poniedziałek, 18 listopada 2019

Zofia Posmysz "Wakacje nad Adriatykiem" - Na rubieżach człowieczeństwa

Wakacje nad Adriatykiem

Zofia Posmysz

Wydawnictwo: Znak Literanova
Seria: Proza PL
Liczba stron: 320
 
 
 
 
 
Ludzka pamięć to rzecz tyleż osobliwa, co niezgłębiona. Mechanizmy funkcjonowania wciąż skrywają przed jej użytkownikami niejedną tajemnicę. Z jednej strony potrafi być zawodna i dziurawa, z drugiej zaś bywa przerażająco precyzyjna i dokładna, najczęściej w przypadku wydarzeń, o których chcielibyśmy zapomnieć. Na nic mozolne i żmudne wznoszenie skorupy niepamięci – próżny to trud i wysiłek, bowiem wystarczy jeden impuls, by cała konstrukcja runęła, a z mroku przeszłości wypełzły demony. Tę prawdę dobrze ukazuje Zofia Posmysz, autorka powieść Wakacje nad Adriatykiem.
  
Główna bohaterka a zarazem pierwszoosobowa narratorka utworu to kobieta, która wspólnie z mężem i młodszą koleżanką pogrążona jest w wakacyjnym lenistwie. Ze słodkiego nieróbstwa nad brzegami Adriatyku wyrywa ją dźwięk przywołujący gorzkie wspomnienia. Wyłowione przypadkiem z plażowego gwaru słowa wypowiedziane w języku niemieckim stają się bodźcem do bolesnej i rozległej reminiscencji. Jej przedmiotem jest pobyt protagonistki w obozie koncentracyjnym.
 
Wycieczka, na jaką zabiera nas Zofia Posmysz, pisarka i dziennikarka, która w czasie wojny więziona była w obozach Auschwitz, Ravensbrück orz Neustadt-Glewe, to zwiedzanie najniższych kręgów piekielnych. Bazując na własnych traumatycznych doświadczeniach autorka odmalowuje przed nami przyjaźń dwóch kobiet – Ptaszki i Sekretarki – która rodzi się wbrew logice i wbrew niepisanym zasadom, że w miejscach takich jak Birkenau nie wolno przywiązywać się do nikogo, bowiem śmierć czyha na każdym rogu.
 
Obozowa rzeczywistość, w której po latach ponownie zanurza się Sekretarka (pierwszoosobowa narratorka) zostaje odtworzona w niezwykły sposób, bowiem Posmysz posługuje się językiem precyzyjnym i rytmicznym, a przy tym poetyckim i melodyjnym. Opisy naszpikowane są neologizmami (spojrzenia chyłkowatokose), metaforami (Tak pomyślałam, pieczołowicie rozdmuchując ogienek skruchy (…) [1]) czy uosobieniami (Głód, obciosując tę twarz z ciał jak rzeźbiarz bryłę kamienia (…) [2]). Nie brak też specyficznych określeń oraz slangu – Rycerze i Rycerki (strażnicy obozowi), Kolonia (obóz koncentracyjny) czy Bractwo Rycerzy Trupiej Czaszki (Schutzstaffel czyli SS) – za sprawą których opowiadana historia nabiera cech sennego koszmaru, zbyt absurdalnego i zatrważającego, by mógł być prawdziwy.
 
Wegetacja za drutami, której obraz kreśli przed nami Posmysz wzbudza grozę z racji wszechobecnego okrucieństwa i bezduszności. Autorka sygnalizuje, że stworzone przez oprawców warunki katalizują proces dehumanizacji więźniów, któremu trudno się oprzeć. Konieczność radzenia sobie z (…) nadprogramowym biciem porannym, z grabieżczymi kontrolami sienników, ze złodziejskim okrawaniem porcji (…) [3] ze strony towarzyszek niedoli znajdujących się na wyższych szczeblach obozowej hierarchii prowadzi do szybkiego zgonu lub do wyhodowania skorupy nieczułości i bezwzględności ((…) kokon niewidzenia, niesłyszenia, nieczucia (…) [4]). Ci, którzy pragną przetrwać muszą zapłacić najwyższą cenę, tj. posuwać się do czynów w normalnych warunkach uważanych za karygodne czy niedopuszczalne, a będących w istocie działaniami wymykającemu się ludzkiemu pojmowaniu i niemożliwymi do oceny w kategoriach, jakimi posługują się ludzie obdarzeni błogosławieństwem nieświadomości w kwestii słabości ludzkiej natury, objawiającej się w sytuacjach tak ekstremalnych jak wojna czy pobyt w obozie koncentracyjnym (Tutaj myślenie skończyło się, a wszystkie funkcje kory mózgowej sprowadzone zostały do roli służebnej wobec instynktu życia [5]).
 
Opowieść snuta przez Sekretarkę jest o tyle intrygująca, że istotną rolę odgrywa w niej czas. Protagonistka zdradza, że w obozowych realiach jedynym stosowanym i dozwolonym jest czas teraźniejszy. O przeszłości nikt nie chce rozmawiać czy słuchać, bowiem jest to źródło niepotrzebnych wspomnień, które przypominają o tym, jak wiele się utraciło. Jeszcze groźniejsza i bardziej podstępna wydaje się przyszłość, szczególnie ta dalsza rozumiana jako robienie planów, bowiem najdrobniejsze napomknięcie o życiu po opuszczeniu obozowych bram to podświadome zakładanie, że uda się przetrwać. A stąd już tylko krok do nadziei, która postrzegana jest jako (…) wróg jeden z najniebezpieczniejszych, działający od wewnątrz, rozhartowujący i rozkładający (…) [6], i którą z tego względu trzeba w sobie zdusić, stłamsić i zagłuszyć. Zrozumiałym jest zatem, że osadzone usiłują trwać w bańce teraźniejszości, koncentrując całą swoją uwagę i resztki energii na dożycie do kolejnego kwadransa, po którym przyjdzie kolejny i – jeśli się poszczęści – kolejny.
 
Książka to także forma apelu o to, by pochopnie nie osądzać i nie ferować wyroków. Powtarzające się kilkukrotnie w powieści stwierdzenie, że (…) prawo epoki nie pozostawiało nikogo na uboczu (…) [7], [8] to rodzaj credo. Trzymają się go ci, którym dane było nie zginąć, i którzy przekonali się jak (…) nieobliczalne jest ciało spragnione strawy, suchości i ciepła (…) [9]. Ta samowiedza na temat własnych ograniczeń, słabości, ale i granic wytrzymałości to forma piętna i przekleństwa – to brzemię, którego nie da się z siebie zrzucić. 
 
Wakacje nad Adriatykiem to lektura trudna i bolesna, ale też na swój liryczny sposób piękna. Zofia Posmysz przybliża czas nieludzkich wyborów, kiedy właściwie każda podjęta akcja pociąga za sobą mniejsze lub większe zło. Kwintesencją utworu jest wyznanie Sekretarki dotyczące ofiar i oprawców, którzy w miarę przelewania się nurtów historii mają ze sobą coraz więcej punktów wspólnych: 
 
„A wy, po której właściwie byliście stronie?”, bo ci nie rozumieją, nie zrozumieją nigdy, że szukając usprawiedliwienia dla was, szukamy go zarazem dla siebie, dla tego niewybaczalnego faktu, że żyjemy. Z upływem lat granica między nami i wami staje się coraz mniej wyraźna, jesteście w nas na równi z waszymi ofiarami, jesteście częścią nas, a my jesteśmy w jakimś stopniu waszym dziełem, ależ tak, w jakiś sposób stworzyliście nas, bez waszego w naszym życiu udziału nie bylibyśmy tym, czym jesteśmy, bylibyśmy przeciętnymi, niewyróżniającymi się niczym, w zwykły sposób porządnymi ludźmi albo może wybitnymi szlachetnymi jednostkami, w każdym razie pozbawieni bylibyśmy samowiedzy, przeklinać was za to czy błogosławić, nie wiem, wiem jedno, nigdy nie uwolnimy się od was, obojętne, wykroimy z żywego ciała ten kawałek skóry z tatuażem czy nie, przez sam fakt, żeście tam byli… [10].


