Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 2 października 2012

W górę, ku człowieczeństwu

Okładka książki W dół, do ziemi 

W dół, do ziemi

Robert Silverberg


Tytuł oryginału: Downward to Earth
Tłumaczenie: Irena Lipińska
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron:160
 
 
 
 

W dół, do ziemi to książka Roberta Silverberga, z trzeciego okresu jego twórczości, kiedy po kryzysie literatury science-fiction w USA (koniec lat ‘50), autor za namową Frederika Pohla powrócił do pisania fantastyki naukowej. Sam Silverberg to żywa legenda amerykańskiej prozy i to nie tylko z pogranicza fikcji literackiej. Autor ma na swoim koncie liczne nagrody, w tym te najcenniejsze, czyli Hugo (w 1956 r. za najlepszy debiut) oraz Nebulę (m.in.: w 1971 r. za powieść Czas przemian, w 1974 r. za opowiadanie Rodzimy się umarłymi, w 1985 r. za opowiadanie Pożeglować do Bizancjum). Oprócz science-fiction, Silverberg ma na koncie liczne opowiadania erotyczne, książki popularno-naukowe, publikacje z zakresu geografii, historii czy archeologii. To prawdziwy człowiek-instytucja, ogółem spłodził dobre kilkanaście tysięcy słów, zgrabnie zaprzężonych w powieści, opowiadania, teksty. To także redaktor licznych antologii (w Polsce, jak dotąd, ukazały się jedynie Legendy oraz Legendy II).

Napisana w 1969 roku W dół, do ziemi to powieść utrzymana w klasycznym nurcie science-fiction. Akcja rozgrywa się w czasach, gdy ziemska cywilizacja swobodnie podróżuje po Kosmosie, a w trakcie jego eksploracji, odkrywa kolejnego planety, które następnie kolonizuje. Ludzkość, mimo ciągłego rozwoju technicznego, w kwestiach moralności pozostaje praktycznie na tym samym poziomie, co dotychczas – nowe światy traktowane są jako ogromne kopalnie surowców oraz potencjalne źródła dochodu. W przypadku, gdy nowa planeta jest zamieszkana, jej rdzenni mieszkańcy (czy też rdzenna fauna i flora), traktowani są jako darmowa siła robocza. Kwestie typu paradoksu bliźniąt, czy napędu, z którym miałyby się poruszać gwiezdne statki są oczywiście skrzętnie pomijane, tak jakby autor uznał za naturalne, że prędzej czy później zostaną one rozwiązane i nie warto poświęcać im zbyt wiele uwagi, bo to po prostu szukanie dziury w całym.
Główny bohater, Gundersen, postanawia powrócić na planetę zwaną Światem Holmana, którą zarządzał 10 lat wcześniej jako przedstawiciel ziemskich korporacji, zajmujących się kolonizacją nowych światów. Od początku wizyty, Gundersen odkrywa, że w świecie, do którego ponownie zawitał zaszły spore zmiany – władanie nad planetą Belzagor (nazwa w języku autochtonów) zostało oddane pierwotnie zamieszkującym ją dwóm inteligentnym gatunkom: dwunożnym i nieco człekokształtnym sulidorom zamieszkującym regiony podbiegunowe oraz dominującym, słoniopodopnym nildorom, osiadłym w tropikalnej strefie podzwrotnikowej. Początkowo, bohater nie jest pewny, co było bodźcem, który tak silnie przyciągał go na dawno opuszczony świat. Jednak w miarę upływu czasu, wraz z Gundersenem zdajemy sobie sprawę, że rewizyta na Belzagorze jest próbą odpokutowania przewinień, których dopuścił się Ziemianin na tubylcach.
Gundersen przybywa na niegdysiejszy Świat Holmana z grupą turystów, którzy w pełni uświadamiając mu, z jakim stosunkiem podchodził w przeszłości do Belzagora oraz jego mieszkańców. Nutka pogardy zmieszana z odcieniem litości to dominujące uczucie towarzyszące pierwszemu spotkaniu z inteligentnymi przedstawicielami planety, nildorami (Przecież to zwykłe słonie!). Ludzki antropocentryzm nie jest w stanie znieść takiej potwarzy – wzniosłe idee nakazujące oddanie władzy nad planetami ich prawowitym mieszkańcom, wyznawane przez liberalnych Ziemian, którzy w rzeczywistości praktycznie w ogóle lub wcale nie znają innych ras, zostają zdmuchnięte niczym domek z kart przy pierwszym kontakcie z inteligencją, która nie przywdziała się w szaty człekokształtne (Jakie to okropne, że taką piękną i wartościową planetę musieliśmy oddać bandzie słoni).
Dopiero naiwność oraz ignorancja ziemskich obieżyświatów uzmysławiają Gundersenowi, jak niesprawiedliwy osąd wydał. W pewnym momencie (wreszcie! chciałoby się wtedy rzec) Gundersen dochodzi do wielce odkrywczego wniosku, że poziom zaawansowania technicznego oraz stopień złożoności rytuałów, ukrywanych pod maską cywilizacji, wcale nie muszą świadczyć o wyższości, czy niższości danego gatunku. Oświecenie okraszone zostaje burzliwą i obfitą perorą, którą Gundersen pointuje stwierdzeniem, że nildory nie stworzyły cywilizacji na kształt tej naszej, ludzkiej z przyczyny dość prozaicznej – nie posiadając kończyn chwytnych, ich ewolucja przebiegała w zupełnie innym kierunku. Słoniopodobne stwory posiadają za to dość bogatą kulturę, której tajemnicę próbuje zgłębić Gundersen. W czasie ściśle indywidualnym dla każdego z nildorów, stworzenia te wybierają się do Krainy Mgieł, którą władają sulidory, by przejść rytuał tzw. Ponownego narodzenia. Ta zagadkowa ceremonia nie daje spokoju Gundersenowi i stanowi dla niego powód pielgrzymki do Krainy Mgieł, maskowany chęcią odszukania i skontaktowania się ze starymi przyjaciółmi, którzy zdecydowali się zostać na Belzagorze, po opuszczeniu go przez korporacje.
Odbywając długą wędrówkę, najpierw w towarzystwie nildorów, następnie sulidorów, wreszcie samotnie, Gundersen wyrusza w podróż w głąb własnej duszy. Przebywając z dala od swoich ziomków, poznając niektóre ze zwyczajów nildorów, prowadząc przy tym z konieczności prosty i ascetyczny tryb życia, Gundersen powoli odzyskuje spokój oraz równowagę wewnętrzną. Wciąż jednak doskwierają mu dawne przewinienia, z których za najgorsze uważa uniemożliwienie 7 nildorom dotarcia na miejsce swoich powtórnych narodzin. W geście szlachetności, który podyktowany jest także ciekawością oraz po trosze pychom (to przekonanie o wielkości własnego grzechu, za który pokuta musi być nieskończenie ogromna), Gundersen decyduje się na poddanie się Powtórnym narodzinom.
Wykreowany przez Silverberga świat jest z pewnością ciekawy i malowniczy. Opisując kolejne smutne wypadki, które spotkały ziemskich wędrowców, pisarz udowadnia, że to również świat obcy, nieznany, a przez to niebezpieczny. Razi jednak zbytnie podobieństwo do naszego globu – Belzagor, na dobrą sprawę, przypomina Ziemię, z nieco tylko bardziej udziwnioną fauną i florą. Dziwi nieco obecność na planecie dwóch inteligentnych gatunków, autor jednak sprytnie wybrnie z tej pułapki ewolucyjnej, w którą na pozór się wpakował.
Reasumując, książka W dół, do ziemi to dość interesująca, ale momentami ocierająca się o pospolite cechy kanonu, lektura science-fiction. Silverberg prezentuje Ziemian jako zdobywców, grabieżców i łupieżców, czyli portret doskonale znany za sprawą naszej zachodniej cywilizacji. Razem z pisarzem odkrywamy stopniowo złożoność zwyczajów istot, zamieszkujących Belzagor, by na ostatnich stronach powieści zadać sobie pytanie, kto tu jest rasą podrzędną – sulidory oraz nildory, czy też ludzie z ich cywilizacyjno-technicznym wyznacznikiem postępu. Powieść to jednocześnie piękny hymn pochwalny o skrusze – autor przekonuje, że nigdy nie jest za późno na naprawę popełnionych błędów, rehabilitację za wyrządzone krzywdy. Godny podkreślenia jest również motyw wielkiej wędrówki, która jest tylko symbolem prawdziwej drogi, prowadzącej do zrozumienia istoty własnego bytu. Mój pierwszy kontakt z Robertem Silverbergiem oceniam na plus.

niedziela, 30 września 2012

Pozwól, że Ci opowiem



Pozwól, że Ci opowiem...

bajki, które nauczyły mnie, jak żyć

Jorge Bucay

wydawnictwo Replika 2004
tłumaczyła Ilona Ziętek-Segura

Jednym z najpiękniejszych wspomnień mojego dzieciństwa są dni, a właściwie wieczory, gdy rodzice czytali mi przed snem. Opowieściami, od których się to zaczęło, były oczywiście baśnie. Stanowiły pierwsze stopnie prowadzące do ukształtowania mnie takiego, jakim jestem.

Baśnie klasyczne były nakierowane na wyrobienie w dziecku pożądanych społecznie uwarunkowań. Stąd jasny zwykle podział na zło i dobro. Dobro zawsze wygrywa, a za złe uczynki zawsze nadejdzie kara. Miały za zadanie wychowanie takiego człowieka, jaki w czasach ich powstania był promowany. Samemu człowiekowi i jego szczęściu poświęcano z reguły mniej uwagi, stąd choćby takie trywialne zwroty jak "żyli długo i szczęśliwie", które w rzeczywistości maskowały niewiedzę na temat tego, co to znaczy to szczęście i jak ma ono wyglądać.

Jorge Bucaj w swej książce ukazuje nam szereg spotkań Demiána z jego psychoterapeutą Jorge, zwanego Grubym. W trakcie tych sesji Jorge, zgodnie z kanonem szkoły Gestalt, której jest przedstawicielem, opowiada swemu pacjentowi bajki. Niektóre z nich wybrane są spośród klasyki, inne stworzone doraźnie, na potrzeby terapii. Są dobrane nie pod kątem odwiecznych celów stawianych przez społeczeństwo oczekujące określonych postaw i zachowań, ale pod kątem szczęścia jednostki, z zamiarem wywołania refleksji mających pomóc tym, którzy zgubili gdzieś własne ja. Pod tym względem są to więc przypowieści na miarę naszych czasów, w których coraz więcej ludzi ma problem ze znalezieniem drogi do samych siebie, bez czego z kolei nie można tworzyć prawdziwie satysfakcjonujących więzi z innymi ludźmi.

Aby w pełni korzystać z wartości bajek Bucaya, najlepiej czytać tylko jedną dziennie, dając swej pod i świadomości czas, na dotarcie do wszystkich aspektów każdej przypowieści. Pozwól, że Ci opowiem... jest książką, po którą na pewno warto sięgnąć i przeczytać ją najpierw samemu, potem bajki opowiedzieć dzieciom, jeśli już je mamy, a na koniec polecić znajomym.

Niestety, o ile sama treść jest godna oceny najwyższej, to styl jest tak słaby, iż momentami bardzo poważnie utrudnia lekturę. Nie chcę dociekać, czy to wina autora, czy tłumaczki, niemniej do uchybień stylistycznych dochodzą ewidentne błędy typu „pod rząd” zamiast „z rzędu”, pleonazmy czy błędy rzeczowe, jak próżnia w przepaści. Całość sprawia, że wielokrotnie czytelnik nie tylko zacina się w trakcie lektury, ale nawet musi cofać, by być pewnym, co też autor miał na myśli.

Wydanie, które miałem w ręku, jest kolejnym przykładem bylejakości, o której mówiłem w poprzedniej recenzji. Znów tekst na okładkę pisał ktoś, to chyba nie czytał książki. W notce wydawcy czytamy : „Codziennie opowiada on bajkę”, gdy tymczasem, kto czyta uważnie, znajdzie zarówno tygodniowe przerwy, jak i dni, w których terapeuta opowiada swemu pacjentowi dwie bajki.

Najbardziej denerwujące jest to, iż te niedociągnięcia dotknęły książkę ze względu na treść absolutnie wartą polecenia


Wasz Andrew

sobota, 29 września 2012

W poszukiwaniu Absolutu

Transmigracja Timothy'ego Archera 

Transmigracja Timothy'ego Archera

Philip K. Dick


Tytuł oryginału: The Transmigration of Timothy Archer
Tłumaczenie: Lech Jęczmyk
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 312
 
 
 
 

Transmigracja Timothy’ego Archera to kolejny przykład książki, której historia oraz okoliczności powstania są równie ciekawe, co sama fabuła. Z kolei Philip K. Dick, autor powieści, po raz kolejny udowadnia, że zaszufladkowanie go do kategorii science fiction jest grubym oraz krzywdzącym uproszczeniem.

Zaczynając we właściwym porządku rzeczy, czyli od początku, warto przytoczyć kilka mitów, którymi obrosła już Transmigracja. Nie bez kozery uważana jest ona za książkę przesiąkniętą śmiercią oraz umieraniem i wydaje się to bardzo odpowiednie, jeśli zważy się na fakt, że jest to ostatnia powieść, którą spłodził Dick za swojego życia (napisana została w 1981 roku, na rok przed zgonem, który nastąpił w 1982). Problem tkwi w tym, że Dick zmarł dość nagle i niespodziewanie, a jako pięćdziesięciotrzylatek wcale nie musiał podejrzewać, że grozi mu tak rychłe odejście ze świata żywych. Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że pisarz popisał się po prostu ogromną intuicją i na zakończenie swojego żywota napisał wspaniałą powieść, w której główny bohater odnajduje cel swojej ziemskiej wędrówki w litościwych ramionach kostuchy – idealne zwieńczenie literackiej kariery, ze szczególnym uwzględnieniem wszechobecnego symbolizmu oraz odwołań do codziennej rzeczywistości, otaczającej Dicka.

Poszukiwanie ukrytych znaczeń można rozpocząć od samej postaci głównego bohatera, tj. biskupa Timothy’ego Archera, niespokojnego oraz bardzo medialnego ojca kościoła, który sobie tylko znanymi ścieżkami próbował dotrzeć do Boga. Osoba Archera wzorowana jest na powszechnie znanym, szanowanym oraz lubianym przez media biskupie episkopalnym, Jamesie Pike’u, z którym znał się oraz przyjaźnił Philip Dick. Pike, podobnie jak jego książkowy odpowiednik Timothy Archer, również został oskarżony o herezję, przeżył rodzinną tragedię, w wyniku której zwrócił się w stronę ezoteryki, a żywot zakończył niemal w ten sam sposób, tj. poszukując obecności Boga na izraelskiej pustyni. Liczne są także głosy, że przy kreowaniu biskupa Archera, Dick wplótł też w swojego bohatera cząstkę samego siebie – przecież Dick, mający na koncie liczne przygody z narkotykami oraz wszelakiej maści używkami, również był swoistym pielgrzymem intelektualnym, który bezustannie wyglądał znaków, świadczących o tym, że Bóg istnieje.

Podobnie jak i w książce Valis, Dick niespokojnie rozkopuje niczym groby kolejne mity, wierzenia oraz religie, czerpiąc z nich wybrane przez siebie elementy i pierwiastki, próbując zestawić je i ułożyć w sensowną całość. O ile jednak w Valisie mamy do czynienia z prawdziwym morzem chaosu, symfonią wielości, która brzmi jak diabelski jazgot i kakofonia, gmatwaniną myśli, przychodzących do głowy jako amorficzna i bezkształtna maź, o tyle w Transmigracji jesteśmy świadkami intelektualnego wygładzenia dickowych idei. Prezentowane koncepcje wydają się bardziej spójne, przemyślane oraz uporządkowane. Dick w dalszym ciągu raczy nas obfitymi cytatami z wszelakich ksiąg, począwszy od Ewangelii, a na wierzeniach gnostyków skończywszy, wszystko to jednak prezentuje się jako logiczny ciąg znaków, w którym ukryta jest pewna doza sensu.

