Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 9 października 2013

Poza nawiasem

Okładka książki Dłoń

Dłoń

Michał Dąbrowski


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 208







W wesołych i nadal nie tak odległych latach mojej młodości, na własnej skórze dane było mi w bardzo niewielkim stopniu przekonać się, co to znaczy być sławetnym innym, tj. osobnikiem zdecydowanie odróżniającym się na tle pozostałej części społeczeństwa. W ramach szczęśliwego zakończenia roku szkolnego kolega zaproponował, aby uhonorować to wydarzenie przefarbowaniem włosów. Po krótkim wahaniu przystałem na propozycję, ale po konsultacjach z siostrą, doszedłem do wniosku, że na pewno nie poddam się modzie zmiany koloru owłosienia głowy na banalny blond. Nie rozmyślając niemal w ogóle nad konsekwencjami mojego czynu postawiłem na fryzurę stylizowaną na irokezie z efektownym, czerwonym kogutem, ciągnącym się przez całą długość głowy. Tuż po opuszczeniu salonu fryzjerskiego oblepiły mnie chciwe i natrętne spojrzenia. Szczególnie w okresie pierwszych kilku dniu, kompletnie nie przyzwyczajony do tak jawnie okazywanej atencji, czułem niemal fizyczny dotyk oczu, które błądziły za mną gdziekolwiek się pojawiłem. Ludzie, najczęściej bezmyślnie, czasami z jawną dezaprobatą, a za każdym razem natrętnie i bez cienia skrępowania, gapili się na mnie, jakbym był obiektem, którego trudno posądzić o posiadanie uczuć. Zatem dopóki nie przywykłem do tych wścibskich spojrzeń, dosłownie płonąłem ze wstydu. Moja cała osoba w mgnieniu oka została zdegradowana do kawałka włosów na głowie, które posiadały odmienny kolor niż u statystycznego obywatela. Ta odmienność z automatu nadała prawo do ciągłego, w żadnej mierze ukradkowego spoglądania w moim kierunku każdej napotykanej przeze mnie osobie. Oczywiście, urządziłem się tak na własne życzenie, a w dodatku miałem możliwość powrotu do normalności – wystarczyło ściąć włosy i problem zniknąłby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Co jednak z ludźmi, którzy są inni za sprawą wrodzonych wad czy dysfunkcji, nie dających się prosto bądź wcale wyeliminować?

Książka Michała Dąbrowskiego pt. Dłoń to znakomity zapis dorastania człowieka niepełnosprawnego, który od najmłodszych lat narażony jest na obstrzał spojrzeń wszelakiej maści życzliwych i ciekawskich. Pierwszoosobowy narrator, bohater książki napisanej w oparciu o doświadczenia życiowe autora, urodził się bez prawej dłoni. Dzieciństwo upłynęło mu stosunkowo beztrosko. Okres niemowlęctwa to rzecz jasna nieświadomość własnej fizycznej niedoskonałości. Ale wraz z dorastaniem, coraz wyraźniejszy i trudny do ukrycia stawał się fakt niekompletności. Chłopczyk z kikutem zamiast dłoni wyróżniał się na tle pozostałych malców, ale najczęściej był przez nie akceptowany. Po pierwszym, naturalnym i szczerym zaskoczeniu, zdawkowych komentarzach, wytykaniu palcami, bohater stawał się jednym z wielu, szkolnym kolegą, kumplem z podwórka, z którym wspólnie wspina się na ogrodzenia, czy ucieka przed rozwścieczonym sąsiadem. Niekiedy trafiały się smutne wyjątki – strach, odtrącenie, izolacja, jednak nie zdarzały się one często, a za postawą dziecięcej niechęci wobec chłopczyka bez dłoni, skrywała się najczęściej wola rodziców, by pociechy nie bawiły się z odmieńcem.

Okres dzieciństwa, kiedy naiwnie wierzymy, że świat to w gruncie rzeczy prosty mechanizm, a wokół siebie nie dostrzegamy żadnych ograniczeń, naznaczony był również marzeniami, że brakująca kończyna samoistnie odrośnie. Nadzieje podsycali sami rodzice, którzy odwiedzali z chłopcem różnych specjalistów. Część lekarzy kategorycznie stwierdzała, że odzyskanie dłoni jest niemożliwe, ale pojawiali się i mniej sceptyczni eksperci, którzy swoimi opiniami dawali podstawy bytu dziecięcym rojeniom. Sny o odrodzeniu ręki nie chciały się jednak ziścić. Zamiast nich coraz częściej pojawiała się niechęć wobec własnej niekompletności. Młody chłopiec zaczął coraz wyraźniej dostrzegać, że jego fizyczny brak wywołuje wiele skrajnych emocji, stąd próby maskowania kalectwa. Prawa ręka wciśnięta głęboko w kieszeń, czy koszulki z długimi rękawami zaczęły skrywać mroczną tajemnicę, z którą bohater wcale nie miał się ochoty dzielić w obawie, że zostanie wyśmiany, bądź odtrącony.

