sobota, 5 kwietnia 2014

Dziwna, surowa, naga, samotna

Haori

Yasushi Inoue

Tytuł oryginału: Ryōju
Tłumaczenie (z j. francuskiego): Anna Gostyńska
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 65
 
 
 
 
 
 
 

Przypuszczam, że niemal każdy czytelnik, który regularnie oddaje się wyszukanej przyjemności wędrowania po literackich światach, nie raz, nie dwa doświadczył tego, co roboczo nazywam literacką magią. W moim prywatnym słowniku pojęć oraz idei, pod tym hasłem skrywają się wszelkie wydarzenia, które noszą znamiona niecodzienności, niezwykłości, niespotykalności, rzadkości, a wskutek tego – wyjątkowości, są przy tym unikatowe, fantastyczne oraz co ważne, trudne do wytłumaczenia wyłącznie za sprawą chłodnych i bezdusznych narzędzi statystycznych, pozostające jednocześnie w bardziej lub mniej ścisłych koneksjach z literaturą. Ujmując rzecz odrobinę precyzyjniej, chodzi o przeżycia oraz doświadczenia, będące wynikiem swoistej dyfuzji, tj. przenikania świata literackiej fikcji do otaczającej nas rzeczywistości, które na wskroś analityczny umysł byłby pewnie w stanie wyjaśnić, obficie posiłkując się rolą przypadku w człowieczej egzystencji. Obiektywnie rzecz ujmując są to sploty (szczęśliwe bądź nie) wypadków, ale ponieważ przytrafiają się nam, a ponadto cechują się pewną (może nieco kulawą, ale jednak) regularnością, nabierają dla nas wartości szczególnej oraz niepowtarzalnej. Logiczne wyjaśnienie, że ojcem całego niespotykanego zajścia był kpiarski los, ułomny, bo ślepy traf są niezadowalające, szczególnie dla chłonnego niczym gąbka umysłu, łasego na wszelkie rewelacje. Znakomitym obserwatorem, który z wprawą i maestrią godną podziwu wychwytywał takie starcia fikcji z rzeczywistością był choćby Julio Cortázar. Zdolnych artystów nie mogło zabraknąć także na wyspach, na których rozpościera się Kraj Kwitnącej Wiśni, gdzie ostatnio całkiem często goszczę. Nieco z przypadku (a jakże!), kiedy błąkałem się niedawno pośród bibliotecznych półek, w moje ręce wpadła cieniutka książeczka, skrywająca w sobie krótką nowelkę Haori, autorstwa Yasushiego Inoue, w której główny bohater przekonuje się, że literatura nie jest wyłącznie narzędziem, służącym do tworzenia literackiej fikcji.

Yasushi Inoue to japoński poeta oraz prozaik, autor esejów, powieści oraz noweli. Żyjący w latach 1907 – 1991, pochodzący z Hokkaido artysta uważany jest za jednego z ważniejszych współczesnych twórców. O jego znakomitym warsztacie mogą świadczyć liczne nagrody, których jest laureatem oraz fakt, że kilka razy kandydował do Nobla w dziedzinie literatury. Mimo to, głównie z racji bardzo skromnej ilości dzieł przetłumaczonych na język polski, Yasushi Inoue pozostaje słabo znanym autorem w naszym kraju. Po lekturze Haori wiem już, że warto by zmienić ten fatalny stan rzeczy.

