Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 17 lipca 2012

Aż gniew twój przeminie

czyli nazwisko zobowiązuje


Aż gniew twój przeminie
(oryg. Till dess din vrede upphör)
Asa Larsson
tłumaczenie: Beata Walczak-Larsson
Wydawnictwo Literackie 2012

Po powieść Aż gniew twój przeminie sięgnąłem bez wielkich nadziei, ale i bez złych przeczuć. Miałem nadzieję na coś solidnego spod znaku szwedzkiej szkoły kryminału społecznego, lecz z drugiej strony, ze względu na nazwisko autorki identyczne z nazwiskiem wirtuoza tego gatunku, Stiega Larssona, dopuszczałem możliwość przewrotnego zawodu.

Ze skutej lodem rzeki wyłowiono ciało osiemnastoletniej Wilmy Persson. Dziewczyna i jej chłopak zaginęli kilka miesięcy wcześniej. Wyszli z domu ze sprzętem do nurkowania i zniknęli bez śladu. Policjanci są przekonani, że utonęli w wyniku wypadku.
Tymczasem prokuratorce z pobliskiej Kiruny, Rebece Martinsson, śni się Wilma. Mówi jej, że została zamordowana. Gdy oględziny ciała dziewczyny potwierdzają taką możliwość, komisarz Anna Maria Mella w porozumieniu z prokuratorką rozpoczyna śledztwo.
W miarę postępu dochodzenia mieszkańcy wsi wpadają w popłoch. Komuś zależy, żeby policja odstąpiła od sprawy. W niewyjaśnionych okolicznościach umiera świadek, który może coś wiedzieć o zaginionych...
W tajemniczy sposób w śledztwie pomaga Wilma. Rebeka jest coraz bliżej mordercy i znowu musi się mieć na baczności...

Tyle notka wydawcy zamieszczona na okładce. Wyjątkowo w sam raz; ani za mało, ani za dużo. Dowiadujemy się tylko tego, czego dowie się czytelnik z pierwszych stron powieści. Inna sprawa, że już nieco dalej dowiemy się dużo więcej. Dowiemy się prawie wszystkiego. Prawie to słowo kluczowe.

Asa Larsson, podobnie jak już wspomniany jej najbardziej znany kolega po nazwisku i piórze, stworzyła swój własny styl, niepodobny do żadnego wcześniejszego. Od razu na początku ujawnia czytelnikowi tak wiele, a zataja tyle, co nic. Robi to jednak z niezrównanym wyczuciem i te brakujące okruchy informacji są wystarczające, by do samego końca trzymać czytelnika w niepewności. Mocnym atutem pisarki jest jej warsztat literacki – słownictwo, opisy oraz dialogi zmienne i idealnie dobrane do tempa akcji, środowiska i bohaterów. Rzecz czyta się z prawdziwą przyjemnością. Lektura powoduje ze strony czytelnika intensywne zaangażowanie, ale bez pośpiechu na amerykańską modłę, co pozwala naprawdę delektować się tą kryminalną perełką.

Nie jestem miłośnikiem horrorów. Tym bardziej nie lubię, gdy w kryminale, gatunku bardziej racjonalnego, pojawiają się nadprzyrodzone siły, duchy i inne nieracjonalne elementy. Asa Larson jest zaś autorką, która swym znakiem firmowym uczyniła duchy zmarłych potrafiące od czasu do czasu objawić się w naszym, naukowo zdefiniowanym świecie. Potrafi to jednak zrobić z takim wyczuciem, że nie odczułem żadnego dyskomfortu, co naprawdę jest klasą samą w sobie.

Pisarka nie byłaby prawdziwym szwedzkim twórcą kryminałów, gdyby zabrakło w jej powieści materiału do przemyśleń. Tym razem wiodące tematy to grzechy ojców, które niczym chmury burzowe ciążą nad następnymi pokoleniami. Patologia w rodzinie będąca, z czym się absolutnie zgadzam, przyczyną większości problemów z młodzieżą i przez to przyczyną większości przestępstw. Jest ta powieść jednym z najlepszych studiów pewnej formy wypaczonych więzów rodzinnych w szerokim zakresie podobnych do dawnej mafii.

Okazało się, że nomen omen Larsson, więc mamy oto coś klasy niewiele ustępującej niedoścignionemu Millennium, a pod pewnymi względami może nawet lepszemu. Zdecydowanie i absolutnie polecam


Wasz Andrew

cykl: Rebeka Martinsson:
  1. Solstorm (2003) – wyd. pol. Burza z krańców ziemiBurza słoneczna
  2. Det blod som spillts (2004) – wyd. pol. Krew, którą nasiąkła
  3. Svart stig (2006) – wyd. pol. I tylko czarna ścieżka
  4. Till dess din vrede upphör (2008) – wyd. pol. Aż gniew twój przeminie
  5. Till offer åt Molok (2012) – wyd. pol. W ofierze Molochowi

Aż gniew twój przeminie [Asa Larsson]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Bakakaj, czyli zapis niesłabnącego lęku przed Formą

Okładka książki Bakakaj 

Bakakaj

Witold Gombrowicz

Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 203
 
 
 
 
 