Zresztą podobieństw między Valisem a Transmigracją Timothy’ego Archera jest znacznie więcej, co jest o tyle zrozumiałe, że obie te pozycje wchodzą w skład nieformalnej Trylogii Valisa, którą uzupełnia Boża Inwazja. Wszystkie książki łączy fascynacja mistycyzmem, która prawdopodobnie rozpoczęła się w momencie, kiedy w 1974 r. Dicka nawiedził różowy promień światła, zsyłając mu wyższą świadomością, co przejawiało się m.in. krótkotrwałą znajomością łaciny oraz prawidłową diagnozą choroby syna.

Transmigracja jest o tyle wyjątkowa, że mamy do czynienia z narratorem pierwszoosobowym (Dick wyjątkowo rzadko wybierał tę opcję, zdecydowanie częściej stosując narrację trzecioosobową, z różnych perspektyw), w dodatku kobietą, w której można dopatrzyć się wielu cech wspólnych z pisarzem. Angel Archer, synowa biskupa Timothy’ego również gustuje w lekkich narkotykach, niekiedy eksperymentuje z lekami oraz podobnie jak Dick pracuje w sklepie z płytami. Tak jak i Dick studiowała na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkley, ale z większym powodzeniem, uczelnię udało jej się skończyć. Być może wszystkie te wspólne elementy zadecydowały o tym, że Dick wykreował tak znakomitą oraz wiarygodną postać, z bogatym życiem emocjonalnym, całą paletą przeżyć oraz przemyśleń, która w każdym słowie tchnie autentyzmem. Co ciekawe, Ursula Le Guin, amerykańska pisarka science fiction, wielokrotnie chwaliła Dicka za bardzo udane kreacje postaci kobiecych w swoich książkach. Wydaje się, że Angel Archer jest szczytowym osiągnięciem w tej dziedzinie.

Kończąc te przydługie dywagacje na temat niezwykłości ostatniej książki w bogatym dorobku literackim Philipa Dicka, niejako podsumowując, rzec należy, że Transmigracja to lektura, w której praktycznie na każdej stronie możemy znaleźć oryginalną myśl, ciekawy cytat oraz kontrowersyjną ideę, związaną z wiarą chrześcijańską (Jezus jako przedstawiciel sekty, którego nauki okazują się jedynie doktryną głoszoną przez pewien odłam Żydów dla wielu może okazać się bardzo gorzką pigułką). Momentami występuje tu dość przytłaczający natłok teologicznej dysputy, to próba uporządkowania sprzecznych faktów, która przypomina parzenie naparu z całej palety ziół. Niejako przy okazji otrzymujemy także piękną panoramę San Francisco, którego psychozy oraz maniactwa Dick nakreślił po mistrzowsku. Akcja książki może niekiedy sprawiać wrażać zbyt mało dynamicznej, ale wydaje się, że fabuła na pewno nie była koniem, na którego postawił w tej książce pisarz. Jednak, jeśli odrobinę wysilimy nasz mózg, włożymy w lekturę nieco intelektualnego wysiłku, to z pewnością otrzymamy wyborną umysłową ucztę. A dodać coś wartościowego od siebie musimy, bowiem jak mówi cytat z książki: Kto wkłada śmieci, ten śmieci wyjmuje.

P.S.
W Empiku trwa aktualnie promocja dotycząca książek z działu fantastyki, w ramach której za 3 pozycję płacimy jak za 2 (najtańsza książka sprzedawana jest za symbolicznego grosza). Jeśli ktoś pragnie wzbogacić swoją biblioteczką o pozycje z tej tematyki, to wydaje się, że jest to jeden z najlepszych ku temu momentów.


Wasz Ambrose


czwartek, 27 września 2012

komunizm vs. kapitalizm



W mojej Rosji baliśmy się tylko KGB. Wtedy nie było przestępców. A teraz jest wielu przestępców, a nie ma KGB. Wcale nie jest lepiej.



z powieści Alibi Tami Hoag

środa, 26 września 2012

Alibi




Tami Hoag

Alibi

(oryg. The Alibi Man)

tłumaczenie Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Dolnośląskie 2009

Była policjantka Elena Estes pracuje jako stajenna na Florydzie. Podczas samotnej konnej przejażdżki odkrywa w odludnym zakątku zwłoki swojej przyjaciółki Iriny Markowej, która również pracowała jako stajenna w jednej z licznych tam stadnin. Nie mamy jednak do czynienia ze zwykłymi stajennymi w rozumieniu polskiego stereotypu związanego z tym zawodem, a i owe stadniny są odmienne od naszych. To świat graczy w polo, pięknych kobiet i wielkich pieniędzy. Zarazem to również świat wielkich patologii, które za ogromną kasą podążają równie chętnie, co za srogą biedą. Oczywiście nasza Elena postanawia odkryć, kto jest odpowiedzialny za śmierć Iriny. Tradycyjnie nie zdradzę, co z tego wyniknie, aby nie psuć zabawy przyszłym czytelnikom.

Tami Hoag ma w swoim dorobku wiele powieści. Niestety nie wszystkie zostały przełożone na polski. Ponieważ moje poprzednie spotkania z jej twórczością wypadły rewelacyjnie, na Alibi rzuciłem się jak pies na kość. Gdyby to był mój pierwszy kontakt z jej prozą, powieść może nawet by mnie zachwyciła. Pióro pani Hoag nie straciło swego uroku. Styl jest obrazowy i klimatyczny, a zarazem umożliwia szybkie pochłanianie kolejnych stron, co przy lekturze z pogranicza kryminału i thrillera jest ważkim atutem. Postacie z przeszłością, jak zwykle wyraziste, o skomplikowanych i zarazem przekonujących charakterach, targane wielkimi namiętnościami, to już chyba znak firmowy autorki. Nie do przecenienia jest również absolutnie autentyczny obraz klanu elit Palm Beach i światka koniarzy, tym bardziej, iż pisarka wie o czym pisze - sama należy do tego środowiska (w ujeżdżaniu koni na szczeblu międzynarodowym startowała z powodzeniem).

Fabuła okazuje się skomplikowana, jak na standardy gatunku w wersji made in USA. Zakończenie może nie do końca zaskakujące, ale też niełatwe do odgadnięcia. Wszystko na przyzwoitym poziomie komplikacji i realizmu, bez nieśmiertelnych herosów i cudownych zbiegów okoliczności. No może na samym końcu troszeczkę…

Akcja, której tempo systematycznie narasta, aż w końcu przypomina rozpędzony ekspres, jest kolejnym atutem Alibi. Wszystko to podszyte poważnymi dylematami trapiącymi dzisiejsze bogate społeczeństwa, z których najważniejsze to problem zapewnienia równości wobec prawa osób o różnym statusie materialnym i politycznym oraz wciąż niższa pozycja kobiet w społeczeństwie, z czym wiąże się mnóstwo patologii. W sumie – niczego nie można książce zarzucić. Znajdziemy tu coś, co nas wciągnie i pozwoli zapomnieć o Bożym świecie oraz coś, co da do myślenia. Jest tylko jedno ale. Jeśli czytaliście wcześniejsze powieści Tami Hoag, jak Fałszywy alarm (Wolf Cry) czy Cienką mroczną linię (A Thin Dark Line), to możecie odczuć pewien niedosyt. A może to nie powieść jest słabsza, tylko kajuńskie klimaty Akadii bardziej mi odpowiadają niż snoby z Palm Beach, a bagna Luizjany przedkładam nad Florydę? Sami musicie się przekonać, gdyż sięgnąć po Alibi z całą pewnością warto


Wasz Andrew

A na koniec jeszcze kwiatek:


