środa, 30 listopada 2011

Shutter Island




DENNIS LEHANE
WYSPA SKAZAŃCÓW
(SHUTTER ISLAND)

Wyspa skazańców (wydana w Polsce również pod innym, też nieco odległym od oryginału tytułem: Wyspa tajemnic*) jest drugą powieścią Dennisa Lehane, która wpadła w moje ręce, po Ciemności, weź mnie za rękę. Książka wydana w twardej, lakierowanej okładce o ergonomicznych proporcjach i wielkości, co jest dziś rzadkością. Sprawia, iż czyta się ją z przyjemnością, trzymając ją w jednej ręce i leżąc wygodnie w łóżeczku. Drobiazg ale ważny. Poziom edytorski dobry i choć zdarzają się różne błędy tu i ówdzie, to nie są ani tak rażące, ani tak liczne, by wpływać na odbiór treści.
Jest rok 1954. Szeryf federalny Teddy Daniels i jego partner Chuck Aule przybywają do Ashecliffe, szpitala dla obłąkanych znajdującego się na wyspie w Zatoce Bostońskiej, z którego znikła jedna z pensjonariuszek. Nie jest to zwykły szpital. Jego pacjenci to w znaczącej części najgroźniejsi przestępcy, którzy dokonali okrutnych i odrażających zbrodni. Wielokrotne zabójstwa to norma w kartotekach wielu z nich. Poziom zabezpieczeń w szpitalu przewyższa ten z więzień o najcięższym rygorze, a w dodatku wyspa jest odizolowana od świata; jedyna możliwość dotarcia do niej, lub z niej się wydostania, to prom. Jakby tego było mało, nadchodzi huragan, więc niedługo i ta jedyna droga zostanie odcięta. Na szczęście Daniels też nie jest pierwszym lepszym szeryfem. To bohater wojenny mający na swym sumieniu wiele istnień ludzkich. Nie tylko jest maszyną do zabijania i mistrzem przetrwania na polu walki, ale posiada również bystry intelekt.
Od prologu poczynając, aż do ostatniej strony, lektura Shutter Islandjest istną ucztą dla czytelnika. Niezwykle obrazowy język pozwalający całkowicie przenieść się na tajemniczą wyspę momentalnie odrywa nas od rzeczywistości. Plastyczne opisy malują nam miejsce akcji z niezwykłym mistrzostwem, a klimat wciąga nie mniej niż niedoścignione Lśnienie Stephena Kinga. Napięcie rośnie nie tyle za sprawą wydarzeń, co z powodu procesów przebiegających w umyśle głównego bohatera. Lektura przenosi nas bowiem nie tylko na wyspę, ale wprost wciela nas w jego postać; w szczególności w mózg. Każda znaleziona odpowiedź mająca zmierzać do wyjaśnienia zagadki rodzi nowe pytania i my, usiłując przewidzieć dalszy ciąg, próbujemy myśleć tak jak Teddy. Jego umysłem. Z potworami w nim się rodzącymi, z pasją i odwagą. Próbujemy rozwikłać sprawę zaginięcia Rachel Solano i wyszukać nić prawdy w kłębku kłamstw. Niestety, wszystko plącze się coraz bardziej. Nie wiadomo komu i w czym można wierzyć. Wydaje się, iż każdy, począwszy od strażników i lekarzy, a na więźniach skończywszy, prowadzi własną grę i nie wiadomo co jest prawdą, a co fałszem. Postacie, szczególnie w wymiarze psychicznym, są wyczarowane z niespotykanym mistrzostwem i momentami wydaje się, iż to, co dzieje się w umysłach, jest ważniejsze niż rzeczywistość.
Nie będę zdradzał fabuły, gdyż tą powieść trzeba smakować od początku do końca we wszystkich aspektach. Nie wiem czemu Wyspa skazańców określana jest jako kryminał. Dla mnie to raczej dreszczowiec psychologiczny. Czyta się go z coraz większym napięciem aż do samego końca. Nie znajdziemy w nim spadku napięcia tak charakterystycznego pod koniec prawie wszystkich kryminałów, thrillerów i horrorów. Jest wielu mistrzów potrafiących pięknie budować napięcie, ale niezwykle rzadko udaje się komukolwiek płynnie zakończyć akcję zanim opadną emocje. Lehane tym razem przeszedł samego siebie. Zamiast zakończyć w klasyczny sposób okazał się niedoścignionym mistrzem suspensu. Trzyma w napięciu do ostatnich linijek ostatniej strony i dopiero wtedy dowiadujemy się wszystkiego. Nie ma tu żadnych wyczynów godnych nieśmiertelnych herosów rodem z licznych amerykańskich bestsellerów, naginania rzeczywistości i logiki będącego dzisiejszym deus ex machina, bez którego ingerencji nie potrafi się obyć zdecydowana większość topowych powieściopisarzy z pokrewnych gatunków literackich, że o nadprzyrodzonych ingerencjach nie wspomnę. Nie ma mowy o tych bolączkach wspólnych dla wszystkich, którzy potrafią namotać, ale potem sami nie wiedzą jak rozwiązać. Tym razem u Dennisa wszystko dzieje się dokładnie tak jak trzeba; realnie aż do bólu, logicznie i spójnie. Powieść doskonała pod każdym względem, choć trudno ją porównać z czymkolwiek. Jest jak oaza wśród piasku, wyspa bezludna na oceanie, gwiazda w pustce kosmosu. Jest odmienna, inna, wspaniała. Potencjalnie jest takich wiele, ale w pobliżu nie ma żadnej podobnej.
Nie wiem, czy jeszcze kiedyś sięgnę po Wyspę Skazańców. Może tak, może nie. Na razie bym jej nie kupił. Wiem jednak, iż jest to jedna z najlepszych książek jakie ostatnio miałem w ręku. Daje do myślenia, a przy tym jest prawdziwym oderwaniem od wszystkiego. Rozrywka z najwyższej półki. Zdecydowanie polecam

Wasz Andrew


Shutter Island nie tłumaczy się ani jako Wyspa skazańców, ani jako Wyspa tajemnicShutter to migawka fotograficzna, okiennica, żaluzja lub inne urządzenie do zamykania i otwierania, ale nie drzwi czy brama. Trudno znaleźć odpowiednie marketingowo i zarazem wierne tłumaczenie tego idiomu. Moim zdaniem lepsze byłoby pozostawienie tytułu w oryginalnej formie. Niniejsza recenzja dotyczy Wyspy skazańców w tłumaczeniu Sławomira Studniarza Wydawca: ŚWIAT KSIĄŻKI Rok wydania: 2004 

