Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 10 lutego 2011

Na nieludzkiej ziemi



Podobno o książce Józefa Czapskiego „Na nieludzkiej ziemi” Czesław Miłosz powiedział: "Jakie trwałe owocowanie tego człowieka, jak wiele dokonał. I to jego świadectwo o zamordowanych i w imieniu zamordowanych zostaje na zawsze, nie tak jak dzieła sztuki, co do których nigdy nie jest to pewne, ale jako nieustraszony zapis okropnej prawdy".

Czy pisanie o obozach, zamordowanych i "dawanie świadectwa" jest czymś potrzebnym w obecnych czasach? Czy obecna młodzież potrzebuje takich "świadectw" i jest w stanie je zrozumieć? Czy rodzaju dzieła są szczególniejsze i ważniejsze dla historii niż "dzieła sztuki".

Mam wrażenie, iż przytoczona we wstępie wypowiedź Mistrza jest raczej z jego strony kurtuazyjnym wyrazem uznania pod adresem innego twórcy niż wyrazem głębokich przemyśleń. Być może jest też elementem swoistego PR-u; chwalmy kolegów z branży to i oni nas pochwalą. Jeśli byłoby inaczej, jeśli słowa Miłosza byłyby przemyślane i do końca wyważone, to ich autor straciłby w moich oczach wiele.

Teza o tym, jakby książki były trwalsze niż dzieła sztuki jest nie do obronienia. Sama teza zawiera w sobie błąd logiczny. Dobra książka, nawet dokumentalna, jest dziełem sztuki, więc to tak, jakby powiedzieć, iż samochód jest lepszy niż wehikuł. W poezji taka wypowiedź może uchodzi, zwłaszcza gdy nie do końca wiadomo, co artysta miał na myśli, ale w prozie obnaża pozorność przemyśleń, wręcz ich brak. Zakładając, że stwierdzenie zostałoby przeforumułowane i tak nie da się obronić jego założeń. Wśród najstarszych zabytków ludzkiej cywilizacji są zarówno dzieła sztuki, żeby wspomnieć choćby malowidła naskalne, jak i przedmioty typowo użytkowe, pozbawione z samej swej natury wszelkich do miana sztuki pretensji, jak choćby pierwsze sposoby zapisu liczb. Są również artefakty łączące w sobie cechy zarówno sztuki, jak i użyteczności. Teza, że przeznaczenie lub treść czegokolwiek gwarantuje, iż to coś zostanie na zawsze, jest wręcz kuriozalna. Tak naprawdę nie decyduje o tym nawet nośnik czy materiał, choć na pewno wpływa na prawdopodobieństwo przetrwania, tylko czysty przypadek.

Każde młode pokolenie jest inne niż pozostałe, a zarazem takie samo. Tak jak każdy człowiek jest różny od innego, nawet z pary bliźniaków, a jednocześnie taki sam – nikt nie będzie miał wątpliwości, czy to przypadkiem nie żyrafa lub kangur. Obecna młodzież jest inna niż wszystkie poprzednie pokolenia a zarazem tak samo schematyczna jak one. I podobnie jak ona uważa się za wyjątkową, której nowe problemy nie mają odpowiedzi w przeszłości, tak następne pokolenia zaliczą ją do starych i nieciekawych a egzaltować się będą swoją unikalnością i nowoczesnością. Zamiast pytać, czy młodzież czegoś potrzebuje, wystarczy zapytać, czy tego potrzebują ludzie. Gdyby zasłonić postacie i pozostawić opis życia, wielu staruszków uznano by za młodych a wielu młodych za starców. Wszelkie szufladkowanie i stosowanie schematów jest pójściem na umysłową łatwiznę. W każdym pokoleniu są ludzie, których historia interesuje i tacy, którzy czas jej poświęcony uważają za stratę. Jak więc można dyskutować o tym, czy młodzieży jest potrzebna jakaś szczególna wiedza historyczna? To, że naród o czymś pamięta, nie znaczy, że pamiętają wszyscy. A czy warto przypominać o czasach pogardy?

Warto. Jak mawiali wielcy propagandy spod znaku sierpa i młota, kłamstwo powtórzone milion razy staje się prawdą. Można dodać, iż prawda nigdy nie powtarzana staje się kłamstwem. Nie ma jednej historii ani jednej prawdy. Ile państw i narodów, ilu ludzi nawet, tyle wersji historii. Ważne, by pozostawiać ślad po naszej wersji historii. Inaczej nawet ci, którzy by chcieli poznać nasz punkt widzenia, nigdy do niego nie dotrą. Zwłaszcza czasy pogardy są tematem wielu wypaczeń i przemilczeń. Nie może dziwić, że Niemcy nie chwalą się Oświęcimiem, Watykan Jasenovacem, Polacy Berezą a Rosjanie Gułagiem. Nie może nawet dziwić, jeśli się pewne rzeczy wybiela. Francji udało się sprawić, że większość ludzi kojarzy mydło z ludzi i bębny z ludzkiej skóry nie z Rewolucją Francuską, a z III Rzeszą. Polsce udało się sprawić, że jej mieszkańcy nie pamiętają, iż lisowczykami w całej Europie bardziej straszono dzieci, niż nas za komuny faszyzmem. Przykłady można mnożyć. I tak większość ludzi ma to gdzieś. Woli stereotypy zwalniające od myślenia i podbudowujące ich ego. Równie duża grupa deklaruje zainteresowanie historią, ale na deklaracjach kończy. Niezbyt liczna, ale wcale nie mniej przez to ważna część społeczeństwa chce wiedzieć krytycznie i świadomie. I to wystarczy, by zapis okropnej prawdy przetrwał na zawsze. Dla nich warto pisać. I całe szczęście, że znajdują się tacy, którzy swoją wizję prawdy, jak choćby Suworow, są gotowi propagować nawet za cenę kary śmierci.

Niektórym faszyzm, stalinizm, czy wojna w ogóle, wydają się tak odległe, że aż nierealne. Są jak Żydzi w latach trzydziestych. Nie robią nic, nie tylko by przeciwdziałać, ale nawet by siebie ratować. Tymczasem w każdym społeczeństwie jest pewna ilość wściekłych bestii, które tylko czekają na nową ideologię, na jakiekolwiek zamieszanie. Wtedy właśnie, w czasie rewolucji lub wojny, mogą bezkarnie pokazać kim są naprawdę. Niedawno oglądałem reportaż o pewnym mieście w naszym kraju, miłosiernie powiem tylko, że to dawne miasto wojewódzkie, gdzie uchwalono prawo miejscowe zezwalające na eksterminację bezpańskich psów nawet bez dowożenia do schroniska. Po roku okazało się, że w tym mieście zlikwidowano schronisko i z prawie 400 złapanych psów tylko dziesięć nie zabito. Tylko dlatego, że trafiły do sąsiedniego miasta, gdzie schronisko było. Wiedziała o tym cała rada miasta, która prawo uchwaliła. Wszyscy urzędnicy. Nikomu to nie przeszkadzało. Nie zadziałał też aparat kontroli zgodności uchwalanego prawa miejscowego z ogólnie obowiązującym. Dopiero teraz, po nagłośnieniu sprawy w mediach, prokuratura wielce się sprawą zajęła. Co to ma wspólnego z ludobójstwem? Prawdziwych bestii nie jest wiele. Osoby bezpośrednio wykonujące czynności związane z mordowaniem psów w tej aferze można policzyć na palcach jednej dłoni. Jednak osób, które na to przyzwoliły swoim poparciem można już liczyć w dziesiątki, a te, które umożliwiły to swym rocznym milczeniem, w setki. I nie groziło im za okazanie litości, praworządności czy po prostu ludzkiego odruchu nic. Nie stał nad nimi SS-man mówiący, że albo z nami innych do gazu, albo na front wschodni. Nie spoglądał na nich czujnym okiem wszechwiedzący Stalin. To tacy właśnie ludzie w innych warunkach stanowią zaplecze werbunkowe hord ludobójców. Co prawda zbrodnia wówczas większa, ale i motywacja odpowiednio na wyższym poziomie. A wytłumaczenie zawsze takie samo: pies, Żyd, Polak, burżuj – to nie człowiek. Dlatego właśnie tak ważne jest, by przypominać na wszelkie sposoby, nie tylko młodemu pokoleniu, jak łatwo z ludzi zrobić bestie.


