Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 4 lutego 2012

Dar od Boga



Poniższy tekst został zainspirowany konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

KONKURS: Groza i horror Clive'a Barkera

"Jestem człowiekiem, a ludzie to zwierzęta, które opowiadają historie. To jest dar od Boga, który stworzył naszą rasę, jednak pozostawił koniec historii niedopowiedziany. (...) Dlatego my tworzymy własne historie, jako gorączkową i zazdrosną imitacją dzieła Stwórcy, mając nadzieję, że opowiemy, jakimś cudem, to, co Bóg pozostawił niedopowiedzianym. A kończąc swoją opowieść, zaczynamy rozumieć, dlaczego się narodziliśmy" - wyznaje Clive Barker.

A co, Waszym zdaniem, jest źródłem nieodpartej chęci, jaką posiada pisarz, który tworzy swoje dzieło? Skąd pochodzi ta wewnętrzna potrzeba opowiadania i wymyślania nowych historii - zarówno tych "życiowych", jak i wymyślonych światów: horrów, książek fantasy itp.?

Ile ze Stwórcy posiada lub ile pragnąłby być może posiadać Autor?

Na początek pozwolę sobie na ripostę wobec Clive’a Barkera i w tym celu przywołam odpowiedź, której według tradycji udzielił Pierre Simon de Laplace cesarzowi Napoleonowi I, gdy ten go zapytał, dlaczego w rozprawie o wahaniach okresowych w ruchu Saturna i Jowisza nie ma wzmianki o Bogu*: - „Sire, ta hipoteza nie jest mi potrzebna.”**. Nie wynika z tego, co sugeruje wielu, iż Boga nie ma. Ta wypowiedź, pod którą się podpisuję obiema rękami, jest przestrogą, by nie mieszać Boga do rzeczy przyziemnych, by skończone i ograniczone istoty nie próbowały objaśniać wyroków i zamiarów istoty wszechmocnej, zwłaszcza w sprawach, która da się wyjaśnić bez mieszania w to Jego.

Gdy ateista, lub nawet wierzący racjonalista, przywołuje co chwilę swe poglądy i się z nimi przy każdej okazji afiszuje, jest to odbierane co najmniej jako brak dobrego smaku, jeśli nie jako presja, agresja i atak wobec wierzących. Zastanawia mnie, dlaczego nie działa to w drugą stronę, dlaczego wierzący przywołujący Boga przy każdej okazji i uzasadniający swe prozaiczne niejednokrotnie czynności Bogiem, nie uważają tego za faux-pas wobec osób o innym światopoglądzie?

„Wyznanie” Clive Barkera” odbieram jako tani chwyt marketingowy, jako kupczenie Bogiem dla wypromowania własnej twórczości, która jest raczej produkcją niż zbiorem arcydzieł. Dobrą, nawet bardzo dobrą, ale produkcją. Barker Michałem Aniołem literatury na pewno nie jest i słowa o boskim natchnieniu w połączeniu z jego twórczością brzmią dziwnie, tym bardziej, iż padają z ust homoseksualisty.

A co naprawdę jest źródłem nieodpartej chęci, jaką posiada pisarz, który tworzy swoje dzieło? Skąd pochodzi ta wewnętrzna potrzeba opowiadania i wymyślania nowych historii?

Te pytania dotyczą poniekąd wszelkich rodzajów twórczości i mam wrażenie, iż ilu ludzi, tyle przyczyn, sposobów i uzasadnień. Chciałbym tutaj przytoczyć jedną z nich, bardzo interesującą, gdyż pokazującą, właśnie na przykładzie literatury, jak niezmierzone są głębie ludzkiego potencjału, z którego nie zdajemy sobie sprawy, dopóki coś lub ktoś ich nie uwolni.

Kiedyś, nie pamiętam już niestety gdzie ani kiedy, przeczytałem bardzo interesujący artykuł, bodajże pod tytułem „rewolwerowe pióra”. Niestety nie mogę go już odszukać, a w sieci brak o nim informacji, co jest zresztą kamyczkiem do ogródka zaślepionych internetem, którzy myślą, iż jak czegoś w necie nie ma, to istnieje. Autor pokusił się o analizę biografii sporej ilości twórców różnych gatunków powieści, którzy są najbardziej płodnymi twórcami, którzy „strzelali” co chwilę nową książką. Stąd też i tytuł. Jakie były wnioski? Najczęściej ludzie stawali się „maszynkami do produkowania powieści” pod wpływem czynników przypadkowych i zewnętrznych. Jeden wylądował w więzieniu i musiał się czymś zająć, a potem nie umiał już przestać, inny dowiedział się, że jest nieuleczalnie chory i chciał zapewnić przyszłość rodzinie, a że niczego nie umiał, więc zaczął pisać. Nie pamiętam wszystkich tych powodów, ale nie ma to znaczenia, jakie one były. Nie wiadomo, czy gdyby nie te przypadki, niespodziewane i drastyczne zmiany w życiu, w ogóle zaczęliby tworzyć.

