Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 13 stycznia 2012

Festung Breslau




Jakiś czas temu skończyłem czytać Festung Breslau Marka Krajewskiego i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Akcja Twierdzy Wrocław rozgrywa się podczas ostatniej fazy II Wojny Światowej, a konkretnie podczas oblężenia tytułowego miasta zamienionego przez niemieckich obrońców w kolejny niezdobyty bastion mający powstrzymać bolszewicką zarazę. Nie jest to jednak książka wojenna, a plasuję ją zdecydowanie w kanonie kryminału. Głównym bohaterem powieści jest bowiem mocno już podstarzały, w dodatku zawieszony w obowiązkach, ale jednak, kapitan policji czyli Kriminaldirektor Eberhard Mock, który prowadzi prywatne śledztwo w sprawie szczególnie okrutnego zabójstwa pewnej dziewczyny.


Akcja jest szybka, pełna zwrotów, a śledztwo ciekawe, pełne ślepych zaułków. Nie od razu wiadomo, kto jest kim i tak prawie do samego końca. Rzecz cała napisana pięknym, bogatym językiem okraszonym wieloma trudnymi słowami, że o lekkim nadużywaniu martwego języka nie wspomnę. Widać od razu, że autor pisząc kryminały nadal pozostał wierny swej pierwszej zawodowej sympatii, czyli filologii klasycznej.

Festung Breslau to nie kolejny amerykański kryminał podobny do tysiąca innych, lecz powieść o tym, czym jest wojna. Drastycznością opisów przypomina mi, z powszechniej znanych rzeczy, Malowanego ptaka Jerzego Kosińskiego (właściwie Nikodema Jerzego Lewintopfa) czy Opowiadania Tadeusza Borowskiego. Nie tylko makabrycznością, ale śmiałym i celnym odmalowaniem powszechnego upadku moralności, obyczajów, godności i w ogóle człowieczeństwa, co nieodłącznie każdej wojnie towarzyszy. Wojna nie jest taka jak w Czterech Pancernych czy Rambo. Jest właśnie taka, jak w powieści Krajewskiego. Beznadziejna, niszcząca wszystko i wszystkich. Prawość, rycerskość i uczciwość są wyjątkiem. Wyjątkiem zauważanym i nagradzanym zwykle pośmiertnie, o ile w ogóle kiedykolwiek. Nie ma miejsca na miłość, przyjaźń i szczęście. Mam wrażenie, że gdyby ludzie więcej czytali dobrych książek, a mniej oglądali durnych seriali, to mniej byłoby wojen i okrucieństwa. To chyba jednak nie jest możliwe, podobnie jak to, by więcej myśleli. Zawsze znajdą się tacy, którzy uwierzą że Bóg jest z nami (Got mit uns).

Wracając do kryminalnego aspektu Festung Breslau, to w tej powieści możemy pięknie zobaczyć, do jakiego zła może prowadzić zasada, której hołduje w swej twórczości Marek Krajewski, a mianowicie iż zbrodnia musi być ukarana. Policjanci, którzy nie potrafią podejść z pewną dozą krytycyzmu do swego powołania, za wszelką cenę chcąc ukarać zbrodniarza, mogą sami stać się zbrodniarzami. Nikt nie jest nieomylny i detektywi, nawet najgenialniejsi, też nie. Dlatego dokonywanie samosądów, inaczej niż autor Twierdzy, uważam za bardzo kontrowersyjne, a na pewno nie za godne lansowania. Uspokajanie się tym, że ktoś „i tak na to zasłużył”, podobnie jak to ma w zwyczaju Hauptmann und Hauptsturmführer Mock, nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Po pierwsze nie zawsze może być prawdziwe, bo nie każdy nawiedzony mściciel ma tyle szczęście, by zawsze podejrzewać recydywistów, a pomyłkowa zemsta na niewinnym i w dodatku porządnym człowieku, to chyba taka sama zbrodnia jak ta, która miała być pomszczona. Po drugie, i chyba równie ważne, gdy raz znajdzie się winnego, przestaje się szukać. Wywarcie zemsty na niewinnym danego przestępstwa, choćby nawet zasługiwał na karę za inne swe występki, powoduje zaprzestanie poszukiwań prawdziwego sprawcy, bo przecież sprawiedliwości stało się zadość. To niebezpieczeństwo istnieje niestety nie tylko w przypadku samotnych mścicieli, ale i wymiaru sprawiedliwości również. To jednak tylko dygresja. Książka jest naprawdę świetna, zdecydowanie polecam ją zarówno miłośnikom kryminałów jak i klimatów wojennych. Warto by przeczytał ją też każdy, kto choć przez chwilę miewa myśli o tym, że są wojny sprawiedliwe, że mogą cokolwiek zmienić na lepsze, że nie jest to najgorsza rzecz, jaka w historii narodu może się zdarzyć.

