niedziela, 28 kwietnia 2013

Egzystencja warta garść karmy dla kotów

Okładka książki Kochanie, zabiłam nasze koty 

Kochanie, zabiłam nasze koty

Dorota Masłowska

Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 156
 
 
 
 



Koty są dla mnie stworzeniami dość obojętnymi. Nie przywiązuję do nich zbyt dużej wagi. Jak dotąd, nie przygarnąłem ani jednego, nad żadnym z przedstawicieli tego gatunku nie testuję mojego rodzicielskiego instynktu. Za to zupełnie inaczej sprawy mają się z Dorotą Masłowską, autorką powieści Kochanie, zabiłam nasze koty, która swego czasu została okrzyknięta jedną z najzdolniejszych polskich pisarek młodego pokolenia. Jej debiutancka Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną zrobiła zawrotną karierę i doczekała się nawet ekranizacji. Ja osobiście bardzo przestraszyłem się tego całego szumu medialnego, który został wywołany wokół młodej wówczas artystki – ów szum zagłuszył chyba nawet dyskusję nad samą książką. Pani Masłowska nie zeszła jednak z orbity moich zainteresowań. Cały czas bacznie śledzę rozwój jej kariery. Do tej pory czyniłem to niejako z boku, zza kurtyny. Czytałem o kolejnych laurach i sukcesach, nie zapoznając się z jej twórczością osobiście. Sytuacja zmieniła się, kiedy pojawiła się okazja, by najnowszą powieść Doroty Masłowskiej nabyć z 20 % rabatem. Dodatkowym argumentem, który przekonał mnie do lektury Kochanie, zabiłam nasze koty jest fakt, że książka została opublikowana na łamach wydawnictwa Noir sur Blanc. Tę oficynę literacką cenię sobie bardzo mocno, bo w końcu to ona wydaje w Polsce dzieła Henry’ego Millera, Charles’a Bukowskiego, Blaise’a Cendrarsa, Francisco Colonae czy Jonathana Coe’a. Pojawienie się Doroty Masłowskiej w tak zacnym gronie wywołało u mnie impuls, by sprawdzić, czy młoda polska pisarska rzeczywiście zasłużyła na to wyróżnienie.

Kochanie, zabiłam nasze koty to na pierwszy rzut oka książka o niczym. Fabuła prosta jak drut. Dwie przyjaciółki Farah, oraz Joanne powoli dobijają do tej jakże niechcianej przystani zwanej trzydziestką. Obie to mieszkanki wielkiej, amerykańskiej metropolii, w której równie łatwo o anonimowość jak i o konanie na ulicy bez cienia zainteresowania przechodniów. Farah jest pracowniczką agencji reklamowej. Przepełnia ją lęk przed brudem, zarazkami, bakteriami i tym wszystkim, co może zdezynfekować swoim żelem antybakteryjnym. Fobia zawęża jej perspektywę postrzegania – Farah pogrąża się w izolacji, stroniąc od spotkań ze znajomymi, barykadując się w swoim mieszkanku, będącym oazą czystości i nijakości. Jej jedyna przyjaciółka, Joanne stanowi jej idealne przeciwieństwo. Na co dzień pracuje jako fryzjerka w salonie Hairdonism, ulokowanym w jednej z bardziej alternatywnych dzielnic miasta, w której czuć ducha artyzmu. Joanne jest typową przedstawicielką konsumpcyjnego społeczeństwa. Literatura ogranicza się dla niej do kolorowej i brukowej prasy, książki są już niezrozumiałym bełkotem jajogłowych. Telewizja jest źródłem wiedzy wszelakiej. Informacyjny kał płynący z odbiornika zalewa mózg Joanne, który wchłania wszystko jak leci. Umysł tego lekkoducha wyzbyty jest jakichkolwiek filtrów. Mimo ogromu różnic, obie przyjaciółki żyją ze sobą w idealnej symbiozie. Wspólne zakupy, zajęcia jogi, fascynacja buddyzmem oraz plotki i ploteczki – oto wszystkie składniki cementujące przyjaźń obu kobiet.

