poniedziałek, 29 września 2014

Valar morghulis




George R. R. Martin



Taniec ze smokami, część 2


tytuł oryginału: A dance with dragons
Cykl: Pieśń Lodu i Ognia* (tom 5.2)
(ang. A Song of Ice and Fire*)
tłumaczenie: Michał Jakuszewski
wydawnictwo: Zysk i S-ka 2012
liczba stron: 760


„Valar morghulis” to wyrażenie, które dorobiło się już swego miejsca w Wikipedii. Pochodzi z cyklu powieściowego Pieśń Lodu i Ognia pióra amerykańskiego pisarza Georga R. R. Martina. Znaczy ono „każdy musi umrzeć” i jak się okazuje po zakończeniu lektury drugiej części piątej odsłony cyklu, czyli Tańca ze Smokami, świetnie oddaje ono manierę, dotąd w literaturze niespotykaną, a którą Martin śmiało i bez ograniczenia wprowadził do swej prozy. Jak w życiu; każdy musi umrzeć. Główny bohater i postać drugoplanowa, dobry i zły, silny i słaby. Im mocniej się przywiążesz do którejś z person dramatu, w miarę lektury tym bardziej będziesz drżeć z obawy, iż autor zaraz ją uśmierci. Ów zabieg, konsekwentnie stosowany przez tego amerykańskiego mistrza fantastyki, pokazuje, że jak dla historii życie nawet najbardziej znamienitych ludzi jest tylko epizodem, tak i w literaturze można zerwać z tradycją nieśmiertelnego (przynajmniej do końca opowieści) herosa i poprowadzić fabułę dalej, wykraczając poza takie momenty jak śmierć. Owszem, są liczne sagi i inne historie dłuższe niż życie jednej osoby, ale zawsze dotąd śmierć kluczowej postaci stanowiła pewną granicę dzielącą wyraźnie fabułę na przed i po. U Martina każdy może umrzeć w pół marzenia, w pół słowa, w pół planu. Prawdziwa brutalna rzeczywistość, w którą niestety nawet w realnym świecie większość z nas nie chce wierzyć, pozostając w przeświadczeniu, że zawsze zdąży się przed śmiercią sporządzić testament, powiedzieć kocham, wywrzeć zemstę. Oczywiście nie każdemu musi się taka realistyczna maniera podobać, ale dla mnie jest ogromnym plusem.

Skończyła się druga część piątej powieści cyklu, a czytelnik nie ma nadal najmniejszego pojęcia czy, i kto, zdoła ponownie pod jednym berłem zjednoczyć Siedem Królestw wyniszczanych przez bratobójczą wojnę sukcesyjną i ponownie zaprowadzić ład w fikcyjnym świecie Westeros. To również bardzo interesujące i zbieżne z realiami naszego świata, gdzie nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Zarazem to kolejna płaszczyzna, na której Martin zrywa z tradycją fantasy, w której główny bohater, z reguły stojący po stronie dobra, skazany jest na sukces.

W Tańcu ze smokami, podobnie jak w poprzednich częściach serii, co też jest w opozycji do kanonu fantasy, nie tylko trudno powiedzieć, kto jest dobry, a kto zły i trudno o czarno-białe moralnie sytuacje. To jakby spostrzeżenia i przemyślenia psychologa społecznego ubrane we wciągającą formę porywającej powieści. W życiu i w powieści niczego nie ma za darmo; nawet królowie i władcy niewolników tak czy siak za wszystko muszą zapłacić. Dobrzy ludzie niekoniecznie okazują się dobrymi władcami, a źli często zostają dobrymi. Uważani za tchórzy zdobywają się na odwagę, a z wyglądu herosi nagle potrafią pokazać zajęcze serce. Przy tym wszystkie postacie wykreowane są śmiało, oryginalnie, w dodatku dynamicznie się zmieniają w miarę upływu czasu i dziejących się wydarzeń oraz idących za tym doświadczeń. Wątki intrygi krzyżujące się, połykające jedne drugie, zmieniające swe znaczenie i pozycję w stosunku do pozostałych. Jak w rzeczywistej historii. Jedyne co się nie zmienia, to ciągła walka o tron, który wciąż oczekuje na swego króla. I to jedyne, co mogę powiedzieć konkretnego o fabule, by nie zdradzić zbyt wiele tym, którzy podobnie jak ja, lubią nic nie wiedzieć o powieściowej przyszłości, gdy przystępują do lektury.

Uspokoję też wszystkich, iż choć każda powieść serii, a nawet każdy tom, prezentują inny rozkład dominujących akcentów, choć w jednych królują epickie bitwy, w innych skryte zabójstwa, a w jeszcze innych polityczne knowania, to Martin jakimś cudem wciąż sprawia, że każda kolejna książka tchnie oryginalnością, świeżością i zaskakuje czytelnika tylko w pozytywnym sensie.

Przypomnę jeszcze tym, którzy pierwszy raz słyszą o Pieśni Lodu i Ognia* (czy to możliwe, by byli jeszcze tacy?), że cykl bezwzględnie należy czytać po kolei* i recenzje zresztą też


Wasz Andrew


* saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)


sobota, 27 września 2014

Hominis Caritas Est

Szaleniec?

Shūsaku Endō

Tytuł oryginału: Obaka-san
Tłumaczenie: Izabela Denysenko
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Pax
Liczba stron: 179










Zgodnie ze słownikiem języka polskiego szaleniec to osoba chora umysłowa, bądź nie panująca nad swoimi uczuciami, nielicząca się z niebezpieczeństwem, postępująca w sposób nieprzemyślany, raptowny. Określenie to zarezerwowane jest dla osobników, których działanie jest dla nas niezrozumiałe, które zdaje się nie przynosić żadnych pozytywnych konsekwencji, które w związku z tym jest daremne i próżne, a więc szalone. Wyrażenie cechuje się pejoratywnym wydźwiękiem, ale również stronniczym charakterem – o miano szaleńca nietrudno, szczególnie, jeśli idzie się przez życie własną ścieżką, nie zdradzając przy tym motywów, którymi się kierujemy. Wydaje się, że wiedział o tym doskonale Shūsaku Endō, kolejny literat z Kraju Kwitnącej Wiśni, którego miałem okazję poznać.

Shūsaku Endō przyszedł na świat w 1923 roku w Tokio. Już 3 lata później cała rodzina opuściła ojczyznę i przeniosła się do Mandżurii, gdzie ojciec autora został wysłany służbowo. Kiedy w 1933 roku, rodzice artysty rozwiedli się, matka wróciła do Japonii razem ze swoimi pociechami. Wkrótce po rozstaniu się z mężem, kobieta zainteresowała się katolicyzmem i zmieniła wyznanie, które przyjęły także jej dzieci. Endō został ochrzczony w wieku 11 lat. W 1943 roku przyszły pisarz podjął studia na Uniwersytecie Keio, które jednak przerwał z uwagi na trwającą II wojnę światową – Endō został wysłany do pracy w fabryce amunicji. Kontynuując przerwaną naukę na wydziale romanistyki, w latach 1950 – 1953 Endō przebywał we Francji w ramach stypendium naukowego. To właśnie za granicą artysta podjął pierwsze literackie próby. Także na obczyźnie Endō zachorował na gruźlicę płuc – pisarz wiele czasu spędzał w szpitalach oraz ośrodkach zdrowia, co jednak nie ograniczało jego literackiej twórczości (żył relatywnie długo, zmarł w 1996 roku, w wieku 73 lat). Jednym z całkiem licznych płodów autora, z którym polski czytelnik może zapoznać się w rodzimym języku jest interesująca powieść Szaleniec?, napisana w 1959 roku.