Dorastający chłopiec przyjmował różne postawy wobec własnego kalectwa. Od błogiej nieświadomości, która była stanem immanentnym, poprzez głęboką samokrytykę połączoną z próbami ukrycia niedostatków do samoakceptacji. Co interesujące, niezależnie od traktowania problemu przez samego zainteresowanego, postawa osób postronnych, a więc ludzi takich jak my, którzy na co dzień napotykają na ulicy niepełnosprawnego niemal wcale się nie zmienia. To smutne, ale bez względu na fakt, czy młody człowiek udźwignie poważne brzemię, jakim na podstawie lektury wydaje się niepełnosprawność, czy też nie, ludzie zdrowi wykazują dokładnie ten sam brak zrozumienia wobec prywatnego nieszczęścia. Najdotkliwiej przekonał się o tym bohater w okresie dojrzewania. Nowe twarze, nowe znajomości, zawierane na kolejnych imprezach, na które przyjaciele często siłą musieli wyciągać swojego niepełnosprawnego kolegę. Schemat prezentował się mniej więcej tak samo. Próba przedarcia się przez błonę konwenansów, zamiar niemal brutalnego wtargnięcia do centrum znajomości bez tego całego cyrku, którego nieodzownym składnikiem jest ceremonialny uścisk dłoni. Czasem się udawało, ale częściej nie. Niekiedy przychodziła więc pora na osobiste poznanie się – ręka wyciągnięta w stronę bohatera i uśmiech przyklejony do ust. A potem żarliwe przepraszam, nie wiedziałem, naprawdę mi przykro, etc. Bezustanne samobiczowanie się, zaklinanie rzeczywistości oraz obwinianie o niezręczność, która wynikała przecież z niewiedzy oraz była zupełnie niezamierzona. Zamiast prostej zmiany tematu często następowało jego sukcesywnie i bezlitosne drążenie. Taki delikwent kolejnymi pytaniami wywiercał ogromną dziurę w prywatności głównego bohatera, pragnąc dowiedzieć się jak to właściwie jest żyć bez jednej ręki. Nie mogło również zabraknąć dociekań o naturę kalectwa – czy jest to stan permanentny, czy też wada nabyta, np. na skutek nieszczęśliwego wypadku. A później chyba najgorsze – cała litania, najczęściej wyimaginowanych znajomych, którzy także są niepełnosprawni, ale pomimo tego jakoś w życiu sobie radzą. I tak bez końca.

Okazuje się, że człowiek niepełnosprawny niesłusznie degradowany jest niemal wyłącznie do wady, która stała się jego udziałem. Na dalszy plan spychane zostają osobowość, charakter, pasje czy zainteresowania. Zamiast tego pierwsze skrzypce zaczyna grać wada, znamię, piętno odróżniające bohatera od całej reszty ludzkości. Nie jest on już wartościowym człowiekiem, z którym można omówić dowolną sprawę, po prostu, po ludzku porozmawiać. Z góry czyni się założenie, że kwestią, jaką winno poruszać się w towarzystwie osoby niepełnosprawnej jest właśnie jego niekompletność i niesymetryczność. Stąd tematy-bumerangi, powracające do głównego bohatera z budzącą szewską pasję regularnością: sztuczna ręka oraz wstyd i łapka. Z jednej strony wujek rozwodzący się nad zaletami protez, ich coraz większą doskonałością w imitowaniu prawdziwych narządów, a z drugiej ciotka bez ustanku kłapiąca o konieczności pogodzenia się z sobą i porzucenia wstydu za swoją łapkę.

Na pierwszy plan wysuwa się zatem niezdarność i nieporadność w kontaktach z głównym bohaterem, które przejawiają osoby szczerze zainteresowane jego dobrem. Nawet najbliższa rodzina ma problem ze zrozumieniem całkiem oczywistego faktu, że stanowczo zbyt wiele czasu poświęcają tematowi kalectwa chłopca, zapominając o jego ludzkim obliczu. Okazuje się bowiem, że młody człowiek jest o wiele bardziej zainteresowany opinią swojego wujka na temat niedawno przeczytanej książki niż sztuczną ręką, którą ten stara się mu usilnie wcisnąć. Zrozumiałe jest, że takie przedstawienie zagadnienia kalectwa uzmysławia chłopcu, że postrzegany jest on jako osobnik niekompletny, z którym nawiązanie normalnych, zdrowych i szczerych interakcji będzie możliwe dopiero w momencie, gdy stanie się on pełnoprawnym, a więc pełnosprawnym człowiekiem. Idąc dalej tym rozumowaniem, można stwierdzić, że brakująca kończyna przybiera materialną postać stygmatu, jakim naznaczony zostaje główny bohater. Dojmująca pustka, doskwierający brak uniemożliwiają pełną i swobodną egzystencję, zarówno w wymiarze fizycznym – inwalidztwo wiąże się z kłopotami oraz niedogodnościami w codziennym życiu; jak i społecznym – bohaterowi odmawia się pełni człowieczeństwa, brak ręki utożsamiany jest z brakiem pełni praw do funkcjonowania w normalnym, zdrowym ludzkim zbiorowisku. Inwalida jest z założenia dysfunkcyjny, nienaturalnym jest zatem w jego przypadku zarówno pomaganie innym jak i samemu sobie, posiadanie nałogów, czy choćby wszczynanie konfliktów. W efekcie prostego sumowania oraz odejmowania, dochodzi się do absurdalnych wniosków, że osoby niepełnosprawne mogą pozwolić sobie jedynie na oczekiwanie litości oraz pomocy. Co gorsza, kiedy powyższe skonfrontujemy z rzeczywistością, okazuje się, że owe wnioski, o zgrozo, bardzo często próbuje się wcielać w życie, nie bacząc przy tym jak są one bzdurne oraz jak krzywdzą ludzi, którzy z racji pewnych niedoborów, braków, czy odchyleń od statystycznej normy często uważani są za podludzi.

Krótko reasumując, Dłoń, która jest powieściowym debiutem Michała Dąbrowskiego to wyborna lektura. Beznamiętnym, niemal pozbawionym emocji tonem narrator uświadamia czytelnikowi, jak trudno żyje się osobie niepełnosprawnej w naszym kraju. Czyni to bez płaczliwego tonu, nie formułując zbędnych oskarżeń i zarzutów pod adresem całego świata, a jedynie delikatnie gani za ignorancję i niezdarność. Dąbrowski zastosował w swojej narracji prosty język, który jasno i precyzyjnie formułuje uczucia podmiotu lirycznego. Ciekawym zabiegiem było również pozbawienie imion wszystkich bohaterów powieści – narrator do końca książki pozostaje bezimiennym, natomiast poszczególne postacie pojawiające się w trakcie lektury mogą liczyć tylko na pierwszą literę imienia. Aktorzy dramatu pozostają zatem anonimowi, a więc w pewnym sensie i niekompletni, podobnie jak chłopiec bez ręki. Kolejnym bardzo oryginalnym chwytem było wprowadzenie dodatkowej narracji z punktu widzenia brakującej, prawej dłoni. Jej niebyt, fizyczna nieobecność zostaje jeszcze bardziej wzmocniona, ponieważ jest ona jedyną, nierozerwalną towarzyszką głównego bohatera, świadkiem wszystkich jego przeżyć oraz dramatów, które komentuje z własnego punktu widzenia. Z niecierpliwością czekam na dalsze dzieła pana Dąbrowskiego.