Pierwszoosobowy narrator, poeta hobbysta, snuje fascynującą historię, która ma związek z napisanym przez niego wierszem, umieszczonym (nieco z przypadku!) w skromnym czasopiśmie Poradnik Myśliwego, wydawanym przez Japoński Związek Łowiecki. Krótki, ale bardzo interesujący utwór zatytułowany Broń myśliwska, który zostaje przytoczony w całości, powstał na skutek impresji, wywołanej spotkaniem samotnego myśliwego, snującego się u podnóża góry Amagi. Przelotne spojrzenie, krótkotrwałe wrażenie dojmującej samotności stają się potężnym bodźcem, katalizującym narodziny skromnego, ale wymownego dzieła. Po pewnym czasie narrator otrzymuje wiadomość od swojej muzy, czy raczej osobnika, twierdzącego, że to właśnie on stanowił natchnienie do napisania Broni myśliwskiej. Enigmatyczny łowczy, który nie zdradza swoich prawdziwych personaliów, będąc pod wrażeniem ogromnej przenikliwości narratora, zachwycony faktem, jak trafnie udało mu się odgadnąć jego własny nastrój oraz stan ducha, postanawia zwierzyć się i wyjaśnić przyczyny tej potężnej, że aż emanującej smutnym blaskiem samotności. Człek ów jest jednak na tyle przewrotny, że nie decyduje się opowiedzieć o swojej sytuacji własnymi słowami. Zamiast zawiłych tłumaczeń, potoku słów, pamięciowego ekshibicjonizmu, myśliwy przekazuje trzy listy, mające stanowić wytłumaczenie dla jego obecnej izolacji.

Yasushi Inoue serwuje czytelnikowi intrygującą powieść szkatułkową, której trzon stanowi tragiczna, miłosna historia, zrelacjonowana z trzech różnych perspektyw, za sprawą trójki bohaterów. Japoński artysta, podobnie jak jego rodak i kolega po piórze, Yukio Mishima, zdecydował się wziąć na literacki warsztat temat dość mocno popularny, wręcz wyświechtany, czyli miłość. Krok dosyć ryzykowny, szczególnie zważywszy na fakt, jak łatwo jest popaść w banał, płodząc dzieło, w którym dominuje kicz i łzawy ton. Na szczęście Inoue z wprawą godną literackiego marynarza zgrabnie ominął wszelkie mielizny, na których mogłaby osiąść jego nowela. Uwagę zwraca już sam język, jakim raczy nas autor. Ewoluuje on wraz z autorami kolejnych, prezentowanych listów, pozostając równocześnie niezmiennie starannym i precyzyjnym, dokładnie wyłuszczając istotę całego nieszczęśliwego romansu, a to dopiero przedsmak kunsztu, jakim może pochwalić się pisarz.

Miłość przedstawiana przez Inoue różni się od powszechnych wyobrażeń na temat tego uczucia. W Haori czytelnik ma do czynienia z jej zwyrodniałą formą – okazuje się ona zła, grzeszna, zbrukana, splugawiona, niegodna. Jest także destrukcyjna, działając wyniszczająco na wszystkich, którzy znaleźli się w jej przeklętym kręgu. To emocja, która dzieli, skłóca, izoluje, raniąc przy tym kolejne ofiary. Momentami sprawia ona wrażenie ogromnego, nienasyconego i bezwzględnego zwierza, który łapczywie pochłania umysły nieszczęśliwych kochanków. Inoue odziera z wielkości uczucie, często określane mianem szlachetnego, czy wzniosłego. Można odnieść wrażenie, że japoński artysta pragnie odmalować również to drugie, znacznie mroczniejsze oblicze miłosnego uniesienia, walcząc tym samym z jednowymiarowym stereotypem. Co interesujące, w żadnym wypadku nie możemy mówić o degradacji miłości do fizycznego pożądania, nienasycenia ciał – to w dalszym ciągu uczucie bardziej platoniczne, które potrafi obejść się bez materialnej otoczki. Tym bardziej przeraża jego siła oraz potęga, która zmusza do bezustannego życia w kłamstwie, fałszu, obłudzie, hipokryzji. Ale czy potężny płomień namiętności okaże się na tyle silny, by znieść wszelkie przeciwności i sztormy, na wzburzonym morzu życia?

