Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 8 listopada 2011

Romans paranormalny



Co mnie pociąga w romansie paranormalnym?

NIC!!!

To tani chwyt marketingowy. W literaturze i kinie; albo romans jest pociągający, albo nie. Nie ma znaczenia, czy jest normalny, czy para.

W życiu jest jeszcze gorzej. Ludzie, którzy nie potrafią zobaczyć w innych rzeczy niezwykłych, sami na ogół są skończenie zwyczajni, żeby nie powiedzieć nudni...

refleksja spowodowana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 7 listopada 2011

Jak niczego nie rozpętałem




JAK NICZEGO NIE ROZPĘTAŁEM to luźne wspomnienia ze służby wojskowej w LWP autora ukrywającego się pod pseudonimem Harosław Jaszek.. Jakkolwiek twórca zarzeka się, iż wszelkie postacie i zdarzenia są zmyślone, w moim odczuciu to zastrzeżenie jest zwykłym „dupochronem”, jak się to w wojsku określa. Ewidentnie książka ma charakter wspomnieniowy, choć niekoniecznie autor sam wszystkiego doświadczył. Być może część zdarzeń, albo i wszystkie, zna ze słyszenia. To chyba jednak w tym wypadku nie ma żadnego znaczenia.
Ściśle rzecz biorąc, narrator w pierwszej osobie, który zarazem jest głównym bohaterem, nie był nigdy wojskowym. Był SPR-kiem lub jak kto woli bażantem*.
W LWP mieliśmy zasadniczo dwa rodzaje żołnierzy: z poboru i zawodowych. SPR-ek to było takie ni to, ni sio. Ludzie po studiach, teoretycznie przeszkoleni w jakiejś tam wojskowej specjalności, trafiający do wojska na odbycie rocznej służby. Sęk w tym, że w jednostkach z reguły nie wiedziano co z nimi zrobić. Nie byli ani z jednej kasty, ani z drugiej. Niczym piąte koło u wozu pałętali się po jednostkach i tylko od ich własnej postawy zależało jak ten rok odbębnią. Taki właśnie SPR-ek jest centralną postacią naszej opowieści.
Chyba nigdzie w książce nie pada nazwisko ani imię głównego bohatera. Jako anglista z wykształcenia jest on dla LWP mało przydatny w czasie pokoju i w konsekwencji różnych wydarzeń trafia na syryjską pustynię, gdzie w ramach polskiego wkładu w działania ONZ odbywa lwią część swej służby. Temat interesujący. Obiecujący wiele, nie trzeba tłumaczyć. I tutaj dochodzimy do sedna.
Sugerując się tytułem, kojarzącym się ze znanym serialem, byłem pewien, że trafiłem na dawkę związanego z wojskiem humoru w stylu co najmniej wspomnianej ekranizacji, lub nawet sięgającego pułapu prześwietnej komedii CK Dezerterzy. Ba, miałem nawet nadzieję, iż będzie to coś lepszego, bo opartego na wspomnieniach i ukazującego prawdziwe klimaty, jak choćby Żołnierze wolności Suworowa.
Początek lektury zapowiada wspaniałą rozrywkę. Humorystyczny, lekki język i ciekawy temat. No i te skojarzenia z własnymi wspomnieniami, które ma każdy, kto był w wojsku. Jednak, pomimo dobrego startu, już po kilku rozdziałach niestety, książka zaczęła mnie męczyć. W moim odczuciu autor w ogóle nie trafił w styl. Przesolił i przepieprzył. Może komuś odpowiada ironia wyzierająca z każdego opisu, z każdej myśli i z każdego komentarza. Ba, z każdego zdania nawet! W mojej jednak ocenie autor przekroczył granicę między ironizowaniem a naśmiewaniem się i szydzeniem ze wszystkiego. Już po kilkunastu minutach lektury zacząłem odczuwać niesmak i tak już pozostało do końca.
Skąd ten błąd autora? Nie wiem. Może stąd, że nigdy tak naprawdę nie poczuł się żołnierzem. A może dlatego, że nie wykazał się wystarczającą dozą samokrytycyzmu? Przymrużeniem oka wobec samego siebie jakoś nie zrównoważył tego potoku ironii wobec wszystkich i wszystkiego.
Mogę się mylić, ale mam wrażenie, iż po zapoznaniu się ze swym dziełem, autor miał podobne odczucia. I na końcu dodał zastrzeżenie, iż wszystko jest zmyślone i podobieństwa przypadkowe, a jednocześnie, że naprawdę jeden z opisanych bohaterów był w porządku. Po co prostować opis kogoś, kto podobno jest zmyślony. Trochę logiki i konsekwencji!
No i puenta. Na tylnej, zewnętrznej stronie okładki czytamy: NAJZABAWNIESZA KSIĄŻKA ROKU. I to idealnie pasuje do zawartości książki. Pełny samokrytycyzm, skromność i bystrość obserwacji. No comment.
Wasz Andrew