Pacyfistów i ludzi przesadnie wrażliwych, o plastycznej wyobraźni, do lektury nie zachęcam, bo na pewno obrazy z upadającego Wrocławia przez pewien czas będą się wyświetlać w ich umyśle, a pozostałych namawiam gorąco

Wasz Andrew

Festung Breslau [Marek Krajewski]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

czwartek, 12 stycznia 2012

Zapomniany żołnierz



Kiedy przeczytałem niesamowite wspomnienia Borisa Gorbaczewskiego Przez wojenną zawieruchę, często porównywane do Zapomnianego żołnierza (oryg. Le Soldat Oublié), którego autorem jest Guy Sajer*, było logicznym posunięciem przeczytać również tą drugą książkę, tym bardziej, iż od lat i tytuł, i nazwisko autora, były mi znane, jako jedne z najważniejszych w literaturze o II Wojnie Światowej.
Po takim wstępie nie da się już, co zrozumiałe, uniknąć wzajemnych porównań i odniesień między wspomnianymi publikacjami. Obie wspomnieniowe, obie formą i gabarytem przypominające rozbudowaną powieść. Pisane przez autorów stojących po dwóch przeciwnych stronach II Wojny, a niejednokrotnie tych samych bitew. Tym, co je nierozdzielnie połączyło, jest niezwykle rzadko spotykany autentyzm, który daje prawdziwy obraz wojny na froncie wschodnim. Prawdziwy nie tylko do bólu, ale aż do obrzydliwości, do zohydzenia widokiem rzeczywistego oblicza wojna. Choć obaj pisarze są sobie całkowicie obcy, ich książki wzajemnie się uzupełniają. Jak nie można mówić o człowieku nie widząc różnic między kobietą i mężczyzną, którzy prawdziwą naturę człowieka ukrywają między innymi w tych sprzecznościach, tak nie można poznać prawdy o Froncie Wschodnim nie znając sprzecznych relacji obu stron, i obu ich nie rozumiejąc.
Sajer, syn Niemki i Francuza, marzy o karierze asa Luftwaffe, ale ląduje jako szeregowy w jednostce transportowej, z której następnie trafia do znanej dywizji Gross Deutschland. Szlak bojowy wiedzie go aż nad Don, a potem przez piekło nieustannego odwrotu; Charków, Dniepr, Prusy Wschodnie. Siedemnastolatek w niemieckim mundurze nie jest pod pewnymi względami zbyt bystry i jako obserwator szerszego tła jest dużo bardziej ograniczony od wspomnianego radzieckiego kolegi po piórze. Może ma na to wpływ jego idealizm, może młody wiek i brak obycia w świecie. Nadrabia to perfekcyjnym, fotograficznym wręcz zmysłem do rejestracji obrazu. Niestety nie są to obrazy przypominające Czterech Pancernych.
Zapomniany żołnierz to książka kultowa. Nie tylko dla Niemców, ale dla wszystkich zainteresowanych tematem II Wojny Światowej; od Rosji po USA. Całkowicie subiektywny obraz walk na Wschodzie widziany oczami młodzieńca przekonanego, iż walczy o lepszy świat przeciwko hordom barbarzyńskich komuchów niosącym zagładę europejskiej cywilizacji. Obraz o 180 stopni odmienny w stosunku do rosyjskiej wersji tej historii. Jednak obraz rzetelny, tchnący prawdą i namacalnym autentyzmem. Paradoksem jest fakt, iż w pewnym sensie Sajer miał rację. Dziś coraz bardziej uprawniona wydaje się teza, iż tylko Hitlerowi zawdzięczamy, iż ZSRR nie połknął całej Europy, a musiał się zadowolić tylko jej połową.
