Angielskie powiedzenie (przypisywane niekiedy Oscarowi Wilde (Sarcasm is the lowest form of humour but the highest form of wit).
Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.
sobota, 15 września 2012
piątek, 14 września 2012
Ranczo Wilkowyje
Od jakiegoś czasu mamy możliwość w TVP1 oglądać serial Ranczo Wilkowyje. Ja takie produkcje zwykle omijam z daleka, jednak w pewnym zakresie mam z nimi do czynienia, gdy inni domownicy siedzą przed telewizorem, a sam zajmuję się książką lub komputerem. Nie dziwię się im, że to oglądają, gdyż geniusze po wielogodzinnej wytężonej pracy umysłowej muszą się chyba trochę ogłupić, żeby odpocząć. Tak myślałem, ale nie widziałem w tym serialu niczego ciekawego, podobnie jak w innych podobnych produkcjach.
Już od dawna miałem zamiar skrytykować na mym blogu stały element Rancza, jakim jest ławeczka przed sklepem, na której miejscowi alkoholicy przyjmują swoją codzienną dawkę napojów, których spożywanie w miejscach publicznych jest zabronione. Ewidentnie jest to propagowanie alkoholizmu jako stylu życia, a co za tym idzie - łamanie prawa.
Kilka tygodni temu zdarzyło mi się oglądnąć cały odcinek Rancza i... zaciekawiło mnie. Odtąd chętnie włączam telewizor zawsze, gdy jest emitowane. Nie z powodu gry aktorów, która choć sympatyczna, jest obciążona tymi wszystkimi wadami, które są normą w polskiej sztuce aktorskiej i które sprawiają, że Oskary zdobywają Polacy różnych profesji, ale nie tej. Urzekły mnie alegoryczne obrazy naszej rzeczywistości. Postacie wójta (obecnie senatora), Czerepacha i innych są prześwietne, a ukazanie Kościoła, mechanizmów polityki i władzy, jest rewelacyjne. Ktoś marzący o karierze politycznej może podpatrzeć różne ciekawe chwyty, powszednie dla członków klasy rządzącej (zwanej też klasa polityczną), a szokujące dla zwykłych ludzi, którzy z tym środowiskiem jeszcze nie mieli do czynienia. Inna sprawa, że Kościół, tą polską władzę dusz, potraktowano zdecydowanie bardziej ulgowo, niż władzę świecką. Pięknie oddane są również różne mechanizmy i postawy obecne w dzisiejszej wsi polskiej. Nie wiem, jak będzie dalej, ale ostatnie odcinki były rewelacyjne. Szkoda tylko, że nadawane są w godzinach, gdy młodzież siedzi przed telewizorami, bo jednak ta pijacka ławeczka stanowi kuszącą alternatywę wobec pozostałych nisz społecznych, które czekają na młodych. Zwłaszcza kusi swego rodzaju uczciwością moralną, która przeciwstawiona jest Kościołowi, który za pieniądze na remont świątyni jest gotów przymknąć oczy na ewidentne niegodziwości. O polityce i politykach już nawet nie wspominam. Oczywiście dla równowagi mamy też postacie z gruntu uczciwe, które nie dają się wchłonąć złu i którym własna moralność służy za ostateczny osąd. Niestety nie jest ich za wiele.
Większość krytyków wychwala serial za humor. Szczerze mówiąc, ja widzę mnóstwo ironii, lecz powodów do szczęśliwego, beztroskiego śmiechu nie zauważam. Czasami mamy chyba wręcz do czynienia z sarkazmem, a nie ironią. Chyba, że dla kogoś śmieszne jest zło pleniące się niczym Barszcz Sosnkowskiego, zanik zwykłej ludzkiej przyzwoitości, państwo z każdym rokiem ulegające dalszej degrengoladzie, czy Kościół bardziej nastawiony na mamonę, niż niejedna świecka organizacja pożytku publicznego. Tym, którzy w trakcie seansu Rancza beztrosko się śmieją, dedykuję wiecznie żywe słowa Nikołaja Gogola: „Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!”
Ciekaw jestem, w jakim kierunku się to wszystko rozwinie i polecam ten serial jako wyjątkowy na tle innych tasiemców, które serwuje telewizja. Co dalej, jak wspomniałem, nie wiem,, lecz przynajmniej ostatnie odcinki były warte obejrzenia
Wasz Andrew
czwartek, 13 września 2012
Niech to się nigdy nie kończy
Åke Edwardson
Niech to się nigdy nie kończy
(oryg.: Låt det aldrig ta slut)
tłumaczenie: Małgorzata Kłos
seria/cykl wydawniczy: Erik Winter tom 4, Czarna Seria
wydawnictwo: Czarna Owca 2012
Niech to się nigdy nie kończy jest czwartą odsłoną cyklu powieściowego pióra Ake Edwardsona, którego głównym bohaterem jest komisarz Erik Winter ze szwedzkiej policji, ale dla mnie miała to być pierwsza konfrontacja z twórczością tego autora. Jako wielbiciel szwedzkiej szkoły kryminału społecznego przystąpiłem do lektury z ciekawością, a nawet zapałem.
Znacie to uczucie, gdy podczas uroczej jazdy po nowo oddanej do użytku drodze koło waszego auta wpada w dziurę, która zatrzymuje was w miejscu? Coś takiego zafundował mi Ake Edwardson i sprawił, iż zamiast pochłaniać w swej wyobraźni świat wykreowany w powieści, doznałem głębszej refleksji.
Wielokrotnie już wcześniej chodziło mi po głowie pytanie, które jednak właśnie ta lektura szczególnie mocno wyartykułowała w mym umyśle: Dlaczego ludzie obdarzeni świetnym piórem, niezłą wyobraźnią i na pewno sporą wiedzą, nie mogą się powstrzymać od wtrącania w dobry w gruncie rzeczy tekst ewidentnych bzdur? Co za diabeł cholerny ich do tego kusi, skoro właśnie te momenty, które są błędami godnymi kretyna, mogliby pominąć i niczego by to w konstrukcji fabuły nie zmieniło?