Można więc stwierdzić, iż każdy z nas ma pewnie w sobie zasób mocy, o których nie ma pojęcia. Jedni są części tych przymiotów świadomi, a inni się o nich nawet nie dowiedzą. Jeszcze inni mają świadomość posiadanego potencjału, ale nie mają motywacji lub z pewnych powodów wybierają inną drogę życia. Z tego powodu śmieszą mnie próby porównywania jakiejkolwiek twórczości do manifestacji Bożej woli, a wręcz żenują mnie twórcy, którzy twierdzą, iż On ich natchnął lub porównują własne dzieła do Boskich, choćby jako nieudolne ich naśladownictwo. Tym bardziej podziwiam tych, którzy swoimi dokonaniami wznoszą się ponad przeciętność, którzy w jakieś dziedzinie sięgają po rzeczy niedostępne innym śmiertelnikom, a przy tym zachowują skromność i nie dorabiają sobie legend o pochodzeniu daru, który w sobie odkryli. Tym bardziej, że jak pokazuje życie, nie ma nic za darmo i nie zawsze ktoś, kto błyszczy w roli wielkiego twórcy, jest równie udany w innych rolach społecznych, choćby jako mąż, ojciec czy przyjaciel. Lub po prostu dobry i szlachetny człowiek.

Jedna rzecz to skąd się bierze natchnienie, a druga, to sława. I właśnie to drugie może dawać prawdziwie wielkim artystom pewną namiastkę boskości. Stają się poniekąd nieśmiertelni, przynajmniej na tak długo, jak długo w świadomości społecznej ludzkości trwają ich dzieła i pamięć o nich


Wasz Andrew

* Ale gdzie w tym wszystkim jest Bóg? (oryg. fr. Mais où est Dieu dans tout cela?)
** (oryg. fr. Sire, je n'ai pas eu besoin de cette hypothèse)

piątek, 3 lutego 2012

INNI



The Others (2001)

Film zaczyna się jak typowy thriller psychologiczny w rodzaju niezapomnianego Lśnienia. Jest rok 1945. Na wyspie Jersey, jednej z Wysp Kanałowych u wybrzeży Anglii, która w czasie wojny była pod okupacją niemiecką, w wielkim domu zamieszkuje Grace (Nicole Kidman) wraz z córką Anne (Alakina Mann) i synkiem Nicholasem (James Bentley). Pan domu poszedł na wojnę i chwilowo nie powrócił. Oczywiście dom stoi w bardzo odludnym miejscu, w środku wielkiego, tajemniczego ogrodu, a wszystko ciągle spowija mgła. Dodatkowo nastrój stopniowo narastającego niepokoju potęgują ciemności zalegające dom nawet w środku dnia. Okna są pozasłaniane ciężkimi kotarami, gdyż dzieci są uczulone na światło dzienne. Pani domu nie lubi hałasów, więc w domu jest podejrzanie cicho. Poprzednia służba cała uciekła w niewyjaśnionych okolicznościach. Jakby tego było mało, w domu słychać dziwne odgłosy, a Anne twierdzi, że w nocy w swoim pokoju widziała chłopca o imieniu Victor.

Przybywają nowi służący, ale sytuacja wcale się nie poprawia, bo i z nimi jest coś nie tak. Dzięki Bogu nie ma w tym filmie ton ketchupu ani plastikowych potworków. Grozę potęgują rewelacyjne efekty dźwiękowe i dobrze dobrana muzyka. Gra aktorów jest świetna, a Nicole Kidman naprawdę wczuła się w atmosferę tego filmu. Nastrój grozy narasta i trzyma w napięciu aż do całkiem niespodziewanego zakończenia. Film ten można polecić tym, którzy lubią się bać. Co wrażliwsze panie przytulają się do brzydszej części widowni, o czym z przyjemnością Was informuję


Wasz Andrew

czwartek, 2 lutego 2012

Przed świtem



Finis coronat opus, a Przed świtem (Breaking Dawn) kończy cykl powieściowy Zmierzch pióra amerykańskiej pisarki Stephenie Meyer, na który składają się również Zmierzch, Księżyc w nowiu i Zaćmienie. Jak w mojej ocenie wypadł więc cały cykl opowieści o wampirach i jego zakończenie?