Choć Sajer nie był żadnym pacyfistą, jego książka powinna być dedykowana wszystkim tym, którzy myślą, iż jest cokolwiek, co usprawiedliwia wojnę. Nasz młody żołnierz prawie do końca uważa, iż są wartości ważniejsze niż pokój i warto przebyć z nim jego drogę, by też zmienić zdanie.
Zapomniany żołnierz pokazuje nam bestialstwo Armii Czerwonej, podobnie jak Gorbaczewski ukazuje zbrodnicze oblicze armii niemieckiej. Całkowicie subiektywnie, ale wiernie maluje męczeństwo niemieckich żołnierzy i ludności cywilnej; nie tylko okropieństwo samej walki, ale głód, mróz, choroby. Im dalej, tym gorzej. Aż nazbyt plastycznie opisuje horror upadku Prus Wschodnich, jedną z najbardziej haniebnych kart w historii armii radzieckiej.
Historycy, i nie tylko, spierają się na temat autentyczności Zapomnianego żołnierza, który pisany był pod pseudonimem i w którym znawcy tematu znajdą trochę nieścisłości, głównie w sprawie sprzętu wojskowego i geografii. Trzeba jednak wziąć pod uwagę perspektywę autora; z pozycji szeregowca, później starszego szeregowca, czyli zwykłego frontowego popychadła, widać wszystko inaczej niż, jak w przypadku choćby Gorbaczewskiego, z pozycji oficera. Największym komplementem pod adresem autentyczności Zapomnianego żołnierza jest dla mnie wypowiedź jednego z weteranów dyw. Gross Deutschland, który po jej lekturze oświadczył, iż nawet jeśli byłaby to w istocie fikcyjna powieść, to czytając ją znów miał przed oczami tamte wydarzenia, tamten strach i wrzaski ginących kolegów, czuł jakby przeżywał wszystko od nowa i nie wyobraża sobie, by napisał to ktoś, kto tego nie przeżył.
Właśnie ten rodzaj autentyzmu jest w literaturze wojennej najcenniejszy. Pokazuje jaka jest prawdziwa cena wojny. Setki książek historycznych, tysiące powieści, nie są w stanie pokazać prawdziwego zła, jakim jest wojna, oddać tego, czym ona jest i jaka jest. Takie książki jak Zapomniany żołnierz to potrafią. Nie pokazują wskaźników i statystyk, które jeśli kogokolwiek obchodzą, to głównie tych, którym wojna tylko przysparza pieniędzy. Pokazują, co czeka na wojnie zwykłego, uczciwego człowieka.
Na zakończenie jeszcze jedno. Guy Sajer i jego dzieło to już klasyka. Doceniona i uznana, niezależnie od tego czy uważamy iż to autentyczne wspomnienia, czy w mniejszym lub większym stopniu fikcja. I jest to ocena całkowicie zasłużona. Musze jednak stanowczo stwierdzić, iż ze wspomnianej pary niemiecko-radzieckiej, wersję rosyjską uznaję za bardziej wartościową. Zapomniany żołnierz ustępuje zdecydowanie wspomnieniom Borisa Gorbaczewskiego, choć sam też jest rewelacyjny i stanowi jedną z najlepszych pozycji o tej tematyce.
Polecam lekturę Zapomnianego żołnierza każdemu, niezależnie od wieku (za wyjątkiem dzieci oczywiście), jednak sugerowałbym najpierw przeczytanie Przez wojenną zawieruchę. Taka kolejność dostarczy Wam niezapomnianych przeżyć, o czym z przekonaniem Was zapewniam