Akcja utworu została osadzona w XX-wiecznej Japonii. Tytułowy szaleniec to Francuz Gaston Bonaparte, wedle własnych słów potomek samego Napoleona Bonapartego. Przez kilka lat, w ramach szlifowania języka angielskiego, wymieniał on listy z japońskim przyjacielem korespondencyjnym. Wybór Japończyka na partnera do praktykowania języka Szekspira wydaje się nieprzypadkowy – Gaston od dawna marzył o poznaniu Kraju Kwitnącej Wiśni. Miłość do tego tajemniczego i odległego kraju rozpalił również wuj, który miał okazję gościć w Japonii. Francuz okrętuje się zatem na Vietnamie, statku płynącym do Jokohamy. O całym przedsięwzięciu postanawia powiadomić Takamoriego, wspomnianego pen-frienda. Młody człowiek z dalekiej Europy nawet nie zdaje sobie sprawy, jakie zamieszanie w domu Takamoriego wywoła zapowiedź jego przybycia.

Główną przyczyną chaosu oraz nerwowego wyczekiwania na niespodziewanego gościa jest młodsza siostra Takamoriego, Tomoe. Autor ciekawie zarysowuje relację pomiędzy rodzeństwem. Oboje nie pałają do siebie zbyt wielkim uczuciem – starszy brat uważa swoją krewną za bezwzględną strażniczkę moralności, osobistego nadzorcę, surową cenzorkę oraz niewyżytą dręczycielkę, znającą wszystkie grzeszki oraz słabości Takamoriego, z którymi stara się zaciekle walczyć, pragnąc je do reszty wyplenić. Tymczasem Takamori to typ lekkoducha, który nie przywiązuje zbytniej wagi do swoich ułomności charakteru, budząc w ten sposób gniew i złość Tomoe. Młodsza siostra ma o wiele bardziej praktyczne podejście do życia – posiada silną osobowość, jest niezależna, zarabia o wiele więcej niż brat, realnie patrzy na świat, chociaż jest nim raczej rozczarowana, a przynajmniej jego męską częścią. Tomoe skrycie liczy, że tajemniczy Francuz, który wkrótce przybędzie do ich domu okaże się poszukiwanym oraz pożądanym typem mężczyzny, z którym, przynajmniej jak dotąd, nigdy się nie spotkała – w wyobraźni młodej dziewczyny Gaston jawi się jako silny, męski, wytworny, przystojny oraz czarujący amant, mogący pochwalić się zarówno bogatą osobowością jak i rozległymi zainteresowaniami, który w mgnieniu oka zdobywa kobiece serca. Osobnik, który ukazuje się oczom rodzeństwa, zdaje się stanowić idealne zaprzeczenie ich oczekiwań – rozczarowanie, żal oraz rozpacz to początkowo jedyne odczucia, do jakich jest zdolna Tomoe.

Niezależnie jednak od aparycji oraz lotności umysłu, należy przyznać, że Gaston Bonaparte to zdecydowanie najciekawsza i najbarwniejsza postać powieści. O jego atrakcyjności decyduje przede wszystkim aura tajemnicy, która otacza Francuza. Nikomu, nawet japońskiemu rodzeństwu, które przyjęło go pod swój dach, nie zamierza zdradzić powodu swojego przybycia do Japonii – młodzi ludzie podejrzewają, że nie jest on ani turystą, ani biznesmenem, ani tym bardziej handlarzem bądź przemytnikiem. Brakuje im jednak koncepcji, czego potomek Napoleona miałby szukać w Kraju Kwitnącej Wiśni. Kontakt z cudzoziemcem utrudnia fakt, że Gaston włada językiem japońskim jedynie w bardzo niewielkim stopniu. Jego pismo upstrzone jest gafami, które przerażają nawet nie przywiązującego większej wagi do nauki Takamoriego, a sklecane zdania nie mogą w pełni oddać tego, co myśli francuski przybysz. W rezultacie bardzo łatwo jest odnieść wrażenie, że Gaston odznacza się nie w pełni rozwiniętą umysłowością, że na jego psychice widnieje skaza, która nie pozwala rozpatrywać go jako pełnoprawnego, inteligentnego człowieka. Wrażenie tępoty, o którą często posądzany jest Gaston wzmacnia jego fizjonomia – długa, pociągła twarz przyrównywana regularnie do końskiej gęby oraz wielkie, zwaliste ciało przywodzące na myśl zapaśnika sprawiają, że Francuz uchodzi za osobnika będącego niespełna rozumu, do którego większość ludzi odnosi się z lekceważeniem, ironicznym uśmieszkiem oraz odczuciem wyższości.

Gaston Bonaparte posiada jeszcze jedną cechę, która zdecydowanie odróżnia go od reszty ludzkiej społeczności. Wbrew życiowemu doświadczeniu ze wszystkich sił pragnie on wierzyć w bliźniego, bezgranicznie ufać drugiemu człowiekowi, tym bardziej, gdy jest on osobnikiem obcym, którego intencji i zamiarów nie sposób przewidzieć. Z tego względu Francuz nie jest zdolny do odczuwania nienawiści, bądź żywienia długotrwałej urazy – zgodnie z jego osobistym kodeksem moralnym są to uczucia podłe i obrzydliwe, które nie przystają prawdziwemu człowiekowi. Gaston uzbrojony w ten osobliwy światopogląd wyrusza na swoistą pielgrzymkę, by prowadzić nieustanną i ciągłą walkę ze smutkiem, żalem, goryczą oraz zwątpieniem. O tym jak zakończy się ta niezwykła krucjata, kogo Gaston spotka na swojej drodze, najlepiej przekonać się osobiście.

Zagłębiając się w lekturę Szaleńca? warto zwrócić uwagę na portrety młodych ludzi, które zaserwował czytelnikowi Shūsaku Endō. Autor podkreśla bezrozumną i bezkrytyczną fascynację światem Zachodu, która wiąże się z całkowitą negacją dorobku kulturowego własnej ojczyzny. Wszystko co europejskie nabiera cech wyjątkowości i niepowtarzalności, z kolei idee, przedmioty czy ludzie związani z Japonią pozostają rzeczami wtórnymi, poślednimi i bezwartościowymi. Tymczasem, czego na własnej skórze doświadczył Gaston, okazuje się, że bardzo często za fasadą kultury oraz wiedzy ukryty jest głęboki egoizm, który w imię obrony własnych interesów każe zwodzić, oszukiwać, nie ufać oraz podejrzewać. Francuz pełni rolę demaskatora, obnażającego spróchniałe fundamenty europejskiego świata wartości.

Postać Gastona kojarzy się z innym szaleńcami, którzy pokładali bezgraniczną wiarę w człowieka, nawet mimo doświadczanej przemocy oraz poniżenia. W umyśle niejednego czytelnika mogą pojawić się konotacje z prostodusznym Lwem Nikołajewiczem Myszkinem, głównym bohaterem książki Idiota autorstwa Fiodora Dostojewskiego czy Jezusem Chrystusem, centralną postacią wyznawanego przez Shūsaku Endō chrześcijaństwa. Autor zdaje się zadawać uniwersalne pytanie o kondycję ludzkiej społeczności, wśród której osobnicy o zbyt wielkich pokładach ufności, którzy nie przypisują bliźniemu najgorszych intencji, pojmowani są jako idioci, bądź szaleńcy. Gaston niczym ubogi apostoł, który wyrzekłszy się materialnych dóbr oraz bliskich, przemierza odległy kraj, walcząc z własnymi słabościami charakteru oraz tchórzostwem, niosąc bezgraniczną miłość okazywaną każdemu bez wyjątku oraz głosząc radosną nowinę, że prawdziwy człowiek jeszcze nie umarł.