Bardzo denerwują mnie seriale, po równi książkowe i filmowe, w których widać moment, od jakiego autorowi, lub autorom, zaczyna brakować konceptu i świeżych pomysłów. Poziom leci w dół, a odbiorca, który już polubił głównych bohaterów, coraz bardziej zniesmaczony, próbuje przetrzymać spadek formy twórców i doczekać powrotu dawnej świetności. Zamiast czerpać przyjemność, zmusza się by trwać przy swoich ulubionych postaciach, aż coraz bardziej ciśnie mu się na usta znany cytat z Potopu: „ – Kończ... waść!... wstydu oszczędź!...” Nawet jeśli tasiemiec się urwie, zanim ten nieszczęsny moment ewidentnie nastąpi, niesmak i tak pozostaje.

Ich przeciwieństwem, tym rzadszym, im dłuższy cykl, są perełki prezentujące równy poziom, jak choćby dzieje szwedzkiego asa tajnych służb Carla Hamiltona pióra Jana Guillou, czy diamencik kryminalny jakim jest bez wątpienia Millennium mistrza Stiega Larssona. Być może stąd trylogia jest formą tak popularną, że im dłuższa seria, tym o wypalenie łatwiej, a dwie powieści z kolei, to jeszcze nie cykl.

Jest jeszcze trzecia odmiana, którą nazywam równią pochyłą. Najrzadsza, lecz właśnie moja ulubiona. Zaczyna się zwyczajnie, ledwie kusi czytelnika, by podstępnie wciągnąć go i wessać. By z coraz większym zapałem połykał kolejne powieści, by coraz niecierpliwiej czekał na każdą następną. I tak do końca, bez załamania, bez znudzenia. Do tej właśnie kategorii zaliczyłbym Zmierzch, którego ukoronowaniem jest Przed świtem.

Stephene Meyer stworzyła świat zaludniony przez ludzi, wampiry i wilkołaki, a także i inne potworaki. Świat spójny i nie obrażający inteligencji czytelnika ewidentnymi bezsensami. Za główną bohaterkę wybrała nastolatkę, zakochaną do szaleństwa, która staje przed dramatycznymi i bolesnymi wyborami. Co wam to przypomina? To baśń na miarę naszych czasów po prostu.

Wielu zarzuca autorce prostotę języka. Ja mam wrażenie odwrotne. Styl został idealnie dopasowany do głównej bohaterki i jej przyjaciół, a zarazem do docelowej grupy odbiorców, czyli nastolatek. Nie jest ani zbyt wyrafinowany, ani zbyt ubogi. Prosty w dialogach, pełen namiętności w uczuciach, malowniczy w opisach i plastyczny w postaciach. Cykl posiada swój specyficzny, niepowtarzalny klimat. Sceny miłosne, rozterki zakochanych i ból podejmowania decyzji zostały oddane z prawdziwą maestrią; pewnie niejedna czytelniczka uroniła przy nich łezkę. Również sceny batalistyczne porywają czytelnika swą dynamiką i realnością, co należy docenić tym bardziej, iż nie jest to domeną pisarzy płci pięknej.

Właśnie – sceny miłosne. Nieodparcie nasuwa mi się porównanie do wielkiej klasyki, czyli twórczości Tolkiena, która jest tak aseksualna, że aż nasuwa mi podejrzenia o homoseksualne podteksty, co w wersji filmowej było wręcz niesmaczne. Stephanie Meyer wybiera więc słuszną drogę, drogę Szekspira i wielu starych mistrzów, nie kryjąc nierozłączności miłości, pożądania, seksu i macierzyństwa. Nie może dziwić, że młode pokolenie, świadome własnej płciowości i ciągle w mediach atakowane seksualnymi treściami, nie trawi pewnych aspektów tolkienopodobnych eunuchów, a wybiera krew i ból, miłość i seks.

Można wytknąć Zmierzchowi, iż jest jak rodem z przepisu na amerykański bestseller. W tym wypadku jednak nie uznałbym tego za wadę. Ma wszystko, co trzeba, by w dzisiejszych czasach dotrzeć do szerokich rzesz. Ma również wiele wartości, których z pozoru nie widać. Więcej mówi o problemach życiowych, z jakimi przychodzi się ludziom zmierzać niż niejedna autobiografia. Alegorycznie mówi nam o trudnych wyborach, o motywach, jakimi kierują się ludzie. Przede wszystkim zaś dostarcza nam prawdziwych emocji i gra na uczuciach.

