Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 19 marca 2011

Czóje bul



Od POPiSu czóje bul
Od kilku dni, we wszystkich środkach masowego przekazu aż huczy z powodu plamy, którą dał najwyższy rangą reprezentant naszego państwa i narodu, humanista(!)* i szlachcic, Bronisław Komorowski. Jaśnie Nam Panujący wpisując się do księgi kondolencyjnej w Ambasadzie Japonii napisał, że Polska łączy się z narodem Japonii w "bulu" i "nadzieji".**

Cóż; wpadka ewidentna. Nie trzeba mówić jak ośmiesza nasz kraj, inteligencję i humanistów polskich, klasę polityczną i Polaków w ogóle. Wszak nasz sławny rodak*** pisał:

„...A niechaj narodowie wżdy postronni znają,
Iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają!...”

co bardziej naukowo można powiedzieć stwierdzając, iż naród nie może istnieć bez swego języka. Upadek języka to upadek narodu.

Przestańmy się jednak nad tym rozwodzić i zauważmy, co robi Prezydent Rzeczpospolitej, gdy sprawa się wydała. Nie posypuje głowy popiołem jak człowiek świadom własnej małości, pokory wobec własnego błędu, nie idzie w ciemny kąt by strzelić sobie w łeb jak gentleman, który skalał swój honor. Nie. On wypomina Jarosławowi Kaczyńskiemu, jeszcze lepiej wykształconemu i w dodatku zrodzonemu z matki polonistki****, iż ten miał podobną wpadkę i napisał kiedyś „obiat” miast „obiad”.

Czy tak się zachowuje mąż stanu? Dla mnie jest to zachowanie godne dziecka albo prostaka, lecz nie człowieka wykształconego i honorowego. Cóż to za mentalność, by swoje grzechy pomniejszać wytykając grzechy innych? Czy kradzież jest mniej naganna dlatego, że są i inni, którzy kradną? Bardzo ciekawe podejście. Zwłaszcza jak na człowieka, który mieni się wierzącym i publicznie się z tym obnosi. Gdzie pokora? Gdzie prawda i uczciwość?

Zanim przejdę dalej, od razu zaznaczę, iż nie jestem zwolennikiem PiSu. O ile PO mnie mierzi, to PiS wręcz odrzuca, głównie ze względu na wzajemnie antagonizowanie coraz to nowych grup społecznych. To jednak tylko taka dygresja.

Kiedy tak patrzę na liderów POPiSu, to z rozrzewnieniem wspominam Wałęsę, a nawet Leppera. Obaj prostacy bez wykształcenia, pierwszy z roboli, a drugi z buraków. Jednak starali się. Lechowi bardziej się udało, Andrzejowi mniej. Każdy jednak musi przyznać, że startowali praktycznie od zera i, pracując nad sobą, zmienili się nie do poznania. Taki polski obraz self-made manów. Wałęsa z prostego, niewykształconego robotnika zmienił się w prawdziwego męża stanu, który bez przygotowania potrafi się wypowiedzieć do rzeczy, mądrze i w wyważony sposób. Lepper może nie osiągnął aż tak pozytywnego rezultatu, ale między nim dzisiaj, a nim z początku kariery, przepaść też jest niemała. Jacy są natomiast ludzie z PO i PiSu, przynajmniej ci, którzy te partie reprezentują na forum ogólnokrajowym?

Posiadają formalne wykształcenie nabyte przed dziesiątkami lat, lecz w ogóle nie widać, by się dalej rozwijali. Mam wrażenie, obserwując ich wypowiedzi, gdy są do nich zmuszeni bez przygotowania, że zatrzymali się w momencie zakończenia formalnej edukacji. Ba, wpadki, podobne do tych ostatnich, każą przypuszczać, iż wręcz się cofają. Przynoszą wstyd całej inteligencji i całemu narodowi. Podobnie jak sposób, w który dobierają sobie ludzi. Niejednokrotnie widać*****, iż kluczem jest dla nich nie rzetelna wiedza i konkretne umiejętności, które by można wykorzystać dla dobra kraju, ale znajomości i utrzymanie władzy dla niej samej. No, może również dla profitów z nią związanych. Nie ma w otoczeniu sprawujących władzę nikogo, kto miałby odwagę zwrócić uwagę, iż król jest nagi. Być może nie ma nawet nikogo, kto byłby w stanie to zobaczyć. Nie ma więc szans, by taki człowiek na świeczniku się poprawił w czymkolwiek, skoro wszyscy, poza wrogami, mówią, iż jest świetnie. A to dobrze nie wróży. Ani dla państwa, ani dla ludzi, którzy w niej mieszkają.

Nie mam złudzeń, iż w innych krajach prezydenci i sprawujący władzę są zawsze mądrzy. Wszędzie są z tym problemy. Znane są choćby wpadki kolejnych prezydentów USA. Nie to jest nawet najważniejsze, choć oczywiście dobrze by było, by im wyżej, tym lepiej. Problemem jest to, iż w Polsce doszliśmy do takiego etapu, że posiadane wykształcenie przestaje świadczyć nie tylko o inteligencji, ale nawet o posiadaniu podstawowej wiedzy. Rozpadają się lub wypaczają mechanizmy regulujące wszelkie działania społeczne ważne dla państwa i narodu, a brak miarodajności wykształcenia jest jednym z wielu objawów toczących kraj na kształt raka patologii.

Ordynacja sprawiająca, iż zamiast na ludzi, głosuje się na ugrupowania, nie pomaga. Nie chcę być złym prorokiem, ale politycy i cała reszta są jak polskie drogi. A jakie są – każdy widzi. Jakie będą – aż strach myśleć...


Wasz Andrew



* Bronisław Komorowski jest synem Zygmunta Leona Komorowskiego, profesora afrykanistyki, i Jadwigi z Szalkowskich[1]. Pochodzi ze szlacheckiej rodziny Komorowskich. W 1977 ukończył studia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego.
** Onet.pl 18-03-2011 za / PAP, Kontakt 24, Onet.pl, RMF FM
*** Mikołaj Rej DO TEGO, CO CZYTAŁ
**** Jarosław Aleksander Kaczyński jest doktorem nauk prawnych; matka, Jadwiga z domu Jasiewicz, z wykształcenia jest filologiem polskim (zawodowo związana z IBL PAN).
***** ostatni, głośny przykład nepotyzmu, to happening, którego wykonawcą był Paweł Miter

niedziela, 13 marca 2011

Jakich kobiet pragną mężczyźni



„Jakich kobiet pragną mężczyźni”

Konia z rzędem temu, kto da na to jednoznaczną odpowiedź w formie przepisu, definicji, etc. Ba – nawet Nagroda Nobla, to byłoby za mało, gdyż... takiej odpowiedzi nie ma. Przynajmniej nie w formie, która by ułatwiła kobietom tych męskich pragnień zaspokojenie. W czym tkwi zasadniczy problem?