 
Bakakaj to zbiór opowiadań Witolda Gombrowicza, które po raz pierwszy ukazały się w roku 1957, czyli jeszcze za życia pisarza, nakładem krakowskiego Wydawnictwa Literackiego. Zdecydowana większość utworów, a ściślej rzecz ujmując: Tancerz mecenasa Kraykowskiego, Pamiętnik Stefana Czarnieckiego, Zbrodnia z premedytacją, Biesiada u hrabiny Kotłubaj, Dziewictwo, Przygody oraz Zdarzenia na brygu Banbury pochodzi z debiutanckiego zbioru Gombrowicza Pamiętnik z okresu dojrzewania, który na rynku czytelniczym pojawił się w 1933 roku. Pozostałe trzy opowiadania: Na kuchennych schodach, Szczur a także Bankiet napisane zostały w latach 1937 – 1938, przy czym wcześniej ich przedruki pojawiały się jedynie w czasopismach.

Pamiętnik z okresu dojrzewania przez współczesnych krytyków został przyjęty całkiem ciepło. Co ciekawe jednak, a słowa te można pisać z fałszywym nieco poczuciem wyższości w oparciu o doświadczenia płynące z lektur późniejszych dzieł Gombrowicza, pierwsze utwory odczytywane były jako swoiste, udane zresztą z literackiego punktu widzenia, studium wszelakiej maści dewiacji psychicznych. Patrząc na Pamiętnik przez pryzmat Ferdydurke, Kosmosu czy innych gombrowiczowskich tworów, nam współczesnym, wydaje się, że polskiego pisarza nic a nic nie interesowały psychologiczne odchyły – o wiele bardziej intrygujące okazywały się analizy na temat wpływu zbiorowości i jej żelaznego uścisku konwenansu na jednostkę, która tych społecznych recept albo po prostu nie zna, albo, w formie buntu, próbuje te zasady odrzucić, ignorować, żyć na przekór nim.

Dzieła z Pamiętnika z okresu dojrzewania powstawały w latach 1928 – 1933, zatem dla Gombrowicza jest to rzeczywiście czas wchodzenia w dorosłość oraz wszelakie rytuały i konwenanse z nią związane. Analizując utwory powstałe we wczesnej twórczości pisarza, mimochodem rzuca się w oczy ich dojrzałość oraz niepowtarzalny styl, przejawiający się głęboką nieufnością do Formy, który wkrótce stanie się znakiem rozpoznawczym Gombrowicza oraz przyniesie mu wieczną chwałę w panteonie sław polskiego pisarstwa. Godny podziwu jest również bogaty warsztat pisarskiego młodego artysty, którego z pewnością nie powstydziłoby się wielu z dojrzałych mistrzów pióra.

W Tancerzu mecenasa Kraykowskiego bohater opowiadania pada ofiarą impertynencji tytułowego mecenasa, za co, w sposób osobliwy i niekonwencjonalny, zaczyna darzyć bezgraniczną i duszącą wręcz sympatią swojego prześladowcę. Pamiętnik Stefana Czarneckiego to zapis wspomnień chłopca, syna ojca Polaka, wywodzącego się ze szlachetnego, acz ubożejącego rodu oraz matki Żydówki, nie grzeszącej urodą, za to z pokaźnym bagażem finansowym, który na własnej skórze doświadcza ksenofobii oraz antysemityzmu, przekonując się, że nie będąc ani Polakiem, ani Żydem jest człowiekiem bez tożsamości, szczurem bez barwy, szczurem bez koloru, niechcianym przez żadną rasę. Zbrodnia z premedytacją to prawdziwy majstersztyk Gombrowicza, który w tym opowiadaniu odsłania w pełni całą swoją pisarską krasę. Sędzia śledczy wezwany do klienta, dowiaduje się, że zainteresowany zmarł. Sposób jaki przyjęto sędziego w domu zmarłego był bardzo chłodny, żałoba, smutek, żal tak przytłaczające, że wciskające wręcz w formę żałobno-pokutno-kajalną, co wywołało złość w duszy śledczego, który oddając się swojej naturze postanawia rozpocząć dochodzenie w sprawie zgonu, pomimo tego, że wszystkie fakty przemawiają za naturalną śmiercią denata. Sędzia-buntownik wtłoczony w rolę żałobnika w akcie zemsty i furii zaczyna urabiać rodzinę w formę oprawców-morderców zmarłego. Dziewictwo to bezlitosne rozprawienie się ze stereotypem niewinności-czystości panieńskiej, tak hołubionej przez równie stereotypową, twardą acz opiekuńczą gentelmeńską męskość. Biesiada u hrabiny Kotłubaj to bezlitosne obnażenie mitu arystokracji jako sfer wyższych, zarówno pod względem duchowej wrażliwości, litości dla bliźniego oraz wrażliwości, czego symbolem jest pożeranie kalafiora na oczach skrajnie wygłodniałego chłopca, Bolka Kalafiora, a czego usilnie stara się nie dostrzegać główny bohater, zwykły patrycjusz. Przygody, pierwotnie noszące tytuł Na 5 minut przed zasnięciem, to cykl obrazów-majaków, które nawiedzały młodego Gombrowicza tuż przed podróżą do krainy Morfeusza. Jak sam wyraża to pisarz, jest to odbicie niepokojów seksualnych oraz męczącego poczucia własnej niedojrzałości. Ostatni utwór, Zdarzenia na brygu Banbury to opowieść o człowieku, który staje się ofiarą rozszalałych żywiołów, zarówno tych przyrodniczych jak i tych, wywodzących się z ludzkiej psychiki.