Godne podkreślenia jest to, że niezwykła historia równie niezwykłego bohatera napisana została pięknym językiem. Shūsaku Endō w sposób wyborny operuje słowem, uzmysławiając czytelnikowi jak potężnym narzędziem jest literatura, które w ogromnym stopniu pozwala oddziaływać na ludzką wyobraźnię. Mój szczególny zachwyt wzbudziły wyrażenia, które śmiało można określić mianem poetyckich, przemycane do codzienności bohaterów powieści – pusta kieszeń portfela, w której wieje zimny, jesienny wiatr czy prostytutki sprzedające wiosnę to tylko przykłady, obrazujące wprawę, z jaką Shūsaku Endō konstruuje kolejne zdania, które pochłania się z niesłabnącą przyjemnością.

Powieść japońskiego czyta się z ogromną przyjemnością, a lekturze towarzyszy poczucie ciepła, jakim promieniuje sylwetka Gastona. Autor w interesujący sposób zarysowuje postać człowieka, którego zachowanie stoi w wyraźniej opozycji z prądami rozwijającego się świata. Książka, szczególnie za sprawą zamieszczonego w tytule pytajnika, zdaje się prowokować oraz skłaniać do refleksji. Począwszy przemyśleń na temat samego Gastona, a skończywszy na  rozważaniach dotyczących ludzkiej natury oraz rozwoju, któremu na przestrzeni wieków rzekomo podlega nasza duchowość oraz moralność.


Wasz Ambrose


Tekst bierze udział w wyzwaniu Japonica:

Wzywanie Japonica 

sobota, 20 września 2014

El Zorro

Lis z Gór i Lis z Nizin

José María Arguedas

Tytuł oryginału: El zorro de arriba y el zorro de abajo
Tłumaczenie: Zofia Wasitowa
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 269








Człowiek przychodząc na świat staje się jednym z wielu niewielkich trybików ogromnej i skomplikowanej machiny. Jednak stopień złożoności tego tworu, jego wysoka miara ukształtowania oraz spora rezystywność na jakiekolwiek zmiany, na pierwszy rzut oka nie są zbyt dobrze widoczne, szczególnie dla młodego organizmu ludzkiego, który odkąd tylko dorasta, coraz lepiej odbierając różnorodne bodźce płynące z otoczeniami, karmiony jest niedopowiedzeniami, schematami oraz uproszczeniami. Jednak w miarę postępującej nauki samodzielnego myślenia, kiedy to na własną rękę poczynamy badać otaczającą nas rzeczywistość, odkrywamy, że jest ona wręcz przerażająco niejednoznaczna, a próba zrozumienia mechanizmów, jakimi się ona rządzi wykracza poza możliwości umysłowe przeciętnego człowieka. W dodatku świat coraz mocniej odsłaniający swoje prawdziwe oblicze, które naznaczone jest złośliwością, okrucieństwem, bezmyślnością, egoizmem, cierpieniem innych, dla niejednego okazuje się rozczarowujący, podobnie zresztą jak ludzie, którzy go kształtują. Z tego względu w sercach wielu młodych osobników rodzi się poczucie buntu, kontestacja, nie pozwalająca akceptować jawnej niesprawiedliwości, ułomności reguł, które decydują o pożałowania godnym losie całych rzesz ludzkich. Jednym z odruchów może być chęć poprawy dostrzeżonych wad, dokonania korekt, wprowadzenia niezbędnych poprawek – warto jednak zdać sobie sprawę, że te działania najczęściej wiążą się z koniecznością pozbawienia życia tych, którzy będą sprzeciwiali się postulowanym zmianom. Innym, wcale nie tak rzadkim, przejawem niezgody na zastany stan rzecz jest samobójcza śmierć, jako akt najwyższej desperacji, wynikający z niemożności pogodzenia się z życiem, jakie przypadło nam w udziale od losu. Można powiedzieć, że tę właśnie drogę – samobójstwa z racji braku możliwości przystosowania się do twardych i brutalnych reguł współczesnej rzeczywistości – wybrał peruwiański pisarz José María Arguedas. Ale zanim odszedł, zdołał wyrazić protest wobec tego nieprzyjaznego i niesprawiedliwego świata, który zawarł w swojej twórczości, cenionej nie tylko na kontynencie południowoamerykańskim.

piątek, 19 września 2014

Szwadrony okrętów





Colin Woodard


Republika Piratów


tłumaczenie: Bartosz Czartoryski

tytuł oryginału: The Republic of Pirates. BEING THE TRUE AND SURPRISING STORY OF THE CARIBBEAN PIRATES AND THE MAN WHO BROUGHT THEM DOWN

wydawnictwo: Sine Qua Non 2014

Po Republikę piratów autorstwa amerykańskiego pisarza i dziennikarza Colina Woodarda sięgnąłem pełen nadziei na wartościową i interesującą lekturę. Tematyka marynistyczna zawsze była jedną moich ulubionych, a piraci to temat nośny i wciągający, nadal z sukcesami eksploatowany zarówno w literaturze, jak i filmie. W dodatku nie miała to być kolejna pozycja literatury pięknej, a książka historyczna (popularnonaukowa). No i te recenzje:

Uznanie dla Woodarda najchętniej wyraziłbym pirackim „»arr«!
Juliusz Kurkiewicz, Magazyn KSIĄŻKI i Gazeta Wyborcza

Szkatuły złota, abordaże, korsarze, piraci, rum i żelazo… Wspaniała przygoda.
Tomek Michniewicz, podróżnik

Spodoba się każdemu. Czyta się lepiej niż powieści awanturnicze.
Jakub Demiańczuk, Dziennik Gazeta Prawna

Na kartach tej książki przemawiają do nas prawdziwi piraci.
Jacek L. Komuda, pisarz, autor Galeonów wojny i Czarnej bandery


Dla mnie jest to najlepsza książka o piratach jaką czytałem. Prosta, autentyczna, z autorem, który wie co chce powiedzieć swojemu czytelnikowi i ma o tym sporą wiedzę.
bloger Amras

Niewątpliwą zaletą książki Woodarda jest dbałość o najdrobniejszy detal, olbrzymia wiedza i zupełna bezstronność towarzysząca opisom kolejnych zdarzeń.
bloger Mandriell

I mógłbym tak cytować długo, gdyż wszyscy aż pieją z zachwytu na temat tej książki. Zacząłem więc czytać i...

Bum!!! Nawet notka na okładce mojego wydania, informująca, iż to „Egzemplarz próbny”, a więc „Może zawierać błędy”, nie przygotowała mnie na coś takiego. Tym bardziej, że premiera jeszcze nie nastąpiła, więc domniemywam, iż recenzje, które już się pojawiły, też dotyczyły „Egzemplarzy próbnych”.