Sedno tkwi w dookreśleniu, co to jest za zwierzę ten mężczyzna. Geje to też mężczyźni i raczej nie kobiet oni pragną. A poważnie?

W krajach tradycyjnie tolerancyjnych lub seksualnie wyzwolonych jest oczywiste, że ilu ludzi, dotyczy to nie tylko mężczyzn, tyle indywidualności, również w sferze seksualności, fizycznej i nie tylko. Niesamowitą rozpiętość pragnień i możliwości, praktyk i marzeń, unaocznia prześwietnie choćby film Kinsey pokazujący osiągnięcia rewolucji seksualnej w USA (z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych!). Nawet dwie z pozoru identyczne osoby mogą w rzeczywistości okazać się diametralnie odmienne, zwłaszcza w sferze spraw damsko męskich.

Weźmy tylko jeden choćby przykład - wysokie obcasy. Działają na zdecydowanie większą część męskiej populacji. Ale nie na wszystkich. Ilu mężczyzn, tyle pragnień. I nie jest jedynym problem to, by mężczyzna pokazał, czego oczekuje. Nawet gdy znajdzie się odważny, który nada czytelne sygnały o swych preferencjach, problemem staje się druga strona. Niewiele jest kobiet chcących przyjąć do wiadomości takie informacje i przyznać uczciwie, czy im to odpowiada, czy nie. Znane są powiedzenia: po ślubie się zmieni, w młodości każdy musi się wyszaleć. Pokazują życzeniowy, oparty na własnych pragnieniach, sposób interpretowania nadawanych przez mężczyzn sygnałów, nie mający oczywiście niczego wspólnego z rzeczywistością. Zbędnym byłoby podkreślać, że z równą mocą działa to w podobnie wadliwy sposób i w drugą stronę, a dotyczy nie tylko fizycznej płaszczyzny kontaktów damsko-męskich.

Jedynym ogólnikiem, który być może jest prawdziwy, i to na całym świecie, poza oczywistymi wyjątkami, które muszą być od każdej reguły, jest to, że

MĘŻCZYŹNI WOLĄ BLONDYNKI

I pod tym twierdzeniem podpisuję się z przekonaniem, gdyż po pierwsze sam tego doświadczyłem, a po drugie potwierdzają to badania naukowe...


Wasz Andrew
refleksja spowodowana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

Dobrani - idealny związek



Co sprawia, że dwoje ludzi idealnie do siebie pasuje? Czy dwie, dobrane do siebie osoby, muszą koniecznie być identyczne z charakteru? Czy wręcz przeciwnie - powinny się różnić? Co jest gwarantem udanego związku i dobrego rozumienia się pomiędzy dwojgiem bliskich sobie ludzi?

Te pytania nurtują ludzi chyba od zawsze. Niestety, w świadomości społecznej, zwłaszcza w krajach o takim poziomie uświadomienia seksualnego jak nasz, gdzie propaguje się kalendarzyk jako podstawową formę antykoncepcji, nie jest, bo i być nie może, zbyt dobrze ze świadomością i celnością dokonywania wyborów partnerów.

Większość społeczeństwa kieruje się „mądrościami ludowymi” takimi jak „pierwsza miłość jest...” i tu kilka różnych zakończeń, „przeciwieństwa się przyciągają”, „na każdego czeka druga połówka”, „faceci myślą tylko o jednym”, „miłość wszystko zwycięża”, et cetera. Równie wielką siłę podświadomego oddziaływania na oczekiwania w stosunku do przyszłego partnera, co przekłada się na dokonywane wybory, mają komedie romantyczne, urocze ale z reguły mocno infantylne, oraz inne rodzaje dzieł kinematografii i literatury. Wszystkie tworzą stereotypy, wiadomo zaś jak z nimi jest. Zwalniają od myślenia, podają gotowe prawdy i recepty, z reguły fałszywe i szkodliwe, choć zawsze można wyszukać jednostkowe przypadki, które je potwierdzają.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, iż o udanym związku decydują w równym stopniu fizyczność, czyli to, czym nie bardzo się różnimy od zwierząt, jak i cała ta, określania różnymi terminami, reszta, przy czym w konkretnych przypadkach proporcje między wagą seksualności i wszystkich pozostałych elementów mogą być krańcowo różne. Są związki, które na pierwszy rzut oka łączy tylko seks i takie, gdzie jedno jest mamuśką lub tatuśkiem, a drugie przerośniętym bachorkiem. I każdy z nich może być udany, lub nie. Od czego to zależy?

Historia pokazuje w żywotach sławnych ludzi, że może trwać w szczęśliwym związku geniusz z przeciętniakiem, jeśli nie wręcz z głupkiem, człowiek żądny władzy ze spokojnym domatorem, a mogą też łączyć się osoby o wspólnych pasjach, podobne do siebie na wielu płaszczyznach. Czym się kierować, by nie popełnić ewidentnego błędu, by odróżnić zgodność zainteresowań czy zafascynowanie seksem od tego, na czym można zbudować trwały i satysfakcjonujący związek? Co to jest ten charakter, o którym tyle się mówi i którego rolę się podkreśla, ale który prawie każdy rozumie nieco inaczej?

Nasz nieżyjący rodak, profesor Marian Mazur, którego dzieło Cybernetyka i charakter swobodnie można porównać ze znanym dziełem Kopernika, daje nam piękną, bo ścisłą, odpowiedź na wiele pytań o charakter człowieka i jego rolę w związku. Dzieło całkowicie teoretyczne i zachwycające elegancją rozumowania, będące świetną rozrywką dla umysłów ścisłych, przydatne jest jednak dla każdego, kto chce się zająć tematem charakteru. Pokazuje nam, iż nic nie jest takim, jakie się wydaje, a poza tym, wszystko się zmienia.