Wasz Andrew




* właściwie Guy Mouminoux. Guy Sajer jest pseudonimem. Inne pseudonimy artystyczne używane przez pisarza to Dimitri, oraz Dimitri Lahache.

Nowy początek



Witajcie w nowym miejscu. Mam nadzieję, że mi się tu spodoba. Od jutra piszę już tutaj.


Do zobaczenia!


Wasz Andrew

środa, 11 stycznia 2012

Rżewska maszynka do ludzkiego mięsa



Ile napisano książek o Drugiej Wojnie Światowej, tego nie potrafią już chyba policzyć nawet komputery. Jedne wydawane są w ogromnych nakładach, a inne w setkach egzemplarzy, których potem namiętnie poszukują zainteresowani. Każdy krytyczny czytelnik po pewnym czasie zauważa, iż większość publikacji zawierających cokolwiek więcej niż suche dane taktyczno-techniczne, daty i dokumenty, jest pisanych jeśli nie wprost na zamówienie, to ewidentnie pod publiczkę; pod gusta władzy i plebsu, politycznej poprawności lub własnych przekonań o tym, jak historia powinna wyglądać. Dotyczy to każdego gatunku literatury o tej tematyce, a szczególnie łatwo takie tendencje zauważyć studiując dzieła wielu uznanych zawodowych historyków i porównując tezy jakie stawiali przed i po zmianie ustroju w Polsce. Nie wspomnę już o konfrontacji między historią II Wojny wg Rosjan, Polaków czy Niemców, a osobnym tematem są książki pisane przez historyków w ten sposób, że mało oczytany czytelnik fikcję bierze za fakty historyczne*.
Wśród tego morza mniej lub bardziej zakłamanych, czy jak kto woli patriotycznych, publikacji zdarzają się ryby na które warto polować. To perełki tchnące autentyzmem i prawdą.
Ostatnio otrzymałem w prezencie wspomnienia zatytułowane Przez wojenną zawieruchę czyli Wojna żołnierza Armii Czerwonej na froncie wschodnim: 1942-1945, których autorem jest Boris Gorbaczewski (Борис Горбачевский). Jak dotąd nie miałem zbyt wielu dobrych wspomnień z autobiograficznych dzieł tworzonych przez pisarzy, których matką była Рабоче-Крестьянская Красная Армия, jednak już przed rozpoczęciem lektury zauważyłem, iż o ile tytuł wersji angielskiej, na której głównie bazuje polski przekład, czyli Through the Maelstrom, nie jest zbyt wiele mówiący, to tytuł pierwotnej, rosyjskiej wersji brzmi Ржевская мясорубка. Время отваги. Задача - выжить!** Termin Ржевская мясорубка nie został wymyślony na potrzeby tej książki, więc mocno już zaciekawiony rozpocząłem lekturę.
Nie będę streszczał książki; choć to pozycja wspomnieniowa, czyta się ją jak świetną powieść i nie chcę nikomu psuć tego aspektu przeżywania tej wspaniałej lektury. Razem z autorem śledzimy jego dzieje w komunistycznej armii od wstąpienia do szkoły wojskowej, której nie zdążył ukończyć z powodu wysłania wszystkich kursantów na front, aż po koniec szlaku bojowego. Książka, jak już wspomniałem, napisana jest niczym najwyższej klasy beletrystyka; świetny, obrazowy styl, szybka akcja, pełna zwrotów i zaskakujących epizodów. Wszystko to wyrażone ładnym, lekkim piórem, okraszone perełkami liryzmu i wojennych miłości. Nic więc dziwnego, że książkę, choć grubą, wprost się połyka. Pochłania się ją zachłannie, choć miejscami, a właściwie w zdecydowanej większości, jest przejmująco smutna; pełna niewyobrażalnego i bezsensownego okrucieństwa.
No właśnie. Jak nadmieniłem na samym początku, jest to jednak jedna z najlepszych, najbardziej wiarygodnych książek o II Wojnie Światowej. Moim zdaniem, i nie tylko moim, może ona stanąć na podium razem z tak znanymi dziełami jak choćby Zapomniany żołnierz Guya Sajera. Jej wartością nie jest obiektywność. To całkowicie subiektywne, ale za to do bólu autentyczne świadectwo autora o tym co widział i co przeżył. Świadectwo, które tak sobie cenię; bliskie temu znaczeniu z Biblii – ja widziałem, słyszałem, czułem; ja tam byłem. To nie jakieś beletrystyczne bzdury, które często są lekturami w naszych szkołach. Czytając tę książkę każdy w miarę inteligentny człowiek musi zrozumieć, iż nie ma dobrych wojen, iż nie ma niczego gorszego niż wojna.