wtorek, 29 listopada 2011

BATALION CZOŁGÓW




Leo Kessler
Batalion czołgów
BATALION SZTURMOWY SS
Rok 1940. Zdobycie belgijskiej twierdzy Eben-Emael jest kluczowe dla powodzenia całej hitlerowskiej inwazji na Belgię, Holandię i Francję. Batalion Szturmowy SS Wotan otrzymuje rozkaz wspomóc oddziały spadochronowe. Zadanie nie jest łatwe, gdyż fortyfikacja przypomina olbrzymią betonową ścianę najeżoną lufami armat. Wydaje się nie do zdobycia. Jednak niemieckie dowództwo jest zdeterminowane aby wkroczyć do Belgii i błyskawicznie zaatakować Francję. Straty w ludziach nie mają najmniejszego znaczenia.
Tyle notka na okładce książki.
Po powieść Leo Kesslera* Batalion czołgów (Panzer Batalion) z serii Batalion szturmowy SS sięgnąłem przypadkiem. Wypożyczył ją syn, a ja akurat nie miałem co czytać. Skusiła mnie przytoczona wyżej notka wydawcy, zamieszczona na tylnej okładce książki wraz z fragmentem treści.
Batalion czołgów czyta się świetnie; prawdziwie jednym tchem. Akcja dynamiczna jak może być tylko w powieści wojennej. Krew się leje strumieniami, trupów jak much w wiejskim wychodku, a wszystko to okraszone scenkami z prymitywnym seksem. Pozytywnie?
No właśnie. Fakt, iż rzecz cała, mimo brutalności krwawych scen, jest napisana dynamicznym, szybkim i łatwym w odbiorze językiem, predestynowałby Batalion do wysokiej oceny, gdyby nie... No właśnie.
Batalion czołgów jest książką bardzo zdradliwą i mogącą poczynić wiele szkód. Zarówno opatrzenie wydania mapkami, planami fortu, notką wydawcy angielskiego stwierdzającą, iż jest oparta na faktach, jak i notką tłumacza tego w najmniejszym stopniu nie dementującą, wprowadzają w błąd. Tymczasem jest to powieść nawet gorsza niż fikcja literacka. Uważam, że dopuszczalne jest uzupełnianie brakujących faktów czymkolwiek, w powieściach osnutych na rzeczywistych wydarzeniach. W końcu nikt nie udowodni, że tak nie było. Nie mam też niczego przeciwko całkowicie zmyślonej fabule i wydarzeniom, które nigdy nie miały miejsca, jeśli znajduje się je w beletrystyce. Nawet jednak utwory science-fiction, że o zwykłych powieściach nie wspomnę, nie powinny kłócić się ze zdrowym rozsądkiem, logiką i rzetelną wiedzą**. Tymczasem Batalion jest po prostu chory.



 Eben Emael-Bunker Kanal Nord od strony południowej, fot. Scargill
Książka pozuje na prozę prawdy, i to tak dokładnie, iż nawet jako tako obyty czytelnik może się nabrać. Ba – wiele podsumowań w internecie świadczy o tym, że nawet recenzenci zostali wyprowadzeni w pole. Poczynając od samego batalionu, przez miejsce akcji, a na ogólnej wymowie kończąc – wszystko to blaga. Nie wspomnę o tym, iż polski tytuł jest bezsensowny***.
Batalion Szturmowy SS WOTAN najprawdopodobniej nigdy nie istniał a na pewno nie jako samodzielna jednostka w tym miejscu i czasie, w jakim umieszcza go Kessler. Fort Eben-Emael nie przypominał, wbrew opisom i rysunkom zamieszonym w powieści, wielkiej żelbetowej fortecy w stylu gotyckiej twierdzy. Była to nowoczesna twierdza artyleryjska składająca się z żelbetowych stanowisk artylerii i broni maszynowej rozproszonych na sporym obszarze o kształcie trójkąta. W ataku na nią nie brały żadne jednostki SS, a jedynie spadochroniarze. Atakujący, wbrew krwawym opisom Kesslera, nie ponieśli prawie żadnych strat****.



Fort Eben Emael
Nie wiem jaki cel miały te wszystkie dziwaczne zabiegi autora, który przecież jest historykiem. Rzeczywista historia upadku Eben-Emael jest chyba jeszcze bardziej fascynująca niż ta zmyślona. A może chodziło o pokazanie SS-manów jako psychopatów?
Batalionie czołgów widzimy, jak cyniczni oficerowie prowadzą na śmierć ogłupionych propagandą żołnierzy i za cenę niesamowitych strat osiągają zwycięstwo. Prawie wszyscy odbiegają od tego, co uznajemy za normalność.




 Główna brama Eben Emael, fot. Zbigniew Strucki (zstrucki@o2.pl)
Propaganda sowiecka, dobrze zaimplementowana w polskiej świadomości, przedstawiała żołnierzy hitlerowskich jako sadystów i innych zboczeńców, którzy najchętniej dokonywali zbrodni wojennych, a znacznie mniej nadawali się do walki. Kessler pokazuje ich już w nieco lepszym świetle, ale dalej zdecydowanie negatywnym. Nie dziwne; przecież to syn dumnego Albionu poniżonego przez Adolfa, który sprawił mu chyba największe w historii lanie. W dodatku Leo był brytyjskim pancerniakiem, a wiadomo jak Alianci obawiali się spotkania z niemiecką bronią pancerną od początku do końca wojny. Prawda zaś jest taka, że oddziały pancerne SS wykazywały się nie tylko szaleńczą odwagą i fanatyzmem, ale i świetną znajomością żołnierskiego rzemiosła. Wystarczy prześledzić losy ciężkich batalionów pancernych SS, by się o tym przekonać. Przy tym morale tych oddziałów (wynikające z fanatyzmu, ale to nie zmienia faktu) było w większości bardzo wysokie – potrafili kontynuować natarcie przy poziomie strat prowadzącym w innych armiach do nieodwracalnej ucieczki zakończonej masowymi dezercjami. Batalion czołgów jest więc książką bardzo niebezpieczną, gdyż wypacza zarówno obraz samej bitwy o Eben-Emael, jak i wojny w ogóle. Nie ma bowiem mądrych w walce. Cwaniacy siedzą daleko od przelatujących kul. Brzuchy mają syte, a gęby pełne haseł, za które umierają młodzi i głupi. Nie jest ważne, jak brzmią te hasła, zawsze skutek jest taki sam. Oficerowie ryzykujący na pierwszej linii życie dla awansu i kariery nie są wcale wiele mądrzejsi od swoich podwładnych, których na śmierć wysyłają. Śmierć w walce nie wybiera między dobrymi a złymi, głupimi i inteligentnymi. Prawdziwie mądrzy robią wszystko, by nigdy nie iść na wojnę, a cwaniacy jeszcze na niej zarabiają, choć w niej życia nie ryzykują. Siedzą w mundurach lub garniturach daleko od tych, którzy giną, i tylko podjudzają. Dlatego właśnie wojna jest zła. Nie ma w niej niczego dobrego, a giną zawsze najlepsi: honorowi, uczciwi, normalni. Przeżywają cwaniacy i kombinatorzy gotowi poświęcić każdego i wszystko, byle tylko siebie ocalić. Tego jednak w powieści Kesslera nie znajdziecie, bo nie ma w niej żadnych prawd. Są tylko kłamstwa ubrane w pozę prawdy.



 Niemieccy spadochroniarze w Eben Emael
Jak się łatwo zorientować nie polecam tej książki w ogóle. Batalion czołgów, pomimo porywającej akcji i wciągającego, łatwego w odbiorze stylu, beznadziejnie wypacza obraz wszystkiego o czym traktuje. Nie jest to w żadnym wypadku książka dla ludzi mało obeznanych z tematem, gdyż wyrobi w nich fałszywy obraz historii. Maniaków wojskowości odsyłam zaś jeśli nie do książek historycznych, to do powieści opartych na prawdzie, których wiele jest w tej tematyce.