Króciutki utwór aż skrzy się od bogatej symboliki, którą został przyozdobiony. Okładkę polskiego wydania zdobi wąż, mogący uchodzić za tę część naszej osobowości, która rzadko ogląda światło dzienne, z istnienia której tylko my sami zdajemy sobie sprawę. To nasza ukryta, prawdziwa natura, ale to także nasz egoizm, małość, czy zazdrość, które pielęgnujemy w skrytości własnego serca. Tytułowe haori, czyli rodzaj płaszcza z długimi rękawami, można odczytywać jako znak piekących, nierozwiązanych problemów z przeszłości, które pozostawione samopas przyjmują coraz wyraźniejsze kontury nieuchronnego nieszczęścia. Bardzo oryginalne jest również spojrzenie na instytucję małżeństwa, które przecież wcale nie tak rzadko zamiast ogniska domowego, bardziej przypomina arenę starć dwóch osobowości, które okopują się niczym twierdze, raniąc się po cichu w nadziei, że to ta druga strona wykrwawi się jako pierwsza i zrezygnuje z całego cyrku, odgrywanego w imię społecznych konwenansów. Nie bez znaczenia pozostaje także myśliwska broń (tytuł angielskiego wydania książki to The Hunting Gun, podobnie można tłumaczyć również oryginalny tytuł), która stanowi symbol chłodu, jaki skrywa w sobie ludzka dusza, cichej bezwzględności, która prowadzi w ramiona absolutnej samotności.

Krótka, bo licząca nieco ponad 60 stron nowela wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Utwór okazał się całkiem pojemny w treść, którą upleciono głównie z listów. Lektura w intrygujący sposób pokazuje niemożność porozumienia ludzkich jednostek, sprawiających wrażenie planet, których orbity rzadko się krzyżują. Oprócz interesująco podanego tematu miłosnego, Inoue uświadamia czytelnikowi, że świat ludzi dorosłych to często świat przepełniony smutkiem, grozą oraz przygnębiającą, ślepą samotnością. To także kolejny literat, który ukazuje, że przeszłość może okazać się prawdziwym rumowiskiem, na którym nie sposób zbudować szczęścia w życiu teraźniejszym. Wreszcie na króciutka lektura to dosyć gorzka lekcja na temat miłości – Inoue udowadnia, że na to dziwne uczucie nie składa się wyłącznie tęsknota, by być kochanym. My również musimy przyjąć aktywną postawę, tj. starać się pokochać, nie pozostając jedynie obiektem uniesień i adoracji.

28 komentarzy:

  1. Poeta hobbysta i zbrukana miłość? :)Wahałabym się czy warto, ale zauwazyłam już, że wybierasz oryginalne, ale wartościowe lektury, więc ufam, że i ta zasługuje na uwagę:) Te trzy listy z trzema perspektywami mogłyby mnie przekonać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Utwór jest bardzo, bardzo krótki. Przeczytałem go praktycznie zaraz po opuszczeniu biblioteki, kiedy czekałem na moją dziewczyną, która robiła obchód sklepów odzieżowych :) Wydaje mi się, że warto dać mu szansę, bo to ciekawe studium miłości. Sam wiersz, przytoczony zaraz na początku jest również bardzo interesujący. Książeczkę można stosować jako przerywnik przy cięższych lekturach :)

      Usuń
    2. Będę wypatrywać w bibliotece:)

      Usuń
  2. A wąż skojarzył mi się z moją ukochaną Hiromi Kawakami, więc Haori dostaje jeszcze jeden plus;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, panią Hiromi Kawakami cały czas mam na uwadze, ale póki co nie mogę na nią natrafić w żadnej z bibliotek, które odwiedzam. Zauważyłem, że nowsze egzemplarze książek cieszą się zdecydowanie większym powodzeniem :)

      Usuń
    2. A ja poszukuję innych jej książek niż "Nadepnęłam na węża" i "Manazuru", ale w papierze nie mogę znaleźć poza księgarniami wysyłkowymi. Wydaje mi się, że widziałam gdzieś e-booki, więc pewnie złapię w końcu na jakiejś promocji:)

      Usuń
  3. Zaciekawiłeś mnie.
    Ogromnie lubię ten rodzaj magii, o którym piszesz. Idę na to jak mucha na miód :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie mam nadzieję, że książka nie zawiedzie Twoich oczekiwań, jeśli zdecydujesz się ją przeczytać. Mnie bardzo spodobał się sam wiersz, od którego zaczyna się cała historia :)

      Usuń
    2. A jest szansa na jakiś fragment tego wiersza? :)
      Bardzo mi z poezją po drodze...