My, Polacy, epatujemy wszystkich swoimi cierpieniami w czasie II Wojny. Nikt nie kwestionuje daniny naszych cierpień. Od zawsze jednak ton naszych wypowiedzi na ten temat wskazuje, iż uważamy, że inni mieli lepiej. Jakie to kłamliwe, krzywdzące i oburzające! Jakie to głupie! Sugeruje, iż wojna nie jest taka zła, tylko my mieliśmy pod górkę. Wielokrotnie już zdarzyło mi się słyszeć on naszych rodakow, iż w Polsce przydałby się jakiś Hitler, by w końcu zrobić tu porządek. Takim ludziom przydałaby się niniejsza lektura. O ile byliby w stanie ją zrozumieć... Ржевская мясорубка! Gdy czytamy, jak w ciągu minuty z kompani pozostaje dwóch żywych, jak w ciągu kwadransa z batalionu pozostaje trzech, jak ta maszynka w czasie godziny zmienia dziesiątki tysięcy ludzi w siekane mięso zmieszane z ziemią, resztkami mundurów i sprzętu, to rozumiemy, iż wcale nie mieliśmy tak źle. Nie wiem, czy Powstaniec Warszawski miał gorzej i czy chciałby się zamienić na przeżycia z Ruskim spod Rżewa. Choćby z autorem, który przeżył wiele razy tylko dzięki uśmiechowi losu. Na chwilę odwołano go z batalionu, który za chwilę został zmieciony z powierzchni ziemi, to znowu został ranny i stracił przytomność w odpowiednim momencie...
Gorbaczewski bezlitośnie unaocznia nam bezsensowne okrucieństwo radzieckiej taktyki ataku ludzkimi falami na głęboko urzutowaną obronę niemiecką. Pokazuje hekatombę ofiar niemieckiej agresji, nieudolności radzieckiego dowództwa, mrozu, głodu i chorób. Nie kryje też istnienia uprzywilejowanych, stojących wysoko w hierarchii, którzy na froncie opływają we wszystko. Ukazuje nam prawdę, rzecz, której wielu z nas nie chce oglądać, gdyż burzy zaufanie do takich haseł jak Bóg, Honor i Ojczyzna. To samo bowiem zobaczymy, tylko okiem hilterowca, u Sajera, a jeśli dobrze poszukamy, to zawsze i wszędzie.
Autor przedstawia wszystko tak jak widział wówczas, w czasie tych tragicznych przeżyć. Nie wiemy, czy dziś dopuszcza do siebie świadomość, iż to jego ojczyzna chciała rozpętać wojnę, w której trakcie miała wyzwolić z okowów kapitalizmu całą Europę, może i świat, a Hitler jedynie wykonał samobójcze przeciwuderzenie, dzięki czemu wszyscy dziś nie mówimy po rosyjsku. Nie wspomina o tym. Pisze tak, jak wszystko rozumiał wtedy i jest to niezwykle cenne. Faszyści są dla niego agresorami i bestiami. Jego wojna to wojna sprawiedliwa, w obronie ojczyzny. Mimo tego nie wybiela swoich. Choć tłumaczy zbrodnie Armii Czerwonej i ukazuje mechanizmy, które do nich doprowadziły, to ich nie ukrywa. Z bezlitosną otwartością pokazuje obrazy z walk sowietów w Polsce i w Prusach, gdzie zezwierzęcenie żołnierzy Stalina osiągnęło apogeum. Z drobiazgową dokładnością maluje przed nami nawet powojenny, planowy rabunek ziem polskich i niemieckich zakończony wywózką mienia do Rosji. Ponieważ relacjonuje to jednak rzetelnie i prawdziwie, rozumiemy dlaczego tak się wszystko odbyło, dlaczego wszystko tak wyglądało. Jego opowieść, choć tworzy jednostronne ujęcie, jest prawdziwa w każdym szczególe i tworzy spójny obraz choćby ze wspomnianą powieścią Zapomniany żołnierz. Gdybym miał wybrać tylko dwie książki, by prawdziwie oddać charakter walk na froncie wschodnim, być może wybrałbym te dwie. Uzupełniają się jak awers i rewers tej samej monety.
Gorbaczewski nie tylko uzmysławia nam rzeczy, które znamy, ale których skali lub wagi nie doceniamy, czyli przede wszystkim rozmiar cierpień narodów ZSRR w trakcie tej wojny. Uważny czytelnik zauważy prawdę także w wielu innych aspektach i szczegółach tej opowieści. Pokazuje nam między innymi, niestety bardzo prosto i wyraźnie, dlaczego AK było traktowane przez nich jak bandyci. My zawsze myśląc AK – Sowieci mamy na myśli Powstanie Warszawskie, a przecież konflikt między AK i Armią Czerwoną zaczął się od dnia, kiedy Ruscy zaczęli wyzwalać nasze ziemie i spotkali pierwszych naszych. Jak wygłodniali, wymęczeni Rosjanie, którzy przepełnieni byli słusznym gniewem i żądzą zemsty na Niemcach mieli traktować tych Polaków, którzy zamiast cieszyć się z wyzwolenia ich ziem od faszystowskiego buta, którzy zamiast im pomagać, od pierwszych chwil występowali przeciw nim? Czy nie mieli prawa uważać ich za bandytów? My mieliśmy swój punkt widzenia i oni swój. My mamy swoją historię i oni swoją. I chwała tym, którzy każdą z tych historii potrafią opowiedzieć prawdziwie.
Cóż mi pozostaje do powiedzenia? Chyba tylko podkreślić, iż wśród ogromu literatury wojennej, nie tylko tej o II Wojnie traktującej, opowieść Borisa Gorbaczewskiego jest rzeczą wyjątkową. Powinniśmy ją polecać każdemu bez wyjątku, zwłaszcza w komplecie z tyle razy już wspominanym Zapomnianym żołnierzem, by każdy wiedział, jak naprawdę wygląda oblicze wojny, by nigdy nie wyrosło pokolenie, które pomyśli, iż wojna może być czymś dobrym. Polecam więc i ja; absolutnie i z pełnym przekonaniem