Zmienność człowieka w czasie jest jego podstawową cechą. Podkreśla to zarówno teoria, jak i badania empiryczne. Połączmy to z niesamowitą rozpiętością możliwości i oczekiwań, jaką możemy poznać choćby w głośnym filmie Kinsey pokazującym rewolucję seksualną w USA na przełomie lat 40-tych i 50-tych. Co otrzymamy? Jeszcze większą zmienność, która ośmiesza większość powszechnych sądów o miłości, seksie i związkach. Czym się tedy kierować?

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że ktoś, o kim myślimy, iż chcemy z nim być, będzie się zmieniał z upływem lat i biegiem zdarzeń. I my też będziemy się zmieniać. I nikt, ani nic, nam nie powie, w jakim dokładnie kierunku te zmiany pójdą. Pewne ogólne trendy zmian charakteru (teoria Mazura) możemy przewidzieć, ale szczegółów do końca nie poznamy nigdy, dopóki nie będzie za późno. Czy jest jakaś recepta, by wobec tej zmienności zachować udany związek?

To samo pytanie zadano kiedyś najstarszej wówczas parze w Polsce. Nawiasem rzecz biorąc, zobaczyli się oni po raz pierwszy praktycznie na własnym ślubie, bowiem starym zwyczajem zostali sobie przeznaczeni przez ojców i nikt nie pytał ich o zgodę ani ze sobą nie zapoznawał. Gorzej niż Kmicic z Oleńką w Potopie. Choć niewykształceni, choć nie przesadnie zamożni, przeżyli i wojny, i zmiany ustrojów. Razem. Niezależnie od siebie, i on, i ona, dali jedną odpowiedź na pytanie, co jest najważniejsze w tak długim związku:

SZACUNEK

I do tego nie potrafię nic więcej dodać.

Wasz Andrew

refleksja sprowokowana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

piątek, 11 marca 2011

Dyzma żyje!



Kiedy patrzę na naszą polską historię i rzeczywistość, nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż jest coraz gorzej. Któż z nas nie zna „Kariery Nikodema Dyzmy” Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, czy to w wersji powieściowej, czy też filmowej? Czy takie rzeczy naprawdę się zdarzały? Czy było w Polsce międzywojennej możliwe, by prostak bez żadnych kwalifikacji dostał się na szczyty piramidy społecznej dzięki drobnemu oszustwu na początku, własnemu sprytowi i uporowi? I tak, i nie. Z pewnością historia Nikodema, choć najprawdopodobniej całkowicie zmyślona, mogła się wydarzyć, lecz tylko w bardzo w ograniczonym zakresie. Nie było możliwe w ówczesnych realiach zajęcie przez człowieka znikąd tak wysokiej pozycji i utrzymanie się na niej. Zostałby zdemaskowany, raczej wcześniej, niż później. Być może udałoby się takie coś w skali powiatowej, na pewno nie w stolicy. Pomimo fikcyjności, Dyzma stał się symbolem i, co dziwniejsze, znalazły się w naszej historii epizody nie mniej malownicze, choć krótsze, niż jego kariera.

Niewiele mniej znanym od Dyzmy, sprytnym oszustem występującym w cudzej skórze, jest Pułkownik Kwiatkowski. Film pod tym tytułem najprawdopodobniej zawiera elementy prawdziwych wydarzeń. Jednak nie jest on tak obraźliwy dla władzy ludowej jak Dyzma dla sancji. Główny bohater filmu Kazimierza Kutza zachowuje się prawie jak szpieg: występuje w mundurze wroga (ideologicznego), ma pomocników i uwierzytelniające jego rolę gadżety; samochody i broń. Wodząc za nos czerwonych nie ośmiesza ich aż tak, jak występujący bez żadnego przygotowania Nikodem wchodzący przebojem w elity przedwojennej Warszawy i kompromitujący nie tylko środowisko i jego mechanizmy, a zwłaszcza piętnujący panującą w nim korupcję i układziki. Dlatego właśnie to Dyzma, a nie Kwiatkowski, jest symbolem spryciarza w cudze skórze.

Dyzma nie mógłby zaistnieć w praworządnym społeczeństwie, gdzie stanowiska obsadza się według kompetencji lub zasług. Warunkiem „wejścia a la Dyzma” jest korupcja i układ. Tutaj właśnie zastanawiające jest, iż zachowania podobne tym z Kariery nabierają mocy.

W moim odczuciu korupcja* w Polsce systematycznie narasta. PO do niedawna wypominała PiSowi wpadkę z 2006 roku, z czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego, który doszedł do władzy m.in. dzięki poparciu środowisk skupionych wokół Radia Maryja. Dziennikarz „Faktu”, podając się za asystenta Ojca Rydzyka, spod jednego z warszawskich banków zadzwonił do sekretariatu ministra rolnictwa Krzysztofa Jurgiela i poprosił o samochód dla swego pryncypała. Minister niezwłocznie, niczym radio taxi, wysłał na miejsce rządową limuzynę, tak jakby Ojca Rydzyka nie było stać na zapłacenie za taksówkę czy zamówienie limuzyny do wynajęcia.

Teraz oto dowiadujemy się rzeczy szokującej, która całkowicie przesłania wpadkę PiSowskiej ekipy. Jak podają media, 25-letni Paweł Miter, absolwent politologii z Wrocławia, mający być może w przeszłości kolizje z prawem, wykorzystując witrynę pozwalającą zmienić adres nadawcy wysyłanego e-maila, spreparował wiadomość pochodzącą jakoby z kancelarii prezydenta Bronisława Komorowskiego i skierowaną do ówczesnego prezesa telewizji Włodzimierza Ławniczaka. Od razu został zatrudniony w TVP z kontraktem na 39 tys. złotych za trzy miesiące. W jeden dzień uzyskał przepustki full opcja i kontrakt na program autorski. O jego tupecie może świadczyć fakt, iż podobno występował w trampkach i bluzie z kapturem, a z pierwszej rozmowy kazał się odwieźć służbową limuzyną. Ważniacy w gajerach pocili się ściskając jego rękę, wszak mieli go za przyjaciela prezydenta. W końcu oszustwo się wydało, ale gdyby nasz infiltrator choć troszkę lepiej się przygotował?

