piątek, 28 czerwca 2019

Waldemar Bawołek "Echo słońca" - O starości, o prowincji

Echo słońca

Waldemar Bawołek

Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 192
 
 
 
 
 
 
Jedną z poważniejszych wad prowadzonej przez nas egzystencji jest nieuchronność jej końca. Od śmierci jak dotąd nikomu nie udało się wywinąć, a na horyzoncie nie widać sygnałów świadczących o tym, że ten stan rzeczy może się zmienić. Jakby tego było mało, nasz zgon może zostać poprzedzony okresem, w którym materialność naszego ciała da o sobie znać w sposób tyleż dotkliwy, co bezpardonowy. Starość, bo oczywiście o niej jest mowa, to czas, kiedy nasza biologiczna powłoka ulega powolnemu zużyciu – regeneracja komórek wyhamowuje, spada nasza odporność, a układ nerwowy zmniejsza swoją aktywność. W rezultacie stajemy się bardziej podatni na choroby, a bodźce za sprawą przytępionych zmysłów odbierane są z mniejszą intensywnością. Te dość liczne przywary powodują, że starość, szczególnie gdy ów proces nie przebiega elegancko i z godnością, często traktowana jest jako temat tabu, który gorliwie okrywa się całunem przemilczenia. Na szczęście literatura nie ucieka się do takich zabiegów, waląc gorzką prawdą między zdumione czytelnicze oczy. Dobrym przykładem takiej bezpardonowej prozy mówiącej o blaskach i cieniach jesieni życia jest Echo słońca, powieść autorstwa Waldemara Bawołka (1962 r.).
 
Książka od początkowych stron uderza intymnością i bezpośredniością. W zdaniu otwierającym następuje krótka autoprezentacja, którą można potraktować jako zaproszenie do uczestniczenia w roli widza w codzienności pierwszoosobowego narratora o pseudonimie Skrytek: Matka ma siedemdziesiąt trzy lata i jest trwale niezdolna do samodzielnej egzystencji, ja natomiast mam lat pięćdziesiąt jeden i jestem niepełnosprawny w stopniu umiarkowanym, bo jakżeby inaczej, skoro mieszkamy z matką w miejscowości o umiarkowanym klimacie [1]. W uszach pobrzmiewają jeszcze zasłyszane informacje, a my już jesteśmy ciągnięci do sadu, by zbierać papierówki na jabłecznik, który zresztą pomożemy upiec, a następnie wspólnie skonsumujemy. Po chwilach takiej bliskości nietrudno zrozumieć, że naszym czytelniczym oczom ukazane zostaną wszelkie aspekty relacji, jaka łączy matkę i syna.
 
Oboje żyją, czy może trwają, w stosunkach, które bohater określa mianem symbiozy. Nie jest to jednak idylliczny związek, w którym obie strony darząc się wzajemną czułością, niespiesznie płyną na spokojnych wodach upływającego czasu, sporadycznie oglądając się za siebie i z rozrzewnieniem wspominając przeżyte razem chwile. Jak sam wyznaje protagonista, kontakty opierają się nie tylko na wyrozumiałości, wspieraniu się czy szeroko rozumianej miłości, ale również na pretensjach, nieporozumieniach, lekceważeniu bądź niedostrzeganiu potrzeb drugiej strony (Coraz trudniej dogaduję się z matką. Dawniej rozumiałem, co do mnie mówi, w lot pojmowałem jej polecenia, tok myślenia, odgadywałem, co szepcze, syczy, piszczy i wrzeszczy. Dziś staram się nie odzywać nadmiernie, nie dociekać, nie poruszać bardziej złożonych tematyk [2]).
 
Szybko przekonujemy się, że Skrytek nie jest jedynym, który prowadzi specyficzną egzystencję sprowadzającą się do opieki nad starzejącą rodzicielką. Echo słońca to cała galeria (czy raczej: ogród) tego typu osobników, tj. podstarzałych kawalerów, którym nie udało się opuścić domu rodzinnego i założyć własnej familii (Ogród botaniczny zarośnięty byle czym, rośliny ledwie oddychają, drzewa padają ze starości, owoce gniją, my przychodzimy, odchodzimy. Słońce tutaj jest nieobecne, w tym gąszczu ludzkich nieszczęść, dylematów i żalów topionych w najtańszym winie. My, opiekunowie naszych matek, stoimy na posterunku, gdy tak pięknie wszystko się rozkłada, zeszłoroczne liście, trawa. Dużo wokół pojemniczków, puszek, pudełek, worków, butelek. To nasze odpady, są jak i my sami, którzy jesteśmy na śmietniku zużytych przedmiotów [3]). Większość z tych mężczyzn postrzega siebie w kategoriach (…) nieudaczników, przegranych, niedostosowanych do życia (…) [4] – ich byt, oprócz całodobowej troski o matkę, to wykonywanie podstawowych obowiązków domowych, usiłowanie przetrwania za skromne renty bądź zasiłki i ukradkowe spotkania z kolegami przy trunkach wszelakiej maści.
 