W omawianej powieści zauważyłem dwie ewidentne wpadki. Pierwsza to ryska na obiektywie, która była widoczna na zdjęciach (odbitkach). Kto chce zobaczyć, jak trzeba „zarysować” obiektyw, by było to widoczne na zwykłych odbitkach, niech zajrzy >TUTAJ<. Po co Edwardson wsadził się na taką minę? Druga to moment, gdy detektyw wchodzi przez okno. Najpierw je z zewnątrz otwiera, a potem dopiero coś pod nie podstawia i zagląda do środka, by się upewnić, że w pomieszczeniu nie ma nikogo, kto mógłby go zobaczyć. Kretyństwo! Nawet najmniej rozgarnięty stójkowy najpierw się upewni, iż nikogo w środku nie ma, a dopiero potem będzie forsował okno. Lapsusy ewidentnie niepotrzebne i nie mogę zrozumieć, jak mogły się przydarzyć komuś, kto napisał naprawdę niezłą powieść kryminalną. Niestety, Niech to się nigdy nie kończy nie jest przykładem szwedzkiego kanonu. Raczej bliżej tej powieści do produkcji zza wielkiej wody. Brak rzeczywistego zwrócenia uwagi na konkretne problemy społeczne, fabuła jakaś taka sztucznie zagmatwana i dla mnie osobiście niezbyt przekonująca, podobnie jak motywy i konstytucja psychologiczna czarnych charakterów.
Z jakim przestępstwem tym razem zmierzył się Erik Winter i jak mu się powiodło, nie będę zdradzał. To powieść ewidentnie jednorazowa, więc im mniej się wie przed jej przeczytaniem, tym większa szansa, iż się nam choć trochę spodoba. Styl jest bowiem niezły. Udało się autorowi zwłaszcza oddanie konieczności zespołowej pracy policjantów zwalczających cięższe gatunkowo formy przestępczości i wpływ tego fachu na życie prywatne. To chyba najbardziej szwedzki rys tej książki, reszta nie różni się od kolejnej odsłony Kojaka czy Policjantów z Miami. Jeśli ktoś lubi kryminały, może sięgnąć po tą powieść. Da mu pewnie ona mniejszą lub większą dozę dobrej rozrywki, ale nie lepszą niż na czwórkę w starej skali ocen. Pozostałym odradzam i polecam wybrać inną lekturę. Jest przecież w czym wybierać
wtorek, 11 września 2012
Mechaniczne pszczoły
Pszczoła pijąca wodę - foto: Bartosz Kosiorek (Gang65)
W wielu krajach rosnąca śmiertelność pszczół miodnych jest coraz większym problem, nie tylko dla pszczelarzy. Nasze środki masowego przekazu od kilku dni dmą w radosne i dumne trąby narodowej wyższości informując, iż nasi naukowcy prowadzą pionierskie prace mające na celu skonstruowanie „sztucznej pszczoły” i Polacy są na tym polu prawdopodobnie najbardziej zaawansowani.
Kiedy słucham tych wypowiedzi, mam wrażenie, iż choć drogą radosnego kapitalizmu podążamy od niedawna, to jesteśmy w tym infantylnym widzeniu świata, a zwłaszcza postępu, charakterystycznym dla neofitow boga biznesu, najbardziej gorliwi na świecie, a na to się jeszcze nakłada nasza skłonność do hurra-akcji zastępujących nam konsekwencję i rzetelną pracę. Z jednej strony jako społeczeństwo niby popieramy ekologię, gdyż tak wypada, ale z drugiej z największą gorliwością angażujemy się we wszystko, co jest jej zaprzeczeniem.
Jak uczy dorobek jednego z największych umysłów naszego narodu* warunkiem nieśmiertelności organizmu jest stagnacja, a rozwój jest gwarantem śmierci. W pewnym sensie, jeśli rozwój zamienić na postęp, a śmierć rozszerzyć nie tylko na nią samą, na śmierć całkowitą, ale i na kryzys, dotyczy to nie tylko pojedynczych osobników, ale całych populacji oraz procesów zachodzących zarówno w nich, jak i w innych zbiorach. Z tych najprostszych spraw, które intuicyjnie znane były choćby niektórym tradycyjnym kulturom Ameryki, my zdajemy się nie rozumieć niczego.
Gdybyśmy naprawdę byli ludźmi na miarę naszych czasów, mądrzejszymi od zachłystujących się wizją postępu współczesnych Juliuszowi Verne, zauważylibyśmy, że coś te pszczoły zabija. Albert Einstein miał powiedzieć podobno, iż rodzajowi ludzkiemu zostaną cztery lata istnienia od momentu, gdy umrze ostatnia pszczoła. Dziwi mnie, co zresztą świadczy o poziomie umysłowym naszych dziennikarzy, że nikt z nich nie zauważył, iż geniusz fizyki najpewniej nie miał na myśli śmierci ludzkości z braku miodu, ani nawet masowego głodu z powodu wymierania roślin będącego następstwem braku zapylaczy. Są rośliny, które zapylaczy nie potrzebują, że nie wspomnę o morzach i oceanach, gdzie jest tyle pożywienia, iż dla pewnej liczby ludzi na pewno wystarczy. Po prostu to coś, co zabija pszczoły, zabije w końcu, niekoniecznie bezpośrednio, również i nas. A my, zamiast skierować wysiłki na zbadanie tego zagrożenia i opracowanie sposobów jego wyeliminowania, konstruujemy sztuczne zapylacze. Prawdziwie ekologiczne widzenie świata!