Przykład Mitery pokazuje, iż korupcja w strukturach państwa osiągnęła wymiary wręcz niespotykane. To już nie jest tradycyjna metoda oparta na wymianie przysług; coś za coś, ja ci coś załatwię i ty załatwisz coś dla mnie. To po prostu traktowanie wszystkiego, co państwowe i od państwa zależne, jako prywatny folwark. Nie tylko przez tych na górze, którzy wydają polecenie. Także przez tych na dole, którzy, niczym chłopi pańszczyźniani, bezmyślnie i mechanicznie wykonają każde polecenie, nie sprawdzając nawet od kogo tak naprawdę pochodzi i czy ma jakikolwiek sens. Nie znalazł się w TVP nikt, kto sprawdziłby autentyczność e-maila, że o kompetencjach kandydata nie wspomnę. Najbardziej symptomatyczne jest to, iż po fakcie, mówi się o tylko o ukaraniu oszusta, ale ani słowa o pociągnięciu do odpowiedzialności kogokolwiek innego. A przecież, gdyby nie przeżarta korupcją, niczym rakiem, mentalność pracowników TVP, oszustwo nie miałoby szans powodzenia.

Przy takim podejściu do praworządności i walki z korupcją nie może dziwić, że w czasie, gdy w USA czas gwarancji na nawierzchnię autostrady jest liczony w dziesiątkach lat, u nas nie można liczyć jej nawet do momentu uroczystego otwarcia. Nie mogą dziwić graniczące z paranoją działania NFZ, afery przy rozliczeniach państwa z Kościołem ani totalny rozkład wszelkich mechanizmów życia społecznego zależnych od państwa. Nie chcę być złym prorokiem, ale może być już chyba tylko gorzej. Żeby mieć nadzieję na poprawę, za dużo trzeba by zmienić, a chętnych na to nie widać.

„Korupcja to styl życia. Podobnie jak nędza.”** Ta złota myśl pięknie się rozwija w polskich, rządowych realiach. Albo się skorumpujesz i będzie cię stać nie tylko na życie, ale i na styl, albo czeka cię nędza. Wobec takiej alternatywy krótki, lecz błyskotliwy, sukces pana Mitery w TVP wcale nie dziwi. I wcale dobrze nie wróży.



* W tekście używam konsekwentnie słowa korupcja. Nepotyzm jest dla mnie jedną tylko z jej odmian, nie mogącą istnieć bez innych rodzajów tej korupcji, dlatego nie wyróżniam nepotyzmu jako samodzielnego zjawiska. Poziom nepotyzmu jest powiązany z innymi formami korupcji i tutaj nie było sensu ich rozróżniać.
**Robin Cook - Sfinks

czwartek, 10 lutego 2011

Na nieludzkiej ziemi



Podobno o książce Józefa Czapskiego „Na nieludzkiej ziemi” Czesław Miłosz powiedział: "Jakie trwałe owocowanie tego człowieka, jak wiele dokonał. I to jego świadectwo o zamordowanych i w imieniu zamordowanych zostaje na zawsze, nie tak jak dzieła sztuki, co do których nigdy nie jest to pewne, ale jako nieustraszony zapis okropnej prawdy".

Czy pisanie o obozach, zamordowanych i "dawanie świadectwa" jest czymś potrzebnym w obecnych czasach? Czy obecna młodzież potrzebuje takich "świadectw" i jest w stanie je zrozumieć? Czy rodzaju dzieła są szczególniejsze i ważniejsze dla historii niż "dzieła sztuki".

Mam wrażenie, iż przytoczona we wstępie wypowiedź Mistrza jest raczej z jego strony kurtuazyjnym wyrazem uznania pod adresem innego twórcy niż wyrazem głębokich przemyśleń. Być może jest też elementem swoistego PR-u; chwalmy kolegów z branży to i oni nas pochwalą. Jeśli byłoby inaczej, jeśli słowa Miłosza byłyby przemyślane i do końca wyważone, to ich autor straciłby w moich oczach wiele.

Teza o tym, jakby książki były trwalsze niż dzieła sztuki jest nie do obronienia. Sama teza zawiera w sobie błąd logiczny. Dobra książka, nawet dokumentalna, jest dziełem sztuki, więc to tak, jakby powiedzieć, iż samochód jest lepszy niż wehikuł. W poezji taka wypowiedź może uchodzi, zwłaszcza gdy nie do końca wiadomo, co artysta miał na myśli, ale w prozie obnaża pozorność przemyśleń, wręcz ich brak. Zakładając, że stwierdzenie zostałoby przeforumułowane i tak nie da się obronić jego założeń. Wśród najstarszych zabytków ludzkiej cywilizacji są zarówno dzieła sztuki, żeby wspomnieć choćby malowidła naskalne, jak i przedmioty typowo użytkowe, pozbawione z samej swej natury wszelkich do miana sztuki pretensji, jak choćby pierwsze sposoby zapisu liczb. Są również artefakty łączące w sobie cechy zarówno sztuki, jak i użyteczności. Teza, że przeznaczenie lub treść czegokolwiek gwarantuje, iż to coś zostanie na zawsze, jest wręcz kuriozalna. Tak naprawdę nie decyduje o tym nawet nośnik czy materiał, choć na pewno wpływa na prawdopodobieństwo przetrwania, tylko czysty przypadek.

Każde młode pokolenie jest inne niż pozostałe, a zarazem takie samo. Tak jak każdy człowiek jest różny od innego, nawet z pary bliźniaków, a jednocześnie taki sam – nikt nie będzie miał wątpliwości, czy to przypadkiem nie żyrafa lub kangur. Obecna młodzież jest inna niż wszystkie poprzednie pokolenia a zarazem tak samo schematyczna jak one. I podobnie jak ona uważa się za wyjątkową, której nowe problemy nie mają odpowiedzi w przeszłości, tak następne pokolenia zaliczą ją do starych i nieciekawych a egzaltować się będą swoją unikalnością i nowoczesnością. Zamiast pytać, czy młodzież czegoś potrzebuje, wystarczy zapytać, czy tego potrzebują ludzie. Gdyby zasłonić postacie i pozostawić opis życia, wielu staruszków uznano by za młodych a wielu młodych za starców. Wszelkie szufladkowanie i stosowanie schematów jest pójściem na umysłową łatwiznę. W każdym pokoleniu są ludzie, których historia interesuje i tacy, którzy czas jej poświęcony uważają za stratę. Jak więc można dyskutować o tym, czy młodzieży jest potrzebna jakaś szczególna wiedza historyczna? To, że naród o czymś pamięta, nie znaczy, że pamiętają wszyscy. A czy warto przypominać o czasach pogardy?