[1] Zofia Posmysz, Wakacje nad Adriatykiem, Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2017, s. 10
[2] Tamże, s. 17
[3] Tamże, s. 35
[4] Tamże, s. 219
[5] Tamże, s. 53
[6] Tamże, s. 61
[7] Tamże, s. 83
[8] Tamże, s. 266
[9] Tamże, s. 207
[10] Tamże, s. 274 – 275
 

7 komentarzy:

  1. Nie czytałem, ale popieram takie książki; zrywające z czarno-białym widzeniem świata, a zwłaszcza historii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Wakacje nad Adriatykiem" to wręcz cios obuchem w głowę - trudno po lekturze tej książki dzielić ludzi na kategorycznie złych i bezwarunkowo dobrych ;)

      Usuń
  2. Ten cytat końcowy, biorąc pod uwagę kontekst, wygląda mi na jakąś makabryczną iterację syndromu sztokholmskiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, z pewnością związuje się więź między ofiarą i oprawcą, ale chyba jeszcze ważniejszy jest fakt, że w sytuacji, gdy ginie trudna do ogarnięcia umysłem rzesza ludzi, ci którzy przetrwali są podświadomie są traktowani ze sporą dozą podejrzliwości. Człowiek nie lubi przypadku, ślepego trafu, stąd dociekania, dlaczego, mimo iż śmierć zebrała tak obfite żniwo, dany osobnik przetrwał - czy posunął się do czegoś, co w normalnych okolicznościach uznawane jest za niegodziwe? Jednocześnie, ci którzy polegli są zwalniani z obowiązku "składania zeznań" - śmierć ich wybiela, a ich widma można wykorzystywać do oskarżeń rzucanych pod adresem tych, którzy wyszli cało z piekła.

      Usuń
    2. O - chyba nie do końca. Syndrom S to więź między sprawującym opresyjną władzę, a władzy tej poddanym, polegająca na sympatii opresjonowanego do swego oprawcy, wynikająca z różnych przyczyn i manifestująca się różnymi formami, aż do współpracy włącznie. W obozach było coś całkiem innego, co jest konsekwentnie pomijane w większości opracowań - nie mogłyby one istnieć bez więźniów, którzy współpracowali z niemiecką załogą obozów, wykonujących z różnych powodów, wcale nie z sympatii do Niemców, różnorakie funkcje, nawet do zabijania innych więźniów z własnej inicjatywy włącznie. W wielu dokumentach określani są oni przez "normalnych" więźniów jako gorsi od samych hitlerówców, a ich liczba i rola w stosunku do liczebności załogi etatowej obozu jest konsekwentnie ukrywana. Motywy ich działania nie mają jednak niczego wspólnego z Syndromem S; nie wynikają z oswojenia i sympatii czy solidarności.

      Usuń
  3. Pamiętam tę książkę. Przerażająca, bardzo sugestywna i wnikliwa powieść o poobozowej traumie i przyjaźni zawartej w obozie koncentracyjnym. Takie delikatne, dobre osoby jak Ptaszka nie miały szans na przeżycie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie najbardziej wstrząsający był kontrast wynikający z faktu, że przywoływanym traumom towarzyszył niezwykle piękny i sugestywny język. A sam opis przyjaźni, która zawiązała się w tak nieludzkich warunkach, jest bardzo mocny i przejmujący.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)