*SPR to Szkoła Podchorążych Rezerwy. Bażant lub spermen to jej adept.

piątek, 4 listopada 2011

Angielski zabójca


Z zamiarem złapania oddechu od tych wszystkich serwowanych przez środki masowego rewelacji, które aż „zapierają dech w piersiach”, a które ograniczają się do kolejnych głupot padających z ust naszych polityków, sięgnąłem po książkę Angielski zabójca (The English Assassin), której autorem jest Daniel Silva.


Jak zwykle najpierw spojrzałem na notkę reklamową:

Gabriel Allon, były as izraelskiego wywiadu i renomowany konserwator dzieł sztuki, otrzymuje od bankiera Augusta Rolfego zlecenie na renowację obrazu Rafaela w prywatnej kolekcji w Szwajcarii. Po przybyciu do rezydencji znajduje gospodarza w kałuży krwi. Rolfe został zastrzelony, ale obrazu nie skradziono. W rozwikłaniu zagadki tajemniczego morderstwa postanawia pomóc Gabrielowi córka zamordowanego, Anna, światowej sławy skrzypaczka, mieszkająca w Portugalii. Wkrótce okazuje się, że z willi bankiera zginęły wszystkie dzieła sztuki zgromadzone przez niego w czasie drugiej wojny światowej. Allanowi depcze po piętach szwajcarska policja i były komandos brytyjski /.../. Otrzymuje on zadanie zlikwidowania Anny i Allona.

Co się za tym kryje?...


Następnie zerknąłem na notkę wydawcy:

krytycy bez wahania porównują książki Daniela Silvy do najlepszych dzieł Johna Le Carre, Fredericka Forsytha i Kena Folleta.

Potem zacząłem lekturę. No cóż...

Książkę czyta się świetnie, szybko i nawet momentami z pewnym napięciem. Lektura tej powieści to naprawdę świetna rozrywka. Gdybym miał oceniać tradycyjnej skali (2 do 5) to byłby do bdb-. Minusik za taki naciągany w moim odczuciu happy-end. Jednak jeśli mamy porównywać do Folleta czy Forsytha...

Już dawno nie czytałem niczego, co wyszło spod ich pióra. Jednak nawet dziś, po latach, potrafiłbym skreślić kilka słów o każdej z ich książek, które czytałem. Takie powieści jak Igła (Eye of the Needle) i Klucz do Rebeki (The Key to Rebecca) Foletta czy Psy wojny (The Dogs of War) Forsytha pozostawiają na zawsze jakiś ślad w naszej psychice. Angielski zabójca ma zaś tę zaletę, że czyta się go przyjemnie, ale na drugi dzień już się go nawet nie bardzo kojarzy, a po miesiącu... Tabula rasa... Z drugiej strony, wspomniany John Le Care, pomimo wysokich miejsc zajmowanych na listach bestsellerów, nie jest żadnym konkurentem dla Daniela Silvy. Jak sobie przypomnę Za późno na wojnę (The Looking Glas War)... Brrr... Nigdy więcej...