Warto. Jak mawiali wielcy propagandy spod znaku sierpa i młota, kłamstwo powtórzone milion razy staje się prawdą. Można dodać, iż prawda nigdy nie powtarzana staje się kłamstwem. Nie ma jednej historii ani jednej prawdy. Ile państw i narodów, ilu ludzi nawet, tyle wersji historii. Ważne, by pozostawiać ślad po naszej wersji historii. Inaczej nawet ci, którzy by chcieli poznać nasz punkt widzenia, nigdy do niego nie dotrą. Zwłaszcza czasy pogardy są tematem wielu wypaczeń i przemilczeń. Nie może dziwić, że Niemcy nie chwalą się Oświęcimiem, Watykan Jasenovacem, Polacy Berezą a Rosjanie Gułagiem. Nie może nawet dziwić, jeśli się pewne rzeczy wybiela. Francji udało się sprawić, że większość ludzi kojarzy mydło z ludzi i bębny z ludzkiej skóry nie z Rewolucją Francuską, a z III Rzeszą. Polsce udało się sprawić, że jej mieszkańcy nie pamiętają, iż lisowczykami w całej Europie bardziej straszono dzieci, niż nas za komuny faszyzmem. Przykłady można mnożyć. I tak większość ludzi ma to gdzieś. Woli stereotypy zwalniające od myślenia i podbudowujące ich ego. Równie duża grupa deklaruje zainteresowanie historią, ale na deklaracjach kończy. Niezbyt liczna, ale wcale nie mniej przez to ważna część społeczeństwa chce wiedzieć krytycznie i świadomie. I to wystarczy, by zapis okropnej prawdy przetrwał na zawsze. Dla nich warto pisać. I całe szczęście, że znajdują się tacy, którzy swoją wizję prawdy, jak choćby Suworow, są gotowi propagować nawet za cenę kary śmierci.

Niektórym faszyzm, stalinizm, czy wojna w ogóle, wydają się tak odległe, że aż nierealne. Są jak Żydzi w latach trzydziestych. Nie robią nic, nie tylko by przeciwdziałać, ale nawet by siebie ratować. Tymczasem w każdym społeczeństwie jest pewna ilość wściekłych bestii, które tylko czekają na nową ideologię, na jakiekolwiek zamieszanie. Wtedy właśnie, w czasie rewolucji lub wojny, mogą bezkarnie pokazać kim są naprawdę. Niedawno oglądałem reportaż o pewnym mieście w naszym kraju, miłosiernie powiem tylko, że to dawne miasto wojewódzkie, gdzie uchwalono prawo miejscowe zezwalające na eksterminację bezpańskich psów nawet bez dowożenia do schroniska. Po roku okazało się, że w tym mieście zlikwidowano schronisko i z prawie 400 złapanych psów tylko dziesięć nie zabito. Tylko dlatego, że trafiły do sąsiedniego miasta, gdzie schronisko było. Wiedziała o tym cała rada miasta, która prawo uchwaliła. Wszyscy urzędnicy. Nikomu to nie przeszkadzało. Nie zadziałał też aparat kontroli zgodności uchwalanego prawa miejscowego z ogólnie obowiązującym. Dopiero teraz, po nagłośnieniu sprawy w mediach, prokuratura wielce się sprawą zajęła. Co to ma wspólnego z ludobójstwem? Prawdziwych bestii nie jest wiele. Osoby bezpośrednio wykonujące czynności związane z mordowaniem psów w tej aferze można policzyć na palcach jednej dłoni. Jednak osób, które na to przyzwoliły swoim poparciem można już liczyć w dziesiątki, a te, które umożliwiły to swym rocznym milczeniem, w setki. I nie groziło im za okazanie litości, praworządności czy po prostu ludzkiego odruchu nic. Nie stał nad nimi SS-man mówiący, że albo z nami innych do gazu, albo na front wschodni. Nie spoglądał na nich czujnym okiem wszechwiedzący Stalin. To tacy właśnie ludzie w innych warunkach stanowią zaplecze werbunkowe hord ludobójców. Co prawda zbrodnia wówczas większa, ale i motywacja odpowiednio na wyższym poziomie. A wytłumaczenie zawsze takie samo: pies, Żyd, Polak, burżuj – to nie człowiek. Dlatego właśnie tak ważne jest, by przypominać na wszelkie sposoby, nie tylko młodemu pokoleniu, jak łatwo z ludzi zrobić bestie.


Wasz Andrew

refleksja wywołana konkursem w portalu LubimyCzytać.pl

piątek, 17 grudnia 2010

NAJGORSZA ZBRODNIA



„Jaka jest najbardziej zatrważająca, a zarazem niespotykana zbrodnia, o której słyszeliście? Taka, która szczególnie zapadła Wam w pamięci i przejmuje Was dreszczem.”

W moim odczuciu, jedna z najbardziej odrażających zbrodni w historii nie miała miejsca w zamierzchłej przeszłości lub odległych, barbarzyńskich krainach. Nie popełniono jej w faszystowskich obozach bezdusznej, przemysłowej śmierci ani w sowieckich gułagach. Nie zdarzyło się to też w czasie wojny czy rewolucji, gdy ogarnięte świętym gniewem masy mordują się w imię Boga, Honoru i Ojczyzny lub Równości, Wolności i Braterstwa. Nie dopuścili się też jej kryminaliści ani ludzie bez sumienia, dla których życie ludzkie warte jest mniej niż zeszłoroczny śnieg. Nie była też wynikiem wynaturzonego popędu seksualnego.

Była piękna, romantyczna noc grudniowa w naszej pięknej, kochanej Polsce. Pasterka w Połańcu Roku Pańskiego 1976. Jan Sojda nie miał jednak w sercu radości z rocznicy Bożego Narodzenia choć, podobnie jak cała jego rodzina z dziada pradziada, uważał się za gorliwego katolika. On modlił się pod figurą, a diabła miał nie za skórą, lecz w sercu. Gdy inni świętowali Narodziny Pana, on już miał gotowy plan.