Nić porozumienia zostaje jednak brutalnie przerwana, kiedy w życiu Joanne pojawia się mężczyzna. Hungarysta, który chwilowo z racji braku wolnego etatu w instytucie, pracuje na posadzie sprzedawcy armatury (Krany na Tip-tap, kupujcie krany na Tip-tap) staje się kością niezgody pomiędzy obiema przyjaciółkami, które obiecały sobie, że w ich wspólnie prowadzonej, mającej pozory szczęśliwości egzystencji, nie znajdzie się już nigdy żaden chromolony chłopak. Farah pozostaje zatem z pustką, którą stara się jakoś zapełnić. Odpowiednim kandydatem na pewno nie jest sąsiad Albert, z którym dotychczas nie zamieniła ani słowa. Widać jednak wyraźnie, że młody samiec faszerujący się lekami uspokajającymi podejmuje wyraźne próby zwrócenia na siebie uwagi Farah. Z tego powodu, staje się on bodźcem dla Farah do wyprawy na wernisaż, wystawę sztuki współczesnej, na której dziewczyna poznaje Goszę, emigrantkę z Polski. Głośna, hałaśliwa, chaotyczna oraz mocno zakręcona Go jest dla Farah objawieniem, stąd usilne zabiegania o zdobycie uznania w jej oczach.

Całość przeplatana jest snami bohaterów, w których dominują morze i syreny. Nie są to jednak bajkowe wizje, bowiem ogromne masy wody roją się od śmiecia i całego badziewa, które produkuje ludzkość, by później pozbyć się go i zatopić w odmętach oceanu. Syreny są schorowanymi stworzeniami, które toczą różne przykre dolegliwości, zarówno fizyczne jak i psychiczne. Za sprawą ludzi są one również uzależnione od alkoholu oraz tanich świecidełek. Poprzez ukazanie tego surrealistycznego świata Masłowska zdaje się prezentować naszą ludzką cywilizację głównie jako wytwórcę śmiecia i chłamu. Ludzkość w obecnej formie popadła w stagnację i zgnuśnienie. Cel naszego istnienia został przysłonięty przez różnego rodzaju substytuty, namiastki. Buddyzm znany jedynie z ustnych przekazów znajomych, czy wegetarianizm, od którego robimy chwilowe przerwy, by móc delektować się w pełni smakiem kebaba z baraniną. Do tego tanie poradniki typu Życie pełne cudów z radami pokroju uświadom sobie, ile szans codziennie zaprzepaszczasz; pogarda oddziela cię od sedna sprawy, czy rozpuść toksyczne uczucia w oddechu są dobitną diagnozą, jaką wystawia pisarka obecnej kondycji naszego społeczeństwa.

Powieść, w której doszukamy się taniego humoru oraz płytkiego absurdu sprawia wrażenie jednego głośnego westchnienia, rozgoryczenia. Plastikowe życie zdaje się być wózkiem, do którego wrzucamy różne niepotrzebne graty, pchanym bezmyślnie do przodu. Krok. Jeszcze jeden krok. I tak dalej. Ale po co właściwie? Tego nie wiemy, bowiem jakiekolwiek zagadnienia onkologiczne, od których przecież mogłaby rozboleć nas głowa lepiej zagłuszyć jest toną gadżetów. Ekologia, żywność naturalna, joga, facebook, plastik, kicz – jest tyle ciekawych tematów, których próbuje uchwycić się człowiek, by jakoś wykaraskać się z poczucia beznadziejności i bezcelowości żywota. Masłowska podjęła się tematu, który ostatnimi czasy jest mocno eksploatowany w literaturze. Było to z pewnością zagranie dość ryzykowne, bowiem siłą rzeczy następuje porównanie z innymi dziełami o tej tematyce, ale w moim mniemaniu polska pisarska całkiem zgrabnie poradziła sobie z tym zagadnieniem.