Wasz Andrew


seria a Gabrielem Allonem:

1. The Kill Artist (2000)
2. The English Assassin (2002)
3. The Confessor (2003)
4. A Death in Vienna (2004)
5. Prince of Fire (2005)
6. The Messenger (2006)
7. The Secret Servant (2007)
8. Moscow Rules (2008)
9. The Defector (2009)
10. The Rembrandt Affair (2010)
11. Portrait of a Spy (2011)
12. The Fallen Angel (2012)
13. The English Girl (2013)

czwartek, 3 listopada 2011

Eye of Beholder



Okiem obserwatora

(Eye of Beholder)

David Ellis


Powieść Davida Ellisa Okiem obserwatora, jak wiele innych, trafiła w me ręce przypadkiem. Zarówno w tytule, jak i w nazwisku pisarza, kryją się ukryte skojarzenia do swych bardziej znanych bliźniaków, co sprawia, iż sięgając po tę książkę możemy mieć wrażenie, iż gdzieś już o niej, lub jej autorze słyszeliśmy. To chyba jednak nie działa w tym wypadku na korzyść, gdyż odniesienia prowadzą do rzeczy bardziej znanych, czyli do kultowej serii gier RPG Eye of Beholder oraz do Breta Eastona Ellisa, który jest autorem m.in. American Psycho.

Po uświadomieniu sobie, skąd się wzięło wrażenie, że gdzieś już o tym słyszałem, rozpocząłem lekturę. Od pierwszych stron David Ellis pokazuje się niejako podobny do wspomnianego już B.E.Ellisa. Styl może nie jest aż tak świetny, ale również na tyle dobry, by wciągnąć czytelnika do tego stopnia, iż powieść się po prostu połyka.

Rzecz jest o Paulu Rileyu, który kiedyś, jako zastępca prokuratora okręgowego, prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa sześciu kobiet, których zwłoki ujawniono na terenie jednego z miasteczek uniwersyteckich w USA. Doprowadził sprawcę zbrodni do celi śmierci, a na pamiątkę pozostała mu we wspomnieniach piosenka, według słów której dokonano tej zbrodni oraz góra dolarów, które spłynęły na niego od czasu wygrania procesu i zakończenia go egzekucją mordercy. Pieniążki pochodziły od ojca jednej z ofiar, znanego krezusa, który po całej sprawie stał się głównym klientem otworzonej przez naszego bohatera firmy prawniczej. Niestety, po latach ludzie znów zaczynają ginąć, tym razem zgodnie ze słowami drugiej zwrotki tej samej piosenki.

Nie będę streszczał fabuły, by nie psuć zabawy przyszłym czytelnikom. Od razu powiem, iż książka jest świetną rozrywką, wciąga i nie puszcza aż do samego końca. Niestety, im do niego bliżej, tym wyraźniej zaczynamy rozumieć, iż końcowe wrażenie nie będzie rewelacyjne, a po zakończeniu lektury w pełni możemy ocenić płytkość powieści. Zbrodnie są równie krwawe jak w American Psycho, nawet gadżety zwane narzędziami zbrodni się kojarzą. Powiedziałbym, że rzecz cała jest tandetnie krwawa, kiczowata i pełna ogranych aż do znudzenia elementów pseudo-grozy, w dodatku jeszcze mniej przekonujących niż u B.E. Jakby tego było mało, konstrukcja fabuły jest wyraźnie sztuczna, stwierdziłbym nawet, iż wydumana i oparta na wielu fałszywych, momentami wręcz infantylnych wyobrażeniach o regułach socjologii i psychologii, a zwłaszcza o polityce i realiach Rosji oraz jej tajnych służb. Na szczęście widać to w pełni dopiero pod koniec lektury i zdążymy dobrnąć do jej epilogu zanim nas obezwładni świadomość rozmiaru tych lapsusów. Wielka szkoda, gdyż z takim piórem można było stworzyć coś naprawdę wartościowego.