Każda grupa społeczna, każdy naród i państwo, tak jak każda rodzina, ma pewną ilość środków do dyspozycji. Jeśli wykorzysta je na jedno, zabraknie na drugie. Środki, które spożytkujemy na konstruowanie ersatzu zapylaczy, nie zostaną wykorzystane na zbadanie podstaw problemu wymierania pszczół i opracowanie ratunku. I nie mam na myśli tylko pieniędzy i mózgów naukowców. Chodzi również o miejsce w świadomości społecznej, o mentalność całego społeczeństwa, a zwłaszcza młodego pokolenia, któremu znów wmawia się, że wszystko można zastąpić czymś, co da się skonstruować i wyprodukować, a potem sprzedać i kupić.
Wszystkim fascynatom mechanicznych pszczół i innych nowych technologii proponuję już dziś nauczyć się jeść plastik. Na tej drodze nic innego nas nie czeka.
Wasz Andrew
* Marian Mazur, którego książkę CYBERNETYKA I CHARAKTER w szczególności polecam
piątek, 7 września 2012
"Antylopa szuka myśliwego" Wojciech Albiński - Afrykańskie Safari w miejskiej dżungli
Antylopa szuka myśliwego
Wojciech Albiński
Wydawnictwo: Twój Styl
Liczba stron:164
Wojciech Albiński, autor krótkiego zbioru opowiadań Antylopa szuka myśliwego, to z pewnością postać nietuzinkowa. Rocznik 1935, student wydziału geodezji Politechniki Warszawskiej, w latach swojej młodości współredaktor pisma Współczesność, gdzie publikował pojedyncze wiersze i felietony. W roku 1963 opuścił granice Rzeczpospolitej Ludowej. Los skojarzył go najpierw z Paryżem, była jeszcze Genewa, z której to ruszył na podbój Afryki. Albiński pracował jako geodeta, mieszkał w Botswanie, następnie w Republice Południowej Afryki. Jako pisarz zadebiutował w wieku 68 lat, w roku 2004 zbiorem opowiadań Kalahari, który znalazł uznanie w oczach krytyków, o czym świadczą Nagroda Literacka im. Mackiewicza oraz nominacja do Nagrody Nike.
Akcja wszystkich sześciu opowieści ze zbioru Antylopa szuka myśliwego,
podobnie jak poprzednie utwory, rozgrywa się na Czarnym Lądzie.
Historie napisane piórem Albińskiego zahaczają o różnorakie tematy,
znamienne jest jednak, że Afryka, zaprezentowana w tym zbiorze, to
kontynent, na którym w pełni zagościła już zdegenerowana, by nie rzec
ostrzej – dzika, cywilizacja zachodnia. Cała etniczność przedstawiona w
opowiadaniach sprowadza się jedynie do filmów historycznych, czy souvenirów, które sprzedają lokalni mieszkańcy.
Śmierć plantatora to
intrygująca historia aktora, który pracuje dla raczkującej wytwórni
filmowej w nowym zagłębiu kina, Luluwood. Mimo sławy oraz popularności,
artysta, który najczęściej wciela się w rolę okrutnych białych, drży o
swoje życie – obawia się linczu prostej społeczności, która pewnego razu
może nie rozróżnić fikcji od rzeczywistości.
Kto z państwa popełnił ludobójstwo?
to chyba największa perełka całego zbioru. To znakomite studium
ukazujące rażącą nieskuteczność wszelakich organizacji działających w
Afryce. Rzecz dzieje się w Lobo, w okresie krwawych walk plemiennych
pomiędzy klanami Xabu i Wabu. Szybko przekonujemy się, że wraz ze
zwycięstwem w demokratycznych wyborach jednego plemienia, równocześnie
rozpoczyna się eksterminacja drugiego. Albiński opisał tutaj metodę
działania komisji, mającej zająć się zapobieganiem aktom zemsty,
świetnie ukazując bezradność europejskich oraz światowych specjalistów,
który za nic nie mogą zrozumieć jak głęboki dół niechęci oraz wrogości
został wykopany pomiędzy oboma plemionami. Przy okazji autor pokazuje
krzywdę, która spotkała cały ogrom plemion afrykańskich w momencie, gdy
od linijki wyznaczano granice kolejnych niepodległych państw, tak, że
często na obszarze jednego kraju znalazły się ludy, od dawna darzące się
szczerą nienawiścią. Niejako mimochodem Albliński zwrócił również uwagę
na katalityczny wpływ cywilizacji Zachodu na skuteczność mordowania
drugiego człowieka.
Ojciec Izydor to interesująca
historia trójki czarnoskórych mieszkańców RPA skazanych za propagowanie
komunizmu. Sąd, nie będąc w stanie rozstrzygnąć, czy rzeczywiście
oskarżeni dopuścili się zarzucanych im czynów, prosi o pomoc eksperta w
dziedzinie ideologii, teologii oraz logiki, ojca Izydora. Duchowny znany
jest ze swojego antykomunistycznego usposobienia, zatem prośba o
wystąpienie w roli eksperta okazuje się próbą zmontowania pokazowego
procesu, w którym siewcy leninowskich idei zostaliby przykładnie
ukarani. Los jednak pokaże, że często lubi bywać przewrotny.
Antylopa szuka myśliwego
opowiada o losach młodego architekta, karierowicza, który w trosce o
stabilne oraz dostatnie życie daje się w końcu skusić na finansowe
machlojki. To równocześnie obraz dzikiego kapitalizmu, który zaczyna
wdzierać się na Czarny Ląd jak i pustki duchowej nowobogackich
dorobkiewiczów, dla których pieniądze oraz luksusy stają się celem samym
w sobie.
Nowa, nieoczekiwana kariera to
krótka historia doświadczonego i cenionego inżyniera, który na skutek
upadku apartheidu, zniesienia embarga, otwarcia się RPA na prądy płynące
spoza granic kraju, traci pracę – firma, w której dotychczas był
zatrudniony zmuszona została w końcu do zamknięcia działalności, jako,
że nie radziła sobie z zagraniczną konkurencją. Biały technokrata nie
może pogodzić się ze swoją deklasacją, trudna do zaakceptowania staje
się również sytuacja, w której to czarnoskórzy mieszkańcy RPA zaczynają
zajmować wyższe, kierownicze stanowiska. Ukojenie przyjdzie z najmniej
oczekiwanego kierunku.
