piątek, 23 listopada 2018

Alberto Moravia "1934" - Miłość w cieniu totalitaryzmu

1934

Alberto Moravia

Tytuł oryginału:  1934
Tłumaczenie: Zofia Ernstowa
Wydawnictwo: Przedświt
Liczba stron: 219
 
 
 
 
Możność wyboru wegetacji na społecznym marginesie i związana z tym pogarda wobec konwenansów, reguł oraz utartych form to swego rodzaju luksus czy też kaprys, będący jednocześnie świetnym papierkiem lakmusowym, który pomaga ocenić czy w danej grupie, wspólnocie bądź populacji wolność jest autentyczną wartością czy tylko sloganem-wydmuszką, głoszonym w celu zachowania pozorów socjologicznego pluralizmu. Bowiem w systemach opresyjnych, totalitarnych, w których istotnym narzędziem sprawowania władzy jest terror, zachowania nie przystające do sztywnych standardów uchodzących za poprawne i słuszne, na ogół tępione są w sposób bezwzględny i bezlitosny, czego boleśnie doświadczają śmiałkowie, mający czelność bytować po swojemu, nie przejmując się otoczeniem. Ten właśnie fakt stara się przypomnieć nam Alberto Moravia, włoski pisarz żyjący w latach 1907 – 1990, autor powieści 1934.

Główny bohater utworu to Lucio, 27-latek, który zrobił (…) dyplom na uniwersytecie w Monachium pisząc pracę na temat Kleista [1]. Młody człowiek lubuje się w metafizycznych rozważaniach – w chwili rozpoczęcia dzieła (w tytułowym roku 1934) jego uwagę zaprząta własny stan ducha oraz pytanie o to czy możliwym jest (…) żyć w rozpaczy i nie pragnąć śmierci? [2]. Refleksje te to efekt długotrwałych studiów, bowiem Lucio – pisarz i tłumacz – od lat jest (…) opętany ideą „ustabilizowania” rozpaczy [3]. Mężczyzna pogrążony jest w udręce wynikającej z przekonania o braku perspektyw na przyszłość – dalszy byt jawi się jako próżny i jałowy, ale brak odwagi i zdecydowania sprawia, że wyjście ostateczne – samobójstwo – jest opcją rozpatrywaną jedynie teoretycznie. Rozwiązaniem egzystencjalnego impasu jest erzac, namiastka, substytut – Lucio postanawia przelać (…) na papier to, co w życiu pozostawało w sferze intencji [4], tj. napisać książkę, której bohaterem jest mężczyzna ponoszący śmierć z własnej ręki. Sedno tego pomysłu oparte jest na następującej koncepcji: (…) moja postać musiała się zabić, abym ja sam nie musiał tego uczynić; i musiała zabić się z rozpaczy spowodowanej motywem politycznym, abym ja mógł kontynuować życie w rozpaczy pozbawionej motywów [5]. W poszukiwaniu natchnienia do sfinalizowania tego niełatwego projektu, Lucio wybiera się na Capri, włoską wyspę położoną na Morzu Tyrreńskim w Zatoce Neapolitańskiej.

Jeszcze w trakcie podróży morskiej protagonista – dość nietypowo, bo za sprawą wzrokowej konwersacji – nawiązuje znajomość z Beate Müller, młodą Niemką, która przybywa na Capri wraz ze swoim znacznie starszym i mało atrakcyjnym małżonkiem (Ubrany, lub raczej wtłoczony w rodzaj munduru kolonialnego z płótna koloru khaki, zbyt ciasny i cały pomięty, ten gruby, krzepki człowiek miał głowę małą i łysą, o policzkach nabrzmiałych i jakby spłaszczonych, pomiędzy którymi osadzono nos i usta [6]). Lucio, przeświadczony o tym, że został ugodzony strzałą Amora i że z miejsca udało mu się nawiązać duchową więź z panią Müller, usilnie dąży do pogłębienia zadzierzgniętej relacji. Całe przedsięwzięcie, które na pierwszy rzut oka można traktować w kategoriach banalnego letniego romansu i związanych z tym perypetii żądnego przygód, cynicznego kochanka odnajdującego spokój i prawdziwą miłość w osobie niewinnej pięknej niewiasty, a wszystko pośród burz i wichrów nieprzychylnego zakochanym świata, okazuje się wstępem do znacznie bardziej złożonego i interesującego konstruktu. Jego składowymi są autodestrukcja, której patronem jest wspomniany już Kleist, faszyzm przemieszany z nazizmem, a nawet bolszewizmem oraz filozoficzne dygresje o metafizycznym zacięciu.