Wasz Andrew

* Właściwie Charles Whiting ur. 18-12-1926 zm. 24-07-2007, brytyjski pisarz i historyk, napisał około 350 książek pod pseudonimami Leo Kessler, Duncan Harding, John Kerrigan i Klaus Konrad.
** Oczywiście nie dotyczy to w całej rozciągłości pewnych szczególnych konwencji, choćby fantasy, ale w takich wypadkach właśnie stosowana konwencja określa zakres dozwolonych odstępstw od „normalności”.
*** oryg. Panzer Batalion można tłumaczyć jako Batalion Pancerny (analogicznie jak Grenadierzy Pancerni) co przekłada się na nasze jako piechota zmechanizowana, a więc jednostka uzbrojona w BWP (Bojowe Wozy Piechoty) i transportery opancerzone. Batalion Czołgów ma za główne wyposażenie czołgi, a Wotan, jak można sprawdzić w treści, ani jednego czołgu na stanie nie miał. Była to zwykła piechota SS na transporterach i tytuł pasuje jak wół do karety.
**** Grupa szturmowa Wittiga straciła 5 zabitych zaś 20 żołnierzy było rannych z ogólnego stanu 84 ludzi. Do niewoli trafia 1185 belgijskich żołnierzy, a straty obrońców wyniosły 200 żołnierzy (różne źródła podają nieco odmienne liczby).

poniedziałek, 28 listopada 2011

Oko w oko z banderowcami




Kiedy sięgnąłem po książkę Oko w oko z banderowcami – wspomnienia małoletniego żołnierza Armii Krajowej, której autorem jest Stanisław Jastrzębski, miałem mieszane uczucia. Wiedziałem, że temat walk z UPA jest ciężki i obawiałem się, czy lektura będzie na tyle wartościowa, by zrekompensować negatywne odczucia, które budzą się w każdym normalnym człowieku na myśl o tym czasie okrucieństw i ludobójstwa. W dodatku makabryczna szata graficzna okładki sugerowała, że wesoło nie będzie.
Wbrew początkowym obawom, autor stanął na wysokości zadania. Może jakichś niesamowitych walorów stylistycznych nie zaprezentował, ale jego maniera pisarska okazała się idealnym narzędziem do osiągnięcia celu, którym było przekazanie wspomnień o tych czasach zezwierzęcenia. Zaślepienia i zbrodni w imię wiary w to lub tamto, bo niesamowitych zbrodni dokonywano wówczas w niezliczonych miejscach świata i pod różnymi sztandarami.
Oko w oko z banderowcami to wspomnienia dziecka, a później młodzieńca, który znalazł się w samym środku wielkiego, okrutnego ludobójstwa. Okrutnego podwójnie, gdyż zadawanego sąsiadowi przez sąsiada, znajomemu przez znajomego, a nierzadko i krewnemu przez krewnego. Taka wojna, podobnie jak wojna domowa, jest moralnie okrutniejsza od „zwykłej”, w której krzywda spotyka nas od obcych. Na szczęście Stanisław Jastrzębski umiejętnie wyważył opisy tragedii, których był świadkiem i pokazał swe życie tak, jak je widział i widzi. Sporą więc część całości zajmują przesycone liryzmem wspomnienia z przedwojennego życia kresowej wielonarodowościowej i wielowyznaniowej społeczności. Piękne opisy życia rodzinnego we wsi Byble są wielką wartością tej książki, podobnie jak malownicze opisy tamtejszego krajobrazu. Wszystko to skończyło się wraz z wojną. Okupacja sowiecka, niemiecka, a potem wyzwolenie przez Rosjan. A nad tym wszystkim unosił się upiór UPA. Działalność w AK, a potem, po wyzwoleniu, walka w Istriebitielnych Batalionach i w końcu wywózka do PRL. Właśnie temat Istriebitielnych Batalionów był dla mnie najciekawszy, gdyż mało się o nich mówi, a to ciekawa karta naszej historii.
Są dwa sposoby opowiadania historii. Pierwszy, którego klasycznym przykładem są historycy, pretenduje do obiektywizmu i prawdy opartej na źródłach. Drugi, głównie w nurcie wspomnieniowym, to prawda oparta na tym, co się samemu widziało, słyszało, doświadczyło. Autorzy również zapewniają o prawdziwości i obiektywizmie. Który sposób jest bardziej wartościowy? Oba siebie warte. Ani jeden nie jest obiektywny, ani drugi. Wystarczy porównać rozdźwięk między historykami polskimi i ukraińskimi na temat omawianego okresu.
Stanisław Jastrzębski absolutnie nie jest w swych wspomnieniach obiektywny, o ile w ogóle coś takiego jest możliwe. I bardzo dobrze! Jest za to prawdziwy. Każde słowo tchnie autentyzmem. On nie jest historykiem; płatną papugą mniej lub bardziej uzależnioną od chlebodawcy i opinii środowiska. Jest świadkiem. Jak prześwietnaGomorra, to po prostu świadectwo. Świadectwo kogoś, kto przeżył to, o czym pisze, a teraz o tym świadczy. W tym rozumieniu Oko w oko z banderowcami jest pozycją bezcenną, zwłaszcza w okresie, gdy Ukraina próbuje rozpowszechniać całkowicie odmienne od naszego widzenie tamtych dni i tamtych wydarzeń. Książka jest cenna podwójnie również dlatego, iż dziś wielu ludziom, nawet w naszym kraju, z hasłem „walki z UPA” kojarzą się Bieszczady i Świerczewski. Dobrze przypomnieć, dokąd kiedyś sięgała Polska i jak wyglądała utrata tych ziem w oczach ich mieszkańców, którzy za miłość do niej płacili cenę najwyższą.
Wielką zaletą książki Stanisława Jastrzębskiego jest to, iż opisuje on wszystko tak, jak widział to wówczas, gdy rzeczy się działy, ewentualnie zaznaczając, że później na pewne rzeczy spojrzał inaczej i z jakiego powodu się tak stało. Wspomina między innymi o Akcji Ocalenie, która również na mnie wywarła duże wrażenie, a którą każdy Polak powinien przeczytać. Taki uczciwy subiektywizm jest bardziej prawdziwy niż wyważone pseudowspominki lub wręcz panegiryki, którymi de facto są „wspomnienia” o niektórych znanych Polakach, jakie ostatnio hurtowo zalewają nasze księgarnie. Polecam więc tę lekturę każdemu i z całym przekonaniem, tym bardziej, że nie ma w niej zbędnego epatowania okrucieństwem. Polecam, choć na wiele rzeczy mam inne spojrzenie niż autor. Polecam gdyż tym bardziej doceniam jego szczerość i uczciwość. W moim odczuciu nie jest to książka dla dzieci, ale pozostałym powiem, że naprawdę warto zapoznać się z tym wspomnieniem o wciąż mało znanym rysie naszej historii. Warto dać ją też do przeczytania wszystkim, którzy myślą, że wojna może być dobra