Porównywać dzieła literackie można tylko w ramach tego samego gatunku. Nie ma sensu porównywanie kryminału z powieścią marynistyczną, podobnie jak ciężarówki z bolidem formuły pierwszej. Pamiętając o tym, z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, iż Stephanie Meyer udało się stworzyć rewelacyjny cykl powieści dla młodzieży i nie tylko, z których każda jest lepsza od poprzedniej, a wszystkie razem zebrane w całość są doskonałe w swojej klasie. W klasie, którą są same dla siebie, gdyż na razie niczego lepszego w tej kategorii nie znalazłem. Może nie jest to arcydzieło stylu, może nie jest to najgłębszy zbiór refleksji. Nie można mieć wszystkiego. Są dzieła wysławiane przez krytyków i koneserów, które zasadniczo zalegają po piwnicach i składach makulatury, których karty biblioteczne są czyste jak pokrywa świeżego śniegu. Są też bestsellery, które poza wynikami sprzedażowymi niczym innym nie mogą się pochwalić, gdyż zawdzięczają je tylko i wyłącznie nakładom na akcje marketingowe. Zmierzch zaś jest arcydziełem na miarę naszych czasów; na pewno dużo biedniejszym stylistyką niż choćby Romeo i Julia, jednak nie mniej dynamicznym i pełnym uczuć, a na pewno łatwiej strawnym. Wszystko współgra w przemyślanej i natchnionej całości. Nawet zakończenie jest właśnie takie, jakie powinno być w przyjętej konwencji. Polecam więc prozę Stephenie Meyer z pełnym przekonaniem każdemu; od tych, którzy nigdy książek nie lubili, aż po tych, którzy niejeden las przerobiony na księgi przez swe ręce przepuścili. Zarówno płci pięknej, do której chyba przede wszystkim cykl jest adresowany, jak i samczej rasie, która znajdzie tu co nieco w sam raz dla siebie oraz, co może jeszcze cenniejsze, co nieco o kobiecej naturze


Wasz Andrew

Przed świtem [Stephenie Meyer]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

środa, 1 lutego 2012

Zaćmienie



W Zaćmienie (Eclipse) wpadłem w pełnym pędzie. Obawiałem się trochę katastrofy, co często zdarza się czytelnikom z winy nawet najlepszych autorów cyklów powieściowych, którzy osiągnąwszy granicę swych możliwości na początku lub nawet bliżej środka, nie potrafią już dłużej utrzymać poziomu, zawodząc czytelników, których wcześniej uwiedli. Śmiało parłem do przodu gnany wartką akcją, plastycznymi opisami i niepowtarzalnym klimatem będącym znakiem firmowym Stephenie Meyer. A zaczęło się tak niewinnie...

Zmierzch, pierwsza część sagi (pod tym samym tytułem) o wampirach i wilkołakach współistniejących w ludzkim świecie, nie wydała mi się czymś rewelacyjnym. Niemniej jednak był na tyle dobry, by wciągnąć mnie podstępnie i niezauważalnie, by zmusić do jak najszybszego sięgnięcia po drugą odsłonę opowieści – Księżyc w nowiu. To już była prawdziwa uczta; może nie arcydzieło, ale kawał naprawdę dobrej pisarskiej roboty.

Część trzecia sprawiła, że po raz drugi przewartościowałem swe oceny dotyczące Zmierzchu, a także zmieniłem nieco odczucia, jakie miałem po niedawnej lekturze Księżyca.

Rożne serie powieściowe zdarzało mi się czytać. Jedne zaczynały się fajerwerkiem, jak Diuna Herberta, gasnąc z każdą kolejną książką, jakby większość paliwa spaliła się w pierwszym wybuchu. Inne trzymały równy poziom, jak opowieści o Horatio Hornblowerze pióra C. S. Forestera. Nie kojarzę jednak niczego, co podobnie do prozy Stephenie Meyer przypominałoby mi równię pochyłą. Coraz szybciej, coraz lepiej.

Nie jestem fanem fantasy ani naszego świata zaludnionego potworami. Wolę już potwory w kosmosie. Jakieś takie to bardziej prawdopodobne. Z kryminałów wolę odmiany z dodatkami do czystej rozrywki, choćby szwedzką szkołę kryminału społecznego. Komedie wybieram te, które raczej prowokują do uśmiechu lub śmiechu, niżeli do rechotu. Pomimo tego, pomimo płytkości o jaką posądzałem Zmierzch na początku mojej z nim znajomości, urzekł mnie niezwykły klimat alternatywnej wersji naszego świata wykreowany przez Stephanie Meyer i gładko przeszedłem dalej.