Co zrobić z taką książką? Polecać czy nie? Podsumowałbym moje wrażenia tymi słowami: kto przeczyta, będzie miał dość dobrą rozrywkę. Takich książek są jednak tysiące. Jeśli więc macie wybór, lepiej poszukać czegoś wartościowszego, o czym z żalem Was informuję

Wasz Andrew

piątek, 28 października 2011

Życie niewłaściwie urozmaicone


Kazimierz Leski

ŻYCIE NIEWŁAŚCIWIE UROZMAICONE

Wspomnienia oficera wywiadu i kontrwywiadu AK


Książka gruba, ale zdecydowanie warta przeczytania. Mocna pozycja dla miłośników historii i zainteresowanych polityką. Niestety niezbyt optymistyczna. Rozdział przedwojenny pokazuje, że tak naprawdę to ani Stalin, ani Hitler, ani PRL, niczego w mentalności Polaków nie zmienili. Jak było przed wojną, tak jest i w IV RP. Nie ceni się fachowców, tylko „swoich”. Najlepsi, gdy tylko mogą, wybywają za granicę, gdyż w kraju nie mogą się realizować, jeśli nie przyklaskują ekipie u steru. Smutne...

Tomisko, choć jak już wspomniałem dość opasłe, czyta się świetnie, dosłownie jednym tchem. W USA pewnie sfilmowanoby to, a efekt zakasowałby Jamesa Bonda i Hansa Klossa oraz ustanowił nowe standardy w klasie powieści szpiegowskich. Tylko, że to nie jest powieść szpiegowska. To wspomnienia, tylko tak niesamowite, że mniej prawdopodobne niż fikcja. Tak byłoby w USA, ale nie u nas. Nigdy chyba nie będzie ekranizacji tego tematu, gdyż trzeba by pokazać „polskie piekło”, gdzie wszyscy ciągną w dół tych, którzy chcą być inni, gdyż trzeba by pokazać, że w Polsce kliki, które wszystkim rządzą, nie narodziły się za PRL-u. Tutaj bowiem znane postacie naszej historii i przedwojenna, a także wojenna, rzeczywistość nie jest pozłacana. Widać to, co jest straszną bolączką Polski od dawna: tępienie niepokornych, „nie swoich”, choćby nawet i zdolnych, a popieranie zawsze i wszędzie „swoich”, choćby głupich, leniwych i złych.


Skoro ekranizacji nie będzie, tym bardziej warto przeczytać. Dla rozrywki i dla mądrości... Absolutnie gorąco polecam


Wasz Andrew



środa, 26 października 2011

Cybernetyka i charakter



Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka profesora Mariana Mazura Cybernetyka i charakter. Jedyne, czego do dziś żałuję, to że nie miałem okazji przeczytać jej wcześniej. Choć nazwisko tego najwybitniejszego polskiego cybernetyka, a śmiem powiedzieć, że i psychologa, choć psychologiem jako takim nie był, nie jest znane szerszemu polskiemu ogółowi, to moim zdaniem jego teorie więcej wniosły do poznania działania ludzkiego umysłu niż Freud i cała reszta psychologów, psychiatrów i uczonych z innych pokrewnych dziedzin. Nie neguję tu wcale ich możliwości intelektualnych, osiągnięć ani wkładu w rozwój poznania człowieka, jednak teorię systemów autonomicznych Mazura postrzegam wśród reszty traktatów o charakterze tak jak dzieło Kopernika na tle innych osiągnięć astronomii. To jest coś, co zrzuca człowieka z piedestału wyjątkowości, zarazem nie poniżając go wcale. Po prostu pokazuje jakie jest naprawdę jego miejsce w świecie.


Cybernetyka i charakter wiele zmieniła w moim życiu i w moim spojrzeniu na wiele spraw. Nie jest to żadne objawienie – co to, to nie. Po prostu jest to narzędzie do zrozumienia mechanizmów, które wcześniej pojmowano na wyczucie, albo w ogóle ich nie rozumiano. Myślę, że każdy, kto chce uniknąć wielu rozczarowań w życiu, powinien tę książkę przeczytać. Lektura to dość przyjemna i łatwa pod warunkiem, że się na niej skoncentrujemy. Da nam potem wiele, gdy przyjdzie do rozwiązywania różnych problemów.