Należy jeszcze dodać, że Pamiętnik został obłożony stosownymi objaśnieniami autorstwa samego Gombrowicza, w których pisarz w sposób krótki, jasny i zwięzły wyjaśnia, co chciał przekazać czytelnikowi w poszczególnych opowiadaniach. Co ciekawe wyjaśnienia znalazły się tylko w pierwotnym wydaniu Pamiętnika, w dalszych wydaniach Gombrowicz postanowił wykreślić ten fragment, który powraca jednak do łask w Bakakaju.

Ostatnie trzy opowiadania: Na kuchennych schodach, Szczur a także Bankiet, jak już wspomniano, pojawiały się jedynie w czasopismach, jako pojedyncze utwory. Szczur to groteskowy horror, którego główny bohater, zbój o nieposkromionej naturze, Huligan, zostaje schwytany przez emerytowanego sędziego Skrobawskiego. Sługa Temidy poddaje hulakę bezlitosnym torturom psychicznym, pragnąc nieco przycieśnić i zwęzić ofiarę, a czytelnik jest świadkiem perwersyjnej wręcz namiętności płynącej z zadawania cierpienia drugiemu człowiekowi pod płaszczem kary za dotychczasowe przewinienia. Na kuchennych schodach ma dość interesującą historię, bowiem napisane zostało przez Gombrowicza już w 1929 roku, nie weszło jednak w skład Pamiętnika z okresu dojrzewania. Pisarz obawiał się reakcji ojca, który sponsorował wydanie jego debiutu literackiego. A obawy w żadnym wypadku nie były bezpodstawne – Na kuchennych schodach to dość bezpruderyjna historia pewnego wysokiego rangą urzędnika, który odczuwał pociąg do służących od wszystkiego. Autor ukazał tutaj uczucie, którego w żadnym razie nie można było okazać publicznie – erotycznego pociągu osoby z wyższych sfer, a do tego wszechstronnie wykształconej do zwykłej i pospolitej służącej, wywodzącej się ze społecznych nizin; uczucie gnijące w klatce konwenansów, które wśród poważnych ludzi uchodzić mogło jedynie za godny pogardy kaprys i mrzonkę. Ostatni utwór, Bankiet to zabawna antybaśń – z racji uroczystości zaślubin króla Gnula oraz arcyksiężnej bogatego królestwa, wydany zostaje wspaniały bankiet. Całość to jedna wielka szopka, bowiem dwór króla Gnula próbuje w jak najlepszym świetle przedstawić swojego monarchę, który w rzeczywistości jest chciwcem, łasym jedynie na brzdęk monet. Gnul buntując się przeciw formie, w jaką próbuje się go wtłoczyć, kompromituje się na każdym kroku, obnażając przy okazji hipokryzję swoich dworzan, co w efekcie doprowadzi do katastrofy, totalnego chaosu. Z pewnością nie może być mowy o żadnym morale, którego można by oczekiwać po baśni.

Czytając zbiór Bakakaj nietrudno zauważyć, że bohaterowie większości opowiadań uwikłani są w trudną i jakże często z góry skazaną na porażkę batalię z Formą. Misterna sieć przekonań, stereotypów oraz zwyczajów bardzo ciasno oplata każdą jednostkę, krępując jej ruchy, utrudniając niemiłosiernie manifestowanie własnych poglądów, tłamsząc próby życia wg własnych zasad. Autor przekonuje nas, jak wielkim kompromisem okazuje się dla niektórych egzystencja, czy też tylko jej próby, w społeczeństwie, które przecież posiada tak wiele regulacji zarówno w sferze moralnej, jak i mentalnej. Z drugiej strony patrząc postacie kreowane przez Gombrowicza to również wojownicy z krwi i kości, którym niekiedy udaje się rozsadzić fundamenty Formy, doprowadzając do kompletnych rewolucji, obalając kolejne mity i przesądy, zalewając skostniałe społeczności falą wolnomyślicielstwa.

Dzięki lekturze zbioru Bakakaj, tomu bardzo przekrojowego, bo obejmującego utwory, pochodzące z artystycznej młodości pisarza oraz zawierającego dzieła dojrzałego twórcy, widzimy wyraźnie, że Gombrowicz całą swoją literacką twórczość poświęcił fenomenowi Formy, jej uwikłań z jednostką ludzką. Można śmiało stwierdzić, że należał do obozu jej zagorzałych przeciwników, który prowadził z nią dość udane utarczki. Z pełnym przekonaniem stwierdzam, że w tym pojedynku Witold Gombrowicz nie wcielił się w rolę don Kichota, wojującego z wiatrakami.

czwartek, 12 lipca 2012

Kurwa fuck



Kilka dni temu przypadkiem włączyłem fragment programu You Can Dance, w którym pokazywano jak jakiś Afroamerykanin uczy kandydatów sekretów tańca. Co drugie słowo wypowiadane przez maestro do adeptów sztuki poruszania ciałem brzmiało fuck.