Dawno już nie spotkałem się z takim dziadostwem, bo trudno inaczej nazwać podobne wydanie! Bywają książki pisane przez ludzi bez wyczucia stylu, których pióro boli. Bywają pozycje słabe merytorycznie. Bywają różne sposoby sknocenia wydania, ale tutaj komuś udało się połączyć w jednym tak wiele wpadek, że chyba do księgi Guinnessa powinno się to zgłosić. Nie wiem, kto jest temu winien – autor, tłumacz czy jakiś inny sabotażysta, ale jest jak jest.

Jeśli ktoś chce się zająć marynistyką czy historią konfliktów morskich, to powinien odróżniać statek od okrętu! Pisanie zaś o szwadronie okrętów to tak, jakby pisać o eskadrze koni szarżującej husarii! To zbrodnia nie tylko na czytelniku, ale po prostu na języku polskim! Jak widać nikomu, od osób zaangażowanych w wydanie, po szanownych recenzentów, skoro już się biorą za coś, o czym nie mają pojęcia, nie chciało się nawet sięgnąć do słownika lub Wikipedii!

Totalny brak wiedzy dotyczy nie tylko marynistyki, w końcu dziedziny dość specyficznej, ale nawet medycyny popularnej – obok takich jednostek chorobowych jak zatrucia i dyzenteria mamy konwulsje i gorączkę! Ba – kwiatki znajdziemy nawet w tak banalnych dziedzinach jak kuchnia – mamy jedzenie i mięso!

Nie lepiej jest też z logiką – jednostka, która od zawsze nie może dobić do brzegu ze względu na zanurzenie, chwilę później do niego dobija, choć nic się nie zmieniło. Ciągle ktoś lub coś toruje sobie drogę, tylko nie wiemy w czym sobie ją toruje. I tak dalej.

Często gęsto zadawałem sobie pytanie, czy ten, kto spłodził owego literackiego potwora, był kiedykolwiek nad morzem, o byciu na morzu już nawet nie wspominam – „Oczyma wyobraźni widziałem majaczący na horyzoncie bukszpryt, a potem połatane żagle...”. Może trzeba było się tym bukszprytem puknąć w łeb?!

Ilość i waga tych wpadek jest tak wielka, że utrudnia lekturę, odbierając z niej wszelką przyjemność. W dodatku sprawia, iż książka staje się szkodliwa – znających się na rzeczy wnerwia, żeby nie użyć bardziej „parlamentarnego” słowa zaczynającego się na „wk...”, a szczury lądowe wprowadza w błąd.

Dwa lata później pięćdziesiąt trzy angielskie i holenderskie statki starły się nieopodal Malagi w największej bitwie morskiej tej wojny; trwająca cały dzień masakra nie wyłoniła zwycięzcy.” Aż pomyślałem, że mam Alzheimera, gdyż byłem przekonany, że Anglicy byli w sojuszu z Holendrami przez całą tę wojnę (hiszpańską sukcesyjną) i poszedłem sprawdzać, czy może gdzieś tam w międzyczasie nie tłukli się między sobą! A że takich błędów wszelkiej możliwej maści jest niczym chwastów w moim ogródku, więc czytelnik z czasem zaczyna wątpić we wszystko. Trzeba każdą rzecz, której nie jesteśmy pewni, sprawdzać gdzie indziej, gdyż biorąc rzeczy z tej książki takimi, jakimi są, można wyjść na durnia.

Mało tego! Kardynalne błędy nie dotyczą tylko i wyłącznie tekstu! Konia z rzędem temu, kto zgadnie, co miał na myśli artysta, który stworzył planszę „Statki handlowe z początku osiemnastego wieku” na stronie 68! Fregatę i galerę przedstawiają identyczne rysunki, a z opisu wynika, że te dwie jednostki różnią się tylko... długością!!! W dodatku nieznacznie. Za takie coś powinni sprawcę wytarzać w smole i trzy razy pod kilem przeciągnąć. Choć on i tak pewnie nie wie, co to takiego.

Można by się tak nad owymi wypocinami znęcać jeszcze długo, tylko po co. Najgorsze, że na przykładzie tej książki widać nie tylko porażkę wydawnictwa, ale i recenzentów, którzy się do niej zabrali nie tylko bez żadnej wiedzy o temacie, ale i bez chęci sprawdzenia w innych źródłach rzeczy, na których się nie znają. No chyba, że się znają, tylko co wtedy? Świadomie kłamali?

Wielka szkoda, że wyszło jak wyszło. Temat jest naprawdę ciekawy i gdyby nie wynikający z ogromnej ilości zasadniczych błędów brak wiarygodności, książka, pomijając już styl, mogłaby się stać kopalnią informacji o niezwykle interesującej epoce. Tylko jak wierzyć komuś, kto nie odróżnia galery od fregaty i na morzu widzi szwadrony okrętów?


Wasz Andrew

Republika Piratów [Colin Woodard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Republika Piratów [Colin Woodard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Republika Piratów [Colin Woodard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE



wtorek, 16 września 2014

Jak trudno być imperatorem





George R. R. Martin


Taniec ze smokami, część 1


tytuł oryginału: A Dance with Dragons

tłumaczenie: Michał Jakuszewski

seria/cykl wydawniczy: Pieśń Lodu i Ognia* tom 5.1

wydawnictwo: Zysk i S-ka 2011

liczba stron: 632


Piąta odsłona niesamowitego cyklu powieściowego Pieśń Lodu i Ognia stworzonego przez amerykańskiego pisarza Georga R. R. Martina nosząca tytuł Taniec ze smokami, podobnie jak część poprzednia*, ze względu na swą objętość, nie mogła raczej być wydana w postaci jednej książki i również została podzielona na dwa tomy. O ile jednak czwarta została podzielona na dwie odrębne powieści, gdyż każda część została obdarzona własnym tytułem, to piątą potraktowano po macoszemu – jej tomów nie zaszczycono odrębnymi tytułami. Ja jednak postanowiłem podejść do nich poważnie i spisać swe wrażenia z każdego tomu tak, jakby to była osobna całość. Po prostu, moim zdaniem, jest nią w tym samym stopniu, co każda z pozostałych części cyklu.

Jak pisać o pierwszym tomie piątej części cyklu, w którym postacie, nawet te zdawałoby się główne i predestynowane do odegrania kluczowej roli, często umierają nagłą i gwałtowną śmiercią? Wszak nawet jeśli tylko zdradzę jedno nazwisko postaci omawianej części, to czytelnikowi rozpoczynającemu dopiero przygodę z Pieśnią Lodu i Ognia zdradzę zbyt wiele; pozbawię go części przyjemności z prób przepowiedzenia powieściowej przyszłości. Musze się więc od tego powstrzymać.

Powtórzę więc z konieczności tylko, iż w à la średniowiecznym świecie wykreowanym przez Martina, którego centralną częścią jest kontynent Westeros, nadal trwa walka o tron, która rozgorzała po śmierci króla Roberta Baratheona. Walka o tron, który był symbolem władzy nad siedmioma królestwami stanowiącymi cywilizowaną część kontynentu oddzieloną od tajemniczej, zimnej i groźnej północy Wielkim Murem. I znów, jak w przypadku poprzednich części cyklu, i ta ma swych zagorzałych zwolenników oraz przeciwników, przy czym, również podobnie jak poprzednio, często osoby zachwycone częścią czwartą, są zniesmaczone piątą, i odwrotnie. Dlaczego? Po prostu dlatego, że Martin znów zastosował nieco odmienne niż dotąd podejście do tematu, co jest ciężkostrawne dla czytelników lubiących sztampowe tasiemce w stylu oper mydlanych, gdzie trudno odróżnić pierwszy odcinek od ostatniego. Oczywiście nie chodzi mi o poziom, a o jednostajność i przewidywalność formy oraz treści.