Wasz Ambrose


 

Boeing Boeing

czyli bardzo przyjemna katastrofa



W ostatnią sobotę wybrałem się wraz z przyjaciółmi z DKK* do Teatru Powszechnego w Łodzi. Jak w przypadku większości moich lektur, które rozpoczynam bez uprzedniego zebrania informacji o ich autorach, historii powstania czy kluczach do interpretacji, by mogły przemówić same z siebie do nieuprzedzonego odbiorcy, tak i tym razem podszedłem do tematu podobnie. Prawdę mówiąc w ogóle nie podszedłem; nawet zapomniałem tytuł sztuki, na którą się wybierałem, i przypomnieli mi go dopiero w dniu wyjazdu pozostali uczestnicy wypadu. Wam jednak opowiem od razu co i jak, bo to co powiem i tak niczego nie zmienia – postaram się nie spojlerować**, jak wielu moich kolegów po piórze - a pewne rzeczy warto wiedzieć.


Boeing Boeing to dzieło francuskiego dramatopisarza Marca Camolettiego, które powstało w 1960 roku. Choć stosunkowo młoda, to jedna z najczęściej wystawianych sztuk w historii teatru, przez co weszła na trwałe do klasyki światowej. Została wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa do kategorii "najczęściej wystawiana francuska sztuka" – 17 500 realizacji)***. Gościła na wielu scenach i doczekała się licznych nagród oraz kilku ekranizacji.

W Polsce, z tego co się orientuję, tekst Camolettiego po raz pierwszy pojawił się w przekładzie Henryka Rostworowskiego pod tytułem Latające narzeczone i zdobył wielką popularność w latach sześćdziesiątych, którą utrzymał  do siedemdziesiątych, a nawet osiemdziesiątych, oraz doczekał się bodajże dziesięciu realizacji. Potem poszedł w zapomnienie, by powrócić na deski polskich teatrów w XXI wieku w nowym przekładzie i adaptacji Bartosza Wierzbięty, autora polskich wersji językowych m.in. do Shreka, Sezonu na misia, Skoku przez płot czy Madagaskaru. Od 2009 roku wystawiany jest w Teatrze Buffo w reżyserii Gabriela Gietzky'ego, a w 2011 odbyła się premiera Boeing, Boeing, także w adaptacji Bartosza Wierzbięty, w krakowskim Teatrze Bagatela w reżyserii Pawła Pitery.

Do Łodzi, do Powszechnego, zawitała wersja, którą reżyseruje Giovanny Castellanos, Kolumbijczyk z polskim paszportem; młody reżyser mający w dorobku między innymi Brechta, Mrożka i Marqueza. Akcję sztuki przeniesiono do Łodzi, no bo gdzie indziej. Główną postacią, przynajmniej nominalnie, jest Maks, dobrze sytuowany młody człowiek, który pędzi cudowne życie u boku trzech swych pięknych narzeczonych i gosposi. Ta ostatnia już taka urodziwa nie jest. Jak mu się to udaje? Oczywiście kluczem jest synchronizacja – trzy panie nie mogą się spotkać ani nawet o sobie dowiedzieć. Pomaga tu wspomniana dyskretna, choć nieco zrzędliwa, pomoc domowa oraz fakt, iż wybrankami Maksa są stewardesy pracujące dla różnych linii lotniczych. Pierwszą zapowiedzią komplikacji jest moment, gdy do gniazdka, w którym dotąd przebywał tylko jeden samczyk, przybywa kolega Maksa z młodych lat – Paweł. Jednocześnie zmiany w rozkładach lotów, jakie się zdarzą się w tym samym czasie we wszystkich trzech liniach, wprowadzą spore zgrzyty w funkcjonowanie dotąd niezawodnie sprawdzającego się systemu trzech latających narzeczonych. Widać już z tego obraz, z którego łatwo wywieść kapitalne zamieszanie. Czy Maksowi uda się wyjść z tej sytuacji obronną ręką zdradzać oczywiście nie będę.




Oszczędna, lecz pomysłowa, scenografia Wojciecha Stefaniaka i dobrze skrojona muzyka Marcina Rumińskiego sprawiają, iż elementy te są tylko, i aż, idealnie dobranym tłem dla gry dwóch trójek aktorskich, które tworzą Magda Zając, Karolina Łukaszewicz, Beata Ziejka i Jakub Firewicz, Janusz German oraz Artur Zawadzki.

Cieszę się, iż na spektakl udałem się właśnie do Łodzi. Nieskażone telewizją twarze aktorów to wielki atut w dzisiejszych czasach, a oglądanie ich żywiołowej gry jest wielką przyjemnością. Wybuchy śmiechu na widowni tak szczerego, iż aktorzy momentami sami z największym wysiłkiem ledwo zachowywali powagę, są najlepszą oceną tej komedii. Komedii, gdyż wbrew większości, szufladkującej spektakl jako farsę, dla mnie, przynajmniej w wersji, którą widziałem, jest to prawdziwa komedia dająca widzowi radość i solidną porcję śmiechu, którego tak bardzo brak w naszym społeczeństwie.