Jak to jest, że w kraju, w którym za kurwę rzuconą na ulicy można od strażaka miejskiego lub innego mundurowego dostać mandat, niektórzy mogą rzucać mięsem nie tylko w miejscu publicznym, ale wręcz megapublicznym, gdyż takim właśnie jest ekran telewizora? Czyżby nasza rodzima kurwa była gorsza od ichniego fuck?

Gdybym nazwał takiego jegomościa czarnuchem, to byłbym posądzony o rasizm. Czyż jednak zachowanie takiego człowieka nie prosi się o zakwalifikowanie go właśnie do tego stereotypu, który określamy owym słowem piętnowanym przez polityczną poprawność? Nawet nasz swojski Dyzma, lub jeśli ktoś woli postacie z życia, Wałęsa lub Lepper, udoskonalali swoje słownictwo w miarę sukcesów ich kariery. Dlaczego więc ci czarnoskórzy, którzy pokazują się w You Can Dance jako mistrzowie tańca i ludzie sukcesu, mają słownictwo godne ostatniego męta z najbardziej czarnego slumsu w USA?

I pytanie koronne. Mamy różne organy kontroli nad telewizją, mamy wielu, którzy gotowi są karać za przekleństwa w miejscu publicznym zwykłego, szarego obywatela, któremu swojska kurwa wyrwała się być może nie bez ważnego powodu. Może się potknął, może przypomniał sobie, że zapomniał gaz w domu zakręcić. Dlaczego nikt nie reaguje na bluzgi w You Can Dance pokazywane jako nieodzowny atrybut człowieka sukcesu? Dlaczego nikt takich jegomości nie ukarze?

Pytanie to przesłałem do Janusza Weissa w Radio Zet i ciekaw jestem, jaki będzie ciąg dalszy. I czy będzie.


Wasz Andrew

środa, 11 lipca 2012

Burzliwy rejs przez morze monad

Okładka książki Arka 

Arka

Adam Snerg Wiśniewski


Wydawnictwo: Słowo/obraz terytoria
Liczba stron: 160





Adam Wiśniewski Snerg to postać tyleż zagadkowa, co mało znana, szczególnie młodszym czytelnikom. Urodzony w 1937 roku w Płocku pisarz, a oprócz tego fizyk samouk i myśliciel, gdy zdobył już pewien rozgłos literacki, przez długi czas pieczołowicie ukrywał swoją tożsamość. Karierę pisarską zaczął z wysokiego C – jego powieściowy debiut Robot do dziś uchodzi za najwybitniejsze dzieło Snerga, został również ogłoszony najlepszą książką polskiej SF w powojennym trzydziestoleciu.

Proza Adama Wiśniewskiego jest bardzo charakterystyczna, przez niektórych uważana za trudną w odbiorze. Jest ona gęsto poprzeplatana autorskimi, bardzo oryginalnymi, teoriami samego Snerga dotyczącymi otaczającej nas rzeczywistości, psychologii. W Robocie pojawia się Teoria Nadistot, w omawianej Arce Teoria Bezpieczeństwa. Snerg jest także twórcą decentryzmu, koncepcji artystycznej, zgodnie z którą znaczeniowy środek danego obrazu powinien być umieszczany poza jego właściwymi ramami, skąd mógłby dominować nad ukazanym otoczeniem. Pisarz zginął śmiercią samobójczą. Ze świata odchodził zapomniany, nierozumiany, niedoceniany oraz samotny.

Głównym bohaterem Arki jest Patryk Tenevis, nieco zmęczony już życiem czterdziestolatek. W trakcie kolejnego rejsu, należy bowiem podkreślić, że przez cały swoją ziemską egzystencję Patryk spędził w otoczeniu bezkresnych wód oceanów, w bohaterze odzywa się tępy ból spowodowany tęsknotą i nostalgią za okresem lat dziecięcych, które upłynęły mu na pokładzie fregaty Arki. Dziwnym zrządzeniem losu okazuje się, że Tomahawk, transatlantyk którym aktualnie podróżuje Tenevis przepływać będzie tuż koło Arki. W jeszcze bardziej zaskakujących okolicznościach Patryk trafia na pokład swojej dawnej fregaty, w której jednak z niemałym trudem rozpoznaje ukochany statek.