To właśnie w takich fragmentach, tj. gdy przychodzi do przybliżenia dnia codziennego opiekunów, proza Bawołka świeci najjaśniejszym blaskiem, promieniując swoją niepokojącą przenikliwością. Narrator jest świetnym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości i ów zmysł wykorzystywany zostaje do opisu obszarów, do których docierają jedynie echa słonecznych promieni – tą pogrążoną w szarzyźnie i mgiełce beznadziei przestrzenią jest właściwie całe miasteczko, które można uznać za reprezentację polskiej prowincji. Prowincji, na której z jednej strony można uwolnić się od wielkomiejskiego zgiełku i szaleńczego pędu naznaczonego konsumpcją (Rzeczywistość mylimy z obrazami, które ją pozorują. Istniejemy na tylu poziomach aktywności, że w efekcie jest tak, jakby w ogóle nas nie było [5]), z drugiej zaś strony będącej miejscem, gdzie łatwo przegapić szanse, jakie daje nam los. W przypadku Skrytka i jego otoczenia, wszechobecne jest poczucie marazmu i beznadziei – bohaterowie tkwią w apatycznym bezruchu, unieruchomieni przez stracone okazje i tęsknotę za tym, czego nie udało się osiągnąć. Trudno jednak dostrzegać jasne strony żywota, skoro kwintesencją wolnego czasu jest wizyta w lokalnym barze czy wspólne popijanie piwa bądź wina w pobliżu spożywczaka. Hazard czy alkohol pozwalają zalać smutki i choćby na moment zapomnieć o braku perspektyw, ale ich działanie jest krótkotrwałe i na dłuższą metę zdecydowanie nieskuteczne.
 
Przyczyn stagnacji, w jaką popada Skrytek oraz jego znajomi można doszukiwać się w lęku przed tym, by czerpać z tego, co daje świat – strach przed nowymi doświadczeniami oraz zamknięcie się w kokonie rutyny dającej namiastkę bezpieczeństwa i stałości skutkują wrażeniem, że padło się ofiarą oszustwa (Tyle się w życiu naczekałem, teraz nie ma na co, przyszłości nie widać, jest wyłącznie teraz, teraz [6]). Tym samym Bawołek dobrze uzmysławia jak łatwo jest zmarnować dany nam czas – konsekwencją odkładania planów i zamierzeń czy realizacji marzeń jest gorycz oraz głębokie doznanie niespełnienia (Doczekałem się – wokół choroba, cierpienie, umieranie. Nieuchronny brak wszelkiego ładu. Życie odraczane wciąż do jutra [7]).
 
Ucieczką od beznadziei, która zdaje się czaić niemal w każdym kącie, jest świat wyobraźni. Skrytek skrywa się we wspomnieniach doprawianych tęsknotą oraz rojeniami, a zapis wędrówek po tym dziwacznym imaginarium przywodzi na myśl prozę bliską realizmowi magicznemu, w której zimna i bezlitosna racjonalność musi ustąpić miejsca logice snu. Owo starcie oniryzmu i pospolitości nadaje książce dychotomiczny charakter.
 
Wypadkową tych wszystkich zabiegów jest powieść skrząca się różnymi odcieniami szarzyzny. Waldemar Bawołek oddaje głos tym, którzy na co dzień wegetują na marginesie społecznej świadomości – powodem wykluczenia jest zarówno starość, boleśnie przypominająca o nieuchronności śmierci, jak i życiowa niezaradność, która mierzi bądź wzbudza pogardę. Godny podkreślenia jest również fakt, że Bawołek bez zbędnego lukru prezentuje międzypokoleniowe relacje, akcentując zarówno zgrzyty, tarcia jak i momenty wspólnej radości występujące pomiędzy rodzicami a ich starzejącymi się dziećmi. Ciekawym credo, pozwalającym uświadomić sobie jak różne formy może przyjmować miłość, jest stwierdzenie: (…) musimy postępować tak, żeby jak najmniej się krzywdzić [8].


[1] Waldemar Bawołek, Echo słońca, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 5
[2] Tamże, s. 7
[3] Tamże, s. 15
[4] Tamże, s. 25
[5] Tamże, s. 36
[6] Tamże, s. 64
[7] Tamże, s. 90
[8] Tamże, s. 132
 
 

6 komentarzy:

  1. Tematyka ważna, bo pokazuje Polskę rzadko pokazywaną w literaturze czy filmach. Niestety mnie coś w stylu Bawołka b. przeszkadzało, próbowałam 3x i nie wyszłam poza 40 stron.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie styl był odrobinę grudowaty, tzn. nie mogłem złapać odpowiedniego rytmu i powieść czytało mi się nieco opornie. Ale sam portret prowincji oraz mężczyzn-opiekunów zainteresował mnie na tyle, że udało mi się przywyknąć do tej specyficznej prozy.

      Usuń
  2. A skąd ten Skrytek ma pieniądze na alkohol i hazard, skoro nie pracuje? Od matki? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Renta, ale pewnie z emerytury też coś skapuje ;)

      Usuń
  3. Czy ta nieuchronność to taka wada? ;) Na pewno jest to cecha, które decyduje o kształcie naszej egzystencji, ale tak patrząc bardzo szeroko, to nie wiem, czy to taka wada.

    Bawołka nie znam jeszcze, ale już kilka pozytywnych recenzji czytałem. Może kiedyś uda mi się spróbować z nim sił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie racja. Nieśmiertelność na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo atrakcyjna i pożądana, ale jak się człowiek dłużej nad tym zastanowi, to istnieje spore ryzyko, że gdybyśmy już ją osiągnęli, to nasze życie mogłoby się stać bardzo nudne.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)