Wasz Andrew

piątek, 25 listopada 2011

Chemia śmierci




Po powieść Chemia śmierci (oryg. The Chemistry of Death), której autorem jest Simon Beckett, brytyjski pisarz i dziennikarz, sięgnąłem świadomie i z premedytacją. Wiedziałem już, iż jest to pierwsza książka trylogii, której głównym bohaterem jest David Hunter, wybitny antropolog sądowy. Chemia śmierci miała bardzo dobre recenzje i to właśnie ona sprawiła, że nazwisko Beckett stało się znane w świecie.
Rozpoczynając lekturę przenosimy się do Manham, małego miasteczka, a prawdę mówiąc zabitej dechami dziury w Norfolk w Wielkiej Brytanii. Przybywa tam wspomniany już specjalista od trupów, który właśnie porzucił dotychczasową karierę związaną z umarlakami i postanowił tym razem zająć się żywymi, jako zwykły lekarz w miejscowej przychodni. Przychodni, której dotychczas wystarczał jeden jedyny konował, więc na nasze standardy Manham powinno być nazywane wiochą, a nie miasteczkiem. Hunter porzuca nie tylko wielką karierę i pasjonujące, choć nieco śmierdzące zajęcie, ale również Londyn. Nie trzeba wiele więcej, by się domyślić, że przed czymś ucieka.
Oczywiście, co łatwe do przewidzenia, nie znajduje na tym odludziu spokoju, gdyż wkrótce, za sprawą pojawiających się jeden po drugim trupów, Manham stanie się obiektem zainteresowania mediów, a nasz bohater będzie zmuszony wrócić do swych poprzednich zajęć i pomóc policji.
Jak na perełkę gatunku przystało, powieść wciąga i czyta się ją błyskawicznie. Styl jest dobry; oddaje nie tylko klimat miejsca zbrodni, prosektorium i innych akcesoriów gatunku, ale również charakterystykę wiejskiej i małomiasteczkowej mentalności. Znajdziemy w Chemii śmierci i miłość, i zbrodnię, dobro i zło, różne postawy ludzkie i różne charaktery, różne reakcje na te same bodźce. Wszystko to, czego oczekujemy od świetnej powieści. Uważni czytelnicy trafią również na różne smaczki z anglosaskich realiów, zwłaszcza policyjnych i medycznych, jak choćby symptomatyczne przywiązanie ichnich kryminologów do identyfikacji na podstawie kartotek dentystycznych. Świadczy to o poziomie opieki medycznej. U nas jest to metoda znana, ale tylko sporadycznie używana, no bo ilu naszych rodaków ma swoją udokumentowaną historię opieki stomatologicznej. Ile naszych gabinetów w ogóle coś takiego prowadzi?  A dziwne, gdyż jest to korzystne nie tylko dla policji i dla samych pacjentów, ale i dla wszystkich, którzy płacą na służbę zdrowia i pragną, by rozliczano te środki uczciwie.
No właśnie. Uważam, że dobra powieść kryminalna powinna dawać rozrywkę i trochę do myślenia, gdy czytelnik próbuje wyprzedzić akcję i samodzielnie odgadnąć kto, jak i dlaczego. To u Becketta znajdziemy. Świetna powieść powinna dawać coś więcej. Jeśli już nie poważne problemy do przemyślenia, jak w mojej ulubionej szwedzkiej szkole kryminału społecznego z jej zgasłą przedwcześnie gwiazdą Stiegiem Larssonem, to przynajmniej rzetelne tło pozwalające poznać odrębność innych społeczności, te perełki sprawiające, że wiemy czym różni się mentalność innych od naszej. I tego też w Chemii śmierci nie zabrakło.
Czy jest więc pierwsza wielka powieść Simona Becketa rewelacją? Tak. W sam raz na jeden raz. Świetnie się ją czyta, a i wartości wiele w niej można znaleźć. Cała fabuła jest jednak jak na mój gust nieco za bardzo wydumana, a wszystko psują ostatnie strony. Epilog wygląda tak, jakby został napisany w pośpiechu i po dłuższej przerwie; dopisany do prawie ukończonej już wcześniej całości. Ba, wygląda wręcz, jakby napisał go kto inny.
Ten potężny dysonans na samym końcu tak okrutnie psuje odbiór całości, że nie widzę sensu kupowania Chemii śmierci. Nie wyobrażam sobie, bym odczuł potrzebę sięgnięcia po nią ponownie, więc nie ma na mojej półce dla niej miejsca. Co innego, jeśli się jej jeszcze nie czytało, a planuje się jej wypożyczenie z biblioteki albo od znajomego. Do tego zachęcam i przyznam uczciwie, że zamierzam zapoznać się w bliższej lub dalszej przyszłości z następnymi opowieściami o przygodach doktora od trupów, mając oczywiście nadzieję, że autor nie zepsuje znów wszystkiego na sam koniec

Wasz Andrew

cykl: Dr David Hunter:
opowiadanie:

  • Dzień jak dzień (Just Another Day)
powieści:
  1. 2006: Chemia śmierci (The Chemistry of Death)
  2. 2007: Zapisane w kościach (Written in Bone)
  3. 2009: Szepty zmarłych (Whispers of the Dead)
  4. 2011: Wołanie grobu (The Calling of the Grave)
  5. 2017: Niespokojni zmarli (The Restless Dead)
Chemia śmierci [Beckett Simon]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE


czwartek, 24 listopada 2011

Sanktuarium




Sanktuarium (oryg. The Sanctuary) to pierwsza powieść RaymondKhoury po którą sięgnąłem. Szczerze mówiąc, do  jej przeczytania popchnęła mnie reklama w postaci intrygującego plakatu, który dojrzałem na ścianie korytarza naszej biblioteki.
Książkę, choć gruba, czyta się dobrze i to jedyne, co o niej można powiedzieć dobrego. Liczne retrospekcje wtrącone w akcję dnia dzisiejszego, tak jakoś bez ładu i składu, wybijają z rytmu i tej odrobiny napięcia, które miejscami udało się autorowi zbudować. Po pewnym czasie zaczynają zdrowo denerwować, tym bardziej że nie wnoszą niczego nowego do rozwiązania zagadki, które od początku jest znane. Sensacyjny aspekt powieści, wbrew temu czego można spodziewać się po bestsellerze, też nie zachwyca. Choć akcja szybka, to praktycznie brak tajemniczości, suspensu i stresu, które są nieodłącznym atrybutem dobrej sensacji. Osią akcji jest walka dobra i zła o formułę długowieczności. No, może tutaj jest drugi pozytywny aspekt lektury, gdyż autor powstrzymał się od pisania o formule nieśmiertelności, co w epoce spidermanów i innych podobnych wymysłów jest objawem bardzo pozytywnym. Z drugiej strony, rozważania na temat skutków ujawnienia tajemnicy długowieczności są tak płytkie, że aż infantylne. Dość powiedzieć, że Khoury nawet nie zauważył, iż taki proces dzieje się na naszych oczach i żadna formuła nie jest do tego potrzebna. Wystarcza wydłużenie średniej życia w ciągu ostatnich wieków, spowodowane zresztą bardziej zwiększeniem przeżywalności noworodków niż faktycznym przedłużeniem życia jednostek. To jednak temat na osobny felieton.
Niestety jedyna prawdziwa tajemnica, która dręczy czytelnika Sanktuarium, to jak autor wybrnie z potrzeby zakończenia powieści, w której i tak od razu wszystko jest wiadome. Całość konsekwentnie zmierza do bardzo nijakiego i mało realnego końca. Co i jak nie będę dokładnie opisywał, by nie odbierać ewentualnym czytelnikom tej odrobiny zadowolenia, jaką książka może zaoferować. Miłośników gatunku, znających choć nieco realia, uprzedzę, iż na klimat realizmu rodem ze służb specjalnych też nie mają co liczyć. Nie wiem czy to wina autora, czy też tłumacza, ale jeśli ktoś nie odróżnia pistoletu od karabinka, to powinien pisać (lub tłumaczyć) romanse. Fakt, że oba te rodzaje broni strzeleckiej mogą po angielsku być określone jednym słowem gun, podobnie zresztą jak armata i wszystko co ma lufę, ale od tego jest kontekst, by po polsku oddać to odpowiednim słowem. Drobiazgów, które psują radość z lektury, można by się czepiać jeszcze długo, co jednakowoż nie znaczy, że to kompletny knot. Jeśli wybieracie się do biblioteki (a tym bardziej księgarni), to nie sięgajcie po tą powieść pana Raymonda. Szkoda na nią czasu, a tym bardziej pieniędzy. Wolałbym już naszego Nienackiego, jeśli szukacie zagadek historycznych lub Guillou, jeśli wolicie dobre realistyczne klimaty z bronią. Z drugiej strony, gdybyście przypadkiem dostali Sanktuarium w prezencie, to nie wyrzucajcie jej. Aż tak zła nie jest. To typowa sztampa prosto z podręcznika Jak napisać bestseller. Można przeczytać, jeśli nie ma się akurat lepszej alternatywy. To po prostu 3+ w starej skali ocen.