Radość spowodowana odzyskaniem tak bliskiej sercu jednostki jest jednak bardzo krótka. Główny bohater szybko konstatuje, że łajba, bo inaczej nie można określić tego, w co przekształciła się Arka znajduje się w opłakanym stanie – podarte żagle, liczne przecieki, powodujące, że statek regularnie nabiera wody, co grozi zatonięciem, czy wreszcie nieopisany wręcz burdel, który panuje na pokładzie – oto czym obecnie jest znakomita niegdyś fregata. Jeszcze gorzej prezentują się jednak pasażerowie statku, którzy wydają się być kompletnie nie zainteresowani jego fatalną sytuacją. Próby zdecydowanego działania Tenevisa, pragnącego wcielić w rolę dowódcy, błyskawicznie spełzają na niczym, skutecznie rozbite o mur niechęci, czy wręcz apatii, jaką wykazują obecni na Arce. Dziwne zachowanie kilku pierwszych pasażerów to dopiero preludium do całego ciągu zdarzeń, których akcję spokojnie moglibyśmy osadzić w szpitalu psychiatrycznym. Wraz z bohaterem, a warto w tym miejscu podkreślić, że jest to narrator pierwszoosobowy, przez co cała książka przyjmuje formę relacji z naprawdę niezwykłego rejsu, przekonujemy się, że praktycznie każdy napotkany osobnik posiada własną wizję zachodzących aktualnie wydarzeń. Stąd, oprócz wspomnianej fregaty, przyjdzie nam jeszcze znaleźć się w tajnym obozie na środku pustyni, w przedziale pociągu, w którym spotkamy nawet jakże uciążliwych kontrolerów, czy wreszcie na pokładzie statku kosmicznego, pędzącego na spotkanie obcej cywilizacji z nie do końca pokojowymi zamiarami. Czy w takim huraganowym natłoku faktów uda nam się zacumować w spokojnej przystani, gdzie moglibyśmy wrócić do prowadzenia idyllicznego żywota u boku ukochanej istoty? Szczerze wątpię, ale warto przekonać się o tym osobiście.

Wspominałem o wszechstronnym umyśle Snerga oraz o szerokich horyzontach zainteresowań tego niezwykłego człowieka. Wszystko to wyłazi dosłownie zewsząd, na każdej przewracanej karcie tej niezwykłej powieści. Autor poruszył m. in. problem niemożności porozumienia pomiędzy istotami ludzkimi. Bohaterowie wykreowani przez Wiśniewskiego momentami przypominają leibnizowskie monady, autonomiczne i nie kontaktujące się ze sobą twory, którym egzystencja upływa na zagłębianiu się we własnej, absolutnie niezależnej wizji świata. Tenevisowi, który samowładnie ogłasza się nowym kapitanem statku, z ogromnym trudem przychodzi zatem skompletowanie załogi, która skutecznie mogłaby okiełznać dryfującą po falach fregatę. Taki stan rzeczy bardzo prosto wyjaśnić: wszyscy pasażerowie w sposób indywidualny postrzegają otaczającą ich rzeczywistość, która zdaje się absolutnie nie posiadać żadnych punktów stycznych. Stąd niemożność zbudowania porozumienia, złapania kontaktu. W pewnym momencie zaczynamy się zastanawiać, kto tu na dobrą sprawę jest wariatem? Być może to główny bohater ciągle znajduje się w onirycznym odurzeniu, spowodowanym wyczerpaniem oraz kontuzją kolana, która poważnie daje się we znaki?

Rozważania o dewiacjach umysłowych brutalnie przecina Profesor, pomocnik głuchoniemego cieśli, który kategorycznie oświadcza, że żadnych wariatów nie ma i być nie może, a klasyfikowanie ludzi w ten sposób świadczy jedynie o fatalnym aparacie światopoglądowym, który bezwzględnie nadaje się do natychmiastowej reperacji. Wariat to osobnik odstający zachowaniem od reszty społeczeństwa, od normy, od pospolitości. Jednak wszelakie wzorce zachowań ustalane są przez nas, są zatem subiektywne, czyli stronnicze, stąd wariat jest jedynie obraźliwym określeniem, którego stosowanie nie jest racjonalnie uzasadnione, bo na dobrą sprawę nikt nigdy nie będzie w 100 % działał tak, jak od niego oczekujemy. Co się zaś samego stanu zdrowia tyczy – wystarczy o nie zapytać pacjenta, bo przecież ten sam najlepiej wie, jak się dziś czuje i czy cokolwiek mu dolega.

Równie interesująca jest Teoria Bezpieczeństwa, która zdradza m. in. sekret udanej miłości, świetnie wyjaśniając sposób, w jaki ludzie powinni dobierać się w pary, tak by tworzyć udany oraz co najważniejsze trwały związek. Teoria znajduje zastosowanie w praktycznie każdej dziedzinie naszego życia, potrafi więc prosto i logicznie wyjaśnić wszelakie podjęte przez nas działania, które skrótowo rzecz ujmując, zawsze wynikają z potrzeby wzrostu poczucia bezpieczeństwa. Szczegóły samej teorii, która bardzo jasno i dobrze została wyłożona, m. in. przy pomocy odwołania się do szachownicy, polecam zgłębić osobiście, w trakcie lektury. Po jej poznaniu, sami będziemy mogli ocenić jej przydatność.

Reasumując, Arka to naprawdę frapująca lektura, którą śmiało polecam każdemu, pragnącemu zakosztować prozy nieco ambitniejszej. Wydaje się, że pisarz rozwinął między innymi problem poczucia alienacji, wyobcowania. Ludzie przedstawieni zostali niczym tytułowa Arka, statki samotnie żeglujące po morzu życia. Okazuje się zatem, że istotą życia w społeczeństwie jest przyjmowanie kolejnych póz, wdziewane masek, godzenie się we wcielanie się w następne role, bowiem pełnego zrozumienia nie uda się nam osiągnąć nigdy. Życie we wspólnocie to jeden wielki kompromis, ukłon w stronę wizji bliźniego. Cały świat zdaje się być zatłaczany w formę, która jest jednak absolutnie wyjątkowa i niepowtarzalna dla danej jednostki.

