poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Meandry moralności, czyli o rzezi Woli i nalotach dywanowych


Ciężki moździerz oblężniczy („Ziu”) ostrzeliwuje Stare Miasto z Parku Sowińskiego na Woli


Mimo, że staram się nie oglądać propagandy, czasami to i owo do mnie dociera, nawet gdy jestem przy komputerze, plecami do telewizora, który włączy ktoś z domowników.

Znów nadszedł czas obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego. W tym roku zauważyłem pewną zmianę. Mało już było politykom kolejnego rozgrzebywania tematu samego powstania, to jeszcze, w tym roku po raz pierwszy, pojawił się tak mocno zaakcentowany wątek pogromu Woli. Powiem szczerze, że bardzo mnie to zniesmaczyło.


Nowoczesna psychologia jest przeciwna niekończącemu się, ciągłemu wałkowaniu wspomnień z wydarzeń, które pozostawiły po sobie traumę. Nie jest to dobra droga do wyjścia z Zespołu Stresu Pourazowego. Polscy politycy tymczasem, w miarę jak upływają dziesięciolecia, coraz więcej uwagi poświęcają nie momentom naszej chwały (o momentach pokojowej chwały nawet nie wspominam), a momentom największym klęsk, tak jakby chcieli naród zdołować i oderwać od bieżących problemów przez podsycanie nienawiści do sąsiadów.

W kraju, gdzie czytelnictwo, a więc i wiedza historyczna, leżą, najczęściej poruszanymi w TV momentami naszej z sąsiadami egzystencji są te, w których Niemcy i Rosjanie nas mordowali. I ta cała wojna o „polskie obozy koncentracyjne”... Jak ma to budować naszą przyjaźń z Niemcami, że o Rosjanach nie wspomnę?

Jakby tego było mało, coraz bardziej wspominki o rzezi na Woli i stłumieniu powstania warszawskiego pachną dłubaniem przy moralności. Powstanie warszawskie – już sama nazwa wskazuje, że ludność chwyciła za broń. Czy więc można nadal mówić o jakichkolwiek cywilach w Warszawie? A Wola to chyba dzielnica Warszawy? Do dziś, pomimo inteligentnej broni, satelitów i innych kosmicznych technologii, państwa walczące z terroryzmem nie potrafią odróżnić terrorysty od cywila. Przypadki mordowania i torturowania cywilów w imię walki z terroryzmem, nawet własnych obywateli na własnym terytorium, są w sferze wpływów USA tak nagminne, że już nawet zobojętniałej większości nie oburzają. Skoro my dziś nie potrafimy terrorysty, który choćby przed chwilą odrzucił broń, odróżnić od niewinnego cywila, to ciekawe jak mieli to zrobić Niemcy w czasie Powstania Warszawskiego? Czym się różnił powstaniec, skoro ściągnął opaskę lub kombinowany mundur i odrzucił broń, od biernego Warszawiaka?

A rzeź Woli? Jak wspomniałem, wybuch powstania warszawskiego formalnie oznaczał, że całe miasto stanęło do walki. Nie jacyś żołnierze, tylko miasto. Nawet w polskich oficjalnych opracowaniach używa się sformułowań typu ludność stanęła do walki, itp. Niemcy więc jakiś tam powód mieli, by uznać całą ludność za wroga. Tymczasem nasi lotnicy ochoczo brali udział w nalotach na miasta niemieckie, takich jak operacja Gomora czy atak na Drezno, które zakończyły się burzami ogniowymi. Mordowano przy użyciu bomb zapalających cywilnych mieszkańców miast, które nie ogłosiły żadnego powstania, w których nie było żadnych trudnych do odróżnienia od cywilów powstańców/bandytów/terrorystów. I nigdy żaden z polskich polityków nie wyraził skruchy za te sukcesy polskiego oręża, choć ocenia się, że użycie bomby atomowej nie przyniosłoby w Dreźnie ani Hamburgu większych strat, niż spowodowały bomby zapalające. Podobnie, choć ubolewa się nad Nagasaki i Hiroszimą, nikt nigdy nie zarzucił siłom USA zbrodni w kontekście nalotu na Tokio w marcu 1945, gdzie w wyniku burzy ogniowej zginęło 120 tysięcy cywilów.

Czy spalenie miasta przy użyciu lotnictwa jest moralniejsze, niż spalenie go przy użyciu miotaczy ognia? Słuchając naszych polityków mam wrażenie, że tak. Ale tego nie kupuję!

Co innego jest pamięć o ofiarach, zwłaszcza o ofiarach obu stron, która może położyć podwaliny pod pokojową egzystencję, a co innego manipulacje przy moralności i filozofia Kalego. A może to skrzywione spojrzenie bierze się z samego początku drugiej wojny światowej? Z wyśnionej tezy, że Polska w 1939 była miłującym pokój narodem? Może usilnie chcemy zapomnieć o zajęciu przez Polskę kawałka Czechosłowacji we wrześniu 1938 i o tym, że wtedy wszyscy w Europie uważali, że dogadaliśmy się w tej sprawie z Hitlerem? A może już nie pamiętamy, że w 1939 polska Liga Morska i Kolonialna miała milion członków, własną jednostkę militarną i celem jej było uzyskanie dla Polski kolonii lub innych terytoriów zamorskich. Chyba nie za zgodą miejscowej ludności i z poszanowaniem jej praw?