Wasz Andrew

refleksja wywołana konkursem w portalu LubimyCzytać.pl

piątek, 17 grudnia 2010

NAJGORSZA ZBRODNIA



„Jaka jest najbardziej zatrważająca, a zarazem niespotykana zbrodnia, o której słyszeliście? Taka, która szczególnie zapadła Wam w pamięci i przejmuje Was dreszczem.”

W moim odczuciu, jedna z najbardziej odrażających zbrodni w historii nie miała miejsca w zamierzchłej przeszłości lub odległych, barbarzyńskich krainach. Nie popełniono jej w faszystowskich obozach bezdusznej, przemysłowej śmierci ani w sowieckich gułagach. Nie zdarzyło się to też w czasie wojny czy rewolucji, gdy ogarnięte świętym gniewem masy mordują się w imię Boga, Honoru i Ojczyzny lub Równości, Wolności i Braterstwa. Nie dopuścili się też jej kryminaliści ani ludzie bez sumienia, dla których życie ludzkie warte jest mniej niż zeszłoroczny śnieg. Nie była też wynikiem wynaturzonego popędu seksualnego.

Była piękna, romantyczna noc grudniowa w naszej pięknej, kochanej Polsce. Pasterka w Połańcu Roku Pańskiego 1976. Jan Sojda nie miał jednak w sercu radości z rocznicy Bożego Narodzenia choć, podobnie jak cała jego rodzina z dziada pradziada, uważał się za gorliwego katolika. On modlił się pod figurą, a diabła miał nie za skórą, lecz w sercu. Gdy inni świętowali Narodziny Pana, on już miał gotowy plan.

Jakiś czas wcześniej Pan Jan, pierwszy gospodarz we wsi, został obrażony. W czasie przygotowań do wesela jego rodzinę oskarżono o kradzież zastawy stołowej i wędlin. W dodatku kto śmiał go posądzić! Żeby to zrobili chociaż jacyś poważni gospodarze, lecz odważyli się na to chudopachołki przeklęte! Tego im nie mógł darować. Na szczęście krewni tych chłystków też wybierali się na pasterkę.

Młode małżeństwo Krysta i Stanisław Łukaszkowie oraz dwunastoletni brat Krystyny Mieczysław Kalita niczego się nie spodziewali. Dali się wywabić z kościoła. Sojda do spółki ze szwagrem i dwoma zięciami rozpoczęli polowanie. Ofiary nie miały żadnych szans. Jedna młoda kobieta w zaawansowanej ciąży, jeden chłopaczek i jeden młody przestraszony mężczyzna. Sprawcy gonili ich samochodami, w tym autobusem pełnym pijanych, bo jakżeby inaczej po wiejskiej Pasterce, wiernych. Mietka rozjechali od razu. Próbujących uciekać młodych małżonków dopadli na piechotę i zatłukli jak wściekłe psy. Bili czym popadło, choć wiedzieli, że ona jest w ciąży. Potem ciała przewieźli w inne miejsce i przejechali po nich samochodami. Całej zabawie dzielnie sekundowała ekipa ze trzydziestu widzów świeżo posilonych Ciałem Pańskim i gorzałką. Nikt nie zaprotestował.

Śledztwo w sprawie tej makabry prowadzono długo. Po części ze względu na żenującą nieudolność organów ścigania (w tym temacie nic się nie zmienia), a po części na solidarność i zmowę milczenia niespotykaną nawet wśród kalabryjskiej mafii.

Cała prawda wyszła na jaw dopiero w czasie procesu. Wszyscy uczestnicy zbrodni, również liczni kibice z autobusu, zaraz po zakończeniu pasterkowej zabawy, jako prawdziwi katolicy, przysięgali na krucyfiks i świece, że będą milczeć. No, żeby było bardziej klimatycznie, to przysięgali też na własną krew z przekłutych paluchów. Dla lepszej pamięci dostali od rodziny sprawców konkretną kasiorę i, bo jakżeby inaczej, po medaliku. Sąd docenił zaangażowanie świadków i prawie dwie trzecie z nich wylądowało w więzieniu za zatajanie dowodów zbrodni i fałszywe zeznania. Jan Sojda został uhonorowany w stylu amerykańskim i powieszony w pięknym mieście Krakowie, choć nie na rynku niestety. No cóż, nie te czasy. Szwagier Pana Jan też zadyndał, a reszta czterech wspaniałych wykpiła się więzieniem, niezbyt długim zresztą. Ot i koniec historii, o której wiele pisano, a i nawet sztuka filmowa o niej nie zapomniała.

Jak już wspomniałem na początku, zbrodnia jest wynalazkiem równie starym jak człowiek. Wszyscy pamiętamy casus Kaina i Abla. Jedne zbrodnie są bardziej okrutne, inne mniej. Trudno wybrać najstraszniejszą. To kwestia subiektywnych kryteriów lub jak kto woli upodobań (ukłon w stronę miłośników kryminałów i thrillerów). Każde zabójstwo jest godne potępienia, lecz ja właśnie Sprawę z Połańca uważam za najbardziej ohydną i odrażającą ze wszystkich, o jakich słyszałem. Nie dlatego, że powód był błahy. Zabić można i bez powodu. I nie dlatego, że wśród ofiar było dziecko i kobieta w ciąży. Takie rzeczy zdarzają się od zawsze. Mnie mierzi aż do szpiku kości dwulicowość sprawców i tej całej bandy świętoszkowatych świadków, którzy o sobie mówili, iż są solą tej ziemi i ostoją wiary.

Choć potępiam absolutnie, rozumiem kogoś, kto zabija w imię wiary, dla pieniędzy, dla przyjemności, bez powodu nawet. Rozumiem nawet tych czterech sprawców. Ale tych trzydziestu katolików, którzy przypadkiem znaleźli się w przeklętym autobusie... Oni nie tylko wyparli się swojej wiary. Nie tylko się zezwierzęcili i zeszmacili. Składając przysięgi rodem z kiepskiego horroru pluli na swego Boga i na wszystko, w co podobno wierzyli. Oni po prostu wywrócili swą wiarę na lewą stronę. Swą wiarę i swą moralność. I nie znalazł się ani jeden sprawiedliwy.

By okazać się człowiekiem nie trzeba było być bohaterem. Tak naprawdę nie byli nawet zagrożeni ani bezpośrednio straszeni. Wystarczył jeden anonimowy list do prokuratury, by sprawa ruszyła z miejsca. Nie było nawet tego. Dopiero w sądzie, gdy mądrzy ludzie wzięli w obroty ciemnych kmiotów, udało się sprawę wyjaśnić. Ale to już niczego nie zmieniło. Sprawa z Połańca, systematycznie relacjonowana w prasie, stała się symbolem ciemnej, katolickiej wsi, która za kilka gorszy i w imię zabobonu, nawet sprzecznego z głośno wyznawaną wiarą, jest gotowa na wszystko. Nawet na ukrywanie zbrodniarzy.

Dla mnie ta zbrodnia jest najstraszniejsza, gdyż pokazuje, jak wiara może służyć dwulicowym kanaliom. Jak pod jej płaszczykiem można robić wszystko, czego tylko dusza zapragnie, jak można zniewalać ludzi i kierować nimi niczym bezwolnymi zwierzakami. A kierowanym pozwala rozgrzeszyć się i spać dalej w spokoju. I żeby nie cieszyli się ateiści – nie mam na myśli wiary w Jezusa. Mam wrażenie, że to przypadek, iż stało się wszystko w Polsce, w katolickiej wsi. Tak samo wyglądałoby to we wsi islamskiej albo komunistycznej. Wszędzie, gdzie sprawcy znaleźliby ciemnotę i wiarę wystarczająco silną, by odzwyczaić ludzi od myślenia, od krytycznego podejścia do innych i do samego siebie, od polegania na własnym sumieniu. Każda wiara mówiąca jak żyć zwalnia od myślenia o tym i brania za to odpowiedzialności. Każda taka wiara może służyć za wyłącznik sumienia i rozumu, za społeczną czapkę niewidkę albo za tarczę. Jeśli korzysta z niej człowiek prawy, dla dobra bliźniego swego, nie ma problemu. Wtedy nawet pomaga, gdyż słabych uwalnia od strachu. Strachu przed śmiercią, strachu przed myśleniem i braniem odpowiedzialności. Ale jeśli skorzysta z niej potwór...