Po pierwsze, po powieściach pełnych fal przemocy, po częściach wypełnionych knowaniami i zakulisowymi machinacjami, mamy spowolnienie akcji pozwalające uwypuklić nieco inne aspekty, jak choćby problemy z którymi zmierzyć się musi każdy zdobywca i każde nowo powstające imperium, a które, nierozwiązane do końca, większość imperiów wcześniej czy później doprowadzają do zguby. Jak dawnych wrogów przemienić w przyjaciół i sojuszników? Jak wykarmić swe coraz z konieczności większe armie? Czy podbite ludy opresjonować i eksterminować, czy też asymilować? A jeśli, to jak tego dokonać?

Po drugie, Martin zastosował trick polegający na powróceniu do czasu sprzed, i opowiedzeniu powtórnie pewnych historii znanych już z części poprzednich, ale z punktu widzenia innych osób. Jak się okazuje, to co mi się bardzo spodobało, nie dla wszystkich jest równie urokliwe. A dziwne, gdyż to sztuczka wcale nie nowa i byli autorzy, którzy szli dużo dalej. Całe powieści potrafili pisać zawierając w nich tylko i wyłącznie te same wydarzenia, ale widziane z różnych punktów widzenia. I wcale nie spotkały ich zarzuty, że to sztuczne, nudne i za mało zaskakujące. Poza tym George R. R. nie idzie aż tak daleko, i tylko część rozdziałów jest napisana w tej konwencji. Może po prostu czytelnicy innych gatunków literatury są bardziej otwarci i elastyczni, niż część miłośników fantasy?

Ja uwielbiam takie zagrania, zwłaszcza jeśli ktoś potrafi przy tym ustrzelić tego diabła, który tkwi w szczegółach i który sprawia, iż opowieści o tych samych wydarzeniach, ale z różnych ust, wcale nie są takie same. A Martinowi się udało.

Nie ma sensu więcej się rozpisywać. Tym, którzy jeszcze nie czytali poprzednich części, musi wystarczyć kolejne przypomnienie, iż ten cykl obowiązkowo trzeba zacząć od Gry o tron i smakować po kolei. Tych zaś, którzy już są w trakcie lektury którejś z powieści, mogę uspokoić i zapewnić, że autor trzyma poziom i choć inaczej rozkłada akcenty, to właśnie ta niejednostajność dodaje całości wartości. Całe szczęście, że to nie jakiś kolejny Tolkien, gdzie infantylne dobro zawsze zwycięży jeszcze bardziej infantylne zło, gdzie wszystko jest czarne lub białe, dzieci przynoszą bociany a korupcja, kurestwo i kupczenie wiarą nigdy nie ujrzą światła dziennego. A u Martina samo życie – czynienie dobra wymaga okrucieństwa i skazywania na śmierć, a tkliwe serce i wrażliwość mogą przynieść więcej szkody niż zbrodnia. Nic nie jest pewne, każda decyzja może być błędem, każde dobro w zło się przerodzić a każdy potwór okazać aniołem. Są sytuacje, w których nawet Gandhi rozłożyłby ręce, a pierwszą z nich jest wojna o tron.

Polecam zdecydowanie i z pełnym przekonaniem



poniedziałek, 15 września 2014

O genezie zła



Problem zaczyna się (...) nie wtedy, gdy się uzna, że jedyną drogą do szczęścia jest ranienie innych, lecz wtedy, gdy ranienie innych staje się ważniejsze od własnego szczęścia.

Żądanie niemożliwego Slavoj Žižek

sobota, 13 września 2014

Potęga ducha z perwesji utkana

Tajemna historia pana Musashiego

Jun'ichirō Tanizaki

Tytuł oryginału: Bushuko hiwa
Tłumaczenie: Krystyna Piórkowska
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 187