Niektórzy recenzenci podnoszą drobne niedostatki łódzkiego Beinga, ale ja się z nimi nie zgadzam. W konwencji, jaką sztuce nadano w Łodzi, wszystkie elementy, które zastosowano, są dopuszczalne i, co powinno być kluczowym w ocenie komedii tego typu, działają, czego najlepszym dowodem są zbieżne reakcji publiki o bardzo szerokiej rozpiętości wiekowej, wręcz megapokoleniowej.

Nie jestem maniakiem teatralnym. Nad dobrą sztukę przedkładam książkę. Z filmem już różnie – jego główną zaleta jest ukłon w stronę mojego lenistwa; nie wymaga wyjścia z domu. Jest jednak jedna cecha, która książkę i film wspólnie od spektaklu w teatrze odróżnia; niepowtarzalność tego ostatniego. Nigdy nie wstąpisz dwa razy do tej samej rzeki i nigdy nie obejrzysz dwa razy tej samej komedii w teatrze, poza Teatrem Telewizji oczywiście. Wystarczy, że któryś z aktorów będzie podchorowany, któraś aktorka niedysponowana, by poziom całości gwałtownie opadł. Ja miałem to szczęście, iż wszyscy grali z prawdziwym zaangażowaniem i wyczuciem, czego i Wam życzę, gdy się do Powszechnego na Boeinga wybierzecie. Wybrać się bowiem warto; absolutnie i bezapelacyjnie. Boeing Boeing to świetna propozycja również na pierwszy kontakt z teatrem dla młodzieży i dorosłych, którzy dotąd tej formy nie próbowali. Może zachęcić do odejścia od monopolu kina i TV. Nie bez kozery sztuka ta jest tak popularna w świecie. A polska łódzka lokalizacja, jak mawiają w slangu komputerowym, wypadła bardzo dobrze, o czy z przekonaniem Was zapewniam jeszcze raz zapraszając do Łodzi


Wasz Andrew


* Dyskusyjny Klub Książki
** Spojler - niepożądana informacja dotycząca szczegółów fabuły filmu, utworu literackiego itp. W szczególności zdradzenie zakończenia. Najbardziej naganna patologia spotykana w recenzjach. Złą recenzję można zapomnieć, skutków przeczytanego spojlera naprawić się nie da.
*** za Wiki

Materiały graficzne: © Teatr Powszechny w Łodzi 

wtorek, 8 października 2013

O lepszych czasach



Ci, którzy porównują epokę, do której trafili, ze złotym wiekiem istniejącym jedynie w wyobraźni, mogą mówić o upadku, degrengoladzie; jednak żaden z ludzi, którzy posiadają trafną wiedzę o przeszłości, nie będzie skłonny do rysowania ponurych lub przygnębiających wizji teraźniejszości.



Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

poniedziałek, 7 października 2013

O Colcie i równości



Jest takie powiedzenie, że Samuel Colt uczynił wszystkich ludzi równymi sobie. (…) Colt dał wprawdzie każdemu człowiekowi rewolwer, ale spust każdy musi nacisnąć sam.

niedziela, 6 października 2013

Amerykański noir


Edgar Laurence Doctorow

Witajcie w Ciężkich Czasach

tytuł oryginału: Welcome to Hard Times
tłumaczyła: Mira Michałowska
Państwowy Instytut Wydawniczy 1984

E. L. Doctorow (ur. 1931), amerykański pisarz i wykładowca, nie był mi dotąd znany, choć nie można powiedzieć, iż jego dorobek nie jest wart poznania. Doczekał się i docenienia (m.in. nominacje do National Book Award i Nagrody Pulitzera), i ekranizacji (Witajcie w Ciężkich Czasach, Welcome to Hard Times, 1967, reż. Burt Kennedy, Ragtime,1981 reż. Miloš Forman, Daniel, 1983, reż. Sidney Lumet, scenariusz samego Doctorowa na podstawie Księgi Daniela, Billy Bathgate, 1991 reż. Robert Benton). Do spotkania z prozą Doctorowa, a konkretnie z Ciężkimi Czasami, zachęciła mnie recenzja na jednym z zaprzyjaźnionych blogów, całkiem pochlebna zresztą.

Witajcie w Ciężkich Czasach (Ciężkie Czasy to nazwa powieściowego miasteczka) została opublikowana w 1930 roku i była debiutem powieściowym Doctorowa. Oczywiście lekturę rozpocząłem nie wiedząc tego wszystkiego, by, jak to zwykle czynię, dać książce szansę, aby przemówiła sama za siebie, bez zmagania się z recenzjami na jej temat, czy z oceną innych dokonań autora. Od razu uwaga do ewentualnych czytelników wydania, z którego korzystałem, a sądząc z notek w internecie, również innych – nie zwracajcie uwagi na opinie i notki wydawców, a najlepiej w ogóle ich nie czytajcie. Wyglądają jak spojlery*, ale w rzeczywistości nimi nie są; po prostu prowadzają w błąd. Wróćmy jednak do tematu.

Choć lektura poszła mi szybko, do pisania tej recenzji zabierałem się jak psiak do jeża. Książka wymyka się jednoznacznym konkluzjom, a dlaczego, o tym za chwilę.

Rzecz cała dzieje się na tak zwanym Dzikim Zachodzie, najprawdopodobniej w drugiej połowie XIX wieku w USA w niewielkim miasteczku położonym niedaleko granicy z Meksykiem, nieopodal kopalni złota, która jest główną i chyba jedyną racją jego powstania oraz istnienia. No właśnie. Miasteczko. Wszyscy powtarzają to bez zmian, ale czy miasteczkiem można nazwać coś, co składa się z kilku drewnianych chałup, i to dosłownie? Może tak było w oryginale, ale czyż nie ma w polskim języku takich słów jak osada, wieś i kilku innych? Przeszedłbym nad tym do porządku dziennego, ale zaraz trafimy na lepsze kwiatki, jak zwykle, gdy za tłumaczenie bierze się ktoś, kto zna język, ale nie ma pojęcia o realiach. Ale po kolei.