Wasz Andrew

tekst zainspirowany konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

czwartek, 25 listopada 2010

POCHÓD BYLEJAKOŚCI


Pijany kierowca zabił 24-letniego policjanta

Prosto z Polski TVN24
Komenda policji w Kozienicach pogrążona jest w żałobie. Kilka dni temu pijany kierowca potrącił funkcjonariusza, który pomagał wyciągnąć samochód z rowu innemu pijanemu kierowcy. Policjant zginął na miejscu. Nietrzeźwemu kierowcy nic się nie stało. Całość tragedii pod Kozienicami w programie "Prosto z Polski".
24-letni sierżant, Maciej Walaszczyk o godzinie czwartej nad ranem pomagał wyciągnąć pojazd z rowu nietrzeźwemu kierowcy, gdy nagle zza zakrętu wyjechał rozpędzony samochód. Młody funkcjonariusz poniósł śmierć na miejscu.
Pijany 19-latek wracał z dyskoteki z czterema kolegami. Wszyscy byli pijani i nikomu się nic nie stało, mimo iż samochód dachował.
J.S.
WIADOMOŚCI.ONET.PL 25.11.2010 GŁÓWNA STRONA

Już jakiś czas temu napisałem post o cywilizacji badziewia, jak prawdopodobnie zostanie w przyszłości ochrzczona nasza epoka. Powyższy tekst jest tego najlepszym przykładem. Przyjrzyjmy mu się.

Kilka dni po wydarzeniu, nagle, przytoczona notka trafia na główną stronę największego polskiego serwisu internetowego jako news. W epoce internetu, telefonów komórkowych i komputerów informacja potrzebuje kilku dni, by trafić do gazety. Kiedyś, w epoce telegrafu bez drutu, parowców i pierwszych automobili, za news nie było uznawane nic, co nie pochodziło z ostatniej chwili. Nawet jeśli zdarzyło się to w Afryce. Dlaczego u nas dzieją się takie cuda?

Spójrzmy teraz na treść artykułu. Nie dziwi, iż jest podpisany tylko inicjałami. Też bym czegoś takiego swoim nazwiskiem nie podpisał. To nie jest post na amatorskim blogu, a popatrzmy jakiej jest jakości jako źródło informacji.

Czy dowiemy się z niego, na czym polegała „pomoc” policjanta przy wyciąganiu samochodu z rowu? Czy siedział w unieruchomionym samochodzie i chciał nim z rowu wyjechać? A może go popychał, a kierował pijak? To kluczowa rzecz dla oceny wydźwięku tej sytuacji, a nie ma o tym żadnej wzmianki. Dlaczego samochód z pijanymi młodzieńcami miał wypadek i dachował? Czy od uderzenia w policjanta? A może od zderzenia z unieruchomionym na poboczu samochodem? Znów wraca pierwsze pytanie: co konkretnie robił policjant. I dlaczego pijanemu kierowcy unieruchomionego samochodu nic się nie stało. Jeszcze kilka lat temu taka przeterminowana „wiadomość z ostatniej chwili” nie ujrzałaby światła dziennego nawet w podrzędnej lokalnej gazecie, przynajmniej jako news. A już na pewno nie z taką zdekompletowaną treścią.

Od razu po tej lekturze nasunęło mi się zagadkowe pytanie: Dlaczego nagle się ten tekst pojawił? Po kilku dniach? Czy policja nalegała na wyciszenie sprawy, ale się nie udało i koniec końców jednak rzecz opublikowano? A może było odwrotnie; policja zabiegała o naświetlenie historii policjanta poległego na posterunku? A może było jeszcze inaczej?

No i pytanie o głębszą treść. Pomijając podział ról; po co policjant wypychał samochód pijaka z rowu na jezdnię? Czy chciał go puścić w dalszą drogę? Jeśli tak, to dziwna jakość pracy tej naszej policji. Może hasło przyjazna policja ważniejsze już niż prawo. No bo jeśli miał zamiar go zatrzymać i przekazać kolegom w celu wytargania za uszy, to po co wypychać auto z rowu. I tak musi po nie ktoś przyjechać, więc pewnie nie rowerem, tylko samochodem. I nie będzie problemu z wyciągnięciem z rowu.

Nadmiar informacji też rodzi pytania. Wiemy, że wszyscy poza policjantem byli pijani. Ale jakoś brak informacji, że policjant był trzeźwy. To aż kole w oczy.

Nie wiem jak było naprawdę; co się tam stało na drodze. Wiem jednak, iż taka informacja to dezinformacja. Hańba zawodu dziennikarza. I jest z każdym rokiem coraz gorzej. Nie tylko w dziennikarstwie. Pomimo komputerów, internetu, satelitów i GPS-ów. A może właśnie przez to. Przez to, iż ludzie mają nadzieję, że maszyny i technologie zwolnią ich z myślenia...

niedziela, 14 listopada 2010

Joanna



... właśnie delektował się pierwszym łykiem ristretto. Miałjeszcze kilka minut do ósmej. Uwielbiał wpadać do Manufaktury od czasu, gdyotworzyła się ta malutka, ekskluzywna kawiarnia. Supermarkety wyniosły się stądjuż dawno, dawno temu i od lat trwał proces wypierania coraz droższych sklepówi sklepików przez coraz bardziej ekskluzywne i jeszcze bardziej kosztownebutiki, salony i restauracje. To było do przewidzenia, gdy tylko miasto zaczęłoprzeżywać boom. Manufaktura, położona w samym centrum, z bezpośrednimpołączeniem z nowym, ogromnym parkingiem podziemnym i tymi wszystkimi krytymialejkami, wysadzanymi egzotycznymi gatunkami drzew, łączącymi ją z przyległymimekkami yuppies, cyganerii i nowobogackich, stała w środku miasta niczymsłońce. Od niej rozchodziły się drogi do miejsc, gdzie się bywa i do niej się znich wracało. Manufaktura nigdy nie spała.

Jeszcze raz przepłukał kubki smakowe kryształowo zimnąHawaiian Springs i spróbował kolejny łyk Antica Bottega. Tym razem niepotrzebował kopa. Był dość spięty przed tym spotkaniem i dlatego zrezygnował zeswej ulubionej Cristal 1882. Ze swego miejsca doskonale widział wejście iprawie wszystkie miejsca. Nie sądził by Ona była wśród tych kilku kobietbędących w lokalu. Każda była co najmniej z jednym facetem i nie było widać, byinteresowały się czymkolwiek poza swoimi znajomymi. Miał taką nadzieję, bo niewyglądały zbyt interesująco.

Zerknął na swojego nowego ulubieńca; The Lange 1815 Up andDown: The Caliber L942.1 w platynowej kopercie. Wciąż jeszcze miał czteryminuty. Jeśli była punktualna. Umówiony znak, Makbet w skórzanej oprawie zlimitowanej edycji, wciąż jeszcze leżał ukryty pod stołem, na jego kolanach.Miał nadzieję, że nie pogniecie jego perfekcyjnych spodni Canali Milano alemiał zamiar położyć go na stole dopiero w momencie, gdy Ją zobaczy i upewnisię, iż jest tego warta.

Niby znali się już dość dobrze. Był w niej zakochany doszaleństwa. Od pół roku pisali do siebie w necie i sms-ami. Ale nie wymienilizdjęć ani żadnych informacji o swej fizyczności. Od początku taka była umowa.Wiedział tylko, że w przybliżeniu są rówieśnikami. O ile mówiła prawdęoczywiście...

Widząc uchylające się drzwi wejściowe odruchowo zerknął nacyferblat. Dwie wskazówki pionowo!

Gdy weszła do lokalu głowy wszystkich facetów, nibyprzyciągane gigantycznym magnesem, na chwilę skierowały się w jej stronę. Onatylko rzuciła w jego stronę gestaltyczne spojrzenie a potem odwróciła się iruszyła środkiem sali lustrując stoliki i ludzi; szybko i metodycznie.

Miała na sobie białą, chyba szytą na miarę garsonkę. Rodzajugładkiej, miękkiej tkaniny z tej odległości i w tym oświetleniu nie zdążyłzauważyć. Dokładnie natomiast zobaczył, iż żakiet był ściśle dopasowany,podkreślając klasyczną talię i biodra. Głęboko wycięty, wąski dekolt pomiędzywyłożonymi klapami ukazywał całkiem spore fragmenty obiecujących półkuldojrzałego i zarazem jędrnego, wyjątkowo kształtnego biustu.