Zamykające cały zbiór opowiadanie, Moro i mistrz
to rodzaj przypowieści. Tytułowy doktor Moro to początkujący adept
czarnoksięstwa. Bazując na doświadczeniach swojego mistrza, po
wnikliwych i uważnych obserwacjach, Moro decyduje się przeprowadzić
własny seans spirytualistyczny, który kończy się jednak sprawą w sądzie i
oskarżeniem o oszustwo. W opresji młodemu człowiekowi, z pomocą oraz
życiową radą przychodzi Mistrz.
Proza Albińskiego zaprezentowana w
recenzowanym zbiorze opowiadań porusza zagadnienia z szerokiego zakresu
tematycznego. Zahacza o ludobójstwa, które regularnie dokonywane są w
Afryce (Kto z państwa popełnił ludobójstwo?), przedstawia
proces narodzin cywilizacji w wydaniu zachodnim, której cechami
szczególnymi są konsumpcjonizm, nie liczenie się z dobrem drugiego
człowieka, umiłowanie do zbytku oraz zerwanie z korzeniami kulturowymi (Śmierć plantatora, Antylopa szuka myśliwego).
Opisuje także powolny, acz sukcesywny proces zamierania tej prawdziwej
Afryki, którego symbolem stają się rdzenni Afrykańczycy, zamknięci w
wieżowcach, zatrudnieni do wyrobu na masową skalę podróbek sztuki
afrykańskiej (plemiennych masek, figurek, biżuterii, etc.).
Warto zaznaczyć, że wszystkie historie
są bardzo krótkie, sprawiają wręcz wrażenie zalążków, z których mogłyby
narodzić się naprawdę dobre powieści. Język, którym operuje autor jest
suchy, rzeczowy i do bólu oszczędny, przez co niemal w każdym
opowiadaniu towarzyszy nam uczucie niedopowiedzenia, nienasycenia. Ze
zdziwieniem przyjmujemy fakt, że kolejna kartka książki to już nowe
opowiadanie. Narrator, który obdarowuje nas skromną, aczkolwiek bardzo
precyzyjną relacją, jest tylko świadkiem wydarzeń, które relacjonuje.
Wstrzymuje się od jakichkolwiek ocen, nie wydaje osądów. Wydaje się
jednak, że Albiński, poprzez zaprezentowanie takich, a nie innych
problemów, z którymi boryka się Afryka, pragnie zwrócić na nie uwagę
czytelnika – przy czym często, problemy te przyjmują rangę
uniwersalnych, dotyczących także mieszkańców pozostałych części globu.
Antylopa szuka myśliwego to
moje pierwsze spotkanie z piórem Albińskiego. Bardzo spodobało mi się
spojrzenie polskiego pisarza na Afrykę, z odrobiną dystansu, z
perspektywy człowieka z zewnątrz, który dzięki temu posiada szersze
spojrzenie na całość zachodzących procesów. Z czystym sumieniem mogę
polecić tę pozycją wszystkich fanom krótkiej formy literackiej.
P.S.
Zbiór do nabycia za 2,00 zł w księgarniach Matras!
czwartek, 6 września 2012
Wyznanie
Wyznanie
Roman Gren
wydawnictwo: Czarne 2012
Wielu recenzentów pisze, że Wyznanie to wspomnienia jedenastoletniego polskiego chłopca, który się dowiaduje, iż jest Żydem. Jak wielki jest to dramat możemy zrozumieć tylko, jeśli pamiętamy o jednej z różnic pomiędzy judaizmem a innymi wierzeniami, o której jednak wszyscy zdają się zapominać. Kto jest Żydem, może co najwyżej mieć obywatelstwo polskie. Nie może być narodowości polskiej, bowiem narodowość żydowska jest nierozerwalnie związana z wyznaniem, odwrotnie niż chrześcijaństwo, islam czy inne wielkie religie, które są niezależne od narodowości. Można być Irakijczykiem i zarazem chrześcijaninem, albo Izraelczykiem wyznającym islam. Nie można być jednak Polakiem, w rozumieniu tożsamości narodowej, a nie administracyjnej decyzji nadającej obywatelstwo, będąc wyznania mojżeszowego, gdyż wchodząc w nie, automatycznie uzyskujemy status narodowości żydowskiej*. Dlatego stres jedenastolatka, który uważał się za Polaka, a dowiaduje się, iż jest Żydem, musi być dużo większy, niż gdyby się dowiedział, że jest wyznawcą Proroka, uczniem Buddy czy spadkobiercą wizji Lenina. Zwłaszcza, jeśli jak nasz główny bohater, znajduje się w zdecydowanie antysemickim otoczeniu.
Dramat ten nie jest jednak opowiedziany w sposób przekonujący. Przynajmniej dla mnie. Forma nie jest ani powieścią, ani nowelą, choć tej ostatniej odpowiada objętościowo. To fragment wiru myśli chłopca uderzonego wspomnianą wiadomością, którego umysł kolapsuje i wybucha. Niestety wszystko ubrane jest w słownictwo osoby dorosłej, do tego gruntownie wykształconej, a opowiadane z pozycji chłopca, jeśli jedenastoletniego, to wyjątkowo ciemnego, który nie wie niczego pewnego ani o chrześcijaństwie, ani o komunizmie (socjalizmie), który wówczas panuje, ani w końcu o jak się okazuje dlań najważniejszym – judaizmie. Nie wie nawet kogo przedstawia figura Matki Boskiej. Gdyby to wszystko działo się w głowie przedszkolaka – może byłoby łatwiejsze do przełknięcia. W takiej formie, jaka jest, dla mnie jest niestrawne.