Dzisiaj, dla odmiany, postanawiamy bliżej przyjrzeć się swojemu odbiciu, które na co dzień oglądamy przed lustrem. Stajemy twarzą w twarz z osobnikiem, którego prawdopodobnie tylko my zdołaliśmy dokładnie poznać. Uważnie śledzimy mierzące nas bacznym spojrzeniem oblicze. Z nabożną czcią badamy profil, ustawiamy się en face i zaczynamy eksplorować wszelkie bruzdy i rysy, którymi naznaczona jest nasza fizjognomia. Skupiony wzrok, zaciśnięte usta, ściągnięte brwi znamionują koncentrację. Przyglądamy się postaci, która jest dla nas tak znajoma, ale która potrafi skrywać jeszcze przed nami tajemnice. Co oznaczają delikatne zmarszczki, nieśmiało zarysowujące się w kącikach oczu? Co sygnalizuje zmarszczony nos? Dlaczego usta wykrzywiają się w nieznacznym grymasie? Czy zaglądając głęboko w oczy jesteśmy w stanie dojrzeć, co też leży na dnie naszej duszy? Człowiek to ogromna zagadka, którą rzadko potrafi rozwikłać nawet sam zainteresowany. Wierzchnia skorupa, którą dumnie prezentujemy światu często stanowi pancerz, pod którym pieczołowicie przechowujemy wszelkie sekrety, których z pewnością nie chcielibyśmy powierzyć obcym, przed którymi sami odczuwamy paniczny lęk. Każdy z nas jest w posiadaniu tajemnej historii dotyczącej własnej osoby, z czego doskonale musiał zdawać sobie sprawę genialny Jun’ichirō Tanizaki.
Ten japoński artysta, żyjący w latach 1886 – 1965, uchodzi, obok Yasunariego Kawabaty i Natsume Sōsekiego, za najwybitniejszego przedstawiciela prozy Kraju Kwitnącej Wiśni. Sylwetkę artysty przybliżyłem przy okazji zbiorków: Dziennik szalonego starca. Niektórzy wolą pokrzywy oraz Dwie opowieści o miłości okrutnej. Z pewnością warty przypomnienia jest fakt, że Jun’ichirō Tanizaki po początkowej głębokiej fascynacji kulturą Zachodu zwrócił się w stronę rodzimej tradycji, która stała się inspiracją do napisania niejednego utworu. O tym, że pisarz czerpał z dorobku kulturowego oraz historii Japonii świadczy choćby dzieło Tajemna historia pana Musashiego, z którym polski czytelnik może zapoznać się za sprawą niezastąpionego Państwowego Instytutu Wydawniczego i jego wspaniałej serii Współczesna Proza Światowa.
Utwór Tanizakiego już od początku stanowi nie lada wyzwanie, nawet dla zaprawionego w lekturze czytelnika, który z gracją porusza się po szlakach literackiej fikcji. Z krótkiej przedmowy, autorstwa Rybaka z Sheyang, dowiadujemy się, że mamy do czynienia z powieścią historyczną zatytułowaną Tajemna historia pana Musashiego, która powstała w oparciu o odnalezione szczęśliwym zbiegiem okoliczności dokumenty – Marzenia nocy, spisane przez mniszkę Myōkaku oraz Wyznania Dōamiego, pióra byłego służącego pana Musashiego. Całość została uzupełniona w oparciu o dodatkowe źródła – Kroniki Wojenne Domu Tsukuma oraz Genealogię Domu Tsukuma. Summa summarum otrzymujemy literacki płód, będący biografią wielkiego bushi [1], żyjącego na przełomie okresów Muromachi i Azuchi-Momoyama (XVI w.), w burzliwych czasach, gdy w Japonii postępowało rozbicie dzielnicowe, a wojny domowe toczone pomiędzy potężnymi klanami nie należały do rzadkości. Tytułowy Musashi, zasłynął jako inteligentny oraz sprytny przywódca, dzielny i zręczny wojownik, z którego przebiegłością mało kto mógł się równać. Narrator przekonuje jednak usilnie, że za wszystkimi przymiotami, decydującymi o skuteczności w sprawowaniu rządów czy prowadzeniu bitew stała dzika namiętność, skrywana przez pana Musashiego. Książka to próba udowodnienia wysnutej tezy, że tajemniczym źródłem potęgi wielkich wodzów jest najczęściej nieugaszony, wiecznie płonący popęd seksualny.
W Tajemnej historii pana Musashiego, Jun’ichirō Tanizaki dokonuje zabiegu podobnego do tego, jaki zastosował w Shunkinshō, czyli rozmyślania nad życiem Wiosennej Harfy, utworze będącym fikcyjną biografią Shunkin, wybitnej mistrzyni gry na samisenie [2]. Narrator snujący historię sławnej osobistości, odsłania przed czytelnikiem tę część ludzkiej natury wielkich jednostek, o której wszelkie świadectwa są skrzętnie pomijane albo przemilczane przez oficjalnych kronikarzy. Podmiot liryczny bezpardonowo i konsekwentnie przedstawia wszelkie zboczenia, perwersje oraz moralną deprawację, podkreślając jak ważną rolę w życiu uznanego artysty czy wojownika odgrywa dane zwyrodnienie, które okazuje się fundamentem, katalizatorem, bądź nieodzownym elementem wielkości danego osobnika. Warto zwrócić uwagę, że narratorzy, prezentujący historię czy to pana Musashiego czy też mistrzyni Shunkin, muszą dokopywać się do prawdy, uporczywie wydobywać ją na światło dzienne – korzystają oni z bezpośrednich relacji zaufanych świadków, bądź źródeł, których nie ujęto w formalnych annałach. Cierpliwie i metodycznie przekopują zapiski oraz notatki, które w większości składają się na błahe i miałkie obrazy życia codziennego – teksty te na pozór nie przedstawiają zbyt wielkiej wartości i są skrzętnie pomijane przez szanujących się badaczy. Ale to właśnie narratorzy Tanizakiego, miłośnicy historii oraz kultury, wybitni erudyci, którzy potrafią oczarować snutą opowieścią, utkaną ze zwiewnego i lekkiego języka, wyłuskują fakty oraz wydarzenia, okazujące się znamienne dla egzystencji bohaterów. Obie relacje mają zatem charakter swoistej sensacji – narratorzy wykorzystują biograficzne luki osobistości, o których rozprawiają i wciskają w nie elementy, również te którym nierzadko blisko do domysłu i przypuszczeń. W rezultacie uzyskujemy portret człowiek z krwi i kości, któremu nieobce są chwile słabości, momenty, w których szlachetny duch ulega podszeptom podatnego na słabości ciała. Tanizaki prowadzi więc swoistą demitologizację wykreowanych przez siebie bohaterów – początkowo stroi ich w szaty wielkości, by na kolejnych kartach powieści dokonać wielkiego obnażenia, ukazania prawdziwej ludzkiej natury, która zawsze skrywa w sobie pewien niemoralny pierwiastek, która przecież z założenia skażona jest piętnem niedoskonałości.
W Tajemnej historii pana Musashiego nie brakuje dobrze znanego u Tanizakiego motywu silnej polaryzacji, do jakiej dochodzi w obrębie ludzkiej psychiki. Japoński artysta w początkach swojej twórczości reprezentował literacką grupę Tambi-ha (Szkołę Estetów) i jej wpływy były widoczne przez okres całej późniejszej kariery – dualizm człowieczej natury, który pojawia się w wielu utworach autora, jest bardzo często przedstawiany za pomocą kobiety. Fizycznemu pięknu, niespotykanej urodzie, kokieteryjnej zmysłowości, szlachetnemu urodzeniu damy, typowej dla prozy Tanizakiego, towarzyszy najczęściej podły, bądź zepsuty charakter – wiele bohaterek jest złośliwych, cynicznych, dwuznacznych, bezwzględnych, egoistycznych, czy wręcz okrutnych. Wszelkie negatywne przymioty są głęboko zamaskowane pod warstwą wyjątkowo urodziwej, wręcz niewinnej twarzy, na której jednak, w chwilach, gdy niewiasta ukazuje swoje prawdziwe oblicze, odmalowuje się złośliwy błysk w oku, złowrogi zarys fałszywego uśmiechu czy szpetny grymas szyderstwa. Co interesujące, nawet tego typu demoniczne kobiety zdolne są do czułości czy łagodności, chociaż cały czas należy mieć baczenie, czy oby nie jest to tylko gra pozorów, pajęczyna za pomocą której opleciona zostaje ofiara, zupełnie ulegająca wpływom ponętnej, tajemniczej i nierzadko lubieżnej kusicielki.
Warto jednocześnie zauważyć przewrotność oraz ironię, z jakimi Jun’ichirō Tanizaki podchodzi do tematów poważnych, które kojarzą się z oficjalną sztywnością. Tajemna historii pana Musashiego może zostać uznana za nawiązanie do biografii bardzo popularnego, także poza granicami Japonii, Musashiego Miyamoto, rōnina [3], twórcy szkoły walki dwoma mieczami (niten'ichi-ryū) oraz autora Księgi pięciu kręgów (Gorin-no Sho). Musashi  Miyamoto (którego sylwetka pojawia się nawet w zachodniej popkulturze) zasłynął jako wybitny wojownik, który nigdy nie został pokonany w żadnym ze stoczonych pojedynków (a odbył ich ponad 60), brał także udział w licznych bitwach oraz potyczkach. Ale w utworze Tanizakiego próżno szukać zapierających dech w piersiach scen batalistycznych czy przyprawiających o szybsze krążenie opisów zaciętych walk – japoński autor pisze o życiu znamienitego bushi, odwołując się do jego chwalebnej przeszłości tylko w takim stopniu, w jakim jest to konieczne dla prezentowanej opowieści. Zamiast naszpikowanej akcją i adrenaliną relacji, czytelnik otrzymuje misterne portrety psychologiczne oraz skomplikowane intrygi, rozwijające się w trawionym przez pożądanie umyśle. Należy przy tym zaznaczyć, że Tanizaki znakomicie uświadamia, że w najtajniejszych zakątkach naszych serc kryje się głęboka i mroczna studnia, która pozostaje poza zasięgiem samokontroli. Spoglądając zza jej krawędzi, zaglądając do niej, odkrywamy bezbrzeżną ułomność własnej duszy, która przeraża i paraliżuje.
Zastanawiający jest również sam początek utworu, w którym otrzymujemy szczegółowy opis portretu przedstawiającego pana Musashiego. Uwagę czytelnika zwracają dwie kwestie – pierwszą jest twarz bohatera, na której zgodnie z sugestiami narratora, malują się pewien niepokój, wewnętrzna duchowa rozterka, niewysłowiona melancholia, znamionujące wewnętrzną mękę, będącą wynikiem zaciętej walki ze wstydliwą stroną swojej natury; drugą intrygującą rzeczą jest element europejski w tradycyjnym stroju pana Musashiego – wojownik uzbrojony jest w puklerz, czyli niewielką okrągłą tarczę z charakterystycznym wybrzuszeniem. Odnoszę wrażenie, że już na pierwszych kartach swojego dzieła Jun’ichirō Tanizaki puszcza oko do swoich fanów, którzy doskonale znają życiorys pisarza (artysta nierzadko porównywany jest do Oscara Wilde’a). Wskazówką, że pan Musashi może być w pewnej mierze projekcją samego autora, jest europejski puklerz, który zdaje się symbolizować chwilową fascynację Tanizakiego światem Zachodnim.
Reasumując krótko Jun’ichirō Tanizaki serwuje swojemu czytelnikowi arcyciekawą wyprawę w głąb ludzkiej duszy, która rozrywana jest przez dzikie namiętności, którą targa trudna do ugaszenia żądza. Autor z ogromną wprawą porusza się w mętnym labiryncie ludzkiej psychiki, prezentując jej najmroczniejsze strony. Jednocześnie trudno odmówić uroku językowi, jakim posługuje się narrator, który jest szczególnie wyczulony na piękno świata, otaczającego zepsutego człowieka. W rezultacie otrzymujemy ciekawie połączenie estetyzmu z perwersyjnym, silnie destrukcyjnym erotyzmem, czyli dzieło charakterystyczne dla dojrzałego mistrza Jun’ichirō Tanizakiego, który jednak dla europejskiego czytelnika nadal pozostaje artystą słabo poznanym, wręcz anonimowym.