Wasz Andrew

środa, 23 listopada 2011

Gomorra




ROBERTO SAVIANO

GOMORRA

Podróż po imperium kamorry



To głośna, kultowa wręcz książka o mafii włoskiej; dokładniej o jej części wywodzącej się z Neapolu. Taki początek jest jednak mylący, podobnie jak polski tytuł książki.

Ja wolę wersję w oryginale:

GOMORRA
Viaggio nell’impero economico e nel sogno di dominio della camorra




Zdecydowanie lepiej oddaje ona istotę problemu o którym będzie mowa. Różnicę zrozumie każdy nawet bez żadnej znajomości włoskiego.

Do GOMORRY podszedłem z pewną nieufności, z obawą zawodu, jaka zawsze mi towarzyszy, gdy rozpoczynam lekturę bestsellera, czegoś co jest trendy i na topie. Obawiam się płytkości, tekstu pod publiczkę, tanich chwytów i nijakich tematów. Tutaj jednak od początku do końca miałem wrażenie, iż każde słowo jest warte przeczytania a każdy wątek przemyślenia.

Książka Roberta Saviano określana jest przez krytyków jako „praca wielogatunkowa” czy „połączenie gatunków literackich”. Dla mnie to po prostu świadectwo. Słowo ostatnio mało używane, wyparte przez prawnicze określenie „zeznanie”, które jednak nie jest tym samym. Świadectwo bliskie w swym znaczeniu temu z Biblii – ja wiem (io so jak pisze autor); ja widziałem, słyszałem i czułem a teraz daję temu świadectwo, teraz Wam o tym mówię.

Słowo mafia kojarzy nam się z Ojcem Chrzestnym i innymi podobnymi filmami. Ze światem Ala Capone, Franka Costello i Lucky Luciano. Światem zbrodni nie pozbawionym jednak pewnego kośćca zastępującego moralność, pewnego porządku zastępującego porządek społeczny. Świat mroczny ale w pewien sposób pociągający. Nawet Wikipedia podaje iż mafia, to „zorganizowane grupy przestępcze ... o hierarchicznych strukturach, działające według własnego kodeksu moralnego”.

Robert Saviano pokazuje nam, iż wersja mafii wynaleziona w rejonie Neapolu to już nie mafia. To nowa jakość, tak jak samochód nie jest po prostu szybszą dorożką, choć i jedno, i drugie ma liczne podobieństwa. Choć oba są pojazdami na kołach, inny jest napęd, inna moc i możliwości. Inna filozofia i inna rzeczywistość.

Gomorra pokazuje nam świat zorganizowanej przestępczości bez charakterystycznej dla powszechnie znanej mafii hierarchiczności i bez żadnego kodeksu, bez trwałych związków, sojuszy, bez żadnych norm i wyrzutów sumienia.

W książce Saviano poznajemy zorganizowaną przestępczość tak odmienną od tradycyjnej mafii, iż powinno się dla niej wymyślić nową nazwę. To biznesowy matrix, gdzie jedyną zasadą jest zysk, gdzie jedynym sojusznikiem jest pieniądz. To świat ponadpaństwowych biznesów, które na prawo, wiarę, moralność, środowisko i człowieczeństwo patrzą jak kierowca na niepotrzebne ograniczenie prędkości, które można łamać kiedy tylko uzna się to za korzystne. To imperializm organizacji ekonomicznych, które w pogoni za zyskiem łamią normy moralne i prawne, niszczą ludzi i całe kraje przenikając przez wszystkie granice. Firmy o obrotach większych niż budżety wielu krajów i o wpływach większych, niż możliwości działania wielu rządów.

Gomorra to świat, w którym mafiosi w stylu znanym z filmów są jak dinozaury, które jeszcze nie do końca wyginęły, ale już są tylko osobliwościami z zaginionego świata. Dzisiejszy świat zorganizowanej przestępczości jest zamieszkiwany przez nowe postacie, które nawet nie uważają się za przestępców, tylko za biznesmenów. To świat innej moralności, innej filozofii i innego życia. Życia w którym samo życie, nawet własne, jest nic nie warte. Życia, w którym liczy się co innego.

Książkę Roberta Saviano polecam zdecydowanie każdemu. Gomorrazmusza do przemyśleń, przewartościowań. To jedna z nielicznych lektur, które zmieniają czytelnika, jego świat i jego życie. Zwłaszcza dla nas, Polaków, jest to ważne, gdyż Gomorra dotarła już do nas i, obym był złym prorokiem, znalazła u nas równie dobrą ziemię dla swych nasion jak w południowej Italii. Nowoczesna mafia niszczy bowiem kraje biedne i pomaga bogacić się tym, którzy bogaci już są. Nie oszczędza ani środowiska, ani ludzi, ani wiary...


Wasz Andrew

poniedziałek, 21 listopada 2011

Kopernik seksu




Kinsey

Let's talk about sex


KINSEY” miał swoją premierę w 2004 roku. Nad Wisłą po raz pierwszy film można było zobaczyć rok później i wtedy właśnie go oglądałem. Nie jest to więc żadna nowość. Dlaczego więc o nim piszę?
Kilka razy słyszałem już od różnych osób, że coś im się o tym filmie obiło o uszy, że chętnie by go zobaczyły, ale nie wiedzą jak go odnaleźć, choćby dlatego, że nie znają pisowni tytułu ani nazwiska reżysera. Oto wszystkie niezbędne dane:
KINSEY Reżyseria Bill Condon, scenariusz Bill Condon, zdjęcia Frederick Elmes, muzyka Carter Burwell, od lat 15
Nagrody:

  • 2005: (nominacja) Złoty Glob najlepszy dramat
  • 2005: Liam Neeson (nominacja) Złoty Glob najlepszy aktor w dramacie
  • 2005: Laura Linney (nominacja) Złoty Glob najlepsza aktorka drugoplanowa
  • 2005: Laura Linney (nominacja) Oscar najlepsza aktorka drugoplanowa


Dlaczego warto obejrzeć ten film? Dlaczego warto obejrzeć go właśnie w Polsce?
Kinsey” to właściwie film biograficzny. Nie bez kozery w tytule porównałem Kinseya do Kopernika. Kopernik dokonał przełomu, wręcz rewolucji, nie tylko w astronomii, ale przede wszystkim w mentalności ludzkiej i filozofii. O wpływie i znaczeniu dzieła Mikołaja z Torunia, wykraczającym daleko poza astronomię, można napisać całą książkę. Nasuwają się liczne analogie do Kinseya i jego prac "Sexual Behaviour in the Human Male" i "Sexual Behaviour in the Human Female". Obaj uczeni mężowie odrzucili poglądy większości i obaj dokonali rewolucji światopoglądowej. Kopernik światowej, Kinsey w USA. Obaj chętnie byliby widziani na stosie przez wielu im współczesnych.
Kinsey” zmusza do myślenia i przewartościowuje wiele sądów, zwłaszcza u osób, które wcześniej nie poświęcały zbyt wiele czasu na rozmyślania o seksie. Film pomoże zrozumieć, że w dziedzinie zachowań seksualnych, wbrew temu co mówi Kościół i politycy, nie ma tak naprawdę norm ani ostrych granic. Może pomóc w wyjściu z kompleksów tym, którzy uważają swój poziom aktywności seksualnej za wyjątkowo niski, jak i tym, którzy uważają się za demonów seksu. Może pomóc w obiektywniejszym spojrzeniu na swoje problemy osobom, które nie akceptują pewnych aspektów swej seksualności. Warto ten film obejrzeć dlatego, że Polska nie jest krajem o szczególnej tradycji w prowadzeniu dyskusji na te tematy, a poziom zabobonów w tej sferze jak na XXI wiek jest u nas wręcz przerażający. Kinsey nie niesie żadnego przesłania w które trzeba uwierzyć, nie indoktrynuje, po prostu pokazuje człowieka, jego życie i jego pracę. Wnioski każdy musi wyciągnąć sam. To jest tylko jedną z wielu zalet tego filmu.
Więcej nie napiszę – zobaczcie sami...