Księżyc w nowiu sprawił, że naprawdę polubiłem tą ciamajdowatą Bellę Swan, o którą zabiegają amanci po równi spośród ludzi, co wampirów i wilkołaków. Doceniłem alegoryczny charakter serii stworzonej przez panią Meyer, która pozwala rozkoszować się jej prozą zarówno tym, którzy szukają warstw pod warstwami i aluzji w aluzjach o aluzjach, jak i początkującym, którzy pomiędzy wierszami niczego jeszcze odczytać nie potrafią. Rozsmakowałem się w zimnych, pochmurnych klimatach i sercowych rozterkach Isabelli zakochanej jednocześnie w dwóch rywalach walczących ze sobą o jej serce. Jako bardzo zgrabny oceniam sposób w jaki autorka ożeniła legendy o wilkołakach i podania o wampirach, tworząc z nich dwie współistniejące, choć zwalczające się rasy. Klan krwiopijców jaroszy to już jest majstersztyk, że nie wspomnę o klanie Volturi. Kto czytał, ten wie, a pozostałym nie zdradzę żadnych szczegółów. Przeczytajcie sami, albowiem zaprawdę warto.

Wielu powie, iż opowieści o przygodach Belli są sztampowe, a książki Stephenie Meyer płytkie jak kałuża na niemieckim asfalcie. Ja też tek myślałem; na początku. Finis coronat opus, czyli jak stwierdził żelazny mąż: mężczyznę poznać po tym, jak kończy. Gdyby Zaćmienie kończyło cykl Zmierzch, to powiedziałbym, że jest to dzieło natchnione. Jak chyba żadna inna książka przyciągnął do słowa drukowanego znaczącą część młodego pokolenia, a i takim starym prykom jak ja dostarczył świetnej zabawy. I nie tylko zabawy. Zdaję sobie sprawę, że pisarka prawdopodobnie z premedytacją korzystała z wielu chwytów zwiększających szansę na zdobycie popularności, zwłaszcza popularności wśród nastolatków; profil głównej bohaterki, rozterki serca, rywale jak awers i rewers, etc. Czy to jednak naprawdę coś złego? Czy nie dość już arcydzieł butwiejących w ciemnych kątach bibliotek, jeśli nie wręcz po piwnicach? Może już najwyższy był czas na coś takiego? Gdybym dzisiaj miał oceniać całą serię, powiedziałbym – rewelacja! Zaćmienie nie jest jednak końcem. Przechodzę więc do następnej części, po równi pełen nadziei i obaw. Spotkamy się Przed świtem 



Wasz Andrew

ZMIERZCH Tom 3: Zaćmienie [Stephenie Meyer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Zaćmienie [Stephenie Meyer]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

wtorek, 31 stycznia 2012

Księżyc w nowiu



Księżyc w nowiu (oryg. New Moon) to druga część cyklu o perypetiach Isabelli Swam, amerykańskiej nastoletniej niedorajdy. W pierwszej części zatytułowanej Zmierzch, urwanej prawie w pół słowa, śledziliśmy początek szalonej miłości wspomnianej szarej myszki do księcia z bajki, nieziemsko przystojnego i bogatego Edwarda Cullena, którego jedyną wadą jest to, iż jest wampirem.


Zmierzch, choć nie jest zbyt ambitną lekturą, wciągnął mnie i z niecierpliwością przeskoczyłem do Księżyca w nowiu ciekaw, jak też autorka rozwinie temat związku wilkołaka z człowiekiem.

Pod względem edytorskim druga część wampirzego cyklu, choć wydana w tej samej oficynie, prezentowała się o tyle gorzej, iż w treści roi się od błędów; złych form i zagubionych końcówek. Pomimo tego dyskomfortu okazała się jeszcze bardziej wciągająca niż Zmierzch. Schematyzm fabuły zdecydowanie przełamało zaludnienie wampirzo-ludzkiego świata trzecią rasą, wilkołakami. Co to będzie miało wspólnego z główną bohaterką i jak się rozwinie jej miłość do pięknego krwiopijcy, nie będę zdradzał.

Z jednej strony, podobnie jak w przypadku Zmierzchu, Księżyc w nowiu zdecydowanie wypada pochwalić za to, że potrafił przyciągnąć do czytelnictwa szerokie rzesze młodzieży dotąd cierpiącej na awersję do słowa pisanego na papierze, zwłaszcza zaś płci piękniejszej. Daje też całkiem niezłą rozrywkę, choć jednorazową, bo drugi raz czytać sobie tego nie wyobrażam, nawet czytelnikowi dojrzałemu i oczytanemu.