Tekst bierze udział w wyzwaniu Japonica:


Wyzwanie Japonica





[1] bushi – termin oznaczający wojownika, obejmował arystokrację wojskową oraz samurajów; od określenia bushi pochodzi nazwa kodeksu moralnego japońskich wojowników - bushidō;
[2] samisen – trzystrunowy, szarpany japoński instrument muzyczny; jego nazwa w języku japońskim oznacza dosłownie "struny trzech smaków"; samisen jest podstawowym instrumentem w muzyce teatru kabuki, towarzyszy także pieśniom ludowym;
[3] rōnin w okresie feudalnej Japonii (1185 – 1868) termin oznaczający samuraja bez pana; samuraj stawał się rōninem, gdy jego pan ginął, tracił majątek lub poparcie swojego suwerena; w dosłownym tłumaczeniu rōnin oznacza człowieka-falę

piątek, 12 września 2014

O własności intelektualnej



Indyjscy rolnicy (...) stwierdzili, że pewne surowce i metody rolnicze stosowane przez nich od wieków są teraz własnością amerykańskich spółek, ponieważ jedna z nich je opatentowała. Teraz chce, by indyjscy rolnicy płacili jej za coś, co robią od dwóch tysięcy lat.

Żądanie niemożliwego Slavoj Žižek

czwartek, 11 września 2014

O przywódcach cd.




„...zmienia się coś bardzo ważnego (...) w sposobie działania dzisiejszych przywódców politycznych. Dawna figura przywódcy-mistrza pełnego godności zanika. (...) to wszystko jest zaplanowane, tak samo jak pozorna irytacja czy okazjonalnie niecenzuralne wyrazy. (...) Coś tu się zmienia w samej sylwetce nowego modelu przywódcy politycznego.

Żądanie niemożliwego Slavoj Žižek

środa, 10 września 2014

O przywódcach



Uważam, że dzieje się coś dziwnego. W niektórych krajach zachodnich i w USA można być prawdziwą mendą lub zupełnym idiotą – nie ma tu granicy – a mimo to pozostawać przywódcą.


Żądanie niemożliwego Slavoj Žižek

wtorek, 9 września 2014

O psie, który kochał życie



Hans Hellmut Kirst


Pies i jego pan. Opowieść o przyjacielu


tytuł oryginału: Hund mit Mann

tłumaczenie: Karol Czejarek

wydawnictwo: Interart 1994

stron 136

Hans Hellmut Kirst, urodzony 5 grudnia 1914 w Osterode w Prusach Wschodnich (obecnie Ostróda) i zmarły 23 lutego 1989 w Bremie, był niemieckim pisarzem i krytykiem filmowym. Na jego dorobek składa się ponad 50 książek, a największą sławę przyniosły mu powieści poświęcone II Wojnie Światowej i kryminały. Kiedyś zaczytywałem się tymi pierwszymi i choć było to dawno, do dziś pamiętam ich głęboką antywojenną wymowę, która zresztą sprawiła, że w Niemczech jego dorobek jest niżej oceniany niż za granicą. Z ciekawością sięgnąłem więc po powieść „Pies i jego pan. Opowieść o przyjacielu” nie bardzo w sumie wiedząc, czego się spodziewać. No i wdepnąłem.

Od pierwszej do ostatniej strony miałem wrażenie, że to nie ten Kirst, którego pamiętam choćby z „Fabryki oficerów”. Opowieść o życiu pudla, przedstawiciela rasy, której zdecydowanie nie lubię, który trafił do dość zamożnej rodziny. Nie dość, że nudna, to jeszcze w dodatku infantylna.

Jest takie przekorne powiedzenie, że wyższa forma inteligencji zawsze zdominuje niższą. Główny bohater książki, czarny pudel Mukiel, rządzi rodziną, w której się znalazł. Najskuteczniej chyba dorosłymi. Ich zachowanie to karykatura postępowania z psem, w dodatku niezamierzona niestety przez autora. Pudel, który co chwilę wyzwala się ze smyczy, nawet trzymanej w ręku przez dorosłą osobę! Miałem i boksery, i rottweilera, i za wyjątkiem sytuacji, gdy pies szarpnął z taką siłą, że rozerwał stalowe ogniwo łańcucha, którym był przypięty do drzewa, nie zdarzyło mi się coś takiego. Ze smyczy trzymanej w ręce zaś nigdy się żaden nie uwolnił. Nie ma takiej możliwości. A pudel? To nawet trudno sobie wyobrazić! Innych bezsensów, z których nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, nie będę już nawet wymieniał. Każdego prawdziwego psoluba ta książka doprowadzi do rozpaczy, a nieobeznanego z realiami posiadania psa tylko wprowadzi na manowce. Z psią psychologią, tą prawdziwą, podobnie nawet jak z psią fizjologią, nie ma ona niczego wspólnego.

Zawsze opisując swe wrażenia staram się przedstawić uczciwie dobre i złe strony zakończonej lektury. Jestem zaszokowany, ale tym razem nie znalazłem żadnego absolutnie pozytywnego akcentu, który mógłbym przywołać. Gniot, szmira oraz totalna bzdura to i tak słowa delikatne na określenie wartości tego „dzieła”. Sam nie wiem, jak taki pisarz, w końcu znany i uznany, mógł popełnić coś podobnego. Pisałem to z prawdziwym żalem, ale takie właśnie były moje odczucia


Wasz Andrew


poniedziałek, 8 września 2014

Zimbardo polityki




Slavoj Žižek


Żądanie niemożliwego


Demanding the Impossible

tłumaczenie: Bogdan Baran

wydawnictwo: Aletheia 2014

stron 171


Slavoj Žižek jest urodzonym w 1949 roku słoweńskim socjologiem, filozofem i krytykiem kultury. Wikipedia nazywa go marksistą, a notka na okładce książki, o której za chwilę będzie mowa, tytułuje go enfant terrible antykapitalizmu. Moim zdaniem te dwa ostatnie określenia są chybione. Tak jak Zimbardo krytycznie spogląda na panującą rzeczywistość społeczną i za pomocą psychologii społecznej stara się ją naprawić, tak Žižek w „Żądaniu niemożliwego” poddaje krytycznemu oglądowi politykę i ustroje społeczne, zarówno obecne jak i historyczne. Ponieważ zaś kapitalizm, fałszywie utożsamiany z demokracją, pretenduje obecnie do najlepszego rozwiązania z tych jakie były, są i będą, więc zrozumiałe jest, iż jego analiza zajmuje najwięcej miejsca. No, a że nie wypada ona aż tak dobrze, jak by niektórzy chcieli... Fakt, że autor często odwołuje się do Marksa, wcale nie znaczy, że jest marksistą, podobnie jak ktoś często cytujący Pismo nie od razu jest świętym, nawet jeśli sam się tak tytułuje.