Dlaczego psycholodzy nie rzucili się na teorię Mazura jak psy na wielką kość? Bo uporał się on z wieloma zagadkami, których klasycznymi metodami psychologii, a więc bez wsparcia cybernetyki, rozwiązać się nie da. Środowisko kolegów niecybernetyków zachowuje się trochę jak zazdrosne dzieci w piaskownicy.

Nie bójcie się, że ta książka obedrze umysł ludzki, sprawy charakteru i miłości z romantyzmu, nimbu tajemnicy i zagadki. Przecież niebo gwiaździste nie jest mniej piękne od tego, że już wiemy, iż gwiazdy to gazowe kule ognia rozgrzane do temperatury milionów stopni, a nie świetliki het, gdzieś tam w górze. Na pewno nie pożałujecie czasu poświęconego książce Mariana Mazura o czym szczerze was zapewniam.


Wasz Andrew

wtorek, 25 października 2011

DZIENNIKI PSYCHOLA


Bret Easton Ellis

American Psycho


Sam nie wiem, czego dokładnie oczekiwałem od tej książki. Na pewno jednak obiecywałem sobie wiele. Zachęcał i tytuł, i recenzje. Zwłaszcza entuzjastyczna ocena jaką wystawił jej Zygmunt Kałużynski sprawiła, iż moje oczekiwania były wysokie.

Według słów uznanych recenzentów Bret Easton Ellis jest jednym z najwybitniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich, a American Psycho najlepszą jego powieścią. Podbudowany takimi zachętami rzuciłem się na nią jak pies na smakowitą kość, ba – jak alkoholik na pierwszą od tygodnia szklankę gorzały i wprost się nią zachłysnąłem.

Główną postacią i zarazem bezpośrednim narratorem American Psycho jest, jak sam tytuł mówi, amerykanski psychopata i dewiant seksualny Patrick Bateman. Książka to po prostu jakby fragment jego życia. Bez jakiegoś szczególnego początku i bez wyraźnie zaznaczonego końca. Ten utalentowany, dobrze sytuowany yuppie* jest po pracy, w chwilach wolnych od obowiązkowego w tej klasie życia towarzyskiego, seryjnym mordercą. Lektura od razu wciąga, może nie tyle za pomocą wartkiej akcji, co za przyczyną świetnego języka; obrazowego, celnego, bezpośredniego i zharmonizowanego ze specyficzną osobowością głównego bohatera.

Bret Easton Ellis pokazuje się nam jako prawdziwy mistrz słowa. Idealnie maluje sposób, w jaki typowy yuppie widzi świat, ludzi i samego siebie. Opisując każdą postać informuje nas ze szczegółami o wszystkich detalach ubioru, z ich markami i dystrybutorami włącznie, od butów i skarpetek poczynając, a na zegarkach, krawatach, spinkach i okularach kończąc. Aż dziw, że nie zawsze podaje ceny wszystkich elementów garderoby. Jednocześnie praktycznie pomija, niczym w karykaturze, opis fizyczności, poza kilkoma zdawkowymi słowami na poziomie zakompleksionego półmózga, dla którego u kobiety liczą się tylko cycki, nogi i dupa, a u faceta mięśnie, opalenizna i atrybuty zamożności. Podobnie obrazowe, a pobieżne jednocześnie, są opisy scenerii. Styl specyficzny i na swój sposób doskonały.

Jak już wyżej wspomniałem, wprost zachłysnąłem się tą powieścią. Niestety. To był tylko moment. Trwał pierwsze kilka rozdziałów. Potem lektura po prostu zaczęła się dłużyć, a im bliżej końca, tym wydawała się płytsza, bardziej monotonna, aż do totalnej nudy. Żadnych zwrotów akcji, żadnego suspensu. Jak w piosence – dzień podobny do dnia. Obiadki i praca. Kolacje i praca. Mordestwa i praca. Co za nuda!