      Usuń
    3. Oczywiście, książki jeszcze nie oddałem do biblioteki. Jak tylko wrócę do domu zamieszczę cały wiersz :)

      Usuń
    4. Piął się wielkimi krokami w ten wczesnozimowy dzień
      Ścieżką na górę Amagi,
      Z marynarską fajką w zębach,
      Z seterem, biegnącym przed nim.
      Za pasem miał dwadzieścia pięć naboi
      I strzelbę Churchill z podwójną lufą na ramieniu...
      Czemu to narzędzie,
      Co odbiera życie stworzeniom,
      Jest tak błyszczące, białe i zimne?

      Urzeczony szerokimi plecami myśliwego
      Patrzyłem, patrzyłem...

      Od tego czasu
      Na dworcach wielkich miast
      Lub nocą w dzielnicach, gdzie ludzie się bawią,
      Czasami marzę,
      Chciałbym iść jak on,
      Spokojnie, pogodnie, obojętnie.

      Chwilami zmienia się scena polowania:
      To już nie mroźny dzień na górze Amagi,
      Lecz wyschnięte łożysko martwego potoku,
      To lśniąca broń myśliwska
      Ciążąca brzemieniem na samotnym ciele,
      Na duszy samotnego człowieka.
      Świeci dziwnym, surowym pięknem,
      Jakiego nie ukazała nigdy,
      Kiedy mierzyła w stworzenie.

      Yasushi Inoue, "Haori", Wyd. Czytelnik, Warszawa 1966, s. 6

      Usuń
    5. Brrr...niepokojący wiersz.
      Czytając go, miałam uczucie coraz większego chłodu.
      Strzelba na plecach myśliwego - zapowiedź zbrodni, brrrr....!

      Dziękuję, lubię interaktywnych ludzi :)

      Usuń
  4. Zgaduję, że rok wydania 1966? Potwierdza się Twoje zdanie, iż w czasach PRL-u wydawano jednak sporo dobrej, różnorodnej literatury. Od siebie dodam, że nie wiem, czy teraz ta książka miałaby szanse ukazać się w znaczącym nakładzie. Ani szans na sukces sprzedażowy, ani odbicia w prestiżu wydawnictwa, bo to żaden Nobel ani Politzer. Kto by to wydał? Dobrze, że (jeszcze) są biblioteki i antykwariaty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się, rok 1966 to rok wydania. Nakład 10 280 egzemplarzy. Autor nie zdobył co prawda literackiego Nobla, ale kilkakrotnie do niego kandydował, ponadto jest laureatem wielu prestiżowych nagród, m.in. Akutagawy, Yomiuri, czy Mainichi. Tyle, że są to wyróżnienia japońskie, przyznane dość dawno, bo w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych :) Jeśli chodzi o inne dzieła tego autora, to "Samurajskie chorągwie" pojawiły się na polskim rynku w 2002 roku, a opowiadanie "Lou-lan" możemy znaleźć w zbiorze "Tydzień świętego mozołu" z 1986 roku.

      Bardzo jestem ciekaw jak przedstawiała się sprawa wydawania książek w PRLu. Patrząc na osobę znakomitego japonisty Mikołaja Melanowicza oraz ilość przetłumaczonych przez niego dzieł właśnie za czasów PRLu, śmiem przypuszczać, że miał on całkiem sporo do powiedzenia w kwestii wyboru kolejnych pozycji (ale tylko moje rojenia).