Wasz Andrew

piątek, 18 listopada 2011

Prawda o życiu



Prawdą o życiu człowieka jest nie to co w nim robił, ale legenda która wokół niego urosła, jak mawiał Oskar Wilde.
Znane nazwisko. Myśl błyskotliwa. W moim odczuciu jest jednak płytka jak kałuża na niemieckiej autostradzie. By miała sens, należy uwierzyć, iż jest tylko jedna historia, tylko jeden osąd o każdym człowieku. Z jednej strony pachnie mi to marzeniem wielu ludzi w każdym społeczeństwie, które brzmi po niemiecku Ein Volk, ein Reich, ein Führer, a którego odpowiedniki pobrzmiewają w credo wielu ugrupowań w innych narodach i wspólnotach religijnych. Z drugiej jest po prostu infantylna, gdyż można w nieskończoność wyliczać zestawienia typu Hitler-neonaziści-antynaziści, Stalin-Polacy-Rosjanie, Usama ibn Ladin-muzułmanie-chrześcijanie, które pokazują, iż nie ma jednej oceny człowieka i jednej wizji historii. Nie ma też obiektywnych ocen faktów i tutaj podobnie można w nieskończoność ciągnąć przykłady typu Zaolzie-Polacy-Czesi, WTC-muzułmanie-chrześcijanie czy zabójstwo Popiełuszki-chrześcijanie-pozostali.
Z powyższego wynika, iż o człowieku nie ma jednej legendy. Nie ma świętości świętych dla wszystkich i nie ma autorytetów powszechnych. W tym kontekście pytania typu: „Czy według Was historia sprawiedliwie rozlicza władców i wielkich ludzi wpływających na losy świata? Czy ważniejsza jest legenda, sława i chwała, od rzeczywistych uczynków i zalet?” nie mają sensu, gdyż nie ma czegoś takiego jak rzeczywiste uczynki i zalety. Wszystko jest kwestią ocenną. Nawet Mahatma Gandhi, któremu teoretycznie nie można niczego zarzucić, nie znalazł wielu naśladowców i jak światem rządziła pięść oraz stojący za nim pieniądz, tak jest i nadal.
Cytatowi z Oskara Wilde przeciwstawiłbym cytat z prześwietnego, opartego na faktach filmu Ze slumsów na Harvard: „Jest tyle historii, ilu jest ludzi”. Każdy z nas ma swoją własną historię i swoje własne spojrzenie na inne historie. Są to po prostu legendy. Czasami dwóch ludzi uważa daną legendę za prawdziwą, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że nie do końca tak było. Tolerancja, to właśnie zrozumienie i akceptowanie takiego stanu rzeczy. A jeśli ktoś uważa, że czarne jest czarne, a białe jest białe... No cóż, nawet w fizyce podkreśla się, że czerń i biel absolutna realnie nie istnieje. Ja wolę widzieć świat, również historię i ludzi, w szerszej palecie barw niż black & white, czego i Wam życzę

Wasz Andrew

do napisania tego tekstu sprowokował mnie konkurs w serwisie LubimyCzytać.pl

czwartek, 17 listopada 2011

Kto zabił?



Książka Kto zabił? Tropów jest wiele, prawda tylko jedna, to zbiorek krótkich form literackich pochodzących spod piór polskich autorów, głównie dziennikarzy. Są to teksty mniej lub bardziej dokumentalne, połączone tematyką kryminalną, również mniej lub bardziej.
Lekturę rozpocząłem z impetem w głąb, gdyż kryminalistyka jest jedną z wielu dziedzin, które uznaję za bardzo interesujące. Niestety, zawiodłem się. Książka nie okazała się całkowitą klapą. Aż tak źle nie było. Teksty są dobrze napisane, w końcu autorzy wielu z nich są znanymi i uznanymi dziennikarzami śledczymi. Znajdziemy też w zbiorku sporą dawkę ciekawych informacji. Cóż jednak, skoro dziegciu w tej beczce za dużo, zwłaszcza w porównaniu do ilości miodu.
Kto zabił? Tytuł sugeruje zawartość. Szkoda tylko, że nie do końca, a raczej prawie w ogóle. Rozdziałów poświęconych tytułowemu pytaniu jako głównemu tematowi jest niewiele, są za to również takie, które nie mają z nim niczego wspólnego. Za w ogóle nie związany z motywem przewodnim można uznać m.in. felietonik o piratach. W końcu, wg danych przytoczonych w omawianej książce, w 2009 roku na całym świecie z rąk facetów spod znaku Jolly Rogera zginęło... 8 (słownie: osiem!) osób. Porażająca liczba, choćby w zestawieniu z ilością ofiar na polskich drogach! Tragicznie odległy jest zaś od tytułu tekst traktujący o wykorzystywaniu luk i błędów w polskim Kodeksie Postępowania Karnego, czy ten o Lechu Wałęsie i Bolku (nie wnikam tutaj, czy to jedna, czy dwie osoby).
To ostatnie nasunęło mi pytanie, czy przypadkiem chwytliwy tytuł nie miał przyciągnąć czytelników do tekstu, który pewnie wielu by ominęło, gdyby zaistniał samoistnie, czyli do wspomnianego zapewnienia, że Lech Wałęsa nie był Bolkiem, do tematu absolutnie nie związanego z problematyką zasugerowaną w tytule zbiorku.
Nie chcę wypowiadać się o poziomie merytorycznym omawianej antologii, gdyż całość psuje stwierdzenie, iż teraz policja już nie bije w trakcie przesłuchań. Rozwinięciu tej tezy służą aż dwa z 19 tekstów składających się na książkę! Ciekaw jestem, kto wierzy w takie bajeczki. Kładą się one cieniem na całej książce i budzą pytania o jej wiarygodność. A szkoda, gdyż są też w niej rzeczy ciekawe.
Perełką publikacji jest fakt, iż tezę o tym, że w Polsce, ani w cywilizowanym świecie(!), już nie zdarzają się pobicia w trakcie przesłuchań, potwierdza w tej książce autorytet polskiej kryminalistyki, Brunon Hołyst, z którego wypowiedzi cytat, jako wprost kuriozalny, warto chyba przytoczyć: „Może gdzieś w bananowych republikach zdarzają się jeszcze pobicia, ale na pewno nie u nas”!!! No comment!!!
Niestety nie urodziłem się wczoraj, oglądam czasem TV, czasem czytam, czasem rozmawiam z ludźmi. Tak oderwany od rzeczywistości punkt widzenia, rodzący pytania o rzetelność i niezależność uznanych autorytetów, zniesmacza mnie do głębi. W związku z powyższym absolutnie nie mogę Wam wspomnianej książki polecić. Ostrzegam nawet, że jeśli po nią sięgnięcie, gdyż nie neguję, iż zawiera trochę ciekawych rzeczy, czynicie to na własną odpowiedzialność

Wasz Andrew

środa, 16 listopada 2011

Przy szabasowych świecach



Przy szabasowych świecach to zbiorek kawałów żydowskich, którego autorem jest Horacy Safrin. Nie przepadam za tego typu literaturą, ale skoro już się u mnie znalazł wraz z innymi książkami, w końcu sięgnąłem i do niego.
Jak sam tytuł mówi, znajdziemy w tej publikacji solidną porcję humoru związanego z Żydami, głównie polskimi, od czasów napoleońskich, przez okres międzywojenny stanowiący gros, aż do początków hitleryzmu. Wiele kawałów i anegdot jest dla dzisiejszego czytelnika jeśli nie niezrozumiała, to po prostu nieśmieszna. Utraciły świeżość, związek z realiami i kontakt z umysłem odbiorcy. Lektura szła mi więc niespiesznie. Pozornie nie wciągała, ale po kilku rozdziałach nagle stwierdziłem, że chcę ją przeczytać do końca, gdyż mi się podoba. Było to w chwili, w której przestałem te krotochwile traktować tylko jako humor, a spojrzałem na nie jako wspomnienie o świecie, ludziach i kulturze, które przeminęły jak z wiatrem, przynajmniej w Polsce.
W polskiej historii widzi się dzieje naszej ojczyzny jako państwa Polaków z dodatkiem innych nacji. Tymczasem jakkolwiek Żydzi stanowili „tylko” nieco ponad 10% ludności Polski międzywojennej, to w miastach ich odsetek sięgał średnio od ponad 30 do prawie 50% ogółu liczby mieszkańców, w zależności od województwa. W dodatku była to grupa bardzo wyróżniająca się wśród pozostałych, nie tylko w sferze kulturowej i językowej, ale i w aktywności zawodowej. Dzięki kawałom przypomnianym nam przez Safrina możemy spojrzeć na Polskę i polskich Żydów jeśli nie zawsze ich oczami, to przynajmniej współczesnymi im oczami. Widzimy świat barwny i tak niesamowicie odmienny od naszego, iż aż trudno uwierzyć, że kiedyś istniał. Inna mentalność, inne widzenie świata, życia i Boga. Inne, a jednak gdzieś, tam na dnie, znajome. Widzimy pewne prawdy z dawnej naszej historii, które nie za często mamy okazję oglądać. Przede wszystkim powszechną biedę niewyobrażalną, do niedawna, w naszej dzisiejszej ojczyźnie, oraz bogactwo jednostek niewiele się różniące od zamożności naszych dzisiejszych elit. Mamy też prawdy o stosunkach damsko-męskich, o sensie życia i filozofii, a także wiele, wiele innych.
Po Przy szabasowych świecach warto sięgnąć jeśli nie dla humoru, choć miejscami jest najwyższej próby, to w celu odbycia czarownej podróży w świat dawnej Polski. Sentymentalnej, ale równocześnie poznawczej i dającej dużo, bardzo dużo do przemyślenia. Nie tylko na temat tego co było, ale i tego co jest, a nawet będzie

Wasz Andrew

poniedziałek, 14 listopada 2011

Utrata zmysłów


Czym może być utrata słuchu dla muzyka? Czy tym samym, co ślepota dla malarza? A może czymś jeszcze gorszym? Jak można przezwyciężyć ułomność naszych zmysłów? Czy chęć tworzenia i upór w dążeniu do celu mogą być silniejsze od ograniczeń, jakie narzuca niektórym z nas własne ciało?
Nie jestem w stanie odpowiedzieć na pierwsze pytanie inaczej, niż tylko w ten sposób, że na pewno takie zdarzenie jest wielką tragedią. Można ją przeżyć, a nawet nadal tworzyć dzieła genialne, jak pokazuje życiorys Beethovena, ale nikt, kto nie ma za sobą takich przejść, nie jest w stanie ocenić, jaki jest koszt takiej walki ze swoją ułomnością. W tym kontekście drugie pytanie pozornie wydaje się nieco infantylne. Nie może na nie odpowiedzieć ani malarz, który utracił wzrok, ani muzyk pozbawiony możliwości słyszenia. Rzetelną odpowiedź moglibyśmy uzyskać tylko od muzyka, który utraciwszy słuch został malarzem, by następnie i wzrok utracić, lub też w odwrotnej kolejności. O takim przypadku jednak, jak na razie, nie słyszałem.
Na dalsze pytania odpowiedź nasuwa się sama. Ułomność zmysłów można pokonać, jak pokazuje choćby wspomniany już przykład Beethovena. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na rzeczy, które w pierwszej chwili nam umykają. Koncentrujemy się na słowach muzyk, malarz, słuch, ślepota. Zapominamy, że wspomniany Beethoven, żeby nie wprowadzać zamieszania nowymi przykładami, nie był muzykiem ani kompozytorem tylko człowiekiem. Człowiekiem, który był kompozytorem, pianistą, ale i pełnym poświęcenia bratem, tajemniczym kochankiem, itd. My, zwłaszcza ci, którzy nie znamy jego biografii, koncentrujemy się tylko na jego pierwszej roli życiowej, ale inni być może bardziej cenili go w innych. Najgenialniejszy bowiem nawet artysta, poza tą swoją działalnością zawodową, odgrywa również wiele innych ról w społeczeństwie. I w nich właśnie utrata zmysłów przeszkadza mu równie, a może nawet bardziej, niż w tworzeniu. Tym bardziej, iż wielu ludzi ma w sobie takie zapasy talentu, że mogą być geniuszami w wielu dziedzinach, czego liczne przykłady znajdujemy w historii. Utraciwszy możność realizacji swych twórczych ambicji w jednej dziedzinie, mogą rozpocząć pasmo podobnych sukcesów w innej, nawet niekoniecznie pozostając w sferze sztuki. Od ról społecznych nie ma jednak ucieczki, nie można ich zamienić na inne. A w nich najbardziej przeszkadza utrata wzorku, gdyż to on, ze wszystkich zmysłów, dostarcza nam najwięcej informacji.
Powracając więc do naszych pytań, zaryzykowałbym stwierdzenie, iż w sferze ściśle zawodowej trudno porównywać tragedię głuchnącego muzyka z rozpaczą ślepnącego malarza. W ogólnym jednak spojrzeniu, malarz jest w położeniu dużo gorszym, gdyż traci zmysł bardziej wartościowy we wszystkich czynnościach dnia codziennego, w kontaktach międzyludzkich, czyli we wszystkim. Takie ograniczenia narzucane przez własne ciało można pokonać, na co wiele przykładów można przytoczyć, ale cena sukcesu jest tak ogromna, iż niewielu się ta sztuka w pełni udaje. Myślę, że i jedni, ci herosi, i drudzy, ci nie do końca zwycięscy w walce z ułomnością, są godni podziwu, są prawdziwymi bohaterami, już choćby z tego powodu, iż się nie żegnają ze światem przy pomocy sznurka od bielizny, tylko próbują nadal żyć najlepiej jak potrafią, czego nie można powiedzieć o wielu pełnosprawnych. Warto o tym pamiętać

Wasz Andrew

Tekst powyższy został sprowokowany pytaniami konkursowymi, które padły w serwisie LubimyCzytać.pl

czwartek, 10 listopada 2011

Złoty Eszelon



Wiktor Suworow

Złoty Eszelon

(Золотой Эшелон)


Złoty Eszelon* nie jest pierwszym moim kontaktem z prozą Wiktora Suworowa. Książki jego autorstwa, które dotąd miałem przyjemność przeczytać, mógłbym podzielić na dwie grupy, obie równie znakomite. Pierwsza to beletryzowane powieści, jak choćby niezrównana Kontrola, luźno wpisujące się w historię, ale za to bezbłędnie pokazujące klimat, realia i motory epoki. Druga to książki historyczne w stylu naszego Wołoszańskiego, jak choćby prześwietny Lodołamacz, jednak o wielekroć większym od naszego odpowiednika znaczeniu**. Złoty Eszelon jest czymś nowym. Akcja rozgrywa się w okresie rządów Gorbaczowa i choć powieść została napisana po zakończeniu jego kariery, to nie ma niczego wspólnego z prawdą historyczną. Mamy więc do czytania do czynienia z prawdziwym political fiction pokazującym nam co mogło się stać i czego, dzięki Bogu, uniknęliśmy. Na razie.

Na razie, bowiem Rosja nadal jest pełna polityczno-społecznych wulkanów, które w każdej chwili mogą się obudzić. Najgorsze, iż polskie władze, podobnie jak przeciętny Polak, więcej wiedzą o tym, co się dzieje w USA i Iraku niż w Rosji. Zwłaszcza polska prawica, nie posiadając w swych szeregach znawców rosyjskich realiów nie będących jednocześnie zadeklarowanymi rusofobami, jest ślepa na wiele aspektów rzeczywistości naszego największego sąsiada. Problem tej specyficznej ślepoty, wynikającej z obsadzenia zwłaszcza służb ludźmi o jednym, preferowanym światopoglądzie, wyraźnie widzą niektóre mądrzejsze historycznie narody, jak choćby Szwecja***. To jednak temat na osobne rozważania.

Nie będę zdradzał fabuły Złotego Eszelonu. Wyjawię tylko, iż pomysł jest bardzo oryginalny. Jest to powieść typowo rozrywkowa, niemal w stylu Rambo, jednak w przeciwieństwie do wspomnianego symbolu doskonałego wojownika, bohaterowie Złotego Eszelonu są jakby z krwi i kości. To dzięki znajomości realiów armii i wojny, jakich bystremu obserwatorowi, którym jest Suworow, każdy może pozazdrościć.

Znajdziemy w tej książce wszystko, czego bestseller potrzebuje; miłość, walkę i intrygę. Bohaterów i kanalie, pociągi pancerne, helikoptery, taczanki i oczywiście wszechobecne u Suworowa służby specjalne rodem z ZSRR, a przede wszystkim Specnaz. Złoty Eszelon nie stał się przygodowym hitem, chyba tylko dlatego, że wydawcy i czytelnicy postrzegają autora głównie jako historyka.

Wielu krytyków uważa dialogi tej powieści za płytkie, a sylwetki i działania bohaterów za prostackie. Mam wrażenie, iż znam tego przyczynę. Oni nigdy nie byli w prawdziwym wojsku, zwłaszcza w wojsku komunistycznym. Kto jest bystrym obserwatorem i miał cokolwiek wspólnego z armią lub innymi służbami od środka, ten wie, jak wpływa taki kolektyw na jednostki. Nawet ludzie delikatni z natury, inteligentni i błyskotliwi, kiedy znajdą się w takiej jednostce, natychmiast dostosowują się do miejscowej kultury korporacyjnej, jak się to pięknie określa w żargonie businessu. Ta przemiana jest tym szybsza i pełniejsza, im bardziej elitarna i bojowa jest jednostka. Każda formacja, nie tylko wojskowa, ale nawet biznesowa, tworzy własne wzorce zachowań, postaw i prezentacji własnego ja. Komuś, kto nie był w wojsku i całe życie spędził za biurkiem, dialogi Suworowa mogą się wydawać prostackie. Ja mam odwrotnie. Śmieszą mnie teksty, gdzie szwej w latrynie odzywa się językiem literackim, a oficer w momencie zagrożenia własnego życia i w chwili wysyłania swych ludzi na śmierć myśli o marności tego świata i innych problemach filozoficznych.

Autentyzm i klimat, prawdziwy koloryt radzieckiej armii, zwłaszcza tej budzącej największy strach u przeciwników, a więc jednostek specjalnych, to walor Złotego Eszelonu, którego nie sposób nie docenić. Choć wydarzenia to absolutna fikcja, mogło się tak zdarzyć, gdyż wszystko w Rosji jest możliwe. Zresztą ta fikcja, choć miejscami ewidentnie mało realna, jest po wielokroć bardziej prawdopodobna niż podstawy fabuły większości bestsellerów zza oceanu, które oczywiście z takimi zarzutami się nie spotykają. Większość ludzi woli zabójców gentlemanów. Ja wolę rzeczy takie, jakimi są. Można być szorstkim i mieć dobre serce, a dobre maniery na pokaz często świadczą o czymś wręcz przeciwnym w środku.

Choć Złoty Eszelon jest powieścią sensacyjno-przygodową w manierze politycznej fikcji, to nie jest całkiem płytka. Film zrobiony na jej podstawie utraciłby wiele. Gdy człowiek kieruje się instynktem, film może łatwo oddać jego działania i bodźce, które nimi kierują. Jednak gdy człowiek myśli, gdy jego decyzje wynikają z trudnych wyborów a temu wszystkiemu towarzyszy dynamiczna akcja, film nie daje rady i ma do wyboru; albo pokazać wnętrze, albo działanie. Próby połączenia zwykle wypadają blado, więc najczęściej rezygnuje się z warstwy duchowej, zwłaszcza jeśli nie można jej przedstawić w formie dialogów wplecionych w akcję.

Jako doświadczony badacz rzeczywistości, autor wskazuje na pewną rzecz, której ani nasze władze, ani (demokratyczno-kapitalistyczne) społeczeństwo nie może pojąć czy zrozumieć. Chodzi o zagrożenie zaufaniem do techniki i technologii. Kiedyś oceną autentyczności antyków, przeszukaniami czy szpiegostwem zajmowali się ludzie. Im byli lepsi, tym lepiej musieli być opłacani. Nawet najlepsi byli zawodni, ale byli zarazem nieprzewidywalni. Jak to ludzie. W miarę coraz większego wzrostu zastosowań techniki i technologii, coraz mniej polega się na ludziach, a coraz więcej na maszynach i procedurach. Tylko, że przeciwnicy, znając naszą technikę, mogą albo ją zneutralizować lub ominąć, albo nawet wykorzystać przeciwko nam, choćby była dla nich nieosiągalna. Właśnie dlatego, że jest przewidywalna aż do bólu, podobnie jak znormalizowane, sformalizowane procedury. W powieści widzimy to na przykładzie działań fałszerzy antyków, ale jest to odpowiedź na takie pytania jak bezradność największych potęg technologicznych wobec terroryzmu, wieloletnia bezkarność Osamy czy trudności zwalczania partyzantów w Iraku lub Afganistanie.

W Złotym Eszelonie Wiktor Suworow pięknie pokazuje pułapkę, w którą mogą wpaść tajne służby doszukujące się wszędzie cieni, doszukujące się fint w fintach a w nich ukrytych kolejnych poziomów fint. Do czego to może doprowadzić nie będę Wam zdradzał – sami przeczytajcie. Zapraszam do lektury. Zapewniam, iż rozrywka będzie przednia, a i co nieco ciekawego wyczytać też można


Wasz Andrew


* moim zdaniem prawidłowa byłaby forma Złoty eszelon ale ponieważ na okładce polskiego wydania jest Złoty Eszelon, więc tej formy się trzymam
** Suworow jako pierwszy upublicznił na świecie tezę o wiodącej roli Związku Radzieckiego w wybuchu II Wojny Światowej. Obnażył prawdziwe oblicze komunizmu; nie jako idei dotkniętej wypaczeniami, ale jako ustroju od początku będącego jedną wielką zbrodnią wynikającą z samych jego założeń. Wagę jego publikacji poświadcza m.in. fakt, iż został za nie skazany zaocznie na śmierć i wyroku nie uchylono pomimo rozpadu ZSRR
*** Wiele odniesień do korzyści, jakie daje posiadanie w służbach specjalnych również ludzi o odmiennych od rządowych przekonaniach, możemy znaleźć choćby w powieściach Jana Guillou o przygodach szwedzkiego superagenta Carla Hamiltona.