Dodać należy, że Snerg lubuje się w długich, przemyślnie sformułowanych, konstrukcjach zdaniowych, które jednak niekiedy, szczególnie, gdy wplatane są one w dialogi, odbierają nieco autentyczności wypowiadanych przez bohaterów kwestii. Słowem, język rozmówców jest niekiedy zbyt kwiecisty. Z drugiej strony patrząc, książki z pewnością nie można uznać za powieść przygodową, sensacyjną, czy nawet klasyczną science-fiction. W moim mniemaniu jest to bardziej przypowieść, dająca się odczytać na kilka sposobów. W tekście pojawiają się liczne smaczki, interesująca jest dla przykładu postać wspomnianego Profesora, pomocnika cieśli, który jest także bioenergoterapeutą. Uda mu się dokonać nawet cudownego ozdrowienia. Nietrudno zatem o skojarzenie z innym synem/pomocnikiem cieśli, który także potrafił wypędzać nieczyste duchy, tudzież choroby, a który również zajmował się nauczaniem. Innych ciekawostek szukajcie już sami. Owocnej lektury!
 

poniedziałek, 9 lipca 2012

Szumowska

Kino to szkoła przetrwania



Agnieszka Wiśniewska, Małgorzata Szumowska
Seria z różą tom 1
Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2012

Życiorysy wielkich ludzi czytam nieczęsto, choć niejednokrotnie są fascynujące i pouczające. Głównym powodem jest to, iż zwykle są pisane tendencyjnie; brak im autentyczności. Jeszcze rzadziej sięgam po wywiady ze znanymi osobami, zwłaszcza krajowymi. Dlaczego nie muszę chyba tłumaczyć. Polacy są mistrzami brązownictwa, co wykrzyczał już Boy-Żeleński. Kiedy więc otrzymałem książkę Agnieszki Wiśniewskiej Szumowska - Kino to szkoła przetrwania powędrowała ona prawie na sam dół stosika tomików czekających na przeczytanie, tym bardziej, że nazwisko Małgorzaty Szumowskiej nic mi nie mówiło. W końcu przyszedł czas i na Szumowską.

Po rozpoczęciu lektury i stwierdzeniu, iż jest to wywiad rzeka, dowiedziałem się zarazem, iż Małgorzata Szumowska jest bardzo interesującym reżyserem, scenarzystą i producentem filmowym. Na szczęście moje początkowe obawy, iż jest to typowe dla polskich wywiadów z celebrytami lizanie tyłka, zostały rozwiane już na samym początku.

Kino, a zwłaszcza polskie, interesuje mnie dużo mniej od literatury, zwłaszcza od czasu, gdy miałem wątpliwą przyjemność przekonać się osobiście, iż wielu ludzi kreowanych w mediach na inteligentnych to zwykli debile. Mimo tego rozmowy Agnieszki z Małgorzatą na wszelkie możliwe tematy, od świata filmu po wiarę i aborcję, okazały się fascynujące. Szumowska okazała się bardzo interesującą osobowością, ale jeszcze ciekawsze są jej spostrzeżenia. Małgorzata Szumowska objawiła się jako niezwykle wrażliwy obserwator otaczającego ją świata i ludzi, który potrafi pięknie spuentować swe wnioski. Celne uwagi na temat różnic pomiędzy narodami zjednoczonej Europy i niezależne sądy dotyczące niezwykle różnorodnych aspektów naszej przeszłej i obecnej rzeczywistości są perełkami na tle miałkiej, uśrednionej i politycznie poprawnej polskiej publicystyki. Nie są zarazem agresywne, ksenofobiczne i wulgarne. Nie we wszystkim się z Szumowską zgadzam, ale doceniam niezwykły autentyzm jej wypowiedzi. Są subiektywne, to prawda, ale czy to wada? Tysiąc razy wolę jawne zaangażowanie niż fałszywy obiektywizm. Z każdego zdania Szumowskiej widać, iż w chwili, gdy padało, autorka była przekonana o jego prawdziwości. Książkę połknąłem więc w tempie właściwym dla najlepszej powieści i żałuję jedynie, iż nie była grubsza.

Jak już się łatwo domyślić, polecam tę publikację każdemu, niezależnie od zainteresowań. Każdy znajdzie w niej coś interesującego, a niektórzy pewnie uznają ją za ciekawą od początku do końca, podobnie jak ja


Wasz Andrew

niedziela, 8 lipca 2012

Zwodniczy punkt

czyli pozory mylą



Zwodniczy punkt
Dan Brown
(oryg. Deception Point)
tłumaczenie: Maria Frąc, Cezary Frąc
Albatros / Sonia Draga 2011

Najnowszy satelita NASA wykrywa niezwykły obiekt w lodowcach Arktyki, meteoryt ze śladami życia pozaziemskiego. Biały Dom przygotowuje się do poinformowania o odkryciu światowej opinii publicznej. Stanowiłoby ono sensację na miarę lądowania człowieka na Księżycu i zapewniło urzędującemu prezydentowi USA reelekcję. W celu zbadania meteorytu i stwierdzenia jego autentyczności na Arktykę udaje się grupa naukowców. Do grupy na osobiste polecenie prezydenta dołącza Rachel Sexton, analityk wywiadu, by przygotować opis znaleziska dla Białego Domu. Towarzyszy jej Michael Tolland, światowej klasy oceanograf. Wkrótce okazuje się, że rzekome odkrycie to precyzyjnie przygotowana mistyfikacja. Człowiek, który za nią stoi, zrobi wszystko, by prawda nie ujrzała światła dziennego. Rachel i Michael muszą uciekać, tropieni przez bezlitosnych komandosów-zabójców. Próbują ostrzec prezydenta i ustalić, kto kryje się za misterną intrygą, zwodniczym punktem na kreślonej przez nich mapie spisku...