Z drugiej jednak, zwłaszcza jako powieść kierowana do młodych czytelniczek, musi być powieść Stephanie Meyer napiętnowana za pozorne szerzenie stereotypów, które od wieków zadżumiają umysły romantycznych nastolatek, a nawet nastolatków. Nie jestem pewien, czy wszyscy tą pozorność wychwycą.

„Miłość jest ślepa. Im mocniej się kogoś kocha, tym bardziej irracjonalnie się postępuje”* Wielu odbiorców, zwłaszcza mniej uważnych, jest pewna, iż ta tak często powtarzana w tekście teza jest motywem przewodnim powieści. Jednak w rzeczywistości dylematy głównej bohaterki są rozterkami dojrzałego człowieka; jak pogodzić sprzeczne okoliczności życia, których pogodzić się nie da, jak zdobyć miłość na której nam najbardziej zależy, a jednocześnie wyrządzić jak najmniej szkód naszym bliskim, których ten sukces zrani. Są to sytuacje jakże częste w codziennym życiu i nienawidzące się potwory pomiędzy którymi balansuje Isabella można odbierać jako alegorię sytuacji bez wyjścia, gdy wybór jest tylko pomiędzy złem większym a mniejszym. Podobnie ograniczenia fizyczne bohaterki można odczytywać jako aluzję do bezsilności, z którą tak często borykają się ludzie w swym życiu, a jej ukryte talenty jako niewykorzystane zdolności, których wielu z nas ma w sobie świadomość, ale wykorzystać ich nie potrafi. Jak wiele jest zaprzepaszczonych talentów pokazują choćby programy takie jak X-Factor. W muzyce te talenty wyłapuje telewizja, ale w innych dziedzinach niejednokrotnie niezwykłe nawet zdolności są zaprzepaszczane.

O tym, że powieść ma charakter alegoryczny świadczy choćby takie zdanie: „Chcę być wieczną nastolatką, tak jak ty.”**. To nie są słowa nastolatki. Młodzi chcą być dorośli. To dorośli chcą być wiecznie młodzi.

Czy nastolatek widzi analogie między rozgrywką z potworami, a rozgrywką z losem? Nie wiem. Ważne, że powieść wciąga, powiększa rzesze młodych czytelników (chyba głównie czytelniczek), a i dorosłym potrafi zapewnić dobrą rozrywkę. Nie rozpisuję się dalej, gdyż właśnie zaczynam następną część – Zaćmienie. I wcale się tego nie wstydzę. Księżyc w nowiu to dobra, bardzo dobra powieść, choć arcydziełem też na pewno nie jest


Wasz Andrew

* Księżyc w nowiu str. 289
** Księżyc w nowiu str. 457

Ps. W trakcie lektury kolejnych książek składających się na cykl Zmierzch nastąpiło przewartościowanie pierwotnej oceny powieści Księżyc w nowiu. Tutaj pozostawiłem pierwotne oceny; takie jakie nadałem przed przejściem do następnych części. Jak i dlaczego zmieniały się moje wrażenia dotyczące Zmierzchu przeczytacie w następnych recenzjach. Zapraszam do lektury refleksji z Zaćmienia, która ukaże się już wkrótce.

ZMIERZCH Tom 2: Księżyc w nowiu [Stephenie Meyer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Księżyc w nowiu [Stephenie Meyer]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Relikt



Wpadłem na chwilę do biblioteki z nieplanowaną wizytą i jakoś wyjątkowo nie mogłem się na nic zdecydować. W końcu wziąłem Relikt (oryg. Relic) napisany przez spółkę autorską w składzie Douglas Preston i Lincoln Child.


Rozpoczynając lekturę przeniosłem się w wyobraźni nieco w przeszłość, w nietknięty jeszcze stopą cywilizowanego człowieka zakątek dorzecza Amazonki, gdzie amerykańska wyprawa naukowa mająca za cel odnalezienie tajemniczego plemienia oddającego cześć morderczemu bóstwu napotyka niespodziewane trudności. Później przeniosłem się do dzisiejszego Nowego Yorku, gdzie Muzeum Historii Naturalnej przygotowuje nową, kontrowersyjną ekspozycję. Nieoczekiwanie dochodzi do niezwykle brutalnych zabójstw w ciemnych korytarzach podziemi muzealnego kompleksu. Lekceważąc zagrożenie dyrekcja nadal planuje z wielką pompą dokonać otwarcia nowej wystawy. Co dalej nie będę zdradzał, ale powiem krótko – będzie się działo!