Wystarczył moment, gdy przemierzała niewielką salę oddalającsię od niego, by stwierdził, że lepszego zadka w życiu nie widział. Nie był tochłopięcy tyłeczek modelki, jak u wszystkich tych znajomych lasek, ani wielkiedupsko jak u większości pozostałych. Nie kłamała, miała trochę powyżejczterdziestki, ale na pewno zawsze i wszędzie przyciągała spojrzenia samców wkażdym wieku. Obcisła spódniczka od kompletu sięgająca prawie do kolan, mimoswej długości nie pozostawiała zbyt wielkiego pola dla domysłów. Wyraźnieodznaczały się pod nią paski od pończoch i gotów był się założyć, że innejbielizny nie skrywała. Gdy szła, wystukując podniecające staccato wysmukłymi,niesamowicie wysokimi obcasami swych lakierowanych, białych pantofli, chybaPleaser albo coś podobnego z masowej produkcji, jej lekko naprężone łydki ipośladki grały niczym u narowistej, ognistej klaczy. Miała boskie nogi okształtach podkreślonych z tyłu idealnie równymi szwami pończoch. Nieprzesadnie długie ani chude, tylko takie jakie lubił. Prawdziwie kobiece.

Chyba już obejrzała wszystkich, gdyż nagle zawróciła. Zdążyłtylko zobaczyć uwodzicielskie falowanie blond włosów, gdy odrzuciła do tyługłowę, jakby coś odkryła. W bezwstydnej długości rozcięciu na boku spódnicymignął mu kuszący fragment białego uda, ponad szykownym wykończeniem lekkopołyskującej pończochy opinającej jej nogę. Potem jednak podniósł wzrok i ichoczy się spotkały. Jak zaklęty wydobył spod stołu odziane w skórę tomisko ipołożył obok filiżanki.

Stanęła przed nim jakby coś mu chciała powiedzieć. Oparładłoń na biodrze. Nie odezwała się jednak tylko usiadła naprzeciwko, po drugiejstronie loży.

Całkiem go zamurowało. Miała niesamowitą twarz. Nie piękną,tylko niesamowitą. Wielkie niebieskie oczy, ale błękit jakby ze stalą na dnie.Klasyczne rysy, zadbana, ale jakby pod skórą znajdowała się stal zamiast kości.Usta zmysłowe, stworzone do kochania, ale od razu było widać, że potrafią sięzacisnąć w gniewie lub bezlitosnej nienawiści. No i ta blizna na policzku.Zaczynająca się centymetr pod okiem i biegnąca pionowo prawie do samego dołupoliczka. Zaleczona, zakamuflowana kosmetykami, ale wyraźnie widoczna. Twarzlwicy.

O cholera! - Pomyślał i spuścił wzrok na jej dłonie, którenie wiedząc kiedy znalazły się na stole, całkiem swobodne i naturalne. Niezbytsmukłe ale kształtne i po prostu ładne. Zadbane, choć widać, iż różne rzeczyrobiły w przeszłości. Czerwone, ciemne jak krew, długie paznokcie zamiastpopularnych tipsów. Na nadgarstku dyskretny zegarek w starym złocie. Takim jakłańcuszek na szyi. Wyglądał jak jakiś stary Cartier, Ultima albo coś innegorównie egzotycznego. Wszystko najwyższej klasy ale nie dające szans by określićgdzie mieszka, u kogo się ubiera, w jakim środowisku się obraca. Wszystkoidealne ale jakby z przeszłością...

To nie była kobieta, która idzie za modą albo z jakimkolwiekinnym prądem...

Andrew Vysotsky

tekst napisany na konkurs Selkara

sobota, 6 listopada 2010

Niezapomniana podróż



Navigare necesse est...* I tak było odkąd sięgam pamięcią. Pierwsze moje wspomnienia to morze, statki, okręty, jachty... Pierwsze marzenia...

Już w szkole podstawowej pochłaniałem wszelkie informacje o morzu. Rozpytywałem marynarzy i rybaków. Słuchałem opowieści kapitanów. Czytałem co się dało. Wiedziałem nie tylko czym się różni fok od bezana ale batyskaf od łodzi podwodnej, ortodroma od loksodromy, BRT od NRT. Wciąż było mi mało. Czytałem o żaglowcach, morskich wojnach epoki pancerników, tradycjach polskiej floty handlowej. Wiedziałem, i wiedzieli to wszyscy dookoła, iż niedługo zostanę oficerem nawigatorem a potem kapitanem. Przepowiadały mi to ciotki, karty, wróżki i horoskopy.

W szkole średniej zaraziłem swoją pasją całą męską cześć klasy. Wiedziałem, że selekcja w Wyższej Szkole Morskiej było ostra, a nie chciałem trafić do maszyny lub rybaków. Chciałem być pierwszy. Najpierw w szkole, a potem pierwszy po Bogu. Przykładałem się do nauki jak nigdy wcześniej ale znalazłem czas na coś nowego. Od teorii przeszedłem do praktyki. Zapisałem się do jachtklubu. Chodziłem na kółko matematyczne, fizyczne i astronomiczne. Brałem udział w regatach. Poznawałem życie żeglarza, choć nie zawsze na drugi dzień wszystko pamiętałem. Wiadomo. Ludzie morza lubią się integrować.

O problemie choroby morskiej mówi się wśród braci ilekroć przyjmują kogoś nowego. Wiadomo. Każdy ma inaczej. Jeden rzyga na rozpoczęcie sezonu i spokój. Inny rzyga tylko powyżej iluś stopni Beauforta. Jeszcze inni rzygają co chwila. Ja nie rzygałem nigdy. Czasami ze spojrzeń kolegów, pełnych zawiści i podejrzliwości, domyślałem się, iż nie mogą się doczekać kiedy i na mnie przyjdzie pora. 

Tuż przed maturą załapałem się na rekreacyjny rejs. Mieliśmy odwiedzić kilka polskich portów na całej długości naszego wybrzeża i zrobić kółko dookoła Bornholmu. Już się szykowałem na romantyczne wschody i zachody malujące piękną wyspę niesamowitymi kolorami. To miał być mój ostatni większy rejs przed WSM i wiele sobie po nim obiecywałem. 

Było nas ośmiu. Siedmiu starych wyjadaczy, w tym dwóch kapitanów żeglugi wielkiej, nie tylko tej jachtowej. I ja. Najmłodszy ze wszystkich. Wiekiem i doświadczeniem. A raczej jego brakiem. Ale pełen zapału i zaangażowania. 

Z początku wszystko szło świetnie. Nasza łajba szła pięknie. Czternaście z okładem metrów po pokładzie dawało dość miejsca dla wszystkich. Ożaglowanie jol. 80 metrów. 

Pod spinakerem, przy stałym wietrze szliśmy jak po maśle. Pół rejsu minęło pięknie ale bez rewelacji. Słońce, port, dziewczyny, słońce, ... Ale gdy zbliżaliśmy się do Bornholmu nadali ostrzeżenie o sztormie. Mocnym sztormie. Starzy zdecydowali uciec od brzegu i sztormować. Potem było coraz fajniej. Kuchta przygotował, pamiętam jak dziś, fasolkę po bretońsku. Dużo kiełbasy, dużo boczku. Na dwa dni. Bo nie chlapie jak zupa i nie lata jak ziemniaki i kotlety. A tymczasem robiło się coraz ciemniej. Wiało coraz lepie. Ściągnęliśmy wszystkie szmaty i pod samym fokiem szliśmy jak żyleta. Po kolei wszyscy oddawali hołd Neptunowi. Poza mną oczywiście. Słyszeliśmy w radio jak zalecają wszystkim żeleźniakom zwijać się do portów. Wojacy pouciekali już dawno. A potem się zaczęło. 

Nagle powietrze pełne było wodnego pyłu. Krótki wystrzał i z foka zostały tylko nitki. Dotychczas szliśmy jak tramwaj. Łup, łup na każdej fali ale równo i bez kołyski. Teraz się porobiło. Maszt zaczął tańczyć jak wariat. Pokład bujał się jak chciał. Silnik zakasłał i całkiem zdechł. Widziałem strach gdzieś na dnie oka starego. Poprzypinani do sztormliny jakoś doczołgaliśmy się na dziób i postawiliśmy foka sztormowego, najmniejszą szmatę jaka była na łajbie. Takie żaglowe stringi na foksztagu. I to wystarczyło. Jacht jakby stanął dęba, gdy wbił się w pierwszą falę. Na drugą już wszedł a potem ruszył. Jeszcze nigdy tak nie szliśmy. Nasz trochę krowiasty jacht szedł prawie w ślizgu. I widziałem jak wszyscy się modlą, żeby wytrzymał. 