Opowieść o Ciężkich Czasach rozpoczyna się sceną, gdy przybywa do nich Zły Człowiek z Bodie, który morduje kilka osób, co stanowi znaczący odsetek ludności „miasteczka” i puszcza je całe z dymem, po czym nietknięty odjeżdża na zrabowanej miejscowym chabecie. Nikt nie jest w stanie przeciwstawić się temu jednoosobowemu złu, nawet ten, na którego wszyscy się oglądają, czyli lokalny przywódca i nasz główny bohater zwany Blue, a przezywany przez mieszkańców mieściny również burmistrzem. Opis zagłady lokalnej społeczności jest brutalny, jak rzadko w literaturze, w jakiś specyficzny, nie stroniący od seksualności i obsceniczny sposób. Może się to podobać, albo nie, ale jest czymś niewątpliwie oryginalnym i w tej manierze udanym. Koloryt języka współgrający z wydarzeniami i przeżyciami ich uczestników, skąpe, ale plastyczne opisy, jednym słowem warsztat literacki na najwyższym poziomie. Byłem już nawet gotów pogodzić się z tym „miasteczkiem”, ale trafiłem na „kupę gruzów” ze spalonej osady, w której nie było ani jednego murowanego budynku! Tak jakby nie istniały zgliszcza. Zaraz dalej, w tych „gruzach” właśnie, jedna z postaci znajduje pudełko nabojów do pistoletu kalibru 45 milimetrów(sic!). Nie wiem, czy to tłumaczka, czy autor, ale stawiam na pierwszą. Za takie kwiatki powinno się zabraniać pracy w zawodzie! Amerykański kaliber .45 to 0,45 cala czyli 11,43mm. To tak, jakby napisać o frytkach z makaronu zamiast ziemniaków!

Zdruzgotany tymi cudami językowymi nie mniej niż Blue zagładą swego miasteczka (nie będę się już męczył z cudzysłowem) kontynuowałem zmagania z Ciężkimi Czasami. Na szczęście, o dziwo, dalej nie była to już Ciężka Lektura. Nic więcej już mnie nie uraziło i mogłem śledzić poczynania dzielnego burmistrza usiłującego nie tylko odbudować swe królestwo, ale i doprowadzić je do rozkwitu większego niż przed katastrofą. Oczywiście, jak to w westernie, z cieniem Zła wiszącym gdzieś za horyzontem. Jak się potoczą dalej losy głównego bohatera, Ciężkich Czasów i jego mieszkańców, nie będę zdradzał. Przeczytajcie sami, gdyż w moim osobistym odczuciu, choć z dużymi zastrzeżeniami, warto.

Jak już wspomniałem, powieść, poza kilkoma denerwującymi wpadkami, najprawdopodobniej z winy tłumaczki, napisana jest w interesującym stylu, jakby westernowym odpowiedniku czarnego kryminału. Nieprzyjazne jest miejsce, w którym akcja się dzieje, a i ludziom daleko do aniołów. Książka często jest określana jako antywestern. Nie znajdziemy w niej dobrego herosa, który w słoneczne południe stanie do pojedynku ze złem, ani innych atrybutów gatunku. Prędzej ich zaprzeczenie. Dla mnie jednak, jak już wcześniej wspomniałem, jest to dzieło bardzo niejednoznaczne i wymykające się interpretacji.

Wielu wskazuje, iż głównym przesłaniem Ciężkich Czasów jest „w kupie siła”, czyli pochwała zbiorowego działania przeciwstawiona jednostkowemu złu. Uważam to jednak za znaczącą nadinterpretację i uproszczenie. Nie wiem, czy taki był zamiar autora, ale bliższy jestem głosom, które wskazują, iż osią powieści jest krytyka amerykańskiego ustroju społecznego, przez jednych zwanego kapitalizmem i imperializmem, a przez innych demokracją, a przede wszystkim mechanizmów, które są jego siłą napędową. Pieniądz. Jedyny cel i zarazem środek do jego osiągnięcia. Nie ma niczego bez pieniędzy i może być wszystko, jeśli się znajdą. Pieniądze mogą spowodować rozkwit miasta, które po ustaniu ich dopływu z dnia na dzień stanie się pustkowiem. Autor nie mógł wiedzieć, ale dzisiejsze czasy pokazały, jak wielkie to może mieć rozmiary. Wystarczy obejrzeć wstrząsające reportaże z pustoszejącego Detroit udostępnione w internecie przez mistrzów fotografii.

Wielokrotnie w czasie lektury przychodzili mi na myśl… Żydzi w czasie II Wojny Światowej. Większość z nich, niezależnie od statusu majątkowego czy wykształcenia, w obliczu nadchodzącego zła zachowała się niczym owce idące na rzeź. Analogie między zachowaniem współczesnych mas ludzkich, biernych w obliczu zagrożenia, a postawami mieszkańców Ciężkich Czasów, wydają się być aż nadto wyraźnie.

Doctorow w swej powieści szerokim łukiem omija infantylny aż do bólu kanon westernu, czyli herosa rozprawiającego się samotnie ze złem. Zwyciężającego je twarzą w twarz, z otwartą przyłbicą. Kto ma chociaż jakie takie pojęcie o broni palnej i realiach jej użycia, albo o naturze ludzkiej, trafnie przypuszcza, że filmowe pojedynki rewolwerowców to żenujące bajdy, a najczęściej strzelano zza węgła i w dodatku w plecy. Szkoda jednak, że pisarzowi nie stało odwagi, by ukazać, iż prawdziwe zło nie jest indywidualne i nie można mu się przeciwstawić przy pomocy przemocy, przynajmniej za wyjątkiem najbardziej banalnych, choć widowiskowych przypadków. Łatwiej przyswoić sobie wizję świata, w którym można zwalczać zło przy pomocy miecza czy rewolweru, gdyż wtedy zadaniem tym obciążyć należy wybrane jednostki. Dużo trudniej przyznać, że zło trzeba zwalczać przy pomocy czynienia dobra, gdyż za to odpowiedzialny jest każdy z nas i wymaga to największej odwagi – cywilnej. Tego wyraźnie u Doctorowa brak, przynajmniej w Ciężkich Czasach, ale to w końcu western, nawet jeśli anty.

