piątek, 4 października 2013

Szare miraże, senne majaki

Okładka książki Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? 

Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?

Philip K. Dick

Tytuł oryginału: Do Androids Dream of Electric Sheep?
Tłumaczenie: Sławomir Kędzierski
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 272





Słowa innego końca świata nie będzie jakoś trudno jest przyłożyć do literatury science fiction. Bowiem scenariuszy upadku naszej cywilizacji jest tyle, ilu pisarzy tego gatunku. A nawet więcej. Jeden z najbardziej popularnych oraz cenionych amerykańskich twórców, Philip K. Dick wykreował przecież kilka, piekielnie interesujących oraz dosyć przerażających możliwości zakończenia tryumfalnego pochodu człowieka na Ziemi. Obecnie Dick to instytucja, skała Piotrowa, na której stoi gmach współczesnej science fiction. Ale nie zawsze Amerykanin cieszył się taką estymą. Kilka powieści ujrzało światło dzienne dopiero po jego śmierci, podczas gdy wcześniej kolejne oficyny sukcesywnie odmawiały ich wydania. Dzieła Dicka był traktowane jako zbyt ambitne i trudne w odbiorze. Zdecydowanie lepiej wiodło się książce Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Razem z Człowiekiem z Wysokiego Zamku uznawana jest za powieść przełomową, dzięki której Dick zyskał należną mu sławę i popularność. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? została wydana w 1968 roku i swojej ekranizacji doczekała się jeszcze za życia autora, w 1982 roku. Ciekawe jest jednak to, że Dick nie dożył oficjalnej premiery, która odbyła się w czerwcu. Pisarz zmarł w marcu tego samego roku. Film w reżyserii Ridley’a Scotta, Łowcę androidów, zdołał jednak obejrzeć i jak na człowieka ogarniętego manią prześladowczą przystało, stwierdził podobno, że Harrison Ford, a więc tytułowy łowca dostał zlecenie również na Philipa K. Dicka.

Akcja powieści rozgrywa się w roku 2021 na Ziemi, która cierpi okrutnie po nuklearnym konflikcie. Ocalała ludzkość prowadzi nędzną egzystencję, w cieniu chorób, genetycznych mutacji oraz radioaktywnych opadów. Ludzie podzieleni się na normali oraz specjali. Normalem jest pełnoprawny człowiek. Z kolei łatkę specjała otrzymują osoby, które na skutek negatywnych zmian spowodowanych promieniotwórczością stanowią zagrożenie dla czystości ludzkiej rasy. Z tego powodu zostają oni obywatelami drugiej kategorii, którzy mają bezwzględny zakaz zawierania małżeństwa, rozmnażania się oraz emigracji.

XXI wiek w dickowskiej wizji nie jest naznaczony wyłącznie stygmatem wojny i cierpienia. To także tryumf nauki. Przynajmniej częściowy i pewnie trochę pozorny. Ludzkość skolonizowała już kilka planet. Zdołała także powielić swój rozum i stworzyć jego mechaniczny odpowiednik. Androidy, czyli humanoidalne roboty, produkowane są na Marsie. Używa się ich jako pomocników, czy może służących dla ziemskich kolonistów. Człowiek, który posiada przydział na androida, może określić cechy, jakich życzy sobie u swojego robota. Sługa odznacza się więc indywidualnym profilem, dostosowanym do potrzeb swojego pana. Ale nie wszystkie mechaniczne istoty chcą funkcjonować w ten sposób. Zdarzają się androidy, które mordują swoich właścicieli i uciekają na Ziemię, starając się znaleźć na niej schronienie przed poszukującymi ich łowcami.

Główny bohater powieści Rick Deckart zajmuje się eliminacją nieposłusznych androidów. Dick w interesujący sposób odmalowuje codzienną, nieco szarą i smutną egzystencję Deckarta, dzięki której poznajemy także kontekst kulturowy przyszłego społeczeństwa. Deckart jest właścicielem mechaniczno-elektrycznej owcy. To doskonała imitacja żywego stworzenia, na które łowca nie może sobie jednak pozwolić z racji zbyt wysokich kosztów. Skażenie planety powoduje masowe wymieranie kolejnych gatunków – żywe zwierzęta stanowią prawdziwą rzadkość i osiągają zawrotne ceny. Chęć posiadania żywej istoty wynika z nakazów, płynących z merceryzmu, nowej religii, która wyznawana jest zarówno na Ziemi jak i na skolonizowanych planeta. Prorok Mercer (którego imię moglibyśmy spolszczyć jako Miłosiernik, od ang. mercy - miłosierdzie) uważał, że ludzkość winna stworzyć duchową wspólnotę ze wszystkimi żywymi organizmami oraz odczuwać ciągła skruchę, zarówno wobec bliźnich jak i pozostałych gatunków za spowodowaną na Ziemi katastrofę, która doprowadziła do eliminacji niemal całego życia na planecie. Człowiek jest ponadto odpowiedzialny za byt słabszych istot, co wiąże się z nakazem opieki nad żywymi stworzeniami. Wzniosła koncepcja ulega jednak całkowitej transformacji i przybiera karykaturalną formę w starciu z ludzkim, jakże słabym charakterem. Ponieważ żywe zwierzęta należą już do prawdziwej rzadkości, ich posiadanie staje się wyznacznikiem statusu społecznego ich posiadacza. Im większy oraz bardziej zagrożony wyginięciem gatunek, tym bogatszy właściciel. Prosta koincydencja, bezlitośnie szydząca z pierwotnych założeń merceryzmu. Ludzi opanowuje paranoidalna mania posiadania własnego zwierzęcia, ale skurczone zasoby ziemskiej planety nie są w stanie zaspokoić potrzeb wszystkich. Pojawia się zatem popyt na zamienniki, mechaniczno-elektryczne substytuty, które niemal perfekcyjnie naśladują żywe stworzenia i są oczywiście znacznie tańsze. Pokraczne meandry myśli ludzkiej doprowadzą do absurdalnej sytuacji. Mechaniczne zwierzęta, których prawdziwa natura jest jednak skrzętnie ukrywana przez właścicieli, cieszą się wręcz nieskończoną miłości, podczas gdy mechaniczni ludzie, czyli androidy, są albo niewolnikami albo łowi się je i tępi, niczym dziką zwierzynę.