Po przeczytaniu takiej notatki wydawcy zamieszczonej na okładce książki miałem nadzieję na coś w stylu starego dobrego techno-thrillera klasy Polowania na Czerwony Październik. Nadzieję podpartą bardzo pozytywnymi wrażeniami z lektury innych powieści autora**. Śmiało przystąpiłem więc do zapoznania się ze Zwodniczym punktem.

Już od pierwszych stronic poznałem, że pod względem stylu mamy to, co nieodmiennie kojarzy się z Danem Brownem; szybka, wciągająca akcja, wyraziste, jakby pod film stworzone postacie głównych bohaterów, no i oczywiście miłość między nimi rodząca się w czasie walki o życie, prawdę i sprawiedliwość. Coś pominąłem? Może ciekawostki historyczne, naukowe i polityczne? No właśnie; tutaj dochodzimy do jednej z największych wtop w dziejach mych kontaktów z powieściami wszelkiej maści, a trochę ich w końcu przeczytałem.

Dana Browna miałem za człowieka inteligentnego, obdarzonego nie tylko dobrym piórem, ale i umiejętnością wyszukiwania ciekawych informacji oraz wplatania ich w swe powieści. Jakże się myliłem!

Różne są rodzaje inteligencji i jej braku. Szczególnie mnie irytuje ułomność umysłu polegająca na tym, iż człowiek nie potrafi sam siebie krytycznie ocenić; nie potrafi określić co wie, a czego nie. Z reguły idzie to, co jest logicznym następstwem tej wady, z przekonaniem o posiadaniu inteligencji i wiedzy. Ludzie tacy nie potrafią rozgraniczyć tego, co wiedzą na pewno, tego, co niepewne i tego, czego absolutnie nie wiedzą. Dan Brown, jak widać z licznych podziękowań zamieszczonych we wstępie do Zwodniczego punktu, miał przy tworzeniu tej powieści licznych pomagierów utytułowanych i obleczonych w szaty autorytetów. Jak więc to możliwe, że w książce są błędy merytoryczne wołające o pomstę do nieba?

Jeden ze starych profesorów, z którymi miałem do czynienia, zwykł żartować, iż szczytem specjalizacji jest wiedzieć wszystko o niczym. Odkładając jednak na bok krotochwile ze smutkiem należy stwierdzić, iż Zwodniczy punkt, w którego napisaniu pomagali i ludzie z NASA, i z Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, oraz wielu innych naukowców, jest dowodem na postępującą rozbieżność między posiadanymi tytułami naukowymi a podstawową wiedzą wykraczającą poza wąską dziedzinę danego specjalisty. Niedługo dojdzie do tego, że profesor mechaniki kwantowej nie będzie wiedział, jak brzmi Prawo Archimedesa. Nasza powieść jest tego koronnym przykładem. Nikt nie zauważył błędów, które ośmieszają i autora, i jego współpracowników. Ośmieszają również krytyków oceniających tę powieść, którzy podkreślają, ile się z niej dowiedzieli o nauce, technice, oceanach i meteorytach. Może lepiej zafundować sobie jeszcze raz program gimnazjum, ze szczególnym uwzględnieniem nauk ścisłych i czytania ze zrozumieniem, a potem po prostu uważać zamiast pisać SMS-y i ściągi?

Nie będę przedłużać opisu tej hańby, po której pisarz z poczuciem honoru, jeśli nie strzeliłby sobie w łeb, to przynajmniej nie publikowałby już więcej pod tym samym nazwiskiem, ani nie zezwolił na kolejne wydania podobnego „bestsellera”. Wymienię tylko dwie wpadki, które szczególnie mnie ubodły, a których jak dotąd, z tego co widzę po recenzjach, do których miałem dostęp, nikt nie zauważył.

W końcowej fazie powieści, gdy bohaterowie znajdują się na statku Michaela Tollanda, Brown daje swym czytelnikom wykład na temat działania batyskafu. Jest to pewnie jeden z elementów owej wiedzy wychwalanej jako wielce wartościowa strona tej nieszczęsnej książki. Sęk w tym, że opisana konstrukcja to prawie klasyczna łódź podwodna i ma tyle wspólnego z batyskafem, co samolot z balonem. Hańba!