W trakcie lektury miałem też skojarzenia z dzisiejszymi wielkimi katastrofami w rodzaju trzęsień ziemi, czy choćby awaryjnych przerw w dostawach energii. W jednych krajach, jak choćby w Stanach, powodują one masowe zdziczenie objawiające się w brutalnych rabunkach i innych poważnych przestępstwach, które sprawia, iż na zagrożone tereny trzeba wysyłać więcej wojska i policji niż ratowników, a w innych państwach zdecydowanie mniejsze natężenie podobnych ekscesów. Ciężkie Czasy doskonale ilustrują ten rys społeczeństwa amerykańskiego – w obliczu zagrożenia liczba mobilizujących się do pomocy bliźnim jest jakby mniejsza niż liczba tych, którzy chcą dołączyć do posłanników zła. Jest to pytanie o przyczyny tej patologii, ale niestety u Doctorowa brak na nie jakiejkolwiek odpowiedzi. Inna sprawa, iż jestem przekonany, że autor niezbyt tu utrafił z umiejscowieniem podobnych zachowań w społeczeństwie. Jak pokazują liczne dowody zgromadzone przez psychologię społeczną, o ile duże miasta Stanów faktycznie są pod wieloma względami moralnym dnem, to małe społeczności zasadniczo stanowią ich przeciwieństwo. Stąd wniosek, że umiejscowienie podobnie dantejskich scen, jak w naszej powieści, w małej osadzie, zamiast w dużej aglomeracji, stanowi ryzykowną tezę.

Dla zafascynowanych złożonością natury ludzkiej Witajcie w Ciężkich Czasach jest prawdziwą perełką, gdyż osobowości głównych bohaterów są nietuzinkowe, choć zarazem nieskomplikowane. Są jakby komiksowym ujęciem pewnych cech charakteru wyznaczających i z zarazem wyczerpujących opis mentalności każdej postaci. Przykładowo Blue – urodzony pacyfista, od razu jest i ofermą jeśli chodzi o walkę, tak jakby nie mógł być świetnym strzelcem czy nożownikiem. Podobnie jak sprawy społeczne, odmalowane charaktery wszystkich dramatis personæ są jednak raczej wołaniem, iż coś jest złe, i stwierdzeniem, iż nie wiadomo dokładnie co, niż zwróceniem uwagi na konkretne problemy, nie mówiąc o wskazaniu drogi wyjścia. Na czytelnika spada ciężar interpretacji i analizy, ale na pewno może ona być różnoraka, gdyż w mojej ocenie brak jednoznacznych wskazówek co było dla autora najważniejsze. Mam nawet wątpliwości, czy miał on naprawdę zamiar zawrzeć w swej powieści jakieś konkretne przesłanie. Być może tylko wykorzystał dokonane obserwacje amerykańskich realiów do przeciwstawienia się idiotycznym stereotypom rozpowszechnianym w kulturze USA, a w szczególności w westernach. Zarazem mało i dużo, gdyż jednak zmusza to czytelnika do własnych przemyśleń, lecz jednocześnie nie daje mu jasnych wytycznych.

Komiksowość, czy nawet karykaturalność, o której wspomniałem wyżej, dotyczy nie tylko postaci, ale i innych aspektów; nawet podstawowych problemów społecznych. Właśnie takie, uproszczone i przerysowane jest zło – jeden zły człowiek. Zły ponad miarę, ale zarazem w sposób prostacki i ponad miarę płytki. W rzeczywistości z takim złem rozprawić się najłatwiej. Więzienia pełne są podobnych debili. Prawdziwym problem naszych czasów jest zło podstępne, zamaskowane, inteligentne ponad przeciętność i ponad wiarę skomplikowane, które zasiada na szczytach drabinki społecznej i sprawia, że w każdej chwili większość z dobrej może stać się zła, jak tego bywały już w dziejach przykłady. W tym zakresie Doctorow wyraźnie trąci infantylnością i przeżytkiem. Brak też tego, co jest głównym problemem naszych czasów – zło, które drzemie w każdym z nas i objawia się w pierwszych drobnych kroczkach prowadzących na szerokie schody do piekła. O tym nie ma ni słowa. Choć wiele postaci w powieści to zwykłe męty: kurwy, sutenerzy i inne podobne elementy, ukazane są jako ci dobrzy. To dodatkowo utrudnia interpretację i zaciemnia obraz tego, o co chodziło pisarzowi, jeśli o cokolwiek mu chodziło.

Refleksją z ostatniej chwili jest skojarzenie radosnej zabudowy Ciężkich Czasów z akcją Brzydka nasza Polska cała. Powtarzamy idealnie to idiotyczne zachłyśnięcie bezmyślnym rozwojem, jakie ukazane jest w powieści Doctorowa. Sęk w tym, że w Stanach był to wiek XIX, a my mamy XXI i jesteśmy w Europie. Wówczas nawet nie istniały nawet takie słowa jak ekologia, sprawiedliwość społeczna czy choćby urbanistyka. Ta zbieżność nie świadczy najlepiej o Polsce i Polakach, jak zresztą i wiele innych rzeczy.