Wasz Andrew




* Szokującym przykładem takiej działalności może być choćby twórczość Leo Kesslera
** Rżewska maszynka do mielenia mięsa. Czas odwagi. Cel - przeżyć!

czwartek, 5 stycznia 2012

Comedia infantil



Comedia infantil
Henning Mankell

Sięgając po tą książkę kierowałem się tylko nazwiskiem autora* znanym mi już z innych powieści**. Będąc pewnym jego klasy nie rzuciłem nawet okiem na notkę wydawcy umieszczoną na okładce. Nie wiem czemu oczekiwałem na kolejną opowieść o Wallanderze. Omyliłem się.
Comedia infantil to powieść społeczna, obyczajowa. To rachunek życia chłopca umierającego na dachu jednego z budynków w Maputo w Mozambiku. Podobnie jak w innych powieściach Mankella, mamy tutaj zagadkę. Nie wiemy kto go postrzelił umierającego właśnie chłopca, którego wyznania są osią całej opowieści przekazywanej nam ustami jego jedynego słuchacza. To piekarz Jose Maria Waz został wybrany przez śmiertelnie rannego Nelio na towarzysza agonii i dziewięciodniowej spowiedzi. Rachunku z  całego, kończącego się życia, które trwało tylko, i aż, dziesięć lat. Tylko, gdyż nie zdążyło, poza wczesnym dzieciństwem, przynieść niczego dobrego. I aż, gdyż przyniosło więcej cierpień i okrucieństwa aniżeli życie wielu innych osób razem wziętych.
Opowieść nie jest jednak skargą przegranego. Choć Nelio mówi: „Nigdy nie mamy szansy przyszykować sobie radości, polerować wspomnień tak, żeby zabłysły, uniknąć strachu przed jutrem.”, jednocześnie bardziej kocha życie, niż wielu uprzywilejowanych przez los. Chłopiec opowiada po prostu jak było, jak walczył o każdy dzień. Choć to opowieść budząca grozę, to wcale nie jest czymś dla nas abstrakcyjnym i bez znaczenia. Może afrykańskie realia wydają się na pierwszy rzut oka odległe od Europy jak gwiazdy od ziemi, wystarczy sobie jednak przypomnieć byłą Jugosławię, Gruzję czy Czeczenię, by zrozumieć, iż wojna może się zdarzyć już jutro i Tobie. Wystarczy spojrzeć na bezdomnych i żebraków, bezrobotnych i załamanych poniewierających się na społecznych śmietnikach każdego „cywilizowanego” państwa, również obok nas, by wiedzieć, że totalnie przegrani są również w naszym świecie, że nie jest to bajeczka o Afryce. Fakt, że tam dzisiaj wszystko wygląda drastyczniej, ale bestie w ludziach łatwo zbudzić pod każdym równoleżnikiem, o czym Europejczycy powinni pamiętać w sposób szczególny. Powinni też pamiętać, że zło tryumfuje, gdy poprzedza je bieda i beznadzieja.
Nie jest to jednak tylko książka o wojnie, biedzie i śmierci. Są w niej głębie, których analiza wymagałaby tekstu dużo dłuższego niż niniejsza recenzja. Znajdziemy tam rozważania nawet na tematy aktualne i w naszej, postkomunistycznej Polsce. Choćby na temat wolności***Choćby na temat buntu jaki rodzi się, gdy przegrani nie mają żadnej szansy by wejść wyżej w drabinie społecznej. Mamy też sporą dawkę zdrowej filozofii, która przydałaby się naszej młodzieży cierpiącej z coraz głupszych przyczyn i gotowej popełniać samobójstwa z coraz bardziej błahych powodów. Lektura Comedii to pretekst, by pomyśleć o cenie życia, jego celu i innych równie doniosłych problemach, a także zastanowić się nad wagą drobiazgów, które się na to życie składają. Wszystko to okraszone zdrową dozą relatywizmu, gdyż jak celnie stwierdza Nelio: „Człowiek może tęsknić do śmietnika albo do życia wiecznego. Wszystko zależy.” W dodatku całość czyta się z zainteresowaniem, gdyż akcja, choć poznawana niejako  z drugiej ręki, jest wciągająca i dynamiczna. Opisy barwne a postacie bohaterów, nawet jak na Mankella, wyjątkowo realistyczne i prawdziwe aż do bólu.
Polecam lekturę każdemu, zdecydowanie i bez żadnych zastrzeżeń. Szczególnie zaś tym, którzy mają problemy ze sobą i uważają, że ich życie jest nie takie, jakie być powinno.

Wasz Andrew



* Henning Mankell ur. W 1948 jest jednym z najpopularniejszych pisarzy szwedzkich, a także wybitnym dziennikarzem i człowiekiem teatru.
** Chińczyk, Biała lwica z serii o Wallanderze
*** Choćby cytat „...wolność oznacza, iż muszą pracować nie tylko równie ciężko jak do tej pory, ale na dodatek także zacząć myśleć samodzielnie, planować, co jest do zrobienia – wielu zupełnie się pogubiło.” brzmi jak wyjęty choćby z rozważań o polskiej wsi popegeerowskiej, a nie z realiów rodem z Mozambiku.

środa, 4 stycznia 2012

Świat jest pełen chętnych suk



Już dość dawno, za wyjątkiem Rasy drapieżców Lema, nie czytałem książki polskiego autora. Teraz widzę, że to był chyba błąd. Właśnie skończyłem lekturę zbioru opowiadań Jacka Piekary Świat jest pełen chętnych suk i muszę przyznać, że doznałem miłego zaskoczenia.
Na książkę składa się 13 opowiadań bardzo odmiennych tematycznie i poziomem niestety też odstających od siebie nawzajem. Nie będę ich streszczał nawet w jednym zdaniu, bo zepsułoby to czytelnikowi przyjemność jaką daje zaskoczenie, zdziwienie, niespodziewany uśmiech i refleksja, czyli to, co w dobrym opowiadaniu najcenniejsze. Najbardziej całość zbiorku psuje Piękna i Bestia z działu Miłość, seks, nienawiść, w którym to opowiadanku brak jakiegokolwiek suspensu, napięcia czy puenty. Na szczęście tak słabe opowiadanie jest tylko jedno. Poza tym mamy kilka utworów, które spokojnie można zaliczyć do średnich i dobrych. Wśród ludzi to religious-fiction na raczej średnim poziomie, ale w lepszym tego słowa znaczeniu, podobnie jak Zawsze pan Dawn i Taniec na falach, które jednak zaliczyłbym do klasycznego nurtu s-f w stylu wczesnego Lema.
Dalej jest już tylko lepiej. Wszystkie opowiadania są napisane ładnym, bardzo żywym językiem, dynamicznym i szybkim, gdzie trzeba filozoficznym i mistycznym, a gdzie trzeba trochę wulgarnym i prostym. Zielone pola Avalonu i tytułowy Świat jest pełen chętnych suk to całkiem fajne opowiadanka z działu Miłość, seks, nienawiść, łatwe i przyjemne w odbiorze, okraszone iskierkami humoru i mocnym zakończeniem. Arachnofobia to już prawdziwa perełka. Wizja (na szczęście dość lekko potraktowana) dzisiejszego świata ale takiego, który jest następstwem nie wojny polsko-niemieckiej z 1939, lecz sojuszu tych dwóch „bratnich narodów”. Już choćby dla Arachnofobii warto sięgnąć po Piekarę i bez zwłoki rozpocząć lekturę. Na tym jednak nie koniec.
Mamy jeszcze diamencik w postaci Domu na Krawędzi Ciemności z działu Bóg i historia oraz z tej samej mańki Życie to śmierć, śmierć to życie. Za tym dziwacznym nieco tytułem czai się jedno z najbardziej zaskakujących i najciekawszych opowiadań, jakie ostatnio czytałem. Podobnie rewelacyjna jest Mądrość głupców z działu Obce światy.
Na koniec zostało to co najlepsze. Dział Planeta masek będący w istocie cyklem opowiadań o dziejach agenta O’reilly’ego – mistrza miecza i intelektu, który zadomowił się na bardzo dziwnej planecie. Planecie, która niejednemu z nas wydaje się dziwnie bliska... Szkoda tylko, że w zbiorze są tylko trzy opowiadania: Ponury Milczek, Pięć Płonących Wzgórz i Czas Tańczącego Smoka. Na szczęście tworzą taką jakby mini powieść, co jest dodatkowym atutem.
Jak się zapewne zorientowaliście, ostatni cykl podobał mi się najbardziej. Jednak wszystkie opowiadania ze zbioru warte są przeczytania, o czym Was gorąco zapewniam. To wreszcie coś nowego i świeżego, odmiennego od sztampy zachodnich „bestsellerów” tchnących na kilometr sztampą i kiczem....

Wasz Andrew

Świat jest pełen chętnych suk [Jacek Piekara]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 3 stycznia 2012

Erotyka i seks w sztuce


We współczesnej sztuce wszelkie tabu zanika. Sceny erotyczne, które niegdyś szokowały i których nie puszczała cenzura, w porównaniu z obecnymi "momentami" w literaturze czy filmie, wydają się obecnie bardzo grzeczne i coraz trudniej rozumiemy ich ówczesną śmiałość.
Co sądzicie o erotyce i seksie w literaturze? Czy "śmiałe momenty" robią na Was wrażenie? Czy zdarza Wam się być zniesmaczonymi opisami aktów seksualnych? Czy uważacie, że śmiałość seksualna w literaturze jest dużym krokiem naprzód w jej rozwoju, czy też może kontrowersyjnym dodatkiem, który często pozwala nagłośnić powieść?
Seks i erotyka są obecne w sztuce od zawsze, że wspomnieć choćby dzieła czasów antycznych, a nawet prehistoryczne naskalne bohomazy. W różnych okresach forma ujęcia i jawność tej tematyki miewały się odmiennie. Obecnie wydaje się, iż w kręgu naszej amerykańsko-europejskiej kultury śmiałość seksualna sięga bardzo daleko, co powoduje oczywiste pytania o granice między sztuką i pornografią. Pytania, moim zdaniem, nieco infantylne. Jak można rozmawiać o granicach między rzeczami, których się nie potrafi zdefiniować? Konia z rzędem temu, kto powie, czym jest to zwierzę zwane pornografią. Z tego też powodu śmieszą mnie akcje typu STOP PORNOGRAFII i ludzie, którzy się w nie angażują. Nikt przecież nie zmusza nikogo do oglądania czegoś, co już wydaje mu się niesmaczne. Inną rzeczą są naganne praktyki związane głównie z produkcjami filmowymi o tematyce porno, jednak podobnie wątpliwe aspekty ma choćby świat mody oraz modelek i jest to osobny i bardzo osobliwy temat rzeka.



Trzy gracje - Peter Paul Rubens
W świecie literatury, analogicznie jak w filmie i fotografii, mamy podobne tendencje wolnościowe w sferze ukazywania ludzkiej seksualności i związanych z nią zachowań społecznych. Niech wymienię choćby związane mocno z tematem, prześwietne Panienki Madame Cleo, a z rodzimej produkcji niektóre opowiadanka ze zbiorku Świat jest pełen chętnych suk. Mnie bardziej od dylematu „sztuka czy porno” interesuje promowanie chorych zachowań o kontekście seksualnym; współżycia z dziećmi, gwałtu, przemocy, zabójstw. O tym mówi się dużo mniej, a tymczasem nawet twórczość uznana za sztukę, jeśli upowszechnia takie modele zaspokajania popędu płciowego, powinna być piętnowana. Czytanie tekstów, nawet uznanych za pornograficzne, nie przynosi nikomu większej szkody, jeśli ukazuje kontakty dorosłych ludzi mające miejsce za ich obopólną zgodą. Nie ma znaczenia czy robią to w skórach i kajdankach, grupowo czy po bożemu. Jak się komuś nie podoba, nie musi czytać, co najwyżej się trochę zniesmaczy. To samo dotyczy filmów. Każdy ma prawo samemu wyznaczyć granice. Kwestia gustu, wrażliwości i, o czym nikt nie śmie głośno powiedzieć, indywidualnych, niejednokrotnie skrywanych, preferencji seksualnych i temperamentu. Wiadomo, że inaczej będzie reagował na te same obrazy, również literackie, stuprocentowy heteroseksualny samiec, odmiennie ukryty impotent, a inaczej biseksualista ze skłonnością do oryginalnego fetyszyzmu. Niech każdy sam ocenia, wszystko jest kwestią gustu, a o tym podobno się nie dyskutuje. Nie wspominam już o takiej oczywistości, że nawet porno może mieć klasę, albo jej nie mieć.
O ile jednak dużo się mówi o zagrożeniu pornografią w filmie i literaturze, to o zagrożeniu przemocą seksualną dużo mniej. W normalnej telewizji w zwykłym czasie antenowym nie uświadczysz pięknych nagich ciał, tym bardziej w trakcie stosunku. Pokazywanie gwałtów, nawet tych zakończonych zabójstwem ze szczególnym okrucieństwem, jest na porządku dziennym, zarówno w filmie, jak i w literaturze. Tego typu dewiacji ile kto zapragnie, że przypomnę choćby osławioną powieść American Psycho, chwaloną przez krytyków, ale dla mnie po prostu złą. Ludziom, którym przeszkadzają roznegliżowane panienki i scenki nawet tak delikatne, jak te z Playboya, nie przeszkadzają wcale chore zachowania seksualne. Ba, nawet promują je jako wielką sztukę! Do akcji STOP PRZEMOCY SEKSUALNEJ chętnie bym się przyłączył, ale na razie o takiej nie słyszałem. I póki nie zauważę, iż walczący z pornografią walczą z przemocą o podłożu seksualnym, póty w ich szczere intencje lub inteligencję nie uwierzę.
Śmiałość seksualna, zarówno w doborze tematu jak i ukazywanego obrazu, może, nie tylko w literaturze, być świetnym narzędziem pozwalającym osiągnąć wspaniałe cele, ale może być też środkiem do bezwstydnego zarabiania pieniędzy, a wręcz nawet do promowania i czynienia zła. Tak samo jak religia czy nawet młotek. Wszystko zależy od tego, do czego posłuży.
A Wy co o tym sądzicie?

Wasz Andrew

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Przyjaciółka diabła



Powieść Przyjaciółka diabła (oryg. Friend of the Devil), której autorem jest Peter Robinson, była moim pierwszym kontaktem z jego twórczością. Zachęcony entuzjastycznymi recenzjami niezwłocznie przystąpiłem do lektury.
Rzecz cała dzieje się we współczesnej Wielkiej Brytanii. Zaczyna się od dwóch niepowiązanych ze sobą zabójstw. Jedną ofiarą jest kobieta na wózku inwalidzkim, której podcięto gardło na nadmorskim klifie. Drugą młoda, ładna dziewczyna zgwałcona i uduszona w labiryncie wąskich uliczek starówki Eastvale. Pierwszą sprawę prowadzi inspektor Anna Cabot, a drugą Alan Banks. Nawiasem mówiąc, to już siedemnasta odsłona przygód detektywa Banksa. Jak Alanowi i jego koleżance pójdzie tym razem, tradycyjnie nie będę zdradzał.
Powieść napisana jest bardzo dobrze. Robinsonowi udało się oddać klimat pracy w policji borykającej się z wieloma, również finansowymi, problemami. Fabuła jest dość rozbudowana, akcja wartka i miejscami zaskakująca. Postacie przekonujące. Solidny, klasyczny kryminał. Bez dodatkowych wartości i nie zasługujący na miano wybitnego, jednak na tyle dobry, by nie sprawić zawodu miłośnikom gatunku. Im właśnie mogę śmiało polecić tę lekturę. Tym, którzy jeszcze nie polubili kryminałów i thrillerów, radziłbym jednak na początek sięgnąć po coś innego, bardziej oryginalnego, choćby po moją poprzednią lekturę, czyli Sąsiada