Humanoidalne roboty, podobnie jak i mechaniczne zwierzęta, bardzo dobrze naśladują obiekty, na wzór których zostały stworzone. Aby rozróżnić człowieka od jego sztucznego odpowiednika, podejrzani poddawani są testowi na empatię. Androidy znakomicie imitują człowieka, zdarzają się nawet modele z wszczepioną pamięcią, tak, że same są przekonane, o tym, że są ludźmi, ale żaden z robotów nie posiada autentycznych wyższych uczuć. Specjalny aparat bada reakcje przepytywanych na starannie wyselekcjonowane pytania, tzw. test empatyczny Voigta-Kampffa. Ale najważniejsze pytanie, które zaczyna rodzić się w głowie Ricka Deckarta dotyczy skuteczności przeprowadzanego testu – czyż nie istnieją ludzie, którzy ze względu na niski poziom empatii mogliby zostać potraktowani jako androidy? Czy on sam, morderca androidów, ma w sobie chociaż cień współczucia i litości?

Doskonała książka Philipa K. Dicka, Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, zadaje fundamentalne pytania na temat granic oraz ścisłej definicji człowieczeństwa. Powieść traktuje o wartościach, jakie na ów czynnik się składają, poruszając równocześnie problem mechanicznych istot tworzonych na obraz i podobieństwa ludzkie. Dick stawia na wokandzie dość odległe, przynajmniej na obecnym stopniu naszego rozwoju technicznego, kwestie dotyczące prawa do autonomicznej egzystencji, które mogłyby, a może nawet powinny przysługiwać androidom, jako istotom inteligentnym, rozumnym, świadomym swojego bytu jak i cierpienia związanego z jego przedwczesnym zakończeniem. Tak jak wspominałem na początku, dickowska wizja doczekała się ekranizacji w reżyserii Ridley’a Scotta, filmu pt. Łowca androidów. Kolejne wydania książki, którą zainteresowanie wzrosło z racji całkiem niezłego przeniesienia na wielki ekran, nosiły często tytuł skrócony, tj. Łowca androidów. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? zaczęło pełnić rolę wyłącznie uzupełnienia, dodatku. Tymczasem w mojej opinii to właśnie oryginalny tytuł w pełni oddaje fascynującą treść książki – w dickowskiej rzeczywistości zwierzęta biologiczne należą do rzadkości. Ludzie, którzy mogą pozwolić sobie na ich hodowlę muszą być odpowiednio majętni. Zatem marzenia o owcach, tudzież innych zwierzakach są pragnieniem tym z gatunku czysto ludzkich – wiążą się one ze szczęśliwą egzystencją ludzi poważanych i szanowanych, jeśli nie z racji na intelekt i ogładę to przynajmniej ze względu na wysoki status społeczny. I sprawa najważniejsza – czy podobne marzenia mogą stać się udziałem androidów? Czy maszynom, w które człowiek zatknął ducha można w ogóle pozwolić na takie rojenia? Czy one również mogą oczekiwać szacunku, respektowania swojej niezależności umysłowej, wolnej woli? Czy fakt, że pierwotnym przeznaczeniem robotów miało być wyręczanie ludzi z prac ciężkich i niewygodnych oraz biorąc pod uwagę, że to człowiek jest stworzycielem sztucznej inteligencji, daje mu równocześnie prawo swobodnego dysponowania androidalnym bytem?

Drugą kwestią, o którą zahacza Dick jest znany doskonale fanom twórczości autora, swoisty dualizm. W prozie Dicka często pojawia się więcej niż jedna rzeczywistość i nie inaczej jest w przypadku Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Okazuje się bowiem, że istnieją humanoidalne roboty, którym zaszczepiono ludzką pamięć. Żyją, czy też egzystują one w przekonaniu, że są prawdziwymi ludźmi, tymczasem to tylko miraż i złudzenie. Przez karty przebija się zatem kolejne oczywiste pytanie – jaką mamy pewność, że my również nie stanowimy wyłącznie imitacji, że również nie jesteśmy jedynie mechanicznym tworem? I dalej, co to znaczy być człowiekiem i na jakie zasadzie mogę stwierdzić, że faktycznie nim jestem? Czy możliwe, że jestem wyłącznie jego nie w pełni wartościową namiastką?

Wasz Ambrose


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)