W Korei Południowej grupa młodzieży skupionej w „Indigo Project” wydaje kwartalnik „Indigo” poświęcony uniwersalnym ludzkim wartościom. W ramach projektu zapraszane są do Korei osoby o wybitnych umysłach, jak choćby Zygmunt Bauman*. W gronie zaproszonych znalazł się również Slavoj Žižek. Właśnie z zapisów rozmów, jakie z nim przeprowadził Park Yong-jun, edytor „Indigo”, powstała książka „Żądanie niemożliwego”, która po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w roku 2013. Zachowano formę rozmowy, przy czym każdy z rozdzialików składa się z pytania edytora i odpowiedzi Žižka. Publikacja jest, niestety, bardzo skromna objętościowo, ale siła zawartego w niej materiału jest porażająca. Oczywiście, z racji samej swej genezy, wypowiedzi mają luźną formę, stosowną bardziej do rozmowy przyjaciół niż wykładu akademickiego. Ta skrótowość wypowiedzi, sygnalizowanie pewnych problemów niejednokrotnie zaledwie kilkoma zdaniami, duża ilość jednostkowych, często szokujących przykładów z życia i historii, tworzą niepowtarzalny klimat i chyba skuteczniej niż podręcznik akademicki zachęcają do myślenia. Do stawiania pytań i samodzielnego szukania odpowiedzi. Bo taki też jest między innymi główny zamysł „Indigo Project”.

Gdy, po zakończeniu lektury oczywiście, przeglądałem recenzje zagraniczne, uderzyło mnie, iż nawet te obszerne, wymieniające wiele z tematów, które Žižek porusza, w różny sposób je szeregowały i co innego uważały za myśl przewodnią. Wielkość bowiem tej skromnej rozmiarami książeczki nie polega tylko na ogromnej ilości kluczowych dla dzisiejszej ludzkości problemów, które porusza, ale przede wszystkim na stawianiu otwartych pytań, na oferowaniu ważkich obserwacji i inspirujących pomysłów tym, którzy zainteresowani są zrozumieniem współczesnego świata, którzy próbują znaleźć odpowiedzi na kardynalne dla przyszłości pytania.

Jak wspomniałem, Slavoj Žižek zauważywszy, iż mechanizm demokracji zaczyna szwankować, iż w jej imię robi się coraz więcej niedemokratycznych rzeczy, niczym dobry lekarz diagnosta, zaczyna poszukiwać przyczyny tej choroby, a nie mogąc jej znaleźć zmuszony jest prześwietlić cały organizm. W tym wypadku całą naszą społeczno-polityczną rzeczywistość, obecną i przeszłą. Znajdziemy niesamowicie celne, dla wielu szokujące, refleksje o ekologii i genetyce, o komunizmie, Rewolucji Francuskiej, kolonializmie i oczywiście kapitalizmie. Rozważania o faszyzmie, polityce, odpowiedzialności i etyce. O etyce zła i niemoralności dobra. O obsesji harmonii i przymusie utożsamiania. O slumsach i rewolcie w Egipcie. I wielkiej ilości innych fascynujących tematów, gdyż wszystkie one wypływają przy okazji rozmowy o problemach podstawowych dla rozważań o przyszłości świata – polityce, demokracji, ponowoczesności, przemocy i fanatyzmie. Warto też podkreślić, iż autor zaskakuje wyjątkowo dobrą orientacją w najnowszych trendach naukowych i nowinkach technologicznych. To bycie na bieżąco jest bardzo pozytywnym zaskoczeniem, u w końcu typowego humanisty.

Choć Žižek ma swoją bardzo ogólną koncepcję „nowego lepszego świata”, to wciąż powtarza, iż to nowe musi w tej chwili wydawać się niemożliwe, a rolą naszą jest wypatrywać sygnałów jego nadejścia. Pytanie więc o to, jak ten nowy lepszy świat ma wyglądać, jest więc tak naprawdę pozostawione przez filozofa bez odpowiedzi. Co najwyżej wskazuje on nam, jakich elementów w przyszłości nie może zabraknąć, jeśli jutro ma być lepsze i ostrzega przed tym, co już istnieje, a co może sprawić, że będzie ono gorsze.

Nie mam złudzeń, by książka ta stała się wielce popularną lekturą w kraju, w którym czytanie jest mniej powszechne niż alkoholizm. W kraju, w którym każdy interesuje się nie tyle historią i polityką, co własnymi wyobrażeniami o nich. W kraju, który zachłysnął się nową rzeczywistością i wyjątkowo długo nie może powrócić do równowagi, by zdecydować się, w którym kierunku chce płynąć. A szkoda, gdyż nie jest to książka tylko i wyłącznie dla zainteresowanych polityką, filozofią i socjologią. Poprzez wielką ilość symbolicznych, dających do myślenia przykładów, może być bardzo interesującą nawet dla czytelników zainteresowanych tylko sobą i swoim życiem, co zresztą paradoksalnie jest, według Žižka, bardzo zdrową społecznie postawą. Rozdział o lęku przed prawdziwą miłością w naszym społeczeństwie jest jak z mych ust wyjęty, a to tylko jedna z takich perełek.

Choć o Polsce jest w tej książce bardzo niewiele, to jednak i ten aspekt wart jest wypunktowania. Dokładniej o co rzecz idzie nie będę oczywiście zdradzał. Inną sprawą jest, że i tak każdy czytelnik będzie refleksje przykładał do własnego świata – tego, w którym on żyje.

Można tak jeszcze długo, gdyż mnogość aspektów rzeczywistości społecznej, których w swych rozmowach o ponowoczesnym świecie dotykają Slavoj Žižek i Park Yong-jun jest ogromna, a ilość refleksji, które się w czytelniku budzą - jeszcze większa. Ponadto wielką zaleta Žižka jest to, iż nawet jeśli jego przemyśleń nie uznamy za zgodne z naszymi, to wytrąca on umysł czytelnika z otępienia, w które od najmłodszych lat wprawiają go massmedia, religia i inne ideologie podające jak na tacy gotowe prawdy i gotowe odpowiedzi. Zmusza do szerszego otwarcia oczu, do zauważania rzeczy, których wcześniej nie zauważaliśmy, stawiania własnych pytań i poszukiwania własnych odpowiedzi. Z pełnym przekonaniem zachęcam więc do lektury i niezwykle gorąco polecam. To pozycja naprawdę wyjątkowa i warta poznania


Wasz Andrew


* Zygmunt Bauman (ur. 19 listopada 1925 w Poznaniu) – polski socjolog, filozof, eseista, jeden z twórców koncepcji postmodernizmu – ponowoczesności, płynnej nowoczesności, późnej nowoczesności. (za Wiki)