Jakiś czas wcześniej Pan Jan, pierwszy gospodarz we wsi, został obrażony. W czasie przygotowań do wesela jego rodzinę oskarżono o kradzież zastawy stołowej i wędlin. W dodatku kto śmiał go posądzić! Żeby to zrobili chociaż jacyś poważni gospodarze, lecz odważyli się na to chudopachołki przeklęte! Tego im nie mógł darować. Na szczęście krewni tych chłystków też wybierali się na pasterkę.

Młode małżeństwo Krysta i Stanisław Łukaszkowie oraz dwunastoletni brat Krystyny Mieczysław Kalita niczego się nie spodziewali. Dali się wywabić z kościoła. Sojda do spółki ze szwagrem i dwoma zięciami rozpoczęli polowanie. Ofiary nie miały żadnych szans. Jedna młoda kobieta w zaawansowanej ciąży, jeden chłopaczek i jeden młody przestraszony mężczyzna. Sprawcy gonili ich samochodami, w tym autobusem pełnym pijanych, bo jakżeby inaczej po wiejskiej Pasterce, wiernych. Mietka rozjechali od razu. Próbujących uciekać młodych małżonków dopadli na piechotę i zatłukli jak wściekłe psy. Bili czym popadło, choć wiedzieli, że ona jest w ciąży. Potem ciała przewieźli w inne miejsce i przejechali po nich samochodami. Całej zabawie dzielnie sekundowała ekipa ze trzydziestu widzów świeżo posilonych Ciałem Pańskim i gorzałką. Nikt nie zaprotestował.

Śledztwo w sprawie tej makabry prowadzono długo. Po części ze względu na żenującą nieudolność organów ścigania (w tym temacie nic się nie zmienia), a po części na solidarność i zmowę milczenia niespotykaną nawet wśród kalabryjskiej mafii.

Cała prawda wyszła na jaw dopiero w czasie procesu. Wszyscy uczestnicy zbrodni, również liczni kibice z autobusu, zaraz po zakończeniu pasterkowej zabawy, jako prawdziwi katolicy, przysięgali na krucyfiks i świece, że będą milczeć. No, żeby było bardziej klimatycznie, to przysięgali też na własną krew z przekłutych paluchów. Dla lepszej pamięci dostali od rodziny sprawców konkretną kasiorę i, bo jakżeby inaczej, po medaliku. Sąd docenił zaangażowanie świadków i prawie dwie trzecie z nich wylądowało w więzieniu za zatajanie dowodów zbrodni i fałszywe zeznania. Jan Sojda został uhonorowany w stylu amerykańskim i powieszony w pięknym mieście Krakowie, choć nie na rynku niestety. No cóż, nie te czasy. Szwagier Pana Jan też zadyndał, a reszta czterech wspaniałych wykpiła się więzieniem, niezbyt długim zresztą. Ot i koniec historii, o której wiele pisano, a i nawet sztuka filmowa o niej nie zapomniała.

Jak już wspomniałem na początku, zbrodnia jest wynalazkiem równie starym jak człowiek. Wszyscy pamiętamy casus Kaina i Abla. Jedne zbrodnie są bardziej okrutne, inne mniej. Trudno wybrać najstraszniejszą. To kwestia subiektywnych kryteriów lub jak kto woli upodobań (ukłon w stronę miłośników kryminałów i thrillerów). Każde zabójstwo jest godne potępienia, lecz ja właśnie Sprawę z Połańca uważam za najbardziej ohydną i odrażającą ze wszystkich, o jakich słyszałem. Nie dlatego, że powód był błahy. Zabić można i bez powodu. I nie dlatego, że wśród ofiar było dziecko i kobieta w ciąży. Takie rzeczy zdarzają się od zawsze. Mnie mierzi aż do szpiku kości dwulicowość sprawców i tej całej bandy świętoszkowatych świadków, którzy o sobie mówili, iż są solą tej ziemi i ostoją wiary.

Choć potępiam absolutnie, rozumiem kogoś, kto zabija w imię wiary, dla pieniędzy, dla przyjemności, bez powodu nawet. Rozumiem nawet tych czterech sprawców. Ale tych trzydziestu katolików, którzy przypadkiem znaleźli się w przeklętym autobusie... Oni nie tylko wyparli się swojej wiary. Nie tylko się zezwierzęcili i zeszmacili. Składając przysięgi rodem z kiepskiego horroru pluli na swego Boga i na wszystko, w co podobno wierzyli. Oni po prostu wywrócili swą wiarę na lewą stronę. Swą wiarę i swą moralność. I nie znalazł się ani jeden sprawiedliwy.

By okazać się człowiekiem nie trzeba było być bohaterem. Tak naprawdę nie byli nawet zagrożeni ani bezpośrednio straszeni. Wystarczył jeden anonimowy list do prokuratury, by sprawa ruszyła z miejsca. Nie było nawet tego. Dopiero w sądzie, gdy mądrzy ludzie wzięli w obroty ciemnych kmiotów, udało się sprawę wyjaśnić. Ale to już niczego nie zmieniło. Sprawa z Połańca, systematycznie relacjonowana w prasie, stała się symbolem ciemnej, katolickiej wsi, która za kilka gorszy i w imię zabobonu, nawet sprzecznego z głośno wyznawaną wiarą, jest gotowa na wszystko. Nawet na ukrywanie zbrodniarzy.

Dla mnie ta zbrodnia jest najstraszniejsza, gdyż pokazuje, jak wiara może służyć dwulicowym kanaliom. Jak pod jej płaszczykiem można robić wszystko, czego tylko dusza zapragnie, jak można zniewalać ludzi i kierować nimi niczym bezwolnymi zwierzakami. A kierowanym pozwala rozgrzeszyć się i spać dalej w spokoju. I żeby nie cieszyli się ateiści – nie mam na myśli wiary w Jezusa. Mam wrażenie, że to przypadek, iż stało się wszystko w Polsce, w katolickiej wsi. Tak samo wyglądałoby to we wsi islamskiej albo komunistycznej. Wszędzie, gdzie sprawcy znaleźliby ciemnotę i wiarę wystarczająco silną, by odzwyczaić ludzi od myślenia, od krytycznego podejścia do innych i do samego siebie, od polegania na własnym sumieniu. Każda wiara mówiąca jak żyć zwalnia od myślenia o tym i brania za to odpowiedzialności. Każda taka wiara może służyć za wyłącznik sumienia i rozumu, za społeczną czapkę niewidkę albo za tarczę. Jeśli korzysta z niej człowiek prawy, dla dobra bliźniego swego, nie ma problemu. Wtedy nawet pomaga, gdyż słabych uwalnia od strachu. Strachu przed śmiercią, strachu przed myśleniem i braniem odpowiedzialności. Ale jeśli skorzysta z niej potwór...