Książka utrzymana jest w specyficznym stylu, który jest wynikiem zastosowanej pierwszoosobowej narracji oraz osobowości przytaczającego całą historię, bowiem Lucio do złudzenia przypomina znamiennego dla gombrowiczowskiej prozy niewolnika formy. Włoch, podobnie jak choćby Witold z Kosmosu, łatwo wplątuje się w sytuacje, w których traci kontrolę nad ich przebiegiem i w rezultacie zdany jest na łaskę innych; nierzadko zdarza się mu zostać ubezwłasnowolnionym przez słowne pułapki czy ruchome piaski retoryki. Ponadto tak jak i przywołany już Witold, Lucio wnikliwie obserwuje otaczający go świat, mając szczególne baczenie na rzeczy dziwne, niezwykłe, niecodzienne, słowem te, które wymykają się powszechnemu pojmowaniu. Ale co istotniejsze, owe osobliwości, wybryki czy też przypadki tłumaczone są według własnej, niepowtarzalnej wykładni, która nie raz i nie dwa sprawia wrażenie mocno wątpliwej czy wręcz naciąganej. Sprawa jest jednak o tyle ciekawa, że Lucia nie sposób oskarżyć o kłamstwo z premedytacją czy też nurzanie się w odmętach fantasmagorii, bowiem zachodzące zdarzenia otoczone są gęstą mgłą niedopowiedzenia, co stwarza spore pole do snucia domysłów oraz subiektywnych, nawet najbardziej niezwykłych interpretacji. Przypisywanie ukrytych znaczeń każdemu zachowaniu, doszukiwanie się drugiego dna oraz zawoalowanych treści we wszystkich gestach mogą kojarzyć się z objawami paranoi, ale czytelnik uzmysławia sobie, że to właśnie ze (…) spojrzeń, książek, cytatów z wierszy i fragmentów listów [7] utkane zostają kontakty pomiędzy Luciem a Beate.

Kwestia ustabilizowania rozpaczy skutkuje tym, że 1934 to powieść, która pod kątem tematyki plasuje się na tej samej płaszczyźnie co Nuda, Konformista czy Pogarda. We wszystkich tych dziełach Alberto Moravia kreuje portrety psychologiczne postaci, które dotknięte zostają poczuciem wewnętrznej pustki. Kryzys duchowy przejawia się metafizycznym znużeniem – byt sam w sobie jawi się jako czynność niezwykle męcząca z racji tego, że nie sposób wtłoczyć go w ramy sensu i racjonalności. W 1934 tego typu sylwetki zestawione zostają drapieżną, agresywną, ale i bardzo wyrazistą ideologią. Nazizm, reprezentowany przez grupę niemieckich turystów jawi się jako doktryna, która niezwykle spłyca rzeczywistość, zabarwiając ją wyłącznie bielą i czernią, a ponadto nie akceptuje żadnych form indywidualizmu, co jest jednoznaczne z tym, że niezależność jednostki musi ulec presji masy i poddać się jej woli. Tyle, że aby taki światopogląd stał się powszechny, potrzebne są specyficzne warunki – aby ukazać, co może dopomóc w ich zaistnieniu, wykorzystana została postać Lucia. Skonfrontowanie tego włoskiego intelektualisty z grupą zwolenników Führera w symboliczny sposób sygnalizuje, że także europejskie elity – poprzez swoją bierność, obojętność, naiwność i lekceważenie – w niemałym stopniu przyczyniły się do zdobycia władzy przez wszelakiej maści przedstawicieli skrajnych ideologii.