Powiem szczerze, że nie bardzo lubię horrory. Zwykle zaczynają się ciekawie, lecz potem nudzą mnie te tony krwi, flaków i infantylne potwory. Bardzo rzadko trafia się coś w tym kanonie, co do końca mnie nie zawiedzie. Nie potrafię sobie przypomnieć żadnego horroru, który by tej zmory uniknął. Nawet takie arcydzieła gatunku jak Ręka mistrza nie są od niej wolne. Dużo lepiej mają się powieści z pogranicza horroru i thrillera, gdzie zagrożenie nie jest nadprzyrodzone, a mniej lub bardziej możliwe. Na szczęście do tej ostatniej grupy należy Relikt.

Od początku mniej więcej coś wiemy, mniej więcej się domyślamy. Chwilami mniej, chwilami więcej. To jedna z głównych zalet tej powieści – do samego końca nie wiemy niczego na pewno, nawet jeśli nam się wydaje, że wszystko już odgadliśmy, a gdy już poznamy zakończenie, gdy już wszystko wiemy, nagle czeka nas jeszcze jedna, ostateczna niespodzianka.

Jak wygląda moja ocena Reliktu? No cóż – dopiero w okolicach jednej trzeciej lektury zorientowałem się, iż jakoś za bardzo mi jest znajoma, a dopiero po połowie się upewniłem, że już tą powieść przed laty czytałem. To by świadczyło, że nie jest rewelacyjna, tym bardziej, że za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć zakończenia. Z drugiej jednak strony muszę uczciwie przyznać, iż do ostatniej kartki czytałem z przyjemnością i zainteresowaniem. O czym to świadczy poza ewentualną sklerozą? Ano o tym, iż książka nie ma większej wartości jeśli chodzi o zawarte w niej treści*, ale w ramach swego kanonu jest skonstruowana perfekcyjnie.

Tok akcji przypomina rytm wiersza Lokomotywa Tuwima, i to tempo utrzyma się aż do epilogu. Ciekawa hipoteza leżąca u podstaw fabuły, absurdalna, ale bardzo ładna, nadaje jej niepowtarzalny smaczek. Schematyczne, nieco komiksowe, ale dzięki temu dobitnie określone postacie i plastyczny, obrazowy język ułatwiają pracę wyobraźni czytelnika. Wszystko to sprawia, iż powieść jest naprawdę świetną rozrywką, jak w moim przypadku nawet za drugim razem, o czym z zadowoleniem Was zapewniam


Wasz Andrew

* Zdarzyła się nawet żenująca wpadka: „...dysponowała jedynie starym, poobijanym biurkiem wciśniętym pomiędzy dwie masywne żamrażarki (...). Nawet w upalne letnie dni musiała przynosić do pracy gruby sweter.” Każdy, kto choć trochę pomyśli i ma wiedzę z zakresu fizyki na poziomie szkoły podstawowej wie, iż takie urządzenia na zewnątrz grzeją. Nawet jeśli w izolowanym termicznie pomieszczeniu postawić włączoną otwartą lodówkę lub zamrażarką, to i tak temperatura będzie w nim rosła.

niedziela, 29 stycznia 2012

Zrozumieć ciszę



(1994 oryg. Silent Fall)

Akcja rozgrywa się w prowincjonalnej miejscowości w USA, gdzie właśnie miało miejsce podwójne zabójstwo. W okazałym domu nad jeziorem brutalnie zamordowano małżeństwo Wardenów. Ich dzieci, Sylvie (świetna rola Liv Tyler) i mały Tim (Ben Faulkner) przeżyły tragedię. Policja po przybyciu na miejsce zdarzenia zastała Tima trzymającego w ręku okrwawiony nóż, który był narzędziem zbrodni. Sytuację komplikuje fakt, że Tim jest dzieckiem autystycznym i nie można nawiązać z nim kontaktu.

Główny bohater, na którym ciąży zadanie wydobycia wspomnień z umysłu Toma i wykrycia sprawcy morderstwa, to Jake Rainer (Richard Dreyfuss), wybitny psychiatra dziecięcy, który wciąż jeszcze nie doszedł do siebie po samobójstwie jednego z małych pacjentów, pozostających pod jego opieką.

