnieniową, beletrystyczną i historyczną. Za najwartościowszą uważam tą ostatnią, choć również pierwsza jest niezrównana, podobnie jak i druga. W dodatku niejednokrotnie poszczególne książki tego autora łączą w sobie elementy różnych grup. Uważam, że zwłaszcza dla nas, Polaków, dzieła Suworowa powinny być szczególnie ważne, z różnych względów.

    Akwarium jest jedną z najbardziej znanych i najgłośniejszych pozycji w dorobku pisarza, która doczekała się również swojej ekranizacji. Ma formę wspomnień z kariery Suworowa, która rozpoczęła się w wojskach pancernych, a zakończyła w strukturach GRU. Właściwie jeszcze się nie do końca skończyła, gdyż sławę zdobył dopiero po przejściu na drugą stronę; jako pisarz i historyk dla Zachodu, a jako zdrajca dla Rosjan.

    Jak przebiegały losy Suworowa w służbie ZSRR nie będę zdradzał; przeczytajcie sami. Mnie bardzo odpowiada jego styl; rzeczowy i pozornie suchy. Pisarz, co jest nie tak znowu często spotykane, okazuje się świetnym obserwatorem, który potrafi oddać w sposób najbardziej wiarygodny to, o czym pisze, od najmniejszego szczegółu do ogółu, z którego wyciąga logiczne wnioski. Akwarium czyta się niczym świetną powieść szpiegowską, a przy tym jest to kopalnia wiedzy o radzieckich i rosyjskich służbach oraz o całej Rosji. O jej wielkości i słabościach, o mentalności władz i ludu, teraz i w przeszłości. Akwarium, podobnie jak inne książki Suworowa, powinien poznać każdy, kto chce zrozumieć historię Rosji, która od wieków służbami stała. Szczególnie każdy Polak i patriota powinien rzucić się na Akwarium i inne publikacje tego Rosjanina niczym wygłodniały pies na pełną michę. Od razu uprzedzam, że wnioski nie zawsze będą takie, jak przewidujecie.

    Po lekturze Akwarium w innym świetle widzi się przywileje, jakimi w Sojuzie obdarowywano służby. Przywileje za które nader często w ostatecznym rozrachunku trzeba było zapłacić życiem. Nawet jeśli się było Stalinem. Profity, do których trudno się było dorwać, ale z których potem nie można było już zrezygnować. Jak w gangsterce; nie było opcji na wypisanie się.

    Lektura tej opowieści, jak i innych książek Suworowa, pokazuje nam wyraźnie, iż wbrew tezom uparcie lansowanym przez wielu, Rosja nigdy nie była antypolska. Czy kierowca miażdżący kołami ciężarówki wiewiórkę, która próbowała przebiec mu drogę, nienawidzi wiewiórek? Czy człowiek znoszący w ramach swej ścieżki kariery tortury, może być nazwany okrutnikiem tylko dlatego, że wrogów potraktował tak, jak swoich kolegów i jak koledzy jego? Czy można twierdzić, że Stalin nienawidził Polaków, skoro twórcą jego ulubionych służb był nasz rodak, a polskich oficerów mordował tylko tysiącami, gdy swoich rodaków milionami? Suworow pozwala na zagmatwaną historię i teraźniejszość Europy spojrzeć nieco obiektywniej, a Akwarium jest jego przesłania ważną częścią.

    Tym, którym nie podchodzi styl Suworowa, lub niektóre jego tezy, albo którzy są takimi rusofobami, iż książki ruskiego autora nie wezmą do ręki, powiem, iż wróg wroga jest naszym przyjacielem. Skoro Suworow został za swe pisanie skazany zaocznie na śmierć i do dziś jest w Rosji na liście do odstrzału, to może jednak warto samemu się przekonać, za co go tak doceniono?

    Tak czy siak, niezależnie od zapatrywań i sympatii, mimo iż ZSRR się rozpadł; Akwarium jest jedną z tych książek, które zdecydowanie warto przeczytać. Tym bardziej, iż pewne rzeczy w Rosji się nigdy nie zmienią. Polecam szczerze i gorąco


    Wasz Andrew

    Akwarium [Wiktor Suworow]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE