Dłoń
Michał Dąbrowski
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 208
W wesołych i nadal nie tak odległych
latach mojej młodości, na własnej skórze dane było mi w bardzo
niewielkim stopniu przekonać się, co to znaczy być sławetnym innym,
tj. osobnikiem zdecydowanie odróżniającym się na tle pozostałej części
społeczeństwa. W ramach szczęśliwego zakończenia roku szkolnego kolega
zaproponował, aby uhonorować to wydarzenie przefarbowaniem włosów. Po
krótkim wahaniu przystałem na propozycję, ale po konsultacjach z
siostrą, doszedłem do wniosku, że na pewno nie poddam się modzie zmiany
koloru owłosienia głowy na banalny blond. Nie rozmyślając niemal w ogóle
nad konsekwencjami mojego czynu postawiłem na fryzurę stylizowaną na
irokezie z efektownym, czerwonym kogutem, ciągnącym się przez całą
długość głowy. Tuż po opuszczeniu salonu fryzjerskiego oblepiły mnie
chciwe i natrętne spojrzenia. Szczególnie w okresie pierwszych kilku
dniu, kompletnie nie przyzwyczajony do tak jawnie okazywanej atencji,
czułem niemal fizyczny dotyk oczu, które błądziły za mną gdziekolwiek
się pojawiłem. Ludzie, najczęściej bezmyślnie, czasami z jawną
dezaprobatą, a za każdym razem natrętnie i bez cienia skrępowania,
gapili się na mnie, jakbym był obiektem, którego trudno posądzić o
posiadanie uczuć. Zatem dopóki nie przywykłem do tych wścibskich
spojrzeń, dosłownie płonąłem ze wstydu. Moja cała osoba w mgnieniu oka
została zdegradowana do kawałka włosów na głowie, które posiadały
odmienny kolor niż u statystycznego obywatela. Ta odmienność z automatu
nadała prawo do ciągłego, w żadnej mierze ukradkowego spoglądania w moim
kierunku każdej napotykanej przeze mnie osobie. Oczywiście, urządziłem
się tak na własne życzenie, a w dodatku miałem możliwość powrotu do normalności – wystarczyło ściąć włosy i problem zniknąłby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Co jednak z ludźmi, którzy są inni za sprawą wrodzonych wad czy dysfunkcji, nie dających się prosto bądź wcale wyeliminować?
Książka Michała Dąbrowskiego pt. Dłoń
to znakomity zapis dorastania człowieka niepełnosprawnego, który od
najmłodszych lat narażony jest na obstrzał spojrzeń wszelakiej maści
życzliwych i ciekawskich. Pierwszoosobowy narrator, bohater książki
napisanej w oparciu o doświadczenia życiowe autora, urodził się bez
prawej dłoni. Dzieciństwo upłynęło mu stosunkowo beztrosko. Okres
niemowlęctwa to rzecz jasna nieświadomość własnej fizycznej
niedoskonałości. Ale wraz z dorastaniem, coraz wyraźniejszy i trudny do
ukrycia stawał się fakt niekompletności. Chłopczyk z kikutem zamiast
dłoni wyróżniał się na tle pozostałych malców, ale najczęściej był przez
nie akceptowany. Po pierwszym, naturalnym i szczerym zaskoczeniu,
zdawkowych komentarzach, wytykaniu palcami, bohater stawał się jednym z
wielu, szkolnym kolegą, kumplem z podwórka, z którym wspólnie wspina się
na ogrodzenia, czy ucieka przed rozwścieczonym sąsiadem. Niekiedy
trafiały się smutne wyjątki – strach, odtrącenie, izolacja, jednak nie
zdarzały się one często, a za postawą dziecięcej niechęci wobec
chłopczyka bez dłoni, skrywała się najczęściej wola rodziców, by
pociechy nie bawiły się z odmieńcem.
Okres dzieciństwa, kiedy naiwnie
wierzymy, że świat to w gruncie rzeczy prosty mechanizm, a wokół siebie
nie dostrzegamy żadnych ograniczeń, naznaczony był również marzeniami,
że brakująca kończyna samoistnie odrośnie. Nadzieje podsycali sami
rodzice, którzy odwiedzali z chłopcem różnych specjalistów. Część
lekarzy kategorycznie stwierdzała, że odzyskanie dłoni jest niemożliwe,
ale pojawiali się i mniej sceptyczni eksperci, którzy swoimi opiniami
dawali podstawy bytu dziecięcym rojeniom. Sny o odrodzeniu ręki nie
chciały się jednak ziścić. Zamiast nich coraz częściej pojawiała się
niechęć wobec własnej niekompletności. Młody chłopiec zaczął coraz
wyraźniej dostrzegać, że jego fizyczny brak wywołuje wiele skrajnych
emocji, stąd próby maskowania kalectwa. Prawa ręka wciśnięta głęboko w
kieszeń, czy koszulki z długimi rękawami zaczęły skrywać mroczną
tajemnicę, z którą bohater wcale nie miał się ochoty dzielić w obawie,
że zostanie wyśmiany, bądź odtrącony.
Dorastający chłopiec przyjmował różne
postawy wobec własnego kalectwa. Od błogiej nieświadomości, która była
stanem immanentnym, poprzez głęboką samokrytykę połączoną z próbami
ukrycia niedostatków do samoakceptacji. Co interesujące, niezależnie od
traktowania problemu przez samego zainteresowanego, postawa osób
postronnych, a więc ludzi takich jak my, którzy na co dzień napotykają
na ulicy niepełnosprawnego niemal wcale się nie zmienia. To smutne, ale
bez względu na fakt, czy młody człowiek udźwignie poważne brzemię, jakim
na podstawie lektury wydaje się niepełnosprawność, czy też nie, ludzie
zdrowi wykazują dokładnie ten sam brak zrozumienia wobec prywatnego
nieszczęścia. Najdotkliwiej przekonał się o tym bohater w okresie
dojrzewania. Nowe twarze, nowe znajomości, zawierane na kolejnych
imprezach, na które przyjaciele często siłą musieli wyciągać swojego
niepełnosprawnego kolegę. Schemat prezentował się mniej więcej tak samo.