Minęliśmy jakiś trawler. Wyglądał że niewiele mu już do szczęścia brakuje. Widzieliśmy, na zmianę, obie jego stępki przechyłowe. Tam to mieli się o co modlić! 

Nie wiem jak długo to trwało. Czas biegł inaczej. A my szliśmy jak burza w wodnej mgle, w wyciu wiatru, z fali na falę. Tylko po pewnym czasie mnie to znudziło. Wiedziałem, że jak stracimy żagiel to przy niesprawnym silniku będziemy w prawdziwych opałach. Ale to jak jechać półtorej setki autostradą przez godzinę czy dwie. Wiadomo, że jak koło się urwie to nie będzie co zbierać. Ale gdzie tu emocje.... No i wciąż nie rzygałem. 

Gdy się to skończyło słyszałem jak starzy dyskutowali ile wpisać w książeczki żeglarskie. Ile stopni Beauforta zaliczyliśmy? Takiego czegoś jeszcze nie przeżyli. Ale mnie to już nie interesowało. Coś pękło, coś się skończyło. Wiedziałem, że na morzu emocji już nie znajdę. Skoro taki sztorm nie dał mi więcej adrenaliny niż polskie drogi, to czas zmienić kurs. 

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem po powrocie do domu było poszukanie innej uczelni. Nie zamierzałem już więcej bawić się w żeglarstwo. Od tej pory traktowałem każdą jednostkę pływającą jak zwykły środek transportu. Ten rejs mnie odmienił. Zostałem szczurem lądowym. I dzięki temu, gdy spotkałem najpiękniejszą kobietę na świecie, mogłem być z nią razem zamiast tęsknić do niej na morzu...


Andrew



* navigare necesse est, vivere non est necesse łac. żeglowanie jest koniecznością, życie nie jest koniecznością; żeglowanie jest ważniejsze od życia

tekst napisany na konkurs w serwisie LubimyCzytać.pl

piątek, 5 listopada 2010

Wymarzone spotkanie



Z którą sławną osobą polskiego pochodzenia chciałbym się spotkać? Dla mnie ta kwestia jest w istocie pytaniem o to, kogo uznaję za największego Polaka. Nie wzrostem oczywiście ale wagą dokonań, może sławą, może piętnem jakie jego życie odcisnęło na innych. 

W Polsce aż roi się od gwiazd. Gwiazdy tańczą na lodzie, śpiewają, skaczą jak małpy i robią wszystko, by jeszcze choć przez chwilę załapać się na ekran. I takie to właśnie gwiazdy. Tak im do gwiazd jak przysłowiowej świni. I w dodatku to zadufanie. Ten brak jakiegokolwiek samokrytycyzmu, skromności i uczciwości elementarnej, że o świadomości własnej miernoty nie wspomnę. Większość tej hałastry, bo inaczej ich nazwać nie można, to aktorzy a raczej aktorzyny. Polska ma jak na razie na swym koniec dziesięć największych nagród świata filmowego – Oskarów. Jednak o ich zdobywcach na ekranie cicho. Bo nie ma wśród nich ani jednego aktora czy aktorki. Polskimi gwiazdami są ci, którzy nigdy nawet się nie zbliżą do tego zaszczytu. Może niektórzy faktycznie są nieźli ale nazywanie ich gwiazdami jest dla mnie nie tylko infantylne, ale wręcz niesmaczne. Wśród nich raczej nie ma sensu szukać nikogo, kto mógłby być tym jedynym. Owszem, w przeszłości (dość odległej) wydała Polska prawdziwe gwiazdy, jak choćby Helena Modrzejewska, ale sam fakt, iż jej nazwisko mało komu już dzisiaj jest znane, świadczy o przemijalności tego typu sławy i o bardzo ograniczonej roli jaką ma aktorstwo dla rozwoju ludzkości. 

Poszukując tej jednej, najważniejszej osoby, przez chwilę mógłbym myśleć choćby o Janie Pawle II. Jednak jego życie to tylko sława. Słowa puste i bez żadnego ciężaru. Poza Polską jego oddziaływanie było marginalne a pamięć o nim przemija. Choć u nas miliony deklarują, iż wywarł wpływ na ich życie, to po tym ich życiu wcale tego nie widać. Nie zmniejszyło się zakłamanie, agresja ani żadna z innych wad tak powszechnych w naszym narodzie. To nie on. 

Jest wielu innych których podziwiam; Lem, Mazur, wyliczać można długo. Jednak to żaden z nich. 

Jest przecież człowiek o którym Polska przypomina sobie tylko wtedy, gdy ktoś inny próbuje sobie go przywłaszczyć. Najczęściej Niemcy. Czasem, w okrągłe rocznice, Włosi. Choć od jego śmierci minęły wieki, znany jest na całym świecie i nazwisko jego zna chyba każdy choć trochę wykształcony człowiek. Ten ktoś wywarł na ludzkość wpływ, który nie zostanie zatarty aż do końca jej trwania. I choć człowiek ten nie ma wzorem Jana Pawła II ulicy, szkoły i szpitala nazwanego swym imieniem w każdej polskiej miejscowości, to jego nazwisko i dokonania pozostaną w pamięci ludzkości aż do samego końca. Jego nazwisko znane będzie, gdy o naszym papieżu i innych sławnych Polakach już nikt nie będzie pamiętał, poza może historykami. 

Człowiek, którego chciałbym spotkać, gdyby tylko to było możliwe, to Mikołaj Kopernik. Jego osobowość mnie fascynuje. Ten jeden człowiek obalił za jednym zamachem cały ówczesny porządek ludzki, boski i porządek świata zarazem. Przed nim wszystko grało jak w zegarku. Ludzkość jako stworzenia wybrane przez Boga mieszkała na Ziemi będącej pępkiem świata. Pięknie to się komponowało. Świat był niczym akwarium stworzone dla jednej tylko rośliny a człowiek był właśnie tą rośliną. Nic więc dziwnego, że posadzono go w samym centrum tej rośliny. Tymczasem Kopernik to wszystko rozwalił. Nikt przy zdrowych zmysłach nie sadzi najpiękniejszej rośliny, być może rośliny jedynej, w najciemniejszym zadupiu zbiornika. W dodatku zbiornika niewyobrażalnie wielkiego. No, chyba że nikt tego nie zrobił celowo. Że wyrosła przypadkiem. 

Kopernik ruszając z posad Ziemię zniszczył całą koncepcję świata stworzonego przez Boga tylko z myślą o człowieku i tylko dla niego. Wyrzucił człowieka z centrum wszechświata i skazał go na, prawdopodobnie wieczną, samotność w przerażającej dla większości pustce wszechświata. Dlatego jego koncepcja spotykała się z taką nienawiścią Kościoła, który zwalczał ją nie tylko mocą swego autorytetu ale i wszelkimi dostępnymi środkami przymusu. A przecież Kopernik był duchownym. Podlegał w sposób szczególny władzy papieża. Tym większa mu chwała za to, że jednak potrafił myśleć w sposób całkowicie otwarty. Choć wywodził się z armii zwalczającej naukę podążył za prawdą. 

Kopernik nie pożądał sławy, która to żądza zgubiła wielu innych uczonych. Z jego życiorysu można wnioskować, iż kochał wygodne, dostatnie życie bez kłopotów. Ale nade wszystko ukochał prawdziwą wiedzę. Prawdę. Za jej głosem przemierzał Europę. Jej głoszenie było celem jego życia. I jako jeden z nielicznych potrafił pogodzić jedno z drugim pomimo pozornej niemożliwości. Wygodne życie i epokowy przewrót. 

Nie był rewolucjonistą jak Giordano Bruno czy Galileusz. Pewnie domyślał się, że za opozycję wobec papieża i głoszenie teorii heliocentrycznej może trafić na stos albo zostać zmuszonym do wyparcia się swych przekonań. Poza tym miał tyle innych fascynujących zainteresowań! O innych, poza astronomią, jego osiągnięciach w Polsce wiedzą tylko nieliczni. A on postąpił jak skromny, spokojny człowiek. Publikował tylko w tych dziedzinach, w których nie stawał w jawnym konflikcie z nieomylnymi z Watykanu. Przeżył swe życie na pewno nie nudnie a jednocześnie spokojnie. Przeżył je chyba w szczęściu, a bombę podłożył z takim wyrachowaniem, by wybuchła w dniu jego śmierci. Wtedy nikt, nawet inkwizytor, nie mógł go do niczego zmusić. 