Gdybym miał jednoznacznie odpowiedzieć na jakiekolwiek pytanie dotyczące oceny tej powieści, na pewno bym miał kłopoty. Dobra czy zła? Zależy. Da się poczytać i może się podobać, zwłaszcza miłośnikom mrocznych klimatów, ale i można ją znielubić od pierwszej strony, zwłaszcza jeśli nie trawi się brutalnych scen i przemocy. Myślę, że jest wiele bardziej wartościowych pozycji w każdej bibliotece i nie trzeba tracić czasu na polowanie akurat na tę książkę. Z drugiej strony, jeśli przypadkiem wpadnie Wam w ręce, a nie będzie czegoś zdecydowanie lepszego do wyboru, można ją przeczytać. Na pewno nie będzie to rzecz, która Was znudzi, lub która nie wywoła w Was żadnego odzewu. Jest to powieść na tyle nietypowa, że nie przyjmuję reklamacji – decyzja, czytać czy nie, należy do Was i podejmujecie ją na własną odpowiedzialność


Wasz Andrew


* Spojler - niepożądana informacja dotycząca szczegółów fabuły filmu, utworu literackiego itp. W szczególności zdradzenie zakończenia.

sobota, 5 października 2013

O Etiopii?



A już największe zmartwienia wynikały z powodu postępów oświaty, bo mnożyło się tych, co ukończyli szkoły, więc trzeba było upychać ich po urzędach, co sprawiło, że biurokracja rozpęczniała, zogromniała i coraz więcej pieniędzy z pańskiej kasy wyciągała.

Ryszard Kapuściński Cesarz

piątek, 4 października 2013

Szare miraże, senne majaki

Okładka książki Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? 

Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?

Philip K. Dick

Tytuł oryginału: Do Androids Dream of Electric Sheep?
Tłumaczenie: Sławomir Kędzierski
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 272





Słowa innego końca świata nie będzie jakoś trudno jest przyłożyć do literatury science fiction. Bowiem scenariuszy upadku naszej cywilizacji jest tyle, ilu pisarzy tego gatunku. A nawet więcej. Jeden z najbardziej popularnych oraz cenionych amerykańskich twórców, Philip K. Dick wykreował przecież kilka, piekielnie interesujących oraz dosyć przerażających możliwości zakończenia tryumfalnego pochodu człowieka na Ziemi. Obecnie Dick to instytucja, skała Piotrowa, na której stoi gmach współczesnej science fiction. Ale nie zawsze Amerykanin cieszył się taką estymą. Kilka powieści ujrzało światło dzienne dopiero po jego śmierci, podczas gdy wcześniej kolejne oficyny sukcesywnie odmawiały ich wydania. Dzieła Dicka był traktowane jako zbyt ambitne i trudne w odbiorze. Zdecydowanie lepiej wiodło się książce Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Razem z Człowiekiem z Wysokiego Zamku uznawana jest za powieść przełomową, dzięki której Dick zyskał należną mu sławę i popularność. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? została wydana w 1968 roku i swojej ekranizacji doczekała się jeszcze za życia autora, w 1982 roku. Ciekawe jest jednak to, że Dick nie dożył oficjalnej premiery, która odbyła się w czerwcu. Pisarz zmarł w marcu tego samego roku. Film w reżyserii Ridley’a Scotta, Łowcę androidów, zdołał jednak obejrzeć i jak na człowieka ogarniętego manią prześladowczą przystało, stwierdził podobno, że Harrison Ford, a więc tytułowy łowca dostał zlecenie również na Philipa K. Dicka.

Akcja powieści rozgrywa się w roku 2021 na Ziemi, która cierpi okrutnie po nuklearnym konflikcie. Ocalała ludzkość prowadzi nędzną egzystencję, w cieniu chorób, genetycznych mutacji oraz radioaktywnych opadów. Ludzie podzieleni się na normali oraz specjali. Normalem jest pełnoprawny człowiek. Z kolei łatkę specjała otrzymują osoby, które na skutek negatywnych zmian spowodowanych promieniotwórczością stanowią zagrożenie dla czystości ludzkiej rasy. Z tego powodu zostają oni obywatelami drugiej kategorii, którzy mają bezwzględny zakaz zawierania małżeństwa, rozmnażania się oraz emigracji.

XXI wiek w dickowskiej wizji nie jest naznaczony wyłącznie stygmatem wojny i cierpienia. To także tryumf nauki. Przynajmniej częściowy i pewnie trochę pozorny. Ludzkość skolonizowała już kilka planet. Zdołała także powielić swój rozum i stworzyć jego mechaniczny odpowiednik. Androidy, czyli humanoidalne roboty, produkowane są na Marsie. Używa się ich jako pomocników, czy może służących dla ziemskich kolonistów. Człowiek, który posiada przydział na androida, może określić cechy, jakich życzy sobie u swojego robota. Sługa odznacza się więc indywidualnym profilem, dostosowanym do potrzeb swojego pana. Ale nie wszystkie mechaniczne istoty chcą funkcjonować w ten sposób. Zdarzają się androidy, które mordują swoich właścicieli i uciekają na Ziemię, starając się znaleźć na niej schronienie przed poszukującymi ich łowcami.