Próba przedarcia się przez błonę konwenansów, zamiar niemal brutalnego
wtargnięcia do centrum znajomości bez tego całego cyrku, którego
nieodzownym składnikiem jest ceremonialny uścisk dłoni. Czasem się
udawało, ale częściej nie. Niekiedy przychodziła więc pora na osobiste
poznanie się – ręka wyciągnięta w stronę bohatera i uśmiech przyklejony
do ust. A potem żarliwe przepraszam, nie wiedziałem, naprawdę mi przykro,
etc. Bezustanne samobiczowanie się, zaklinanie rzeczywistości oraz
obwinianie o niezręczność, która wynikała przecież z niewiedzy oraz była
zupełnie niezamierzona. Zamiast prostej zmiany tematu często
następowało jego sukcesywnie i bezlitosne drążenie. Taki delikwent
kolejnymi pytaniami wywiercał ogromną dziurę w prywatności głównego
bohatera, pragnąc dowiedzieć się jak to właściwie jest żyć bez jednej
ręki. Nie mogło również zabraknąć dociekań o naturę kalectwa – czy jest
to stan permanentny, czy też wada nabyta, np. na skutek nieszczęśliwego
wypadku. A później chyba najgorsze – cała litania, najczęściej
wyimaginowanych znajomych, którzy także są niepełnosprawni, ale pomimo
tego jakoś w życiu sobie radzą. I tak bez końca.
Okazuje się, że człowiek niepełnosprawny
niesłusznie degradowany jest niemal wyłącznie do wady, która stała się
jego udziałem. Na dalszy plan spychane zostają osobowość, charakter,
pasje czy zainteresowania. Zamiast tego pierwsze skrzypce zaczyna grać
wada, znamię, piętno odróżniające bohatera od całej reszty ludzkości.
Nie jest on już wartościowym człowiekiem, z którym można omówić dowolną
sprawę, po prostu, po ludzku porozmawiać. Z góry czyni się założenie, że
kwestią, jaką winno poruszać się w towarzystwie osoby niepełnosprawnej
jest właśnie jego niekompletność i niesymetryczność. Stąd
tematy-bumerangi, powracające do głównego bohatera z budzącą szewską
pasję regularnością: sztuczna ręka oraz wstyd i łapka. Z jednej strony
wujek rozwodzący się nad zaletami protez, ich coraz większą
doskonałością w imitowaniu prawdziwych narządów, a z drugiej ciotka bez
ustanku kłapiąca o konieczności pogodzenia się z sobą i porzucenia
wstydu za swoją łapkę.
Na pierwszy plan wysuwa się zatem
niezdarność i nieporadność w kontaktach z głównym bohaterem, które
przejawiają osoby szczerze zainteresowane jego dobrem. Nawet najbliższa
rodzina ma problem ze zrozumieniem całkiem oczywistego faktu, że
stanowczo zbyt wiele czasu poświęcają tematowi kalectwa chłopca,
zapominając o jego ludzkim obliczu. Okazuje się bowiem, że młody
człowiek jest o wiele bardziej zainteresowany opinią swojego wujka na
temat niedawno przeczytanej książki niż sztuczną ręką, którą ten stara
się mu usilnie wcisnąć. Zrozumiałe jest, że takie przedstawienie
zagadnienia kalectwa uzmysławia chłopcu, że postrzegany jest on jako
osobnik niekompletny, z którym nawiązanie normalnych, zdrowych i
szczerych interakcji będzie możliwe dopiero w momencie, gdy stanie się
on pełnoprawnym, a więc pełnosprawnym człowiekiem. Idąc dalej tym
rozumowaniem, można stwierdzić, że brakująca kończyna przybiera
materialną postać stygmatu, jakim naznaczony zostaje główny bohater.
Dojmująca pustka, doskwierający brak uniemożliwiają pełną i swobodną
egzystencję, zarówno w wymiarze fizycznym – inwalidztwo wiąże się z
kłopotami oraz niedogodnościami w codziennym życiu; jak i społecznym –
bohaterowi odmawia się pełni człowieczeństwa, brak ręki utożsamiany jest
z brakiem pełni praw do funkcjonowania w normalnym, zdrowym
ludzkim zbiorowisku. Inwalida jest z założenia dysfunkcyjny,
nienaturalnym jest zatem w jego przypadku zarówno pomaganie innym jak i
samemu sobie, posiadanie nałogów, czy choćby wszczynanie konfliktów. W
efekcie prostego sumowania oraz odejmowania, dochodzi się do
absurdalnych wniosków, że osoby niepełnosprawne mogą pozwolić sobie
jedynie na oczekiwanie litości oraz pomocy. Co gorsza, kiedy powyższe
skonfrontujemy z rzeczywistością, okazuje się, że owe wnioski, o zgrozo,
bardzo często próbuje się wcielać w życie, nie bacząc przy tym jak są
one bzdurne oraz jak krzywdzą ludzi, którzy z racji pewnych niedoborów,
braków, czy odchyleń od statystycznej normy często uważani są za
podludzi.
Wasz Ambrose