Każdego kto czytał, zastanawia, skąd autor napisów na okładce w tym wydaniu wziął swe odkrywcze treści (klub rosyjskich morderców). Gdyby równie wiernie opisywano zalety samochodów czy innych wyrobów materialnych, nazwano by to oszustwem. A tak pozostaje po prostu dorzucić to do kolekcji przykładów cywilizacji badziewia, w poprzednich epokach w takich branżach jak wydawnicza wręcz niewyobrażalnych. Pozostaje tylko zastanowić się, w jak patologicznych realiach żyjemy, jeśli człowiekowi, który nie zna treści książki, płaci się za pisanie tekstów reklamowych na jej okładkę. Hańba!

wtorek, 25 września 2012

Czas to pieniądz



Czas to pieniądz, jasne, ale pieniądz to nie czas: inaczej wszyscy bogaci zasrańcy kupowaliby go i nigdy nie musieli umierać.


Stuart MacBride z powieści Zimny pokój

niedziela, 23 września 2012

Gorący zwolennik eutanazji

Plakat spektaklu Szyc 

Klinika dobrej śmierci

Jacek Getner


Reżyseria: Ana Nowicka
Teatr: BARAKAH
Czas trwania: 1 h 15 min.







Natrętny szmer głosów, przypominający bzyczenie pszczół, wśród których próżno nasłuchiwać języka polskiego. Chwila wyczekiwania na wygodnym fotelu z wysłużonym, zielonym, ale nadal miękkim obiciem. Kilka minut poświęconych kontemplacji ścian oklejonych klimatycznymi plakatami w stylu retro, kilka kursów kelnerów, przecinających szybko rzeczywistość wypełnioną oczekiwaniem i nareszcie wrota do piwnic Klazmer Hois, w których mieści się Teatr BARAKAH zostają odsłonięte. Przedstawienie czas zacząć!

Witamy w klinice dobrej śmierci, w której lekko i przyjemnie zdejmujemy z ludzi niepotrzebny bagaż życia. Czy jest już Pani zarejestrowana? Proszę usiąść i poczekać na swoją kolej!

Swoją kwestię w kółko i w kółko, niczym automat, którym zresztą jest, powtarza Mechaniczna Siostra. Pielęgniarka ubrana w różową sukienkę w motywy kwiatowe, nosząca na swych nogach czarne, wysokie kozaki, z rażąco różowymi włosami, posiadająca niepokojąco męskie rysy twarzy, robi na widzach-pacjentach piorunujące wrażenie.

Ordynator w konwersacji z Dziennikarzem - foto by Paweł Topolski [http://www.teatrbarakah.com]
Klinika Dobrej Śmierci to w pełni profesjonalny ośrodek, w którym fachowa obsługa w sposób lekki i przyjemny dokona na nas zabiegu, uwalniając nas tym samym od trosk doczesności, które przygniatają w końcu każdego człowieka. Szefem kliniki jest fanatyczny Ordynator, który zbawienie doczesnego świata dostrzega właśnie w eutanazji.

Pacjentami kliniki są różnoracy ludzie. Trafi się wśród nich Producent Filmowy po wylewie, któremu nie wyszło kilka filmów. To żona zdecydowała się wysłać go na zabieg. Ofiarą ośrodka padnie również obawiająca się swojej synowej Starsza Pani, zadeklarowana przeciwniczka eutanazji, która w klinice upatruje zakamuflowanej drogi prowadzącej na Wyspę Spokojnej Starości. O motywach swojego wyboru opowie nam również szpakowaty, kulejący Mężczyzna, który kilka lat wcześniej na dobre utracił kontakt ze swoją jedyną córką. Wszyscy są typowymi pacjentami, których bardzo lubi ekscentryczny Ordynator, pragnąc zapewnić im godziwe pożegnanie się z doczesną egzystencją. Problemy z doproszeniem się zabiegu będzie za to miała Młoda Kobieta, która postanowiła o wykonaniu eutanazji na swoim sparaliżowanym mężu. Ordynator w sposób dość wyraźny i zdecydowany wyjaśni, że jego ośrodek nie zajmuje się wykonywaniem wyroków śmierci, karaniem, a jