Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 29 listopada 2011

BATALION CZOŁGÓW




Leo Kessler
Batalion czołgów
BATALION SZTURMOWY SS
Rok 1940. Zdobycie belgijskiej twierdzy Eben-Emael jest kluczowe dla powodzenia całej hitlerowskiej inwazji na Belgię, Holandię i Francję. Batalion Szturmowy SS Wotan otrzymuje rozkaz wspomóc oddziały spadochronowe. Zadanie nie jest łatwe, gdyż fortyfikacja przypomina olbrzymią betonową ścianę najeżoną lufami armat. Wydaje się nie do zdobycia. Jednak niemieckie dowództwo jest zdeterminowane aby wkroczyć do Belgii i błyskawicznie zaatakować Francję. Straty w ludziach nie mają najmniejszego znaczenia.
Tyle notka na okładce książki.
Po powieść Leo Kesslera* Batalion czołgów (Panzer Batalion) z serii Batalion szturmowy SS sięgnąłem przypadkiem. Wypożyczył ją syn, a ja akurat nie miałem co czytać. Skusiła mnie przytoczona wyżej notka wydawcy, zamieszczona na tylnej okładce książki wraz z fragmentem treści.
Batalion czołgów czyta się świetnie; prawdziwie jednym tchem. Akcja dynamiczna jak może być tylko w powieści wojennej. Krew się leje strumieniami, trupów jak much w wiejskim wychodku, a wszystko to okraszone scenkami z prymitywnym seksem. Pozytywnie?
No właśnie. Fakt, iż rzecz cała, mimo brutalności krwawych scen, jest napisana dynamicznym, szybkim i łatwym w odbiorze językiem, predestynowałby Batalion do wysokiej oceny, gdyby nie... No właśnie.
Batalion czołgów jest książką bardzo zdradliwą i mogącą poczynić wiele szkód. Zarówno opatrzenie wydania mapkami, planami fortu, notką wydawcy angielskiego stwierdzającą, iż jest oparta na faktach, jak i notką tłumacza tego w najmniejszym stopniu nie dementującą, wprowadzają w błąd. Tymczasem jest to powieść nawet gorsza niż fikcja literacka. Uważam, że dopuszczalne jest uzupełnianie brakujących faktów czymkolwiek, w powieściach osnutych na rzeczywistych wydarzeniach. W końcu nikt nie udowodni, że tak nie było. Nie mam też niczego przeciwko całkowicie zmyślonej fabule i wydarzeniom, które nigdy nie miały miejsca, jeśli znajduje się je w beletrystyce. Nawet jednak utwory science-fiction, że o zwykłych powieściach nie wspomnę, nie powinny kłócić się ze zdrowym rozsądkiem, logiką i rzetelną wiedzą**. Tymczasem Batalion jest po prostu chory.



 Eben Emael-Bunker Kanal Nord od strony południowej, fot. Scargill
Książka pozuje na prozę prawdy, i to tak dokładnie, iż nawet jako tako obyty czytelnik może się nabrać. Ba – wiele podsumowań w internecie świadczy o tym, że nawet recenzenci zostali wyprowadzeni w pole. Poczynając od samego batalionu, przez miejsce akcji, a na ogólnej wymowie kończąc – wszystko to blaga. Nie wspomnę o tym, iż polski tytuł jest bezsensowny***.
Batalion Szturmowy SS WOTAN najprawdopodobniej nigdy nie istniał a na pewno nie jako samodzielna jednostka w tym miejscu i czasie, w jakim umieszcza go Kessler. Fort Eben-Emael nie przypominał, wbrew opisom i rysunkom zamieszonym w powieści, wielkiej żelbetowej fortecy w stylu gotyckiej twierdzy. Była to nowoczesna twierdza artyleryjska składająca się z żelbetowych stanowisk artylerii i broni maszynowej rozproszonych na sporym obszarze o kształcie trójkąta. W ataku na nią nie brały żadne jednostki SS, a jedynie spadochroniarze. Atakujący, wbrew krwawym opisom Kesslera, nie ponieśli prawie żadnych strat****.



Fort Eben Emael
Nie wiem jaki cel miały te wszystkie dziwaczne zabiegi autora, który przecież jest historykiem. Rzeczywista historia upadku Eben-Emael jest chyba jeszcze bardziej fascynująca niż ta zmyślona. A może chodziło o pokazanie SS-manów jako psychopatów?
Batalionie czołgów widzimy, jak cyniczni oficerowie prowadzą na śmierć ogłupionych propagandą żołnierzy i za cenę niesamowitych strat osiągają zwycięstwo. Prawie wszyscy odbiegają od tego, co uznajemy za normalność.




 Główna brama Eben Emael, fot. Zbigniew Strucki (zstrucki@o2.pl)
Propaganda sowiecka, dobrze zaimplementowana w polskiej świadomości, przedstawiała żołnierzy hitlerowskich jako sadystów i innych zboczeńców, którzy najchętniej dokonywali zbrodni wojennych, a znacznie mniej nadawali się do walki. Kessler pokazuje ich już w nieco lepszym świetle, ale dalej zdecydowanie negatywnym. Nie dziwne; przecież to syn dumnego Albionu poniżonego przez Adolfa, który sprawił mu chyba największe w historii lanie. W dodatku Leo był brytyjskim pancerniakiem, a wiadomo jak Alianci obawiali się spotkania z niemiecką bronią pancerną od początku do końca wojny. Prawda zaś jest taka, że oddziały pancerne SS wykazywały się nie tylko szaleńczą odwagą i fanatyzmem, ale i świetną znajomością żołnierskiego rzemiosła. Wystarczy prześledzić losy ciężkich batalionów pancernych SS, by się o tym przekonać. Przy tym morale tych oddziałów (wynikające z fanatyzmu, ale to nie zmienia faktu) było w większości bardzo wysokie – potrafili kontynuować natarcie przy poziomie strat prowadzącym w innych armiach do nieodwracalnej ucieczki zakończonej masowymi dezercjami. Batalion czołgów jest więc książką bardzo niebezpieczną, gdyż wypacza zarówno obraz samej bitwy o Eben-Emael, jak i wojny w ogóle. Nie ma bowiem mądrych w walce. Cwaniacy siedzą daleko od przelatujących kul. Brzuchy mają syte, a gęby pełne haseł, za które umierają młodzi i głupi. Nie jest ważne, jak brzmią te hasła, zawsze skutek jest taki sam. Oficerowie ryzykujący na pierwszej linii życie dla awansu i kariery nie są wcale wiele mądrzejsi od swoich podwładnych, których na śmierć wysyłają. Śmierć w walce nie wybiera między dobrymi a złymi, głupimi i inteligentnymi. Prawdziwie mądrzy robią wszystko, by nigdy nie iść na wojnę, a cwaniacy jeszcze na niej zarabiają, choć w niej życia nie ryzykują. Siedzą w mundurach lub garniturach daleko od tych, którzy giną, i tylko podjudzają. Dlatego właśnie wojna jest zła. Nie ma w niej niczego dobrego, a giną zawsze najlepsi: honorowi, uczciwi, normalni. Przeżywają cwaniacy i kombinatorzy gotowi poświęcić każdego i wszystko, byle tylko siebie ocalić. Tego jednak w powieści Kesslera nie znajdziecie, bo nie ma w niej żadnych prawd. Są tylko kłamstwa ubrane w pozę prawdy.



 Niemieccy spadochroniarze w Eben Emael
Jak się łatwo zorientować nie polecam tej książki w ogóle. Batalion czołgów, pomimo porywającej akcji i wciągającego, łatwego w odbiorze stylu, beznadziejnie wypacza obraz wszystkiego o czym traktuje. Nie jest to w żadnym wypadku książka dla ludzi mało obeznanych z tematem, gdyż wyrobi w nich fałszywy obraz historii. Maniaków wojskowości odsyłam zaś jeśli nie do książek historycznych, to do powieści opartych na prawdzie, których wiele jest w tej tematyce.

Wasz Andrew

* Właściwie Charles Whiting ur. 18-12-1926 zm. 24-07-2007, brytyjski pisarz i historyk, napisał około 350 książek pod pseudonimami Leo Kessler, Duncan Harding, John Kerrigan i Klaus Konrad.
** Oczywiście nie dotyczy to w całej rozciągłości pewnych szczególnych konwencji, choćby fantasy, ale w takich wypadkach właśnie stosowana konwencja określa zakres dozwolonych odstępstw od „normalności”.
*** oryg. Panzer Batalion można tłumaczyć jako Batalion Pancerny (analogicznie jak Grenadierzy Pancerni) co przekłada się na nasze jako piechota zmechanizowana, a więc jednostka uzbrojona w BWP (Bojowe Wozy Piechoty) i transportery opancerzone. Batalion Czołgów ma za główne wyposażenie czołgi, a Wotan, jak można sprawdzić w treści, ani jednego czołgu na stanie nie miał. Była to zwykła piechota SS na transporterach i tytuł pasuje jak wół do karety.
**** Grupa szturmowa Wittiga straciła 5 zabitych zaś 20 żołnierzy było rannych z ogólnego stanu 84 ludzi. Do niewoli trafia 1185 belgijskich żołnierzy, a straty obrońców wyniosły 200 żołnierzy (różne źródła podają nieco odmienne liczby).

poniedziałek, 28 listopada 2011

Oko w oko z banderowcami




Kiedy sięgnąłem po książkę Oko w oko z banderowcami – wspomnienia małoletniego żołnierza Armii Krajowej, której autorem jest Stanisław Jastrzębski, miałem mieszane uczucia. Wiedziałem, że temat walk z UPA jest ciężki i obawiałem się, czy lektura będzie na tyle wartościowa, by zrekompensować negatywne odczucia, które budzą się w każdym normalnym człowieku na myśl o tym czasie okrucieństw i ludobójstwa. W dodatku makabryczna szata graficzna okładki sugerowała, że wesoło nie będzie.
Wbrew początkowym obawom, autor stanął na wysokości zadania. Może jakichś niesamowitych walorów stylistycznych nie zaprezentował, ale jego maniera pisarska okazała się idealnym narzędziem do osiągnięcia celu, którym było przekazanie wspomnień o tych czasach zezwierzęcenia. Zaślepienia i zbrodni w imię wiary w to lub tamto, bo niesamowitych zbrodni dokonywano wówczas w niezliczonych miejscach świata i pod różnymi sztandarami.
Oko w oko z banderowcami to wspomnienia dziecka, a później młodzieńca, który znalazł się w samym środku wielkiego, okrutnego ludobójstwa. Okrutnego podwójnie, gdyż zadawanego sąsiadowi przez sąsiada, znajomemu przez znajomego, a nierzadko i krewnemu przez krewnego. Taka wojna, podobnie jak wojna domowa, jest moralnie okrutniejsza od „zwykłej”, w której krzywda spotyka nas od obcych. Na szczęście Stanisław Jastrzębski umiejętnie wyważył opisy tragedii, których był świadkiem i pokazał swe życie tak, jak je widział i widzi. Sporą więc część całości zajmują przesycone liryzmem wspomnienia z przedwojennego życia kresowej wielonarodowościowej i wielowyznaniowej społeczności. Piękne opisy życia rodzinnego we wsi Byble są wielką wartością tej książki, podobnie jak malownicze opisy tamtejszego krajobrazu. Wszystko to skończyło się wraz z wojną. Okupacja sowiecka, niemiecka, a potem wyzwolenie przez Rosjan. A nad tym wszystkim unosił się upiór UPA. Działalność w AK, a potem, po wyzwoleniu, walka w Istriebitielnych Batalionach i w końcu wywózka do PRL. Właśnie temat Istriebitielnych Batalionów był dla mnie najciekawszy, gdyż mało się o nich mówi, a to ciekawa karta naszej historii.
Są dwa sposoby opowiadania historii. Pierwszy, którego klasycznym przykładem są historycy, pretenduje do obiektywizmu i prawdy opartej na źródłach. Drugi, głównie w nurcie wspomnieniowym, to prawda oparta na tym, co się samemu widziało, słyszało, doświadczyło. Autorzy również zapewniają o prawdziwości i obiektywizmie. Który sposób jest bardziej wartościowy? Oba siebie warte. Ani jeden nie jest obiektywny, ani drugi. Wystarczy porównać rozdźwięk między historykami polskimi i ukraińskimi na temat omawianego okresu.
Stanisław Jastrzębski absolutnie nie jest w swych wspomnieniach obiektywny, o ile w ogóle coś takiego jest możliwe. I bardzo dobrze! Jest za to prawdziwy. Każde słowo tchnie autentyzmem. On nie jest historykiem; płatną papugą mniej lub bardziej uzależnioną od chlebodawcy i opinii środowiska. Jest świadkiem. Jak prześwietnaGomorra, to po prostu świadectwo. Świadectwo kogoś, kto przeżył to, o czym pisze, a teraz o tym świadczy. W tym rozumieniu Oko w oko z banderowcami jest pozycją bezcenną, zwłaszcza w okresie, gdy Ukraina próbuje rozpowszechniać całkowicie odmienne od naszego widzenie tamtych dni i tamtych wydarzeń. Książka jest cenna podwójnie również dlatego, iż dziś wielu ludziom, nawet w naszym kraju, z hasłem „walki z UPA” kojarzą się Bieszczady i Świerczewski. Dobrze przypomnieć, dokąd kiedyś sięgała Polska i jak wyglądała utrata tych ziem w oczach ich mieszkańców, którzy za miłość do niej płacili cenę najwyższą.
Wielką zaletą książki Stanisława Jastrzębskiego jest to, iż opisuje on wszystko tak, jak widział to wówczas, gdy rzeczy się działy, ewentualnie zaznaczając, że później na pewne rzeczy spojrzał inaczej i z jakiego powodu się tak stało. Wspomina między innymi o Akcji Ocalenie, która również na mnie wywarła duże wrażenie, a którą każdy Polak powinien przeczytać. Taki uczciwy subiektywizm jest bardziej prawdziwy niż wyważone pseudowspominki lub wręcz panegiryki, którymi de facto są „wspomnienia” o niektórych znanych Polakach, jakie ostatnio hurtowo zalewają nasze księgarnie. Polecam więc tę lekturę każdemu i z całym przekonaniem, tym bardziej, że nie ma w niej zbędnego epatowania okrucieństwem. Polecam, choć na wiele rzeczy mam inne spojrzenie niż autor. Polecam gdyż tym bardziej doceniam jego szczerość i uczciwość. W moim odczuciu nie jest to książka dla dzieci, ale pozostałym powiem, że naprawdę warto zapoznać się z tym wspomnieniem o wciąż mało znanym rysie naszej historii. Warto dać ją też do przeczytania wszystkim, którzy myślą, że wojna może być dobra

Wasz Andrew

piątek, 25 listopada 2011

Chemia śmierci




Po powieść Chemia śmierci (oryg. The Chemistry of Death), której autorem jest Simon Beckett, brytyjski pisarz i dziennikarz, sięgnąłem świadomie i z premedytacją. Wiedziałem już, iż jest to pierwsza książka trylogii, której głównym bohaterem jest David Hunter, wybitny antropolog sądowy. Chemia śmierci miała bardzo dobre recenzje i to właśnie ona sprawiła, że nazwisko Beckett stało się znane w świecie.
Rozpoczynając lekturę przenosimy się do Manham, małego miasteczka, a prawdę mówiąc zabitej dechami dziury w Norfolk w Wielkiej Brytanii. Przybywa tam wspomniany już specjalista od trupów, który właśnie porzucił dotychczasową karierę związaną z umarlakami i postanowił tym razem zająć się żywymi, jako zwykły lekarz w miejscowej przychodni. Przychodni, której dotychczas wystarczał jeden jedyny konował, więc na nasze standardy Manham powinno być nazywane wiochą, a nie miasteczkiem. Hunter porzuca nie tylko wielką karierę i pasjonujące, choć nieco śmierdzące zajęcie, ale również Londyn. Nie trzeba wiele więcej, by się domyślić, że przed czymś ucieka.
Oczywiście, co łatwe do przewidzenia, nie znajduje na tym odludziu spokoju, gdyż wkrótce, za sprawą pojawiających się jeden po drugim trupów, Manham stanie się obiektem zainteresowania mediów, a nasz bohater będzie zmuszony wrócić do swych poprzednich zajęć i pomóc policji.
Jak na perełkę gatunku przystało, powieść wciąga i czyta się ją błyskawicznie. Styl jest dobry; oddaje nie tylko klimat miejsca zbrodni, prosektorium i innych akcesoriów gatunku, ale również charakterystykę wiejskiej i małomiasteczkowej mentalności. Znajdziemy w Chemii śmierci i miłość, i zbrodnię, dobro i zło, różne postawy ludzkie i różne charaktery, różne reakcje na te same bodźce. Wszystko to, czego oczekujemy od świetnej powieści. Uważni czytelnicy trafią również na różne smaczki z anglosaskich realiów, zwłaszcza policyjnych i medycznych, jak choćby symptomatyczne przywiązanie ichnich kryminologów do identyfikacji na podstawie kartotek dentystycznych. Świadczy to o poziomie opieki medycznej. U nas jest to metoda znana, ale tylko sporadycznie używana, no bo ilu naszych rodaków ma swoją udokumentowaną historię opieki stomatologicznej. Ile naszych gabinetów w ogóle coś takiego prowadzi?  A dziwne, gdyż jest to korzystne nie tylko dla policji i dla samych pacjentów, ale i dla wszystkich, którzy płacą na służbę zdrowia i pragną, by rozliczano te środki uczciwie.
No właśnie. Uważam, że dobra powieść kryminalna powinna dawać rozrywkę i trochę do myślenia, gdy czytelnik próbuje wyprzedzić akcję i samodzielnie odgadnąć kto, jak i dlaczego. To u Becketta znajdziemy. Świetna powieść powinna dawać coś więcej. Jeśli już nie poważne problemy do przemyślenia, jak w mojej ulubionej szwedzkiej szkole kryminału społecznego z jej zgasłą przedwcześnie gwiazdą Stiegiem Larssonem, to przynajmniej rzetelne tło pozwalające poznać odrębność innych społeczności, te perełki sprawiające, że wiemy czym różni się mentalność innych od naszej. I tego też w Chemii śmierci nie zabrakło.
Czy jest więc pierwsza wielka powieść Simona Becketa rewelacją? Tak. W sam raz na jeden raz. Świetnie się ją czyta, a i wartości wiele w niej można znaleźć. Cała fabuła jest jednak jak na mój gust nieco za bardzo wydumana, a wszystko psują ostatnie strony. Epilog wygląda tak, jakby został napisany w pośpiechu i po dłuższej przerwie; dopisany do prawie ukończonej już wcześniej całości. Ba, wygląda wręcz, jakby napisał go kto inny.
Ten potężny dysonans na samym końcu tak okrutnie psuje odbiór całości, że nie widzę sensu kupowania Chemii śmierci. Nie wyobrażam sobie, bym odczuł potrzebę sięgnięcia po nią ponownie, więc nie ma na mojej półce dla niej miejsca. Co innego, jeśli się jej jeszcze nie czytało, a planuje się jej wypożyczenie z biblioteki albo od znajomego. Do tego zachęcam i przyznam uczciwie, że zamierzam zapoznać się w bliższej lub dalszej przyszłości z następnymi opowieściami o przygodach doktora od trupów, mając oczywiście nadzieję, że autor nie zepsuje znów wszystkiego na sam koniec

Wasz Andrew

cykl: Dr David Hunter:
opowiadanie:

  • Dzień jak dzień (Just Another Day)
powieści:
  1. 2006: Chemia śmierci (The Chemistry of Death)
  2. 2007: Zapisane w kościach (Written in Bone)
  3. 2009: Szepty zmarłych (Whispers of the Dead)
  4. 2011: Wołanie grobu (The Calling of the Grave)
  5. 2017: Niespokojni zmarli (The Restless Dead)
Chemia śmierci [Beckett Simon]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE


czwartek, 24 listopada 2011

Sanktuarium




Sanktuarium (oryg. The Sanctuary) to pierwsza powieść RaymondKhoury po którą sięgnąłem. Szczerze mówiąc, do  jej przeczytania popchnęła mnie reklama w postaci intrygującego plakatu, który dojrzałem na ścianie korytarza naszej biblioteki.
Książkę, choć gruba, czyta się dobrze i to jedyne, co o niej można powiedzieć dobrego. Liczne retrospekcje wtrącone w akcję dnia dzisiejszego, tak jakoś bez ładu i składu, wybijają z rytmu i tej odrobiny napięcia, które miejscami udało się autorowi zbudować. Po pewnym czasie zaczynają zdrowo denerwować, tym bardziej że nie wnoszą niczego nowego do rozwiązania zagadki, które od początku jest znane. Sensacyjny aspekt powieści, wbrew temu czego można spodziewać się po bestsellerze, też nie zachwyca. Choć akcja szybka, to praktycznie brak tajemniczości, suspensu i stresu, które są nieodłącznym atrybutem dobrej sensacji. Osią akcji jest walka dobra i zła o formułę długowieczności. No, może tutaj jest drugi pozytywny aspekt lektury, gdyż autor powstrzymał się od pisania o formule nieśmiertelności, co w epoce spidermanów i innych podobnych wymysłów jest objawem bardzo pozytywnym. Z drugiej strony, rozważania na temat skutków ujawnienia tajemnicy długowieczności są tak płytkie, że aż infantylne. Dość powiedzieć, że Khoury nawet nie zauważył, iż taki proces dzieje się na naszych oczach i żadna formuła nie jest do tego potrzebna. Wystarcza wydłużenie średniej życia w ciągu ostatnich wieków, spowodowane zresztą bardziej zwiększeniem przeżywalności noworodków niż faktycznym przedłużeniem życia jednostek. To jednak temat na osobny felieton.
Niestety jedyna prawdziwa tajemnica, która dręczy czytelnika Sanktuarium, to jak autor wybrnie z potrzeby zakończenia powieści, w której i tak od razu wszystko jest wiadome. Całość konsekwentnie zmierza do bardzo nijakiego i mało realnego końca. Co i jak nie będę dokładnie opisywał, by nie odbierać ewentualnym czytelnikom tej odrobiny zadowolenia, jaką książka może zaoferować. Miłośników gatunku, znających choć nieco realia, uprzedzę, iż na klimat realizmu rodem ze służb specjalnych też nie mają co liczyć. Nie wiem czy to wina autora, czy też tłumacza, ale jeśli ktoś nie odróżnia pistoletu od karabinka, to powinien pisać (lub tłumaczyć) romanse. Fakt, że oba te rodzaje broni strzeleckiej mogą po angielsku być określone jednym słowem gun, podobnie zresztą jak armata i wszystko co ma lufę, ale od tego jest kontekst, by po polsku oddać to odpowiednim słowem. Drobiazgów, które psują radość z lektury, można by się czepiać jeszcze długo, co jednakowoż nie znaczy, że to kompletny knot. Jeśli wybieracie się do biblioteki (a tym bardziej księgarni), to nie sięgajcie po tą powieść pana Raymonda. Szkoda na nią czasu, a tym bardziej pieniędzy. Wolałbym już naszego Nienackiego, jeśli szukacie zagadek historycznych lub Guillou, jeśli wolicie dobre realistyczne klimaty z bronią. Z drugiej strony, gdybyście przypadkiem dostali Sanktuarium w prezencie, to nie wyrzucajcie jej. Aż tak zła nie jest. To typowa sztampa prosto z podręcznika Jak napisać bestseller. Można przeczytać, jeśli nie ma się akurat lepszej alternatywy. To po prostu 3+ w starej skali ocen.

Wasz Andrew

środa, 23 listopada 2011

Gomorra




ROBERTO SAVIANO

GOMORRA

Podróż po imperium kamorry



To głośna, kultowa wręcz książka o mafii włoskiej; dokładniej o jej części wywodzącej się z Neapolu. Taki początek jest jednak mylący, podobnie jak polski tytuł książki.

Ja wolę wersję w oryginale:

GOMORRA
Viaggio nell’impero economico e nel sogno di dominio della camorra




Zdecydowanie lepiej oddaje ona istotę problemu o którym będzie mowa. Różnicę zrozumie każdy nawet bez żadnej znajomości włoskiego.

Do GOMORRY podszedłem z pewną nieufności, z obawą zawodu, jaka zawsze mi towarzyszy, gdy rozpoczynam lekturę bestsellera, czegoś co jest trendy i na topie. Obawiam się płytkości, tekstu pod publiczkę, tanich chwytów i nijakich tematów. Tutaj jednak od początku do końca miałem wrażenie, iż każde słowo jest warte przeczytania a każdy wątek przemyślenia.

Książka Roberta Saviano określana jest przez krytyków jako „praca wielogatunkowa” czy „połączenie gatunków literackich”. Dla mnie to po prostu świadectwo. Słowo ostatnio mało używane, wyparte przez prawnicze określenie „zeznanie”, które jednak nie jest tym samym. Świadectwo bliskie w swym znaczeniu temu z Biblii – ja wiem (io so jak pisze autor); ja widziałem, słyszałem i czułem a teraz daję temu świadectwo, teraz Wam o tym mówię.

Słowo mafia kojarzy nam się z Ojcem Chrzestnym i innymi podobnymi filmami. Ze światem Ala Capone, Franka Costello i Lucky Luciano. Światem zbrodni nie pozbawionym jednak pewnego kośćca zastępującego moralność, pewnego porządku zastępującego porządek społeczny. Świat mroczny ale w pewien sposób pociągający. Nawet Wikipedia podaje iż mafia, to „zorganizowane grupy przestępcze ... o hierarchicznych strukturach, działające według własnego kodeksu moralnego”.

Robert Saviano pokazuje nam, iż wersja mafii wynaleziona w rejonie Neapolu to już nie mafia. To nowa jakość, tak jak samochód nie jest po prostu szybszą dorożką, choć i jedno, i drugie ma liczne podobieństwa. Choć oba są pojazdami na kołach, inny jest napęd, inna moc i możliwości. Inna filozofia i inna rzeczywistość.

Gomorra pokazuje nam świat zorganizowanej przestępczości bez charakterystycznej dla powszechnie znanej mafii hierarchiczności i bez żadnego kodeksu, bez trwałych związków, sojuszy, bez żadnych norm i wyrzutów sumienia.

W książce Saviano poznajemy zorganizowaną przestępczość tak odmienną od tradycyjnej mafii, iż powinno się dla niej wymyślić nową nazwę. To biznesowy matrix, gdzie jedyną zasadą jest zysk, gdzie jedynym sojusznikiem jest pieniądz. To świat ponadpaństwowych biznesów, które na prawo, wiarę, moralność, środowisko i człowieczeństwo patrzą jak kierowca na niepotrzebne ograniczenie prędkości, które można łamać kiedy tylko uzna się to za korzystne. To imperializm organizacji ekonomicznych, które w pogoni za zyskiem łamią normy moralne i prawne, niszczą ludzi i całe kraje przenikając przez wszystkie granice. Firmy o obrotach większych niż budżety wielu krajów i o wpływach większych, niż możliwości działania wielu rządów.

Gomorra to świat, w którym mafiosi w stylu znanym z filmów są jak dinozaury, które jeszcze nie do końca wyginęły, ale już są tylko osobliwościami z zaginionego świata. Dzisiejszy świat zorganizowanej przestępczości jest zamieszkiwany przez nowe postacie, które nawet nie uważają się za przestępców, tylko za biznesmenów. To świat innej moralności, innej filozofii i innego życia. Życia w którym samo życie, nawet własne, jest nic nie warte. Życia, w którym liczy się co innego.

Książkę Roberta Saviano polecam zdecydowanie każdemu. Gomorrazmusza do przemyśleń, przewartościowań. To jedna z nielicznych lektur, które zmieniają czytelnika, jego świat i jego życie. Zwłaszcza dla nas, Polaków, jest to ważne, gdyż Gomorra dotarła już do nas i, obym był złym prorokiem, znalazła u nas równie dobrą ziemię dla swych nasion jak w południowej Italii. Nowoczesna mafia niszczy bowiem kraje biedne i pomaga bogacić się tym, którzy bogaci już są. Nie oszczędza ani środowiska, ani ludzi, ani wiary...


Wasz Andrew

poniedziałek, 21 listopada 2011

Kopernik seksu




Kinsey

Let's talk about sex


KINSEY” miał swoją premierę w 2004 roku. Nad Wisłą po raz pierwszy film można było zobaczyć rok później i wtedy właśnie go oglądałem. Nie jest to więc żadna nowość. Dlaczego więc o nim piszę?
Kilka razy słyszałem już od różnych osób, że coś im się o tym filmie obiło o uszy, że chętnie by go zobaczyły, ale nie wiedzą jak go odnaleźć, choćby dlatego, że nie znają pisowni tytułu ani nazwiska reżysera. Oto wszystkie niezbędne dane:
KINSEY Reżyseria Bill Condon, scenariusz Bill Condon, zdjęcia Frederick Elmes, muzyka Carter Burwell, od lat 15
Nagrody:

  • 2005: (nominacja) Złoty Glob najlepszy dramat
  • 2005: Liam Neeson (nominacja) Złoty Glob najlepszy aktor w dramacie
  • 2005: Laura Linney (nominacja) Złoty Glob najlepsza aktorka drugoplanowa
  • 2005: Laura Linney (nominacja) Oscar najlepsza aktorka drugoplanowa


Dlaczego warto obejrzeć ten film? Dlaczego warto obejrzeć go właśnie w Polsce?
Kinsey” to właściwie film biograficzny. Nie bez kozery w tytule porównałem Kinseya do Kopernika. Kopernik dokonał przełomu, wręcz rewolucji, nie tylko w astronomii, ale przede wszystkim w mentalności ludzkiej i filozofii. O wpływie i znaczeniu dzieła Mikołaja z Torunia, wykraczającym daleko poza astronomię, można napisać całą książkę. Nasuwają się liczne analogie do Kinseya i jego prac "Sexual Behaviour in the Human Male" i "Sexual Behaviour in the Human Female". Obaj uczeni mężowie odrzucili poglądy większości i obaj dokonali rewolucji światopoglądowej. Kopernik światowej, Kinsey w USA. Obaj chętnie byliby widziani na stosie przez wielu im współczesnych.
Kinsey” zmusza do myślenia i przewartościowuje wiele sądów, zwłaszcza u osób, które wcześniej nie poświęcały zbyt wiele czasu na rozmyślania o seksie. Film pomoże zrozumieć, że w dziedzinie zachowań seksualnych, wbrew temu co mówi Kościół i politycy, nie ma tak naprawdę norm ani ostrych granic. Może pomóc w wyjściu z kompleksów tym, którzy uważają swój poziom aktywności seksualnej za wyjątkowo niski, jak i tym, którzy uważają się za demonów seksu. Może pomóc w obiektywniejszym spojrzeniu na swoje problemy osobom, które nie akceptują pewnych aspektów swej seksualności. Warto ten film obejrzeć dlatego, że Polska nie jest krajem o szczególnej tradycji w prowadzeniu dyskusji na te tematy, a poziom zabobonów w tej sferze jak na XXI wiek jest u nas wręcz przerażający. Kinsey nie niesie żadnego przesłania w które trzeba uwierzyć, nie indoktrynuje, po prostu pokazuje człowieka, jego życie i jego pracę. Wnioski każdy musi wyciągnąć sam. To jest tylko jedną z wielu zalet tego filmu.
Więcej nie napiszę – zobaczcie sami...

Wasz Andrew

piątek, 18 listopada 2011

Prawda o życiu



Prawdą o życiu człowieka jest nie to co w nim robił, ale legenda która wokół niego urosła, jak mawiał Oskar Wilde.
Znane nazwisko. Myśl błyskotliwa. W moim odczuciu jest jednak płytka jak kałuża na niemieckiej autostradzie. By miała sens, należy uwierzyć, iż jest tylko jedna historia, tylko jeden osąd o każdym człowieku. Z jednej strony pachnie mi to marzeniem wielu ludzi w każdym społeczeństwie, które brzmi po niemiecku Ein Volk, ein Reich, ein Führer, a którego odpowiedniki pobrzmiewają w credo wielu ugrupowań w innych narodach i wspólnotach religijnych. Z drugiej jest po prostu infantylna, gdyż można w nieskończoność wyliczać zestawienia typu Hitler-neonaziści-antynaziści, Stalin-Polacy-Rosjanie, Usama ibn Ladin-muzułmanie-chrześcijanie, które pokazują, iż nie ma jednej oceny człowieka i jednej wizji historii. Nie ma też obiektywnych ocen faktów i tutaj podobnie można w nieskończoność ciągnąć przykłady typu Zaolzie-Polacy-Czesi, WTC-muzułmanie-chrześcijanie czy zabójstwo Popiełuszki-chrześcijanie-pozostali.
Z powyższego wynika, iż o człowieku nie ma jednej legendy. Nie ma świętości świętych dla wszystkich i nie ma autorytetów powszechnych. W tym kontekście pytania typu: „Czy według Was historia sprawiedliwie rozlicza władców i wielkich ludzi wpływających na losy świata? Czy ważniejsza jest legenda, sława i chwała, od rzeczywistych uczynków i zalet?” nie mają sensu, gdyż nie ma czegoś takiego jak rzeczywiste uczynki i zalety. Wszystko jest kwestią ocenną. Nawet Mahatma Gandhi, któremu teoretycznie nie można niczego zarzucić, nie znalazł wielu naśladowców i jak światem rządziła pięść oraz stojący za nim pieniądz, tak jest i nadal.
Cytatowi z Oskara Wilde przeciwstawiłbym cytat z prześwietnego, opartego na faktach filmu Ze slumsów na Harvard: „Jest tyle historii, ilu jest ludzi”. Każdy z nas ma swoją własną historię i swoje własne spojrzenie na inne historie. Są to po prostu legendy. Czasami dwóch ludzi uważa daną legendę za prawdziwą, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że nie do końca tak było. Tolerancja, to właśnie zrozumienie i akceptowanie takiego stanu rzeczy. A jeśli ktoś uważa, że czarne jest czarne, a białe jest białe... No cóż, nawet w fizyce podkreśla się, że czerń i biel absolutna realnie nie istnieje. Ja wolę widzieć świat, również historię i ludzi, w szerszej palecie barw niż black & white, czego i Wam życzę

Wasz Andrew

do napisania tego tekstu sprowokował mnie konkurs w serwisie LubimyCzytać.pl

czwartek, 17 listopada 2011

Kto zabił?



Książka Kto zabił? Tropów jest wiele, prawda tylko jedna, to zbiorek krótkich form literackich pochodzących spod piór polskich autorów, głównie dziennikarzy. Są to teksty mniej lub bardziej dokumentalne, połączone tematyką kryminalną, również mniej lub bardziej.
Lekturę rozpocząłem z impetem w głąb, gdyż kryminalistyka jest jedną z wielu dziedzin, które uznaję za bardzo interesujące. Niestety, zawiodłem się. Książka nie okazała się całkowitą klapą. Aż tak źle nie było. Teksty są dobrze napisane, w końcu autorzy wielu z nich są znanymi i uznanymi dziennikarzami śledczymi. Znajdziemy też w zbiorku sporą dawkę ciekawych informacji. Cóż jednak, skoro dziegciu w tej beczce za dużo, zwłaszcza w porównaniu do ilości miodu.
Kto zabił? Tytuł sugeruje zawartość. Szkoda tylko, że nie do końca, a raczej prawie w ogóle. Rozdziałów poświęconych tytułowemu pytaniu jako głównemu tematowi jest niewiele, są za to również takie, które nie mają z nim niczego wspólnego. Za w ogóle nie związany z motywem przewodnim można uznać m.in. felietonik o piratach. W końcu, wg danych przytoczonych w omawianej książce, w 2009 roku na całym świecie z rąk facetów spod znaku Jolly Rogera zginęło... 8 (słownie: osiem!) osób. Porażająca liczba, choćby w zestawieniu z ilością ofiar na polskich drogach! Tragicznie odległy jest zaś od tytułu tekst traktujący o wykorzystywaniu luk i błędów w polskim Kodeksie Postępowania Karnego, czy ten o Lechu Wałęsie i Bolku (nie wnikam tutaj, czy to jedna, czy dwie osoby).
To ostatnie nasunęło mi pytanie, czy przypadkiem chwytliwy tytuł nie miał przyciągnąć czytelników do tekstu, który pewnie wielu by ominęło, gdyby zaistniał samoistnie, czyli do wspomnianego zapewnienia, że Lech Wałęsa nie był Bolkiem, do tematu absolutnie nie związanego z problematyką zasugerowaną w tytule zbiorku.
Nie chcę wypowiadać się o poziomie merytorycznym omawianej antologii, gdyż całość psuje stwierdzenie, iż teraz policja już nie bije w trakcie przesłuchań. Rozwinięciu tej tezy służą aż dwa z 19 tekstów składających się na książkę! Ciekaw jestem, kto wierzy w takie bajeczki. Kładą się one cieniem na całej książce i budzą pytania o jej wiarygodność. A szkoda, gdyż są też w niej rzeczy ciekawe.
Perełką publikacji jest fakt, iż tezę o tym, że w Polsce, ani w cywilizowanym świecie(!), już nie zdarzają się pobicia w trakcie przesłuchań, potwierdza w tej książce autorytet polskiej kryminalistyki, Brunon Hołyst, z którego wypowiedzi cytat, jako wprost kuriozalny, warto chyba przytoczyć: „Może gdzieś w bananowych republikach zdarzają się jeszcze pobicia, ale na pewno nie u nas”!!! No comment!!!
Niestety nie urodziłem się wczoraj, oglądam czasem TV, czasem czytam, czasem rozmawiam z ludźmi. Tak oderwany od rzeczywistości punkt widzenia, rodzący pytania o rzetelność i niezależność uznanych autorytetów, zniesmacza mnie do głębi. W związku z powyższym absolutnie nie mogę Wam wspomnianej książki polecić. Ostrzegam nawet, że jeśli po nią sięgnięcie, gdyż nie neguję, iż zawiera trochę ciekawych rzeczy, czynicie to na własną odpowiedzialność

Wasz Andrew