Pod pamięcią o ofiarach podpisuję się obiema rękami, podobnie jak pod szerzeniem wiedzy historycznej, ale mierzi mnie propaganda i ksenofobia. W niemieckich miasteczkach widuję pomniki ku czci wszystkich, nie tylko niemieckich, ofiar wojny, u nas ciężko znaleźć taki, który nie czciłby tylko naszych. Pieklimy się o nasz cmentarz we Lwowie, a sami niszczymy wszystkie nie nasze cmentarze na polskiej ziemi. Żydowskie, niemieckie, radzieckie... Mamy ołtarze polowe zbudowane w całkiem znanych miejscowościach z połamanych kamieni nagrobnych autochtonów, mamy cmentarze zaorane i zmienione na place zabaw czy parki. Póki nie zrozumiemy, że wojna to piekło i cmentarze po obu stronach, nie tylko po przegranej, a pamięć należy się wszystkim ofiarom po równi, nie będziemy ani szczęśliwym, ani normalnym narodem


Wasz Andrew

8 komentarzy:

  1. Zgadzam się w całej rozciągłości. Podwójne standardy moralne są w powszechnym użyciu, jeśli chodzi o narrację historyczną. Stawiając się ciągle w roli ofiar, narodu uciemiężonego i obleganego przez wrogów ze wszystkich stron, wybielamy się, jakbyśmy byli niezdolni do zła. Ostatnio zrobił na mnie wrażenie esej J.J. Lipskiego, napisany w 1981 roku, o dwóch ojczyznach i dwóch patriotyzmach. Jest tak aktualny, jakby pisany był współcześnie. Polecam, jest dostępny za darmo do pobrania.

    Druga kwestia - u nas muzea wojskowości służą gloryfikacji wojny i walki zbrojnej, w Niemczech mają pacyfistyczny wydźwięk. Jest to celowy zabieg, wynik wieloletniej polityki edukacyjnej. Najwyraźniej Niemcy nie chcą powtórzyć IIWŚ i wiedzą, że od wiedzy zaczyna się mądrość.

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż chciałoby się napisać - amen. Niestety w mniemaniu wielu, wielu polaków, patriotyzm polega na ciągłym rozdrapywaniu ran. Ciągła zabawa w męczeństwo pasuje naszym politykom, bo umożliwia im stawianie się nad wszystkimi, chociażby nad tymi wstrętnymi Niemcami, którzy przecież są nam winni zadośćuczynienie za swoje zbrodnie. Najlepiej wypłacane co roku, przy jednoczesnym festiwalu kolektywnego czołobicia.

    Mieliśmy wylew tych, którzy pamiętają - na Facebooku, koszulkach, naklejkach na samochody. Pamięć nie wystarczy, bo pamięcią można bardzo łatwo manipulować. Trzeba jeszcze wiedzieć i, co istotne, myśleć samodzielnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Trafione w punkt! Wiedza historyczna leży i kwiczy, nie można skrytykować tych co pisali wierszydła gloryfikujące Stalina bo zaraz jakiś głos się podniesie (tu piję do Ambrose który napisał bzdurę i nie chce mnie przeprosić) iż każdy robi błędy i błądzi więc czego chcecie. A jednak byli ludzie którzy błędów nie robili, nie chwalili Stalina i zginęli tragicznie w więzieniach, zamordowani za swoją niezłomną postawę. To jest karygodne zrównywanie postaw ludzkich, bo żeby wszyscy Polacy zachowywali się bez honoru nie istniałby nasz kraj.

    Na nowoczesnej psychologii chyba nie zbyt dobrze się znasz, bo mój chłopak studiujący psychologię mówi iż każdy ma wiele traum, trzeba je tylko w sobie odnaleźć, jak się nie pamięta traum pomoże hipnoza. Wtedy się przypomną.

    A największym błędem Polaków jest odwracanie się od tradycji i Kościoła. Jesteśmy katolikami i nie zapominajmy o tym. A będzie dobrze. Ja jestem zdania iż jak ktoś jest niewierzący to i tak powinien udawać katolika, byśmy jako naród byli jednością a nie skłóconym bydłem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Udawanie katolika wbrew swoim przekonaniom jest oszustwem i to dość ciężkiego kalibru. Czy nie łatwiej pozostać wiernym sobie, a z innymi ludźmi współpracować bo inaczej nie da się niczego zbudować?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale zdecydowana większość katolików, przynajmniej tych, których znam, to sądząc z czynów, katolicy udawani. A jak słyszę o potrzebie jedności, to zawsze mi się przypomina ein Volk, ein Reich, ein Führer.

      Usuń
    2. Ciekawa dyskusja. Z moich obserwacji wynika, że katolicy często nie chcą uznać, że ktoś stał się niewierzący, i potrafią powiedzieć: "ochrzczono cię, więc będziesz katolikiem do końca życia", "ty jesteś katolikiem, choć o tym nie wiesz" itd. Bardzo trudno jest wypisać się z KK, wielu księży robi problemy.

      Usuń
    3. Masz rację - stanowisko Wieży idealnie reprezentuje filozofię KK i polityków chrześcijańskich - lepszy nieuczciwy katolik, niż uczciwy niekatolik. Lepsza kanalia udająca swego, niż święty pokazujący, że jest obcy. Z drugiej strony - kto chce mieć na skróty do żłobu, musi udawać, że całkowicie należy do stada. Inne stada mają z reguły te same zasady i KK nie jest tu wyjątkiem. Z tego powodu tych, którzy chcieliby się wypisać z KK dlatego, że nie czują się katolikami, jest bardzo niewielu. Nawet tych, którym się nie chce wypisywać z KK, ale mają odwagę publicznie odkryć swój prawdziwy światopogląd, jest niewielu.

      Usuń
  5. Bardzo trafny i dobitny ostatni akapit. W rękach polityków historia staje się narzędziem do spełniania własnych celów. A jakich mamy polityków, dobrze widać.

    OdpowiedzUsuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)