Było wielkich myślicieli wielu ale żaden nie dokonał tak wielkiego przewrotu nie zachowując jednocześnie zdrowego rozsądku szarego człowieka. Przechytrzył największą wówczas potęgę, która usiłowała kontrolować umysły występując z pozycji wszechwiedzącej prawdy objawionej. Zresztą w tym zakresie niewiele się zmieniło. 

Chciałbym spotkać Kopernika, choćby po to, by spytać go jak mu się podoba nasz świat. Świat w którym, tak naprawdę, wiele rzeczy w ogóle się nie zmieniło. Pomimo nieporównywalnie większej wiedzy, pomimo postępu nauki, nadal jest to świat pełen sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem dogmatów, pełen ludzi chętnie wstępujących w szeregi coraz to nowych sekt i kierujących się wszystkim tylko nie rozumem. Chciałbym zapytać jak zachował dystans w swoich czasach wobec tryumfującej wokół ciemnoty i czy jest to możliwe dzisiaj. Wiem, że nie był geniuszem na miarę Einsteina. Nie odkrył nowych szlaków. Ale wyczekał do ostatniej chwili i opublikował idee stworzone przez innych. Przez tych, którym zabrakło umiejętności skutecznego upowszechnienia swej wiedzy. Kopernik był geniuszem w strategii walki o prawdę naukową. Mógłby być symbolem spokojnej, racjonalnej do końca walki z zabobonem. Może dlatego nie jest tak podziwiany w swej ojczyźnie, jak na to zasługuje. Jakby nie było, policzek który wymierzył papieżowi był najsilniejszy w dziejach. Może dlatego to właśnie w Toruniu powstała najbardziej ortodoksyjna rozgłośnia katolicka. Może to zemsta Watykanu za zniszczenie jego wizji świata i człowieka? 

Chciałbym zapytać go o wiele rzeczy. Choćby o to, czy czuł się bardziej Polakiem czy człowiekiem. Jakie wino lubił najbardziej. Czy wolał kuchnię polską, niemiecką czy włoską. I wiele rzeczy chciałbym mu powiedzieć. Ale nie mógłbym mu powiedzieć, iż jego naród praktycznie o nim zapomniał. Ze świecą szukać szkół jego imienia czy ulic Mikołaja Kopernika. Nie żeby ich w ogóle nie było. Jest nawet uniwerek. Rzecz jest w proporcjach. Nie powiem mu, że sądząc po ilości obiektów, których jest patronem, jest w peletonie polskich gwiazd. Daleko po choćby pisarzach nie liczących się nawet do czołówki światowej. Po drugoligowych poetach, poza krajem w ogóle nie znanych. Po wielu, wielu innych. 

Gdybym go spotkał wielu rzeczy nie mógłbym mu powiedzieć... Ale tak chciałbym go spotkać...




tekst napisany na konkurs serwisu LubimyCzytać.pl

środa, 20 października 2010

Czarna okupacja



Dziś miało miejsce w Polsce pierwsze od lat publiczne zabójstwo polityczne. Z rąk szaleńca zginął działacz PiS a drugi został ranny. O popchnięcie szaleńca do dokonania tej zbrodni prezes PiS oskarża PO. Czy jednak przynależność polityczna ofiar jest dowodem na odpowiedzialność kogoś o poglądach przeciwnych? Albo prezes PiS nie należy do elity intelektualnej albo kłamie w żywe oczy. Jest wiele przykładów inspiracji mordów politycznych przez ludzi z tej samej strony sceny politycznej. Czyż Noc Długich Noży, prawdziwa masakra faszystowskich aktywistów, nie została zorganizowana przez ludzi z tej samego ruchu – faszystowskiego? Czyż najwięcej działaczy komunistycznych nie zginęło z rąk swych braci – komunistów? Czyż z tego nie można wysnuć wniosku, że to PiS jest motorem dzisiejszej tragedii? Oczywiście oba wnioski, zarówno ten o wyłącznej winie PiS-u, jak i ten i o wyłącznej odpowiedzialności PO, są równie debilne.

Wydaje się być jasnym, iż sprawca dzisiejszego zabójstwa nienawidzi PiS-u, a w szczególności prezesa Kaczyńskiego. Przynajmniej tak sam twierdzi i być może jest to prawdą. Jednak zabójstwa polityczne dokonywane przez wariatów mają w świecie długą tradycję. W Polskiej historii też mamy tego przykłady. Na ogół jednak nigdy nie dowiadujemy się z całą pewnością kto jest odpowiedzialny za to, że szaleniec zabił akurat tą osobę i akurat wtedy.

PiS o antagonizowanie społeczeństwa oskarża PO a PO PiS. Tymczasem ani jedna partia ani druga nie waży się oskarżyć siły, która w istocie jest odpowiedzialna za podgrzewanie nastrojów społecznych w Polsce do poziomu w ostatnich dziejach niespotykanego. Obie partie dochrapały się władzy dzięki poparciu tej samej siły; kleru. Dlatego żadna z nich mu się nie przeciwstawi. Zwłaszcza przed wyborami.

Pamiętacie wybory w których Kwaśnieski wygrał? I te w wyniku których potem władzę oddał? Była to nie tylko rywalizacja między partiami, ale również między pryncypiami, między lewicą a prawicą, między „postkomuną” a nowym kapitalizmem. A jednak nie było wówczas w odczuciu przeciętnego wyborcy w kampanii wyborczej dzisiejszej atmosfery nienawiści. Nie było wzajemnego opluwania się przez kontrkandydatów i przeciwne obozy, a przynajmniej nie w skali znanej nam z dnia dzisiejszego. Przecież PiS i PO mają tak wiele wspólnego. Wyrosły ze wspólnego, prawicowego pnia i z kościelnego elektoratu*. Dlaczego teraz panuje taka nienawiść między PO i PiS? Kto na tym zyskuje i kto ma w tym interes?

Wiadomo iż walka domowa, bratobójcza, jest bardziej krwawa, okrutna i moralnie wypaczająca niż z wrogiem zewnętrznym. Może dlatego walka pomiędzy PO i PiS staje się już wręcz ohydna?

Wiadomo, że w wojnie domowej do głosu dochodzą najgorsze instynkty, najciemniejsze siły. My też mamy taką w swoim narodzie. Dotychczas siedziała cicho, kontentując się pozycją silniejszą niż w jakimkolwiek innym kraju na świecie. Bezkarnością przechodzącą ludzkie pojęcie. Teraz jednak wylazła z ukrycia i dufna w swoją siłę chce zawłaszczyć Polskę tylko dla siebie.

Czy zwróciliście uwagę, że aktywność Kościoła w polskiej polityce zbiega się ze wzrostem agresji we wszystkich aspektach życia publicznego? Nie jest to nic dziwnego w świecie. Po wizycie naszego Jana Pawła II w Afryce, po jego nawoływaniu do miłości, miały tam miejsce masakry wcześniej nie widziane a wśród sądzonych za ludobójstwo są nawet biskupi. Zresztą ofiarami po obu stronach barykady byli tam głównie chrześcijanie, którym nie przeszkadzało rozlewanie bratniej krwi nawet na ołtarzach kościołów. W Polsce pomysł wdarcia się w życie polityczne być może podała Kościołowi prawica. Pamiętacie sprawę o aborcję? Prawica chciała ją wygrać dla siebie i zgarnąć elektorat katolicki. No i się zaczęło.

Nie tak dawno temu rozszedł się smród wokół pazerności polskiego kleru. Mało mu było niespotykanej w świecie swobody. Nie tylko był zwolniony z podatków. Nie tylko był poza wszelką kontrolą finansową państwa polskiego. Nie tylko mógł wywozić z kraju tyle kapitału ile zechciał. Tuszowano pedofilię i inne zboczenia w sposób w cywilizowanym świecie niespotykany. Ale klerowi było mało. Wynajął sobie esbeka by za grosze wyrywać od państwa i samorządów, czyli do nas wszystkich, od całego narodu, mienie o wartości niewyobrażalnej. Zmontował przekręt doskonały. I kiedy w mediach zrobiło się głośno...