      Usuń
  5. Hmm.. mieszane mam uczucia co do powieści tłumaczonych nie z oryginału. Troszkę to jest już tłumaczenie tłumaczenia, przez co na pewno zatracone zostały jakieś walory książki, a co więcej styl autora. Raczej poszukałbym tej książki w tłumaczeniu z japońskiego, ciekawa jestem, czy takie tłumaczenie istnieje, bo wtedy nawet mógłbyś porównać je z tym tłumaczeniem ;)

    P.S. Doczekałam się innego szablonu hehe. Super jest :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również nie przepadam za tłumaczeniami tłumaczeń, ale tak jak wspominałem, dzieł tego artysty w naszym ojczystym języku jest bardzo mało. Akurat ta książka została przełożona z francuskiego. Trzeba by chyba specjalnie poprosić pana prof. Melanowicza, by doczekać się przekładu z japońskiego :)

      P.S. Wszystko wymagało czasu :) Dzięki!

      Usuń
    2. Nawet przy dobrym tłumaczeniu z oryginału książka traci pewne walory, więc najlepiej byłoby czytać wszystko w oryginale, no ale nie każdy jest Borgesem.

      Usuń
    3. Ha, moje zdolności lingwistyczne nie pozwalają mi na czytanie zbyt wielu dzieł w oryginale, dlatego zadowalam się przekładami :)

      Usuń
    4. Z dzieł w oryginalnej wersji językowej najczęściej czytam Potop Sienkiewicza ;)

      Usuń
  6. Wydaje mi się, że wiem, o czym piszesz. "Haori" jeszcze nie znam, czytałam za to "Futbol ery Manen" kilka lat temu. Z początku wydał się dziwny, odległy - pisany przez Japończyka utwór ukazywał zupełnie inny świat i inną mentalność niż to, czego oczekiwałam po lekturze komiksów z Kraju Kwitnącej Wiśni.
    W przypadku "Haori" mnie zaciekawiłeś, rozejrzę się za nią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również czytałem "Futbol ery Man'en" i książka b. przypadła mi do gustu mimo pewnej odmienności, inności. To fascynujące, że w sumie przedstawiciele tej samej rasy co my, odznaczają się jakże różną mentalnością, sposobem myślenia, etc. Ale chyba właśnie to w prozie japońskiej najbardziej mnie pociąga - wielu tamtejszych autorów zetknęło się z kulturą europejską i po początkowym zachwycie popadło w głęboki sceptycyzm, przekonując się o wartościach japońskiej cywilizacji, prezentując je w pełnej krasie. Kawabata, Tanizaki, Mishima, Natsume, Ibuse, Tomoji Abe, czy choćby przywołany Ōe to autorzy, z których twórczością naprawdę warto się zapoznać :)

      Usuń
  7. Wciąż się zastanawiam, czy jestem w stanie zrozumieć tę japońską wrażliwość? Powoli wyłania mi się z Twoich lektur jakiś obraz, ale boję się, że tworzę sobie pewien stereotyp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, każdy z nas ma jakieś wyobrażenia, stosuje uproszczenia i stereotypy (chociaż wielu się przed tym usilnie wzbrania). Jak odbierzesz dzieła japońskich twórców absolutnie nie jestem w stanie Ci powiedzieć (ale ogromnie mnie to ciekawi) - jeśli rzeczywiście jesteś ciekawa prozy z Kraju Kwitnącej Wiśni, musisz zaryzykować i przekonać się osobiście, czy wspomniana wrażliwość przypadnie Ci do gustu :) Ja jestem nią głęboko poruszony :)

      Usuń
    2. Póki co znam zaledwie skrawek z literatury japońskiej - parę dzieł Murakamiego...

      Usuń
    3. Murakami to stanowczo za mało :) Szczególnie polecam Tanizakiego oraz Kawabatę :)

      Usuń
  8. Ciągle zastanawiam się nad tym, w jaki sposób japońscy autorzy mogą na tak niewielu stronach przedstawić interesującą historię. Europejczycy chyba powinni się od nich uczyć. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście coś w tym jest, że wiele przeczytanych przeze mnie powieści japońskich twórców charakteryzuje się maksymalnym nasyceniem treści w stosunku do liczby stron. Sprawa jest o tyle ciekawa, że utwory nie są szczególnie wielowątkowe, galeria postaci również pozostaje raczej skromna :)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)