Wyznanie nie jest nowelą ani tym bardziej powieścią. To sztucznie bezładna gonitwa myśli biednego dziecka. Sztuczna, gdyż napisana wygładzonym, poetyckim wręcz, choć do prozy należącym, językiem dorosłego. Językiem, który ma wiele uroku i mógłby zachwycić, gdyby go użyto do czego innego. Sztuczna, gdyż pozbawiona początku i końca. To jakby fragment całości. Wiem, że to zamierzone, ale w moim odczuciu nie wyszło.
Wielkie wrażenie w umyśle naszego głównego bohatera wywarło skojarzenie, iż jest Żydem, a Żydzi zabili Jezusa Chrystusa. Tłucze się w jego głowie jak echo zajmując znaczną część objętości Wyznania, i brak mi oczywistego stwierdzenia, iż Jezus też był Żydem, a to znacząco zmienia wartość emocjonalną wspomnianego już leitmotivu. Kłóci się również ten wątek i waga, jaką przykłada nasz bohater do sprawców śmierci Jezusa z tym, iż nie wie nawet, kto to jest Matka Boska i nie potrafi rozpoznać Jezusa na obrazie.
Reasumując – lektura Wyznania jest interesującym doznaniem, ale nie na tyle, by warto było specjalnie po nie udawać się do biblioteki, gdzie jest wiele innych, wartościowszych książek czekających z utęsknieniem, aż ktoś po nie sięgnie. A szkoda, bo z takim piórem, jakim dysponuje Roman Gren, można osiągnąć wiele
Wasz Andrew
środa, 5 września 2012
Tajemnicza wyspa
Juliusz Verne
Tajemnicza wyspa
oryg. L'île mystérieuse
na podstawie wydania Gebethnera i Wolfa z 1929 roku
opracowała Adriana Pyszkowska-Włoch
autorka opracowania Lucyna Szary
korekta Agnieszka Woźny i Maria Zagnińska
Pamiętając wspaniałe wrażenia, jakie miałem w dzieciństwie z obcowania z tą książką, postanowiłem przeczytać ją ponownie. Pomysł ten okazał się jedną wielką katastrofą. Jak do tego doszło?
Wszystko zaczęło się od tego, iż nie znalazłem starego wydania i musiałem zapoznać się z „nowoczesnym” produktem przemysłu księgarskiego epoki komputerów, czyli inaczej mówiąc wytworem epoki badziewia. Wydanie, o którym mowa, popełnione zostało w 2011 roku przez Wydawnictwo GREG®. Już widok okładki wzbudził moje podejrzenia, a konkretnie widniejące na niej hasła „Lektura z opracowaniem” i „Specjalna czcionka ułatwiająca szybkie czytanie”. Przetłumaczyć to chyba należy jako „Jeśli nie lubisz książek, nie musisz tego czytać; kup i wykorzystaj dołączone opracowanie”. Drugie hasło tym bardziej mnie zdziwiło, gdyż powieścią należy się delektować, a nie mielić z nastawieniem na szybkość. To nie partia wiedzy, którą należy przyswoić, ale coś, co się powinno przeżywać. Swoją drogą, ciekaw jestem, kiedy ktoś wymyśli urządzenia do szybkiego słuchania, by można było szybciej wysłuchać większej ilości muzyki i uchodzić za oblatanego w tej dziedzinie. To tylko jednak taka dygresja, więc wróćmy do tematu.
Na stronie tytułowej czekały na mnie następne stresy. Brak informacji o tym, kto konkretnie dokonał tłumaczenia. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. W dodatku dziw nad dziwy: autorka opracowania i druga osoba, która opracowała. Co opracowała ta, która opracowała, a nie jest autorką opracowania? Na szczęście zauważyłem, iż aż dwie osoby odważyły się swoim nazwiskiem firmować korektę, więc pocieszyłem się, że przynajmniej wydanie będzie wolne od błędów wszelkiego rodzaju, które są plagą trapiącą nowe, komputerowo składane wydania. Jakże się omyliłem! Ale po kolei.
Nie będę komentował wartości artystycznej ilustracji, powiem tylko, że ja bym nie wziął takich grafik nawet za darmo. Dużo gorsze jest to, iż są one tak beznadziejne merytorycznie, że przeszkadzają w czytaniu. Już na szóstej stronie znajdujemy przykładowo ilustrację zajmującą całą kartkę, na której widzimy trzech mężczyzn siedzących przy ognisku z patelnią w ręku. Taka scenka mogłaby mieć miejsce, choć nigdy nie miała, dopiero pod koniec powieści, gdyż wcześniej bohaterowie nie dysponowali czymś takim jak patelnia. Jest to rzecz karygodna, gdy ilustracje w tak drastyczny sposób kłócą się z tym, co czytelnik właśnie stara się stworzyć w swej wyobraźni. Zwłaszcza zaś czytelnik niewyrobiony, dopiero zaczynający swą przygodę z książką, gdyż Tajemnicza wyspa jest lekturą do klasy szóstej.
Nie wiem czemu, skoro aż dwie osoby zatrudniono do korekty, książka jest pełna błędów, które najbardziej agresywnie atakują czytelnika na szczęście tylko na początku lektury. Zdarzają się nawet całe wyrazy, które chochlik drukarski wtrącił bez sensu we właściwą treść. Na pewno nie ułatwia to nie tylko szybkiego, ale jakiegokolwiek czytania, podobnie jak notatki dla przygłupów znajdujące się w polu zasadniczego tekstu, zamiast na marginesie. Piszę dla przygłupów, gdyż mądry po prostu czyta książkę, która zresztą jest podzielona na rozdziały, z których każdy jest zapoczątkowany wyszczególnieniem tego, co się w nim znajduje – taka maniera autora, która jednak czyni owe notki kompletnie zbędnymi. Jeśli z kolei inteligentny czytelnik ma lenia, sięga od razu do znajdującego się na końcu książki bryka, reklamowanego na okładce, więc te notatki tym bardziej są mu zbędne.