Książka może być wartościowa na wiele sposobów. Choćby stylem języka, jakim jest napisana, rozrywką, której dostarcza, wiedzą, którą przekazuje czy pytaniami jakie stawia przed czytelnikiem. O języku już napisałem. Jest oryginalny, i to duży plus dla American Psycho, ale śmiem wątpić, czy walorami dorównuje choćby staremu, dobremu Sienkiewiczowi. Styl prozy Ellisa byłby odpowiedni na opowiadanie, lecz nie na opasłą powieść, gdyż ciężko z nim wytrzymać do końca. Oryginalny nie znaczy piękny. Tutaj znaczy płytki, monotonnie wulgarny i pusty jak mózg głównego bohatera. Bateman jest pewnikiem inteligentny, choć dowodów na to lektura nie zawiera żadnych, ale na pewno nie jest mądry. Trawestując Foresta Gumpa: Mądry to ten, kto mądrze czyni. A tego o Patricku B. Nie można powiedzieć. Chyba że się nie odróżnia mądrości od sprytu i innych podobnych cech.

Wielu zachwyca się (czytaj - po cichu podnieca) opisami zbrodni zawartymi w tej powieści. To nie za dobrze o nich świadczy. Jako o ludziach, bo powinni się leczyć. Jako o krytykach, bo wszystko to już było. Najczęściej przytaczana jest sprawa szczura wgryzającego się w ludzkie ciało. Tortura stara jak świat. Jeśli dla kogoś to odkrycie, zostawię to bez komentarza.

Tutaj dotykamy perwersji, pornografii i zbrodni. Dziwna jest ta nasza mentalność, dziwna moralność i dziwne kryteria, jakimi mierzymy sztukę i artystów. Jeśli w literaturze, filmie czy innej formie przekazu, ktoś odda seks lub choćby ciało ludzkie na tyle udatnie, iż większość widzów odczuwa podniecenie, to z reguły nazywamy to pornografią odmawiając dziełu jakichkolwiek aspiracji do sztuki, a autora odsądzamy od czci i wiary. Jeśli natomiast ktoś za temat weźmie wynaturzone zaspokajanie potrzeb seksualnych; gwałt albo jeszcze lepiej seryjne zabójstwa, to prawie nigdy nie zostaje skojarzony z pornografią. Jeśli dodatkowo ma odrobinę talentu, to się go mianuje odważnym i bezkompromisowym artystą. Tak jakby zbrodnia oczyszczała seks z czegoś brudnego. Paranoja!

Można próbować odebrać American Psycho jako krytykę ówczesnego amerykańskiego młodego pokolenia biznesowej elity. To jednak nie uzasadnia nudy, miałkości, powierzchowności sądów i epatowania infantylnym okrucieństwem. Nawet nie bezsensownym, bezzasadnym, ale właśnie głupim. I przede wszystkim ogranym. To wszystko już było. W dodatku podane jest bez smaku, a tego wybaczyć nie można.

Można również próbować przedstawiać powieść Ellisa jako studium psychologiczne psychopaty czy seryjnego mordercy. Tylko, że tak nie jest. Nie znajdziecie w tej książce żadnej wiedzy o tym, kim jest psychopata. O jakiejkolwiek innej wiedzy z psychiatrii czy psychologii nie wspomnę.

W notce na okładce wydania, z którego korzystałem, można przeczytać, że kilka kobiet zatrudnionych przy pierwszym wydaniu książki odmówiło pracy, po zapoznaniu się z treścią American Psycho. Wydaje się, że wykazały się większym wyczuciem niż zawodowi krytycy.

Mam wrażenie, że to przez zawodowych krytyków sztuka coraz bardziej rozmija się ze zdrowym rozsądkiem. To jednak temat na osobne rozważania.