Wasz Andrew

tekst zainspirowany konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

czwartek, 25 listopada 2010

POCHÓD BYLEJAKOŚCI


Pijany kierowca zabił 24-letniego policjanta

Prosto z Polski TVN24
Komenda policji w Kozienicach pogrążona jest w żałobie. Kilka dni temu pijany kierowca potrącił funkcjonariusza, który pomagał wyciągnąć samochód z rowu innemu pijanemu kierowcy. Policjant zginął na miejscu. Nietrzeźwemu kierowcy nic się nie stało. Całość tragedii pod Kozienicami w programie "Prosto z Polski".
24-letni sierżant, Maciej Walaszczyk o godzinie czwartej nad ranem pomagał wyciągnąć pojazd z rowu nietrzeźwemu kierowcy, gdy nagle zza zakrętu wyjechał rozpędzony samochód. Młody funkcjonariusz poniósł śmierć na miejscu.
Pijany 19-latek wracał z dyskoteki z czterema kolegami. Wszyscy byli pijani i nikomu się nic nie stało, mimo iż samochód dachował.
J.S.
WIADOMOŚCI.ONET.PL 25.11.2010 GŁÓWNA STRONA

Już jakiś czas temu napisałem post o cywilizacji badziewia, jak prawdopodobnie zostanie w przyszłości ochrzczona nasza epoka. Powyższy tekst jest tego najlepszym przykładem. Przyjrzyjmy mu się.

Kilka dni po wydarzeniu, nagle, przytoczona notka trafia na główną stronę największego polskiego serwisu internetowego jako news. W epoce internetu, telefonów komórkowych i komputerów informacja potrzebuje kilku dni, by trafić do gazety. Kiedyś, w epoce telegrafu bez drutu, parowców i pierwszych automobili, za news nie było uznawane nic, co nie pochodziło z ostatniej chwili. Nawet jeśli zdarzyło się to w Afryce. Dlaczego u nas dzieją się takie cuda?

Spójrzmy teraz na treść artykułu. Nie dziwi, iż jest podpisany tylko inicjałami. Też bym czegoś takiego swoim nazwiskiem nie podpisał. To nie jest post na amatorskim blogu, a popatrzmy jakiej jest jakości jako źródło informacji.

Czy dowiemy się z niego, na czym polegała „pomoc” policjanta przy wyciąganiu samochodu z rowu? Czy siedział w unieruchomionym samochodzie i chciał nim z rowu wyjechać? A może go popychał, a kierował pijak? To kluczowa rzecz dla oceny wydźwięku tej sytuacji, a nie ma o tym żadnej wzmianki. Dlaczego samochód z pijanymi młodzieńcami miał wypadek i dachował? Czy od uderzenia w policjanta? A może od zderzenia z unieruchomionym na poboczu samochodem? Znów wraca pierwsze pytanie: co konkretnie robił policjant. I dlaczego pijanemu kierowcy unieruchomionego samochodu nic się nie stało. Jeszcze kilka lat temu taka przeterminowana „wiadomość z ostatniej chwili” nie ujrzałaby światła dziennego nawet w podrzędnej lokalnej gazecie, przynajmniej jako news. A już na pewno nie z taką zdekompletowaną treścią.

Od razu po tej lekturze nasunęło mi się zagadkowe pytanie: Dlaczego nagle się ten tekst pojawił? Po kilku dniach? Czy policja nalegała na wyciszenie sprawy, ale się nie udało i koniec końców jednak rzecz opublikowano? A może było odwrotnie; policja zabiegała o naświetlenie historii policjanta poległego na posterunku? A może było jeszcze inaczej?

No i pytanie o głębszą treść. Pomijając podział ról; po co policjant wypychał samochód pijaka z rowu na jezdnię? Czy chciał go puścić w dalszą drogę? Jeśli tak, to dziwna jakość pracy tej naszej policji. Może hasło przyjazna policja ważniejsze już niż prawo. No bo jeśli miał zamiar go zatrzymać i przekazać kolegom w celu wytargania za uszy, to po co wypychać auto z rowu. I tak musi po nie ktoś przyjechać, więc pewnie nie rowerem, tylko samochodem. I nie będzie problemu z wyciągnięciem z rowu.

Nadmiar informacji też rodzi pytania. Wiemy, że wszyscy poza policjantem byli pijani. Ale jakoś brak informacji, że policjant był trzeźwy. To aż kole w oczy.

Nie wiem jak było naprawdę; co się tam stało na drodze. Wiem jednak, iż taka informacja to dezinformacja. Hańba zawodu dziennikarza. I jest z każdym rokiem coraz gorzej. Nie tylko w dziennikarstwie. Pomimo komputerów, internetu, satelitów i GPS-ów. A może właśnie przez to. Przez to, iż ludzie mają nadzieję, że maszyny i technologie zwolnią ich z myślenia...

niedziela, 14 listopada 2010

Joanna



... właśnie delektował się pierwszym łykiem ristretto. Miałjeszcze kilka minut do ósmej. Uwielbiał wpadać do Manufaktury od czasu, gdyotworzyła się ta malutka, ekskluzywna kawiarnia. Supermarkety wyniosły się stądjuż dawno, dawno temu i od lat trwał proces wypierania coraz droższych sklepówi sklepików przez coraz bardziej ekskluzywne i jeszcze bardziej kosztownebutiki, salony i restauracje. To było do przewidzenia, gdy tylko miasto zaczęłoprzeżywać boom. Manufaktura, położona w samym centrum, z bezpośrednimpołączeniem z nowym, ogromnym parkingiem podziemnym i tymi wszystkimi krytymialejkami, wysadzanymi egzotycznymi gatunkami drzew, łączącymi ją z przyległymimekkami yuppies, cyganerii i nowobogackich, stała w środku miasta niczymsłońce. Od niej rozchodziły się drogi do miejsc, gdzie się bywa i do niej się znich wracało. Manufaktura nigdy nie spała.

Jeszcze raz przepłukał kubki smakowe kryształowo zimnąHawaiian Springs i spróbował kolejny łyk Antica Bottega. Tym razem niepotrzebował kopa. Był dość spięty przed tym spotkaniem i dlatego zrezygnował zeswej ulubionej Cristal 1882. Ze swego miejsca doskonale widział wejście iprawie wszystkie miejsca. Nie sądził by Ona była wśród tych kilku kobietbędących w lokalu. Każda była co najmniej z jednym facetem i nie było widać, byinteresowały się czymkolwiek poza swoimi znajomymi. Miał taką nadzieję, bo niewyglądały zbyt interesująco.

Zerknął na swojego nowego ulubieńca; The Lange 1815 Up andDown: The Caliber L942.1 w platynowej kopercie. Wciąż jeszcze miał czteryminuty. Jeśli była punktualna. Umówiony znak, Makbet w skórzanej oprawie zlimitowanej edycji, wciąż jeszcze leżał ukryty pod stołem, na jego kolanach.Miał nadzieję, że nie pogniecie jego perfekcyjnych spodni Canali Milano alemiał zamiar położyć go na stole dopiero w momencie, gdy Ją zobaczy i upewnisię, iż jest tego warta.

Niby znali się już dość dobrze. Był w niej zakochany doszaleństwa. Od pół roku pisali do siebie w necie i sms-ami. Ale nie wymienilizdjęć ani żadnych informacji o swej fizyczności. Od początku taka była umowa.Wiedział tylko, że w przybliżeniu są rówieśnikami. O ile mówiła prawdęoczywiście...

Widząc uchylające się drzwi wejściowe odruchowo zerknął nacyferblat. Dwie wskazówki pionowo!

Gdy weszła do lokalu głowy wszystkich facetów, nibyprzyciągane gigantycznym magnesem, na chwilę skierowały się w jej stronę. Onatylko rzuciła w jego stronę gestaltyczne spojrzenie a potem odwróciła się iruszyła środkiem sali lustrując stoliki i ludzi; szybko i metodycznie.

Miała na sobie białą, chyba szytą na miarę garsonkę. Rodzajugładkiej, miękkiej tkaniny z tej odległości i w tym oświetleniu nie zdążyłzauważyć. Dokładnie natomiast zobaczył, iż żakiet był ściśle dopasowany,podkreślając klasyczną talię i biodra. Głęboko wycięty, wąski dekolt pomiędzywyłożonymi klapami ukazywał całkiem spore fragmenty obiecujących półkuldojrzałego i zarazem jędrnego, wyjątkowo kształtnego biustu.

Wystarczył moment, gdy przemierzała niewielką salę oddalającsię od niego, by stwierdził, że lepszego zadka w życiu nie widział. Nie był tochłopięcy tyłeczek modelki, jak u wszystkich tych znajomych lasek, ani wielkiedupsko jak u większości pozostałych. Nie kłamała, miała trochę powyżejczterdziestki, ale na pewno zawsze i wszędzie przyciągała spojrzenia samców wkażdym wieku. Obcisła spódniczka od kompletu sięgająca prawie do kolan, mimoswej długości nie pozostawiała zbyt wielkiego pola dla domysłów. Wyraźnieodznaczały się pod nią paski od pończoch i gotów był się założyć, że innejbielizny nie skrywała. Gdy szła, wystukując podniecające staccato wysmukłymi,niesamowicie wysokimi obcasami swych lakierowanych, białych pantofli, chybaPleaser albo coś podobnego z masowej produkcji, jej lekko naprężone łydki ipośladki grały niczym u narowistej, ognistej klaczy. Miała boskie nogi okształtach podkreślonych z tyłu idealnie równymi szwami pończoch. Nieprzesadnie długie ani chude, tylko takie jakie lubił. Prawdziwie kobiece.

Chyba już obejrzała wszystkich, gdyż nagle zawróciła. Zdążyłtylko zobaczyć uwodzicielskie falowanie blond włosów, gdy odrzuciła do tyługłowę, jakby coś odkryła. W bezwstydnej długości rozcięciu na boku spódnicymignął mu kuszący fragment białego uda, ponad szykownym wykończeniem lekkopołyskującej pończochy opinającej jej nogę. Potem jednak podniósł wzrok i ichoczy się spotkały. Jak zaklęty wydobył spod stołu odziane w skórę tomisko ipołożył obok filiżanki.

Stanęła przed nim jakby coś mu chciała powiedzieć. Oparładłoń na biodrze. Nie odezwała się jednak tylko usiadła naprzeciwko, po drugiejstronie loży.

Całkiem go zamurowało. Miała niesamowitą twarz. Nie piękną,tylko niesamowitą. Wielkie niebieskie oczy, ale błękit jakby ze stalą na dnie.Klasyczne rysy, zadbana, ale jakby pod skórą znajdowała się stal zamiast kości.Usta zmysłowe, stworzone do kochania, ale od razu było widać, że potrafią sięzacisnąć w gniewie lub bezlitosnej nienawiści. No i ta blizna na policzku.Zaczynająca się centymetr pod okiem i biegnąca pionowo prawie do samego dołupoliczka. Zaleczona, zakamuflowana kosmetykami, ale wyraźnie widoczna. Twarzlwicy.

O cholera! - Pomyślał i spuścił wzrok na jej dłonie, którenie wiedząc kiedy znalazły się na stole, całkiem swobodne i naturalne. Niezbytsmukłe ale kształtne i po prostu ładne. Zadbane, choć widać, iż różne rzeczyrobiły w przeszłości. Czerwone, ciemne jak krew, długie paznokcie zamiastpopularnych tipsów. Na nadgarstku dyskretny zegarek w starym złocie. Takim jakłańcuszek na szyi. Wyglądał jak jakiś stary Cartier, Ultima albo coś innegorównie egzotycznego. Wszystko najwyższej klasy ale nie dające szans by określićgdzie mieszka, u kogo się ubiera, w jakim środowisku się obraca. Wszystkoidealne ale jakby z przeszłością...

To nie była kobieta, która idzie za modą albo z jakimkolwiekinnym prądem...

Andrew Vysotsky

tekst napisany na konkurs Selkara