Jakby mało tego wszystkiego, słownictwo jest karygodne. Gdyby takiego użył w swym wypracowaniu nawet uczeń podstawówki, z pewnością bym go zbeształ. Dość podać jeden przykład: „pudło” zamiast „kadłub” jednostki pływającej. I to w powieści, której jednym z głównych bohaterów jest marynarz, a drugim inzynier! Zgroza!
Dość tego znęcania się nad wydaniem. Zajmijmy się samą powieścią.
Tajemnicza wyspa jest opowieścią o dziejach pięciu mężczyzn, którzy w czasie wojny secesyjnej przy pomocy balonu usiłują wydostać się z niewoli. Fabuły nie będę zdradzał, by nie psuć przyjemności z obcowania z tą pobudzającą wyobraźnię książką, o ile jest ona dać przyjemność myślącemu i uważnemu czytelnikowi.
Konia z rzędem temu, kto powie, dlaczego jest to lektura szkolna. Moim zdaniem Verne dał ewidentną plamę, gdyż uważny czytelnik wielokrotnie wyłapie dowody na to, iż się do pracy po prostu nie przygotował merytorycznie. Nie wiem, czy taki knot przeszedłby, gdyby dziś ktoś go spłodził, zwłaszcza ktoś inny niż Francuz. Jedną z głównych, jeśli nie jedyną, wartością powieści jest, infantylna niczym reklama, pochwała pracy, wiedzy, rozumu i wiary. Tym bardziej więc wołają o pomstę właśnie owe wpadki, gdy autor brakiem wiedzy się wykazuje. Wymieniać wszystkich nie ma sensu, ale nie mogę się powstrzymać od najbardziej fascynującego. Cyrus Smith, będący najważniejszą postacią spośród głównych bohaterów powieści, dokonuje bez żadnych przyrządów, wykorzystując duży kamień jako tablicę a mniejszy jako pisak, podziału koła na 360 równych części (stopni kątowych). Konia z rzędem temu, kto potrafi znaleźć nawet wśród matematyków takiego, który bez przygotowania i sięgania do źródeł potrafi z marszu takiej sztuki dokonać. Na kolejne potęgi liczby 2, koło dzieli się łatwo. Sęk w tym, że 360 do nich nie należy. 256 to ostatnia zbliżona do pożądanej wartość, a następna to już 65536. Przy ich pomocy nie można podzielić koła w sposób przydatny do wyznaczenia położenia geograficznego.
Pomijając wiedzę naukową z różnych dziedzin, znajdziemy w Tajemniczej wyspie wiele momentów, które urągają zdrowemu, chłopskiemu rozsądkowi, jak choćby pies wchodzący regularnie po drabinie sznurowej na wysokość ponad dwudziestu metrów, spuszczanie mostów zwodzonych, by nie można z nich korzystać* czy zabijanie gwoździami klapy włazu okrętu podwodnego, by nie przeciekał. Masakra umysłowa!
Dziwna jest sprzeczność konstrukcji umysłowych głównych postaci, szczególnie widoczna zwłaszcza u wspomnianego już inżyniera, który z jednej strony jest symbolem racjonalizmu, a z drugiej zachowuje się momentami całkiem irracjonalnie. Czy racjonalnie myślący człowiek, do którego strzela płatny morderca, który jednakowoż rozmyśliwszy się w ostatnim momencie, „tylko” go ciężko rani, będzie wdzięczny swemu niedoszłemu zabójcy za uratowanie życia? Taka postawa jest pewną formą patologii i ma nawet nazwę syndromu jakiegoś tam. Tymczasem Smith zamiast złorzeczyć Bogu, za to że go mało nie pozbawił życia i rzucił na bezludną wyspę, dziękuje mu za wybawienie. A przecież mógł mu On po prostu pozwolić na udaną ucieczkę balonem. Nawet nie musiał pomagać, wystarczyłoby, żeby nie przeszkadzał. U mnicha z pustelni takie jak u Cyrusa zachowania byłyby zrozumiałe i zgodne z konstrukcją jego psyche, ale nie koresponduje to z postacią będącą ikoną rewolucji naukowo-technicznej i racjonalnego myślenia.
Lektura szkolna powinna dawać wiedzę, pokazywać godny pochwały sposób patrzenia na świat, uczyć myślenia lub prezentować preferowane wartości. Jakie jednak widzenie świata prezentuje lektura, której akcja rozgrywa się na niewielkiej wyspie, na której współistnieje tak wiele gatunków, iż jest to sprzeczne z elementarną wiedzą ekologiczną? Jeśli już przy ekologii jesteśmy, to jakie wartości prezentuje książka, której bohaterowie w pięciu, zamiast przystosować się do wyspy, całą musza przystosować do siebie, a przez jej ucywilizowanie rozumieją między innymi wytępienie wszystkich drapieżników? Sama plastyka opisów przyrody to za mało, by uznać lekturę za wartościową.
Reasumując, uważam tą powieść za nieodpowiednią dla niewyrobionego czytelnika, który nie ma jeszcze umiejętności krytycznego podejścia do informacji, a o innego w szóstej klasie podstawówki raczej trudno. Czemu więc, o czym już nadmieniłem, sam wspominałem dawną lekturę Tajemniczej wyspy jako wspaniałe przeżycie? Ano właśnie dlatego, że nie umiałem jeszcze samodzielnie myśleć. Na szczęście spotkałem później nauczycieli, którzy mnie tego nauczyli. Szkoda, że dzisiaj najlepszy uczeń to nie taki, który myśli samodzielnie, a ten, który daje odpowiedzi wymagane przez nauczycieli. A jacy nauczyciele, takie lektury i wymagane odpowiedzi. Inna sprawa, że myślenie niejednokrotnie boli, o czym po raz któryś przekonałem się przy powtórnej lekturze Tajemniczej wyspy. Jeśli jej jeszcze nie przeczytaliście, możecie ją sobie podarować. Nie jest warta czasu, który trzeba na nią poświęcić. Jest mnóstwo innych, naprawdę dobrych książek, które na Was czekają
Wasz Andrew
poniedziałek, 3 września 2012
Coś więcej niż książka
Książka dla Manuela
Julio Cortázar
Tytuł oryginału: Libro de Manuel
Tłumaczenie: Zofia Chądzyńska
Wydawnictwo: MUZA S. A.