Jak to w każdej zapadłej dziurze, okazuje się, że wszyscy są ze sobą powiązani a każda rodzina ma swoje tajemnice. Nic nie zapowiada tego, że Jake naraża swe życie a zagrożenie przyjdzie z najmniej oczekiwanej strony. Rozwiązanie zagadki w zamierzeniu nieoczekiwane, ale czy aby na pewno tak to wyszło? Sprawdźcie sami. Film warto obejrzeć choćby ze względu na obsadę i wciąż obcy przeciętnemu widzowi temat autyzmu, lecz na pewno na drugi seans się nie skusicie, o czym rzetelnie Was zapewniam


Wasz Andrew

sobota, 28 stycznia 2012

Kryminalna beznadzieja

made in USA



Dawno temu, kiedy oglądałem pierwszy odcinek CSI, miałem nadzieję na dobry serial kryminalny. Nowoczesna technika, nowe metody, inne spojrzenie... Szybko się jednak zniechęciłem, gdyż oba seriale (CSI: Kryminalne zagadki Nowego Jorku i CSI: Kryminalne zagadki Miami) okazały z odcinka na odcinek coraz bardziej i infantylne, aż osiągnęły poziom totalnej chały. Aktorki wytapetowane jakby właśnie zaczynały sesję próbną do magazynu mody, a nie grały detektywów, co przez kontrast choćby do stylu Wallandera czy Mesjasza aż odrzuca. Podejrzani, którzy zawsze się przyznają, tak jakby nie słyszeli, że jeśli złapią za rękę, to trzeba twierdzić, że ręka nie jest moja. Technicy pałętający się po miejscu zbrodni bez żadnego ładu i składu. Masakra intelektualna. Mimo wszystko jednak, co pewien czas, rzucam okiem na kolejne odcinki. Z różnych powodów. A to reklamy przerwały film na innym kanale, a poza CSI nie ma nic innego na pozostałych, a to ciekawość – a nóż coś ciekawego jednak pokażą. Różnie.

Ostatnio jednak serial przeszedł sam siebie. Jakaś powtórka, nie wiem nawet z którego "sezonu"; odcinek o superbroni, zadziwił mnie głupotą, choć wydawało mi się, że już mnie czymś takim zadziwić nie można. Wszystko zaczyna się kawałkiem, w którym trzech przestępców zostaje zaskoczonych przez coś/kogoś w magazynie nielegalnej broni. Próbują uciekać, ale coś sprawia, że „wyparowują”. Później, gdy się okazuje, że to była sprawka superbroni, doznałem wręcz szoku. Broń, która jest tak nieporęczna, że musi być przenoszona przez dwie osoby, a strzela ze statywu, nie mówiąc o ładowaniu i zasilaniu, miałaby być superbronią? W dodatku nie można przed nią uciec??? Jak to możliwe, skoro w ogóle nie jest mobilna? Jak z nią kogoś gonić albo podejść? Totalna porażka.

Innym razem było jeszcze gorzej. W ciele ofiary detektywi znaleźli kulę „kalibru 41mm”. Na oko widać, że pocisk nie był grubszy niż palec aktora grającego rolę detektywa. O co więc chodzi? Może o głupotę tłumacza, który tradycyjną anglosaską miarę (cal) potraktował jako milimetry? Wtedy .44, czyli 0,44 cala, co daje 11,2 mm czyli prawdziwą armatę wśród broni krótkiej, ale jednak typowo strzelecki kaliber, tłumaczy się jako kaliber 44 mm, czyli kaliber dobrego działka. Tylko czy to wtedy jest tłumacz, czy nieuk? Osobiście nie jestem pewny, czy w tym wypadku chodziło o wpadkę tłumacza. Kaliber .41 nie jest rozpowszechniony. Może to jakiś chochlik? Ale 41 mm to pomyłka przede wszystkim w rzędzie wielkości. O czym to świadczy? Ano o tym, że poziom kadr serwujących naszym mózgom papkę za pośrednictwem telewizji jest żenująco niski. Ktoś powinien zwrócić uwagę na to, że 41 mm to deczko za dużo jak na średnicę palca aktora, bo taki akurat był przedmiotowy pocisk. Nie trzeba do tego ani wiedzy kryminalistycznej, rusznikarskiej, ani żadnej innej. Tylko że w całej grupie ludzi, poczynając od tłumacza, a kończąc na tym, kto dał polski głos aktorom i tym, kto zdecydował o emisji odcinka, nie znalazł się nikt, kto by to zauważył. A może tacy byli tylko im się nie chciało? Kultura bylejakości, jaką są nasze czasy, to jednak temat na osobny, poważniejszy felieton. Tymczasem zamiast CSI wolę sięgnąć po jakąś książkę, co i Wam polecam


Wasz Andrew