I jeszcze jedno. W filmach istnieje kategoria „Od lat osiemnastu”. Szkoda, że w książkach czegoś takiego nie ma. Wbrew powszechnemu mniemaniu; obciążaniu filmu i telewizji odpowiedzialnością za brutalizację zbrodni, książka też może być takim samym zagrożeniem. W końcu Kuba Rozpruwacz nie powstał pod wpływem ruchomych obrazów na ekranie. I choć za eskalację przemocy w większym stopniu odpowiadają czynniki ważniejsze niż słowo pisane i treści z ekranu, to tej książki nie powinny czytać osoby o niedojrzałej psychice, nieprzygotowane. Naprawdę może narobić szkód, a przy tym tak niewiele daje w zamian. Nie zapewni nam rozrywki, chyba że czyjś stan psychiczny jest daleki od normy. Ani wiedzy. Ani niczego innego. W dodatku, jeśli ją zmęczymy do końca, stwierdzimy, iż już zaczynamy ją zapominać. To nie Malowany ptak, z którego obrazy pozostają na długo w pamięci, ani nawet Milczenie owiec. Dlatego nie polecam tej książki nikomu. Zbyt mało za cenę, którą trzeba zapłacić. W zmarnowanym czasie, w nudzie, w zniesmaczeniu. W zawiedzionych nadziejach i spadku zaufania do uznanych krytyków. Właściwie jest to lektura tylko dla dojrzałych czytelników, którzy chcą sprawdzić, co to za zwierzę, które kiedyś wzbudziło takie zachwyty. Takie jest moje osobiste wrażenie z wielce kiedyś głośnego, ale zgodnie z przepowiedniami samego autora, popadającego w zapomnienie American Psycho


Wasz Andrew



* (skrót od ang. Young Urban Professional - młody wielkomiejski przedstawiciel wolnego zawodu albo Young Upwardly Mobile Professionals - młodzi pnący się do góry profesjonaliści) – określenie pokolenia młodzieży z USA, które rozpoczęło pracę zawodową w latach 80 XX wieku, a także grup żyjących w podobnym stylu w innych krajach i w późniejszym czasie.

poniedziałek, 24 października 2011

Zło



Jan Guillou

Zło

(Ondskan)

Muszę powiedzieć, że Jan Guillou od dawna jest jednym z moich ulubionych pisarzy. To jednak nie daje mu żadnych forów. Tym bardziej każdą jego nową książkę oceniam krytycznym okiem, gdyż poprzeczkę podniósł wysoko swoją dotychczasową twórczością. Dotąd kojarzyłem go głównie z serią powieści o Karlu Hamiltonie, szwedzkim Jamesie Bondzie. Wiedziałem, czułem przez skórę nim jeszcze książkę otworzyłem, iż to będzie coś innego. Bałem się tylko, czy się nie zawiodę.

Bohaterem tej opowieści jest Erik, chłopiec jakich wielu w Szwecji i w każdym kraju na świecie. Żaden heros ani specjalny geniusz. Z drugiej strony, na pewno nie cherlak ani oferma. Po prostu chłopiec. Ma ciężkie życie w domu pełnym fizycznej i psychicznej przemocy. Takim go poznajemy. Bity i poniżany a zarazem, jako herszt gangu nastolatków, sam bije i poniża. Co się z nim stanie? Nie będę nawet w dwóch słowach opisywał fabuły, gdyż nie zamierzam nikomu psuć przyjemności jaką sam miałem czytając tę książkę i próbując odgadnąć jak się też potoczą losy Erika.

Nie dociekam, czy autor zawarł w tej powieści swoje własne wspomnienia, opowieści innych osób, czy też wystarczyła mu wyjątkowa zdolność obserwacji zjawisk społecznych. Ważne, że klimat książki jest tak autentyczny, iż ma się wrażenie, jakby ktoś nam opowiadał swą własną, dopiero co przeżytą historię.