Liczba stron: 448
Na okładkach książek Julio Cortázara,
których kolejna już edycja ukazała się nakładem wydawnictwa Muza S.A.,
możemy przeczytać, że argentyński pisarz to Wielki Kronopio,
patrzący na świat zdziwionymi oczami dziecka, erudyta, meloman, wybitny
intelektualista i Obywatel, a zarazem jeden z twórców realizmu
magicznego. Śmiało rzec można, że żaden z tych pochwalnych peanów
nie jest przesadzony, a jeśli jesteśmy z tych, co to nie wierzą ludziom
na słowo, to nic prostszego jak przekonać się o wielkości Cortázar
osobiście, np. przez lekturę powieści Książka dla Manuela, o której to słów kilka chciałbym napisać.
Już sam tytuł rodzi pytanie, które w
sposób nieskrępowany wypływa z odmętów naszych myśli: kim mianowicie
jest/był ów Manuel i cóż takiego wielkiego uczynił, że zasłużył sobie na
całą książkę i to w dodatku takiego giganta literatury, jakim
niewątpliwie jest Cortázar?
Zanim rozwikłam tę nurtującą kwestię,
pozwolę sobie wcześniej wspomnieć czasach, o które zahaczymy w trakcie
wędrówki po tej ciekawej lekturze. Akcja powieści rozgrywa się w głównej
mierze w latach 70’ XX wieku, a więc w okresie niepokojów, które
targały wówczas kontynentem południowoamerykańskim: wzmożona aktywność
organizacji lewicowych, liczne manifestacje robotnicze oraz studenckie,
nierzadko tłumione siłą, operacja Kondor (prowadzona przez
państwa Ameryki Łacińskiej, przy wymiernym wsparciu USA, której celem
była eliminacja jednostek buntujących się przeciw rządzącej klasie
politycznej, jej bilans to 50 tysięcy ofiar śmiertelnych, 30 tysięcy
osób zaginionych oraz 400 tysięcy ludzi, którzy wtrąceni zostali do
więzienia, gdzie często byli bici oraz torturowani), etc. Sama fabuła
snuta jest w roku 1970, chociaż gęsto poprzecinana jest retrospekcjami, w
Paryżu, gdzie mieszkają główni bohaterów, którzy w zdecydowanej
większości pochodzą z krajów Ameryki Południowej. Co ciekawe, wśród tej
mozaiki osobowości, natrafimy na polski akcent – aktorkę paryskich
teatrów, pochodzącą z Krakowa Ludmiłę, zwaną pieszczotliwie Ludlud lub
Poleczką. Za sprawą pióra Cortázara śledzimy losy grupy przyjaciół,
emigrantów, którzy bezustannie negują zastały porządek rzeczy: światowy
system rządów, niesprawiedliwość społeczną, pustą propagandę,
prześladowania, które dotykają opozycję w ich ojczystych krajach. W
trakcie nieustannych dyskusji, wymian poglądów, spostrzeżeń, gęsto
podlewanych mate oraz grappą, przyjdzie nam w końcu poznać Susanę oraz
Patricio, rodziców Manuela, dla którego pisana, czy raczej tworzona jest
książka. Okazuje się być ona zbiorem wszelakiej maści artykułów,
tekstów, reklam, danych statystycznych, wycinanych z gazet i wklejanych
do zeszytu. Głównym architektem książki jest Susana, ale
dzielnie sekundują jej w tym przyjaciele, dzięki czemu prezent, który w
przyszłości otrzyma Manuel charakteryzuje się nieprzeciętną
oryginalnością, niepowtarzalnością oraz różnorodnością. Wszystkie
wklejki są jednocześnie wycinkami małej części duszy, czy też życia
codziennego osoby, który wybrała fragment w danej chwili dla niej
najistotniejszy, najważniejszy, najbardziej godny uwagi.
Warto wspomnieć, że opisywani
bohaterowie nie prowadzą jedynie pustej retoryki. Swoje poglądy, czy
raczej niezadowolenie, starają się manifestować. Stąd organizacja, do
której należą – Draka, której celem jest ogólnoświatowa
rewolucja. Początkowe akcje przeprowadzane przez buntowników są dość
niewinne, by nie rzec naiwne – sprowadzają się do łamania ogólnie
przyjętych wzorców zachowań, kontestacji powszechnych norm oraz
zwyczajów, jak krzyk w kinie podczas seansu, czy jedzenie w
dystyngowanej restauracji na stojąco. Z czasem jednak kaliber działań
znacząco rośnie, aż wreszcie dochodzi do draki z prawdziwego zdarzenia, o
której opowie już jednak niezrównany Julio Cortázar.
Na uwagę zasługuje również sposób prowadzenia narracji w Książce dla Manuela.
Uczciwie trzeba przyznać, że dla czytelnika z pewnością nie jest ona
łatwa i wbrew zapewnieniom wydawcy, ociera się jednak o magię oraz
oniryzm. Przede wszystkim narrator powieści jest zmienny i mam tu na
myśli zarówno formę (uraczymy zarówno pierwszo- jak i trzecioosobową
odmianę) oraz samą osobę narratora. Najprościej rzecz ujmując, można
stwierdzić, że raz po prostu wchodzimy w myśli kolejnych bohaterów,
niekiedy przysłuchujemy się dialogom z perspektywy bezstronnego widza, a
czasami jesteśmy świadkami monologu wypowiadanego przez daną postać.