Z pewnością niepoślednią rolę odegrał tu język oraz styl pisarski. Pełen jest on słownej ekwilibrystyki oraz zabaw formą. Momentami przypomina on sztukę dla sztuki. Jest niczym maska, jedna z wielu, którą wkładamy na siebie, kiedy wchodzimy w interakcje z innymi ludźmi. Odpowiednia prezencja, niepowtarzalny styl, wyjątkowe poglądy, silenie się na oryginalność – o jakże często musimy grać w wielkim teatrze życia postacie, którymi wcale nie jesteśmy. Ale jak może być inaczej, skoro tak ciężko przychodzi nam komunikacja z drugim człowiekiem? Ileż rozmów przeprowadziliśmy w naszym życiu, które z czystym sumieniem możemy określić mianem dialogu, a nie wzajemną wymianą informacji, ale bez wysłuchiwania drugiej strony? Masłowska w swojej krótkiej powieści całkiem śmiało poczyna sobie również z groteską, wyolbrzymieniem i kpiną. Oczywiście w fabule nie mogło zabraknąć również samej pisarski, która w pewnym momencie zostaje sąsiadką Farah. Autorka nie omieszkała wspomnieć, ile trudów oraz wyrzeczeń kosztowało ją napisanie tej powieści, wyraźnie sygnalizując, że jej praca pisarska często przepełniona jest momentami twórczej niemocy. Nie wiem, czy akurat te fragmenty są niezbędne dla powieści, chociaż przyznać trzeba, że są one całkiem zgrabnie wplecione w całość.

Reasumując, najnowsze dzieło Doroty Masłowskiej nie jest tworem wybitnym. Posiada ono jednak wszelkie cechy, dzięki którym może pretendować do miana bardzo solidnej literatury. Interesująca tematyka, krytyka naszej codziennej ludzkiej głupoty oraz bogaty język, pełen słownych wygłupów dość dobrze maskują pewne niedociągnięcia, z których największym jest brak wyraźnie zarysowanej fabuły. Chociaż pewnie można się spierać, czy ta fabularna pustka nie jest zabiegiem celowym – odzwierciedleniem naszej niewyraźnej i niemrawej egzystencji. Wydaje mi się, że to książka odpowiednia szczególnie dla pokolenia twarzoksiążki, ukazanego tutaj w krzywym zwierciadle. Powieść w pełni ukazuje bezzasadność jakże powszechnego lansu i trendu bycia cool  za wszelką cenę.

Wasz Ambrose



Kochanie, zabiłam nasze koty [Dorota Masłowska]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Kochanie, zabiłam nasze koty [Dorota Masłowska]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

5 komentarzy:

  1. Ja się czaję na Masłowską i czaję, ale jakoś po tym jak obejrzałam wojnę polsko - ruską z paskudnym Szycem, to się przyczaić nie mogę...
    Ale trochę mnie zaintrygowałeś tą recenzją, kto wie, może to ruszę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie również ekranizacja "Wojny polsko-ruskiej" nie przypadła do gustu, Ale książka a film to zazwyczaj 2 różne światy.

      A jeśli chodzi o "Kochanie, zabiłam nasze koty" to powieść wydaje mi się warta uwagi :)

      Usuń
    2. Owszem, książka jest zawsze lepsza. Problem polega na tym, że najpierw obejrzałam to badziewie i teraz, choć słyszałam, że książka świetna, ciężko mi się za to zabrać. Wydaje mi się, że nie będę w stanie się odciąć od tej paskudnej mordy Szyca i będę ją widzieć cały czas podczas lektury...

      "Kochanie, zabiłam nasze koty" - jak dla mnie już sam tytuł jest zachęcający. Z resztą podobnie na mnie zadziałał tytuł najnowszej powieści Dardy, "Zabij mnie, tato", którą ostatnio recenzowałam ;)

      Usuń
    3. Zatem odpuść sobie na razie "Wojnę polsko-ruską" i sięgnij po inne pozycje Masłowskiej. Jeśli pozostałe dzieła przekonają Cię do twórczości tej pisarki, to pewnie przyjdzie czas, kiedy zdecydujesz się na "Wojnę polsko-ruską" i nie będzie ona kojarzyć Ci się wyłącznie z facjatą pana Szyca :)

      Czyżbyś miała zabójcze oczekiwania wobec książek :) ?

      Usuń
  2. Właśnie taki jest mój plan ;)


    No cóż, lubię takie mordercze klimaty. Horror, groza i te sprawy. Zarówno czytać jak i pisać. Pisać z naciskiem na takie odłamy jak gore czy bizarro, dlatego trupy mile widziane. Jak masz ochotę poczytać, to zapraszam. Cały czas odczuwam niedobór konstruktywnej krytyki, więc zapraszam tym bardziej ;)

    OdpowiedzUsuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)