Jan Guillou, jakkolwiek jest dla mnie niekwestionowanym mistrzem powieści szpiegowskiej, pokazał się teraz jako naprawdę pióro wielkiej klasy. Nie tylko napisał piękną, przejmującą i porywającą opowieść o chłopcu z patologicznej rodziny dotkniętym prawdziwą pandemią nie tylko naszych czasów – przemocą. W tej samej książce zawarł inną rzecz. Powieść, której tematem jest zło. Zło; z ofiar czyniące katów, a z katów ofiary. Mieszające prawość z nieprawością, niczym czerń z bielą, tak długo, aż wszystko staje się szare, aż trudno już określić; czy coś jest bardziej białe, czy też bardziej czarne. Temat rzeka. Temat niesłychanie trudny, a jednak podjęty z niesamowitym wyczuciem. Nawet najlepszym twórcom takie chwile zdarzają się rzadko, bo tego nie da profesjonalizm ani talent, tu widać po prostu prawdziwe natchnienie.

Zło czyta się jak inne z najlepszych szwedzkich kryminałów społecznych, choć ta powieść prawdziwym kryminałem nie jest, bo trupów brak, nawet w szafach. Lektura jest jednocześnie wciągająca, porywająca i rodząca przemyślenia. Zło. Czy człowiek może się wyzwolić z jego szponów? Czy na zło można złem odpowiadać? Czy da się dobrem zło zwyciężyć? Co jest takiego w ludziach, że zło, nawet takie jak faszyzm, wciąż się odradza? Jakie są tego mechanizmy i jak mu przeciwdziałać?

Zło jest przesłaniem, z którym zgadzam się absolutnie. Trudne dzieciństwo ani inne zaszłości nie mogą być usprawiedliwieniem dla złych uczynków. Każdy odpowiada za siebie. Można zrozumieć, iż ktoś się mści za swoje krzywdy na krzywdzicielach, ale rozgrzeszanie ludzi, którzy mszczą się na niewinnych, jest patologią chyba jeszcze gorszą niż podłe uczynki. Tym bardziej, że zwykle rozgrzeszający „skrzywdzonych w dzieciństwie” jednocześnie odmawiają ofiarom prawa do pomsty. I najważniejsze: zło rozkwita w krainie obojętności. To właśnie „porządni” ludzie, którzy odwracają głowę, są winni. Jeszcze bardziej winni są ci, którzy z ludźmi zło czyniącymi współpracują dla korzyści różnego rodzaju. Prawdziwie złych, tych zło czyste czyniących, jest bowiem niewielu. To właśnie ci prawie dobrzy pozwalają im wzrastać w siłę i czynić prawdziwie wielkie zło. Nie byłoby domowych tyranów bez współmałżonków pozwalających katować dzieci, bez ślepych i głuchych sąsiadów, leniwych urzędników. Nie byłoby tylu pijanych drogowych wariatów bez przyzwolenia znajomych i krewnych. Nie byłoby Hitlera bez dobrych Niemców ani świętych wojen bez dobrych wierzących. Temat rzeka, a jego ujęcie, jakim popisał się Guillou, jest wręcz mistrzowskie.

Symptomatyczne jest również to, że tematy te, czyli najtrudniejsze problemy dzisiejszych społeczeństw, są najbardziej spektakularnie i umiejętnie podejmowane głownie w krajach, które powszechnie postrzegane są jako najmniej nimi dotknięte. Zło i wszelkie jego aspekty są bardzo silnie piętnowane w literaturze szwedzkiej, choć Szwecja jest postrzegana jako kraj daleko bardziej praworządny, bezpieczny i spokojny, niż choćby Polska. A może właśnie dlatego? Może tylko takie społeczeństwa nie mogą ścierpieć tego, co w innych zdaje się już przeszkadzać tylko wyalienowanym z nich jednostkom?

Jak już się zorientowaliście, Zło absolutnie polecam. Każdemu, bez względu na wiek, płeć i zapatrywania polityczne. Lektura, mimo ciężkiego i przytłaczającego tematu, jest prawdziwą rozrywką odrywającą od codziennego matrixa niczym najlepsza sensacja, o czym z przekonaniem Was zapewniam

Wasz Andrew