Utwór włoskiego artysty cechuje się pięknym, plastycznym językiem, za pomocą którego bardzo umiejętnie odmalowano urokliwość i czar Capri (Podszedłem do okna i wyjrzałem na ogród, spowity już mrokiem zmierzchania. Doznałem uczucia ulgi widząc czarną, postrzępioną masę drzew, odcinającą się na tle zielonego nieba wieczoru, na którym lśniła już, podobna do diamentu na bladym kobiecym czole, jedyna gwiazda żywa i okazała [8]; Dalej ruszyliśmy wąską aleją, w igrającym cieniu platanów, wzdłuż rzędu kwitnących oleandrów o ostrym i duszącym zapachu. Gałęzie platanów łączyły się nad naszymi głowami, liście filtrowały i załamywały przebijające się od czasu do czasu promienie słońca, które choć było palącym słońcem czerwcowym, miało w sobie coś sennego i dalekiego, niemal jakby odblask słońca jakiegoś czerwca sprzed wielu lat [9]). Słowne pejzaże idealnie komponują się z posępnymi przemyśleniami, jakie prowadzi Lucio. Ciekawym zabiegiem jest też usilnie powtarzany motyw dualizmu mający na celu oddanie postępującego rozdwojenia jaźni u  człowieka, który dał się zwieść urokom skrajnej ideologii – schizofreniczne rozszczepienie następuje w momencie, kiedy do świadomości docierać zaczyna jak ogromny rozdźwięk panuje pomiędzy głoszonymi hasłami (nafaszerowanymi patetycznym tonem i patriotyczną nutą), a metodami ich realizacji (które wiążą się z hektolitrami krwi i morzem cierpienia).

Reasumując, 1934 to bardzo dojrzała lektura, w której poruszono szereg ciekawych zagadnień. Alberto Moravia pochyla się nad problematyką sensu człowieczego istnienia, jednocześnie – jakby dla kontrastu wobec patosu i powagi tego tematu – prezentując człowieczy byt zarówno jako sumę przypadku i figli, płatanych przez los, jak i wielką scenę, na której każdy z aktorów z mniejszym bądź większym entuzjazmem odgrywa przypisaną mu rolę. Drwiący śmiech, chwila zadumy, zgorzknienie i coś na wzór podziwu wobec nieujarzmialności człowieczej głupoty, to emocje, które sączą się z kart tej intrygującej powieści.


[1] Alberto Moravia, 1934, przeł. Anna Mętrak, Wydawnictwo Przedświt, Warszawa 1991, s. 9
[2] Tamże, s. 5
[3] Tamże, s. 18
[4] Tamże, s. 19
[5] Tamże, s. 20
[6] Tamże, s. 6
[7] Tamże, s. 118
[8] Tamże, s. 20
[9] Tamże, s. 80

7 komentarzy:

  1. Nie znałem tej pozycji, wygląda na ciekawą.
    Nie zauważyłbym jej na półce ponieważ jestem wzrokowcem a okładka to nie mój styl. Chociaż lubię wyszukiwać takie rarytasy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ja już przywykłem do tego, że książki z lat 90-tych bardzo często mają krzykliwe i kolorowe okładki, które w niewielkim stopniu oddają treść utworu ;)

      Usuń
  2. O! Wydawnictwo "Przedświt"! Już zapomniane.
    Jak zwykle robisz doskonałą analizę książki :-).
    Pamiętam, jak zaczytywałam się w Moravii ("Rzymianka", "Matka i córka"). Ciekawa jestem, jak teraz odebrałabym jego prozę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja Moravię czytam dopiero od kilku lat i przyznaję, że podoba mi się proza tego autora. Lubię sylwetki bohaterów, chociaż momentami są oni nieco drażniący z tym swoim Weltschmerzem i metafizycznym znużeniem.

      A jeśli planujesz powrót do Moravii, to polecam serię "Nowy Kanon" wydawnictwa W.A.B., w ramach której ukazały się: "Pogarda", "Konformista" oraz "Nuda". Pięknie wydane książki opatrzone ciekawym komentarzem. Tak swoją drogą to ogromna szkoda, że seria nie jest kontynuowana.

      Usuń
  3. Tak w temacie wstępu... W "naszym" systemie są one ignorowane lub wyśmiewane, co chyba też najlepiej o nim nie świadczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale zawsze to maleńki krok w przód w stosunku choćby do III Rzeszy, gdzie wszelkie odstępstwa od normy traktowano jako dewiacje i nierzadko karano, choćby zsyłką do obozu koncentracyjnego.

      Usuń
    2. Nie przesadzajmy. W III Rzeszy panowała zasada "Co wolno wojewodzie..." Wśród wysoko postawionych sporo było tych "odstępstw od normy". Jak wszędzie zresztą ;)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)