Ową zmienność punktu czytania podkreślają też zabiegi pisarza w postaci
urwanej myśli, niedokończonej wypowiedzi, równoczesnej percepcji tego
samego wydarzenia z odmiennych punktów widzenia, czy płynności w
przeskoku z formy pierwszo- w trzecioosobową. Stąd poczucie oniryzmu, o
którym wspominałem – momentami czujemy, że umysł nasz tonie w oparach
alkoholu, obraz nakreślony przez Cortázara staje się coraz bardziej
niewyraźny oraz zamglony.
Osobną kwestią jest pytanie, kim jest ten, co to wiesz,
o którym regularnie wspominają bohaterowie książki. Z niewyraźnych oraz
niepełnych wzmianek można próbować utożsamiać go z samym Cortázarem. W
końcu ten, co to wiesz, jest świadkiem niemal każdego
wydarzenia, mimo, że rzadko kiedy bierze w nim czynny udział –
najczęściej jest słuchaczem, widzem, obserwatorem. Ponadto tworzy on fiszki
(krótkie notatki mające ukazać jak funkcjonuje Draka?, opisy wydarzeń, w
których biorą udział jego przyjaciele?, schematy fabularne tworzonej
powieści? próby sprecyzowania pewnych rzeczy, pozwalających z
różnych punktów widzenia spojrzeć na krótką, lecz burzliwą historię
Draki oraz ludzi pokroju Marcosa, Patricia lub Ludmiły?). Możemy mniemać, że ten, co to wiesz jest, czy też próbuje być, pisarzem.
Kolejną rzeczą, która rzuca się w oczy
jest swoisty dualizm świata przedstawionego. Z jednej strony
uczestniczymy w rewolucji, do której próbują doprowadzić bohaterowie,
obserwujemy ich kolejne posunięcia, przysłuchujemy się racją, które
wysnuwają w odpowiedzi na przeczytane w gazecie codziennej kolejne
doniesienia na temat wybryków lewicy. Z drugiej strony Cortázar otwiera
przed nami fascynujący oraz nieco perwersyjny świat życia prywatnego,
który w największej mierze dotyczy Andrésa Fava oraz jego trójkątnego
związku z Francine i Ludmiłą. Andrés buntuje się przeciw systemowi na
swój własny, egoistyczny sposób. Nie należy on do Draki, jest osobą
bardziej w typie tego, co to wiesz. Woli prowadzić niekończące
się dyskusje przy winie oraz papierosie z Ludmiłą, czytać ambitne
książki, czy słuchać muzyki pokroju tej proponowanej przez Karlheinza
Stockhausena oraz łamać obyczajowe morale poprzez współżycie z dwoma
kobietami na raz.
Równie interesującą postacią jest
Lonstein, Żyd argentyńskiego pochodzenia, który w Paryżu pracuje w
prosektorium, zajmując się przygotowaniem trupów do ich ostatniej
podróży. Uwagę zwraca charakterystyczny język, którym się posługuje,
pełen neologizmów, gier słownych, intelektualnych szarad oraz obsesyjne
wręcz spowiadanie się z onanizmu każdemu, kto tylko napatoczy się do dyskusyjnego kręgu. W końcu, w trakcie długiej nocnej debaty z tym, co to wiesz,
Lonsteinowi udaje się wyłuszczyć wszystkie racje, które nakazują mu
obnosić się ze swoją perwersją seksualną, chociaż wcale nie jest
zboczeńcem, a mówienie o masturbacji innym w ogóle nie sprawia mu
przyjemności. Lonstein to po prostu następny wojownik z formą – zwraca
on uwagę, że onanizm to w dalszym ciągu temat tabu, chociaż w
rzeczywistości dotyczy on niemal każdego mężczyzny, a nie tylko
podlotków, którzy nie zasmakowali jeszcze kobiecego łona. Poprzez
obnażanie kolejnego zakłamania, Lonstein stara się stworzyć w murze
drobny wyłom, który być może z czasem doprowadzi do runięcia całej
konstrukcji obyczajowego kłamstwa.
Na koniec, krótko reasumując, wspomnieć można, że Książka dla Manuela
jest niejako książką dla całego, młodego pokolenia, które stanie się
naturalnym spadkobiercą idei, o jakie walczyli ludzie pokroju Cortázara.
To swoisty traktat moralno-polityczny, w którym wyraźnie powiedziane
jest, że obowiązkiem każdego człowieka jest reagowanie na
niesprawiedliwość społeczną, to równocześnie świetne studium, ukazujące,
do czego prowadzi ludzka nienawiść, ślepy nacjonalizm, wspierany
przemocą oraz agresją. Język prezentowany przez argentyńskiego pisarza z
pewnością nie jest łatwy – autor często wodzi czytelnika za nos
prowadząc z nim gierki słowne pełne koślawej semantyki, bawi się
powieściowymi schematami, wplatając w fabułę wątki kryminalne, erotyczne
czy dygresyjne. O wyjątkowości powieści decydują z pewnością liczne
wstawki, które się w niej pojawiają. Wycinki z prasy codziennej,
towarzysząca głównym bohaterom, wśród której przeczytamy m.in. wywiady z
amerykańskimi żołnierzami opowiadającymi o torturach prowadzonych na
wietnamskich więźniach, doniesienia dotyczące ruchów lewicowych w
państwach Ameryki Łacińskiej oraz bieżących wydarzeń politycznych, czy
wstrząsające relacje osób przetrzymywanych oraz torturowanych przez
przedstawicieli organów państwowych w Ameryce Południowej. Książka może i
nie jest łatwa, ale z pewnością warto podjąć trud, by zapoznać się z
jej treścią.
P.S. W Matrasie omawiana pozycja do nabycia za jedyne 19,90 zł.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