Nagle mamy sprawę in vitro. Kościół sam siebie ośmiesza używając ewidentnych kłamstw w trakcie tej kampanii. Organizacja, której jedyną racją istnienia jest autorytet moralny, kłamie na prawo i lewo. Mało tego, Kościół ośmiesza również Wiarę! Jak w amoku czepia się zarodków krzycząc, że założenia wiary są niezmienne.
A to jest właśnie największe kłamstwo kleru! Teza o człowieku istniejącym od momentu poczęcia jest tak samo wyssana z palca klechów jak celibat. Tylko ilu „katolików” w Polsce wie, iż największe autorytety Kościoła** twierdziły, że NIE OD MOMENTU POCZĘCIA ZARODEK STAJE SIĘ CZŁOWIEKIEM. Byli to ludzie do których wiary i mądrości wielokrotnie Kościół się odwołuje na każdym kroku i w dniu dzisiejszym. Do dzisiaj ich ranga jest podstawowa dla Kościoła i jego teologii. Nie są zwykłymi świętymi jakich tysiące ale tymi najważniejszymi. Jak można tak kłamać i twierdzić, że tezy wiary są niezmienne? Ano jak widać można. Zwłaszcza gdy się ma większość narodu za ciemną masę. Zwłaszcza gdy się chce odsunąć uwagę mediów od siebie. A można na pewno. Bo ilu ludzi w naszym kraju wie, iż to państwo, a więc my wszyscy, płaci emerytury duchownym? Nie dość, że zwolniło ich z podatków, to jeszcze na nich łoży? I gdzie tu konstytucyjna równość wyznań? Gdzie równość wobec prawa?

Choć nie ma w Polsce wojsk Watykanu, to zgadzam się z posłem Palikotem, iż w pewnym sensie jesteśmy pod okupacją kleru. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy w jakimś państwie jedna organizacja może wpływać na państwo natomiast państwo w żaden sposób nie może wpływać na nią? Taka organizacja stoi więc faktycznie ponad prawem, ponad państwem. Jeśli ponadto ta organizacja uznaje zwierzchność głowy innego państwa (Watykan), a prezydent państwa jeździ do papieża uzgadniać politykę wobec Rosji*** to jak to nazwać, jeśli nie okupacją? No może nie okupacją. Może jesteśmy tylko terytorium zależnym? Tak brzmi lepiej? Dla mnie wystarczająco źle. Koszty tej imprezy są ogromne i rosną w tempie, którego nikt nawet nie chce śledzić. Z braku kontroli nad finansami Kościoła w Polsce, nikt nie jest w stanie powiedzieć jakie są koszty utrzymania tej organizacji i ile kapitału za jej pośrednictwem wycieka z Polski. Tymczasem wszystkie partie prawicowe zabiegają o poparcie kleru patrząc tylko na to, by wygrać wybory, a nie na dobro Polski. Chcą władzy dla władzy a kler chce dóbr materialnych. Łatwo im się dogadać. Stąd cały problem.

Teoretycznie kler nawołuje do miłości i pokoju. Ale tylko teoretycznie. Kościół nawołuje do posłuszeństwa i chce swoją wolę narzucić nie swoim wyznawcom z ambony, co jest jego prawem, ale drogą legislacyjną całemu państwu, a więc niewierzącym i innowiercom. Wystarczy się wsłuchać w to, co mówi, by widać było całą jego obłudę. Tylko kto się nad tym zastanawia. Aborcja i in vitro to najbardziej prestiżowe sprawy. I nawoływanie do jedności. Tylko co to znaczy jedność w państwie demokratycznym? Po co demokracja, jeśli wszyscy są jednością. Istotą demokracji jest różnorodność, wielość, wolność i odmienność. Ale klerowi to nie pasuje bo to zielone światło dla ateistów i pedałów. Bo pedały na paradach Kościołowi przeszkadzają ale w swoich szeregach toleruje nie tylko pedalstwo ale i najgorsze ze wszystkich zboczeń; pedofilię. A wracając do jedności. Jak ją osiągnąć? Jak z muzułmanina zrobić katolika? Jak z ateisty wierzącego? Jak z Niemca Polaka? Nawoływać można i tłumaczyć, że chce się dobrze. Tylko jak nazwać kogoś kto głosi hasła, których realizacji bez przemocy nikt, nawet on sam, nie potrafi sobie wyobrazić? Nie kojarzą Wam się nawoływania do jedności? Ein Volk, ein Reich, ein Führer.

Jedność to piękna mrzonka ale bardzo krwawa. Kościół powinien o tym wiedzieć najlepiej. Na podstawie choćby jego własnej historii. Dzieje Kościoła Katolickiego a nawet chrześcijaństwa w ogóle, to nieustanna walka z odszczepieńcami z własnych szeregów. Z tym, którzy myśleli inaczej. Z heretykami, bezbożnikami. I to walka prowadzono bynajmniej nie słowem. Stosy, wojny religijne, pogromy. To wszystko efekty dążenia do jedności. Bo Kościół ma  w swoim mniemaniu monopol na moralność, sumienie i prawdę****. I tak było zawsze i wszędzie, gdzie chciano jedności. Czy to komunizm, czy faszyzm, czy islam. Jakakolwiek wiara w boga lub człowieka jest zawsze zagrożona przez podział. Zawsze od głównego pnia odrastają nowe gałęzie, tylko że władcy dusz, inaczej niż drzewa, zamiast cieszyć się z nowych odnóg, obcinają je bezlitośnie.

Kościół zdaje sobie sprawę z prawa mówiącego, że ilość wiernych w kościołach, a więc kasa wpływająca do jego skarbców, jest odwrotnie proporcjonalna do dobrobytu, wykształcenia i wolności. Widać to wszędzie. Gdzie wojna, głód, ciemnota i ucisk, tam pełne kościoły, meczety i cerkwie. Gdzie bogactwo, nauka i wolność, tam pustki w świątyniach. Kościół musi walczyć o swoje dochody a wizja bogatej, wolnej i wykształconej Polski oznacza dla niego koniec tak jak we Francji i innych krajach kiedyś chrześcijańskich z istoty, a teraz tylko z nazwy. Jedynym sposobem zachowania wpływów Kościoła jest wytrącenie Polski z drogi do statusu bogatego, zdegenerowanego państwa europejskiego. Jego postępowanie jest całkiem zrozumiałe. To chyba już ostatni kraj, gdzie może sobie tak pozwalać. Nawet w Irlandii takie rzeczy by nie przeszły. Dlatego, choć poseł Palikot nie jest moim idolem, zdecydowanie go popieram w tej jego antyklerykalnej incjatywie.

Kler tak daleko odszedł od nauk Jezusa, że jest zaprzeczeniem swej własnej wiary*****. Wolność wyznania to nie wolność dla kleru******. Dość czarnej okupacji!


* W Polsce mamy przysłowiowo 97% katolików. Wiadomo, iż jest to szacunek zawyżony. Jednak biorąc pod uwagę fakt, iż ktoś musi głosować na lewicę, można założyć, iż większość elektoratu prawicy jest mniej lub bardziej katolicka, natomiast lewica łatwiej znajduje poparcie u osób mniej związanych z Kościołem.
** "Zarodek płci męskiej staje się człowiekiem (czyli wstępuje w niego Duch Święty) po 40 dniach, zarodek żeński - staje się człowiekiem po 80 dniu. Dziewczynki powstają z uszkodzonego nasienia lub też w następstwie wilgotnych wiatrów".
Św. Tomasz z Akwinu (1225-1274 r.), Ojciec kościoła katolickiego
Św. Hieronim, sławny biblista, tłumacząc Biblię na język łaciński zachował znaczenie oryginalne
Księgi Wyjścia 21, 22–25, stwarzając w ten sposób możliwość utrzymywania,
że płód ludzki nie jest człowiekiem przez cały okres ciąży. Sam wbrew oryginalnemu tekstowi
Księgi Wyjścia, który przetłumaczył poprawnie, uważał, że „matki, które
dopuszczają się aborcji są dzieciobójczyniami” (list 22 do Eustachium), podzielał
jednak pogląd większości ówczesnych chrześcijan, że zabójstwo
ma miejsce dopiero wtedy, gdy płód jest już ukształtowany. Podobne stanowisko zajmował św. Augustyn. Przykłady można mnożyć, że o czymś tak banalnym jak stanowisko nauki (temat na osobny post) już nie wspomnę.
*** Pamiętacie taki dowcip:
- Kto jest największym zegarmistrzem na świecie?
- Gomółka, bo ciągle jeździ po wskazówki do Moskwy.
No a teraz Komorowski do Watykanu śmiga. Zamienił stryjek siekierkę na kijek.
**** "Ustalmy jako duszpasterską konieczność, że każdy człowiek podlega papieżowi. Jego przemoc pochodzi od Boga". (Papież Bonifacy VIII "Unam Sanctum" 1302 rok). "Abyśmy byli pewni wszystkiego, musimy zawsze trzymać się następującej zasady: niechaj to, co naszym oczom jawi się jako białe, będzie czarne, jeśli tak postanowi Kościół hierarchiczny".