Główny bohater powieści Rick Deckart zajmuje się eliminacją nieposłusznych androidów. Dick w interesujący sposób odmalowuje codzienną, nieco szarą i smutną egzystencję Deckarta, dzięki której poznajemy także kontekst kulturowy przyszłego społeczeństwa. Deckart jest właścicielem mechaniczno-elektrycznej owcy. To doskonała imitacja żywego stworzenia, na które łowca nie może sobie jednak pozwolić z racji zbyt wysokich kosztów. Skażenie planety powoduje masowe wymieranie kolejnych gatunków – żywe zwierzęta stanowią prawdziwą rzadkość i osiągają zawrotne ceny. Chęć posiadania żywej istoty wynika z nakazów, płynących z merceryzmu, nowej religii, która wyznawana jest zarówno na Ziemi jak i na skolonizowanych planeta. Prorok Mercer (którego imię moglibyśmy spolszczyć jako Miłosiernik, od ang. mercy - miłosierdzie) uważał, że ludzkość winna stworzyć duchową wspólnotę ze wszystkimi żywymi organizmami oraz odczuwać ciągła skruchę, zarówno wobec bliźnich jak i pozostałych gatunków za spowodowaną na Ziemi katastrofę, która doprowadziła do eliminacji niemal całego życia na planecie. Człowiek jest ponadto odpowiedzialny za byt słabszych istot, co wiąże się z nakazem opieki nad żywymi stworzeniami. Wzniosła koncepcja ulega jednak całkowitej transformacji i przybiera karykaturalną formę w starciu z ludzkim, jakże słabym charakterem. Ponieważ żywe zwierzęta należą już do prawdziwej rzadkości, ich posiadanie staje się wyznacznikiem statusu społecznego ich posiadacza. Im większy oraz bardziej zagrożony wyginięciem gatunek, tym bogatszy właściciel. Prosta koincydencja, bezlitośnie szydząca z pierwotnych założeń merceryzmu. Ludzi opanowuje paranoidalna mania posiadania własnego zwierzęcia, ale skurczone zasoby ziemskiej planety nie są w stanie zaspokoić potrzeb wszystkich. Pojawia się zatem popyt na zamienniki, mechaniczno-elektryczne substytuty, które niemal perfekcyjnie naśladują żywe stworzenia i są oczywiście znacznie tańsze. Pokraczne meandry myśli ludzkiej doprowadzą do absurdalnej sytuacji. Mechaniczne zwierzęta, których prawdziwa natura jest jednak skrzętnie ukrywana przez właścicieli, cieszą się wręcz nieskończoną miłości, podczas gdy mechaniczni ludzie, czyli androidy, są albo niewolnikami albo łowi się je i tępi, niczym dziką zwierzynę.

Humanoidalne roboty, podobnie jak i mechaniczne zwierzęta, bardzo dobrze naśladują obiekty, na wzór których zostały stworzone. Aby rozróżnić człowieka od jego sztucznego odpowiednika, podejrzani poddawani są testowi na empatię. Androidy znakomicie imitują człowieka, zdarzają się nawet modele z wszczepioną pamięcią, tak, że same są przekonane, o tym, że są ludźmi, ale żaden z robotów nie posiada autentycznych wyższych uczuć. Specjalny aparat bada reakcje przepytywanych na starannie wyselekcjonowane pytania, tzw. test empatyczny Voigta-Kampffa. Ale najważniejsze pytanie, które zaczyna rodzić się w głowie Ricka Deckarta dotyczy skuteczności przeprowadzanego testu – czyż nie istnieją ludzie, którzy ze względu na niski poziom empatii mogliby zostać potraktowani jako androidy? Czy on sam, morderca androidów, ma w sobie chociaż cień współczucia i litości?

Doskonała książka Philipa K. Dicka, Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, zadaje fundamentalne pytania na temat granic oraz ścisłej definicji człowieczeństwa. Powieść traktuje o wartościach, jakie na ów czynnik się składają, poruszając równocześnie problem mechanicznych istot tworzonych na obraz i podobieństwa ludzkie. Dick stawia na wokandzie dość odległe, przynajmniej na obecnym stopniu naszego rozwoju technicznego, kwestie dotyczące prawa do autonomicznej egzystencji, które mogłyby, a może nawet powinny przysługiwać androidom, jako istotom inteligentnym, rozumnym, świadomym swojego bytu jak i cierpienia związanego z jego przedwczesnym zakończeniem. Tak jak wspominałem na początku, dickowska wizja doczekała się ekranizacji w reżyserii Ridley’a Scotta, filmu pt. Łowca androidów. Kolejne wydania książki, którą zainteresowanie wzrosło z racji całkiem niezłego przeniesienia na wielki ekran, nosiły często tytuł skrócony, tj. Łowca androidów. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? zaczęło pełnić rolę wyłącznie uzupełnienia, dodatku. Tymczasem w mojej opinii to właśnie oryginalny tytuł w pełni oddaje fascynującą treść książki – w dickowskiej rzeczywistości zwierzęta biologiczne należą do rzadkości. Ludzie, którzy mogą pozwolić sobie na ich hodowlę muszą być odpowiednio majętni. Zatem marzenia o owcach, tudzież innych zwierzakach są pragnieniem tym z gatunku czysto ludzkich – wiążą się one ze szczęśliwą egzystencją ludzi poważanych i szanowanych, jeśli nie z racji na intelekt i ogładę to przynajmniej ze względu na wysoki status społeczny. I sprawa najważniejsza – czy podobne marzenia mogą stać się udziałem androidów? Czy maszynom, w które człowiek zatknął ducha można w ogóle pozwolić na takie rojenia? Czy one również mogą oczekiwać szacunku, respektowania swojej niezależności umysłowej, wolnej woli? Czy fakt, że pierwotnym przeznaczeniem robotów miało być wyręczanie ludzi z prac ciężkich i niewygodnych oraz biorąc pod uwagę, że to człowiek jest stworzycielem sztucznej inteligencji, daje mu równocześnie prawo swobodnego dysponowania androidalnym bytem?

Drugą kwestią, o którą zahacza Dick jest znany doskonale fanom twórczości autora, swoisty dualizm. W prozie Dicka często pojawia się więcej niż jedna rzeczywistość i nie inaczej jest w przypadku Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Okazuje się bowiem, że istnieją humanoidalne roboty, którym zaszczepiono ludzką pamięć. Żyją, czy też egzystują one w przekonaniu, że są prawdziwymi ludźmi, tymczasem to tylko miraż i złudzenie. Przez karty przebija się zatem kolejne oczywiste pytanie – jaką mamy pewność, że my również nie stanowimy wyłącznie imitacji, że również nie jesteśmy jedynie mechanicznym tworem? I dalej, co to znaczy być człowiekiem i na jakie zasadzie mogę stwierdzić, że faktycznie nim jestem? Czy możliwe, że jestem wyłącznie jego nie w pełni wartościową namiastką?

Wasz Ambrose


 

O dworakach



Dworacy wszystkich epok odczuwają jedną ogromną potrzebę: mówienia tak, by nie powiedzieć niczego.

(Stendhal – Racine i Szekspir. Tłum. W. Natanson)”

Ryszard Kapuściński Cesarz