Jeszcze gorsza jest wpadka dotycząca głównego artefaktu, wokół którego kręci się cała fabuła. „Masywna kula” o średnicy trzech metrów, „o gęstości o wiele większej niż jakiekolwiek skały”*. Kamień ważący ponad osiem ton. Kto uważał w dawnej podstawówce albo dzisiejszym gimnazjum, ten wie, iż wzór na objętość kuli ma postać: V=4/3 π r³, czyli w przybliżeniu v=4,19 r³, co przy r=1,5m daje nam objętość nieco ponad 14 m³. Skoro kula waży 8 ton, więc jej gęstość jest blisko o połowę mniejsza od wody, a wielokrotnie mniejsza od większości masywnych skał. Mówiąc najprościej, taki „niezwykle masywny kamień” pływałby w wodzie niczym kapok! Opisy transportu tego kamienia, wyciąganego z głębiny na powierzchnię przez grupę zmachanych osiłków, podobnie jak jego wcześniejsze peregrynacje, budzą zażenowanie i zgrozę! Nic nie jest takim, jakim się wydaje! Ludzie inteligentni nimi nie są, tytuły naukowe nie gwarantują najbardziej podstawowej wiedzy, a informacje zawarte w Zwodniczym punkcie, podobnie jak postrzeganie świata poprzez reklamy, są tylko złudzeniem.

Błędy merytoryczne z zakresu kryminalistyki dyskwalifikują kryminał. Jestem przekonany, że oceniając Zwodniczy punkt należy podobną wagę przyłożyć do popełnionych przez autora gaf. Jakby tego było mało, zakończenie jest przewidywalne i tak naciągane, iż najbardziej pasują do niego słowa znane z refrenu jednego z polskich seriali, czyli „zabili go i uciekł”. I bynajmniej nie zdradzam tu niczego przed czasem, gdyż każdy się domyśla już od początku powieści, kto zwycięży.

Wielka szkoda, że tak popisowo to spieprzono. Pomysł był niezły, a z takim warsztatem literackim, jaki ma Brown, mogło z niego wyjść coś na kształt jednego z lepszych techno-thrillerów. Mogło być pięknie, a wyszło, jak wyszło. Jedyne co można powiedzieć na obronę pisarza, to że późniejsze jego powieści są dużo lepsze**, co jest wielką różnicą choćby w porównaniu do Toma Clancy, który zaczynał świetnie, a teraz produkuje sztampę. Niestety nie może to wpływać na poprawę oceny tej konkretnej powieści


Wasz Andrew


* str. 88, 89 i dalsze
** Mam na myśli konkretnie Kod Leonarda da Vinci

sobota, 7 lipca 2012

Ferdynand Goetel "Nie warto być małym" - Nawoływanie do wielkości

 

Nie warto być małym

Ferdynand Goetel

Wydawnictwo: Arcana
Liczba stron: 248













Książka Nie warto być małym to ostatnia pozycja w dorobku pisarskim Ferdynanda Goetla. Pisana już na emigracji, opublikowana została na łamach londyńskiego Veritasu jeszcze za życia pisarza, jednak w Polsce jej wydanie przeszło niemal bez echa. Z tego względu powieść ta należy do najmniej znanych spośród wszystkich spłodzonych przez Goetla. A okoliczności jej powstania z pewnością były ciekawe, śmiało rzec można, że wręcz dramatyczne. W roku 1957, 67-letni, schorowanemu Goetelowi doskwierała błyskawicznie postępująca jaskra, która powodowała ślepotę pisarza, zamieniając codzienne życie w pasmo udręk. Problemem był powrót do domu z kawiarni, a cóż dopiero czytanie czy pisanie jakichkolwiek tekstów. Z tego powodu Nie warto być małym powołane zostało do bytu w sposób dość niecodzienny – Goetel dyktował treść książki. Warunki powstania powieści odbiły na niej swoje piętno. Wg krytyków książka w przeciwieństwie do pozostałych utworów jest zwięzła oraz szorstka. Trafnie ujęła to Maria Danilewicz-Zielińska, która stwierdziła, że recenzowana pozycja została obmyślona w ciemnościach nocy i niewiele łaskawszym mroku dnia.

środa, 4 lipca 2012

Kosmos znaczeń

Okładka książki Kosmos 

Kosmos

Witold Gombrowicz

Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 150
 
 
 
 
 
Kosmos to powieść Witolda Gombrowicza, która na rynku wydawniczym ukazała się po raz pierwszy w 1965 roku, czyli na 4 lata przed śmiercią artysty. Mroczna oraz tajemnicza książka, którą nietrudno posądzić o wieloznaczność, przez wielu krytyków uchodzi za podsumowanie całej twórczości Gombrowicza. W roku 1967 pisarz za Kosmos został uhonorowany międzynarodową nagrodą wydawców Prix Formentor. Powieść cieszy się także ogromną estymą poza granicami naszego kraju. Tłumaczono ją wielokrotnie, na wiele języków, m. in. na angielski, francuski, niemiecki, włoski, norweski, holenderski, portugalski, hiszpański, czy nawet japoński. Należy z pewnością dodać jeszcze, że Kosmos jest obiektem wielu studiów literackich, które prowadziły osoby o takich nazwiskach jak profesor Jerzy Jarzębski (który zajmuje się także twórczością Stanisława Lema), Jean-Pierre Salgas (francuski krytyk i eseista) czy Wojciech Karpiński (historyk sztuki, krytyk literacki, tłumacz).