Ignacy Loyola, założyciel Towarzystwa Jezusowego
***** Oto mamy kościelną rzeczywistość z kapłaństwem, teologią, kultem, sakramentem i majątkami; krótko mówiąc, wszystko to, co zwalczał Jezus z Nazaretu". (Friedrich Nietzsche).
****** oryg. We wszystkich religiach daje się odczuć, że „wolność Kościoła” rozumiana jest jako panowanie kleru. Otto von Bismark 1815-1898 - kanclerz Rzeszy

niedziela, 17 października 2010

Koniec świata


Rudi siedział w cieniu na swym ulubionym pieńku, chłonął popołudniowe ciepło ostatnich dni lata  i patrzył na dolinę poniżej. Często tu przychodził ze swą ulubioną bokserką. Boksery. Te psy to była jedna z rzeczy, która została. Również dzięki niemu. Na szczęście dobrze się sprzedawały, choć nie nadawały się do obejścia. Ludzie jednak chcieli mieć coś z luksusu, z dawnych czasów. Telewizory i komputery dawno już wyrzucili.
No a poza tym wychowywał je jak należy. Były gotowe bronić dzieci do końca. A wilki i zdziczałe psy to był problem. Dzieci zaś jak zawsze; lubiły się włóczyć.
Spojrzał na swój łuk i się uśmiechnął. Kto by pomyślał. Walijski łuk w Polsce. A jednak. Choć nadal miał w domu kałacha, nawet go już ze sobą nie nosił. Inni też. Amunicję oszczędzano na Chińczyków. Nigdy się nie pojawili, ale kto wie. Dlatego łuki szły świetnie. Na polowanie były aż za dobre a na złego człowieka w sam raz. Jego strzały radziły sobie nawet z kamizelkami z dawnych czasów. Oczywiście te na ludzi nie były takie jak te do polowania, no i były dużo droższe. Dzięki łukom i strzałom starczało mu na wszystko. Nawet na książki i lekarstwa. Inna sprawa, że tych, od których był uzależniony, zapas zrobił jeszcze zanim się to wszystko zaczęło. A miały ponad dziesięć lat przydatności do użycia. A potem jeszcze dokupywał od kupców. Tylko że ci pojawiali się coraz rzadziej. Ostatnio woleli łączyć się w duże karawany.

Westchnął wspominając nie tak dawne przecież czasy. Jeszcze na polach walały się kości złych ludzi. Jeszcze w miastach straszyło.

Przewidział co się stanie, choć nie wiedział, że to będzie koniec świata. Inni też to widzieli, ale jak Żydzi przed wojną dotknięci byli bezwładem. Tylko nieliczni podjęli odpowiednie działania. I jak przed wojną, wielu bogatych okazało się równie głupich, choć mieli większe możliwości by uciec.

Zaczęło się od ropy. Ceny prawie do końca nie szalały. Zaczęło się od reglamentowania. Potem paliwo było już tylko dla służb. Gdyby chodziło tylko o ropę wszystko może by jakoś przeszło. Niestety. Jednocześnie zabrakło niektórych metali. Tych których malutkie drobinki były niezbędne do wszystkiego. Do komputerów, pojazdów, ogniw paliwowych. A ludzi było tak wielu. I każdy chciał mieć iPoda.
Wszystko nagle się załamało. Miasta zaczęły głodować nie mogąc sprowadzić żywności. Pola zaczęły mniej rodzić z braku nawozów. Na szczęście służby miały resztki paliwa i gdy doszło do zamieszek większość starć odbyła się w miastach. W końcu komu chciałoby się iść sto kilometrów na piechotę po żywność. Lepiej próbować ukraść coś w pobliżu.
Na wsi, z dala od dużych miast, ludzie szybciej się przestawili. Zaczęli uprawiać jak w nie tak znowu dawnej przeszłości. Jak ich dziadowie i pradziadowie.
Konie. To były jego początki. Kiedy wyczuł, że krach się zbliża, kupił to gospodarstwo nad doliną. Na tyle wysoko, że powodzie nigdy tu nie docierały i na tyle nisko, żeby do miasteczka nie było daleko. No i dom stał na skale. Kupił kilka koni i wraz z żoną zaczął hodowlę. Zbyt na konie był zawsze ale gdy zaczęły się kłopoty sprzedawał na pniu co tylko miał. Tyrali jak woły, na ile zdrowie pozwalało, ale na szczęście udało im się przekonać dzieci. Przyjechały i zagonili je do roboty. Wtedy mógł więcej czasu poświęcić na resztę. Łuki i boksery. Psy dla rozrywki a łuki na przyszłość. Czytał wszystko co mógł. Już wcześniej nawiązał kontakty z pasjonatami dawnych technologii. Teraz miał czas na praktykę. Udało mu się namówić kowala i płatnerza by się osiedlili w pobliżu. Pożyczył im na początek. Sam zajął się łukami. Teraz łuki i strzały z ich okolicy oraz ich broń biała były znane bardzo daleko. Kupcom przybywającym z najdalszych zakątków świata aż oczy się do nich świeciły. Robili też na zamówienie. Kusze i pancerze dla ochrony karawan. Nawet miecze.
Taak. Powinien być człowiekiem szczęśliwym. Pracował już tylko dlatego, że chciał. Żona i dzieci też już tylko kierowały najemnymi. Gdyby chciał, mógłby już mieszać w pałacu i całą pracę zlecić innym. Przetrwał koniec świata jak niewielu. W miastach zginęły miliony. W bratobójczych walkach, z głodu i pragnienia, z chorób i zimna. Najgorzej było w Chinach i Indiach. Stłoczone miliardy ludzi, którzy dopiero co zachłysnęli się dobrobytem i technologią, nagle cofnięte o epokę. To co w Europie i Stanach było zamieszkami, w Azji było masakrą. Nawet czołgi nie były w stanie powstrzymać tłumów. Podobno była w użyciu nawet broń atomowa.
Teraz w Polsce nie było już nawet prądu. Elektrownie, nawet te wodne, rozsypały się. Nie było komu konserwować sieci. Nie było nawet jak zbierać opłat. Zanim ruszył transport konny wszystko się zwaliło.
Podobno wokół elektrowni atomowych jeszcze tliło się życie cywilizowane. Zwłaszcza w Stanach, które w ostatnich dniach przed krachem na potęgę rozpoczęły taśmową produkcję reaktorów. Ale chyba tylko tam.
Skandynawowie też mieli kilka ale zwyciężyły ich mrozy. Nie starczyło energii na ogrzewanie i inne rzeczy. Nie mieli koni.
Rosji oberwało się trochę od Chińczyków i miała teraz własne problemy. Już dawno nie było od nich nic słychać.
Powinien być szczęśliwy. Przeżył koniec świata i to przeżył nieźle. Mógłby się obwołać jakimś księciem gdyby chciał. Ściągał w dolinę ludzi, którzy potrafili cokolwiek pożytecznego i ułatwiał im start, nieźle przy tym zarabiając. Miał kochającą żonę i wspaniałe dzieci. W sercu, na dnie, miał jednak smutek.
Słońce zaczęło zachodzić. Wstał i zaczął schodzić po łagodnym zboczu. Pamiętał o Słońcu. Nie tym, którego ciepło przed chwilą chłonął, ale tym, które za kilka miliardów lat zrobi Ziemi psikusa. To będzie prawdziwy i ostateczny koniec świata. I nie będzie już dla Człowieka ratunku. Zamiast budować tratwę, by odpłynąć w ocean kosmosu, ludzie trwonili zasoby Ziemi na słuchanie tandetnej muzyki w przenośnych odtwarzaczach, na wciąż nowe modele telewizorów, na samochody dla każdego. Kiedyś była szansa na otworzenie drzwi do wszechświata ale ją zmarnowano. Przehandlowano za gry komputerowe i co roku nowe mody. Głupawe gadżety wyrzucane po kilku miesiącach. A teraz Bóg nie będzie musiał kiwnąć nawet palcem, by spowodować ostateczny koniec świata. Sami zapędziliśmy się w ślepą uliczkę.
Nagle uśmiechnął się do siebie i do skaczącego radośnie psa.
- No... Chyba że coś wyjdzie z tych reaktorów za Wielką Wodą!

tekst popełniony na konkurs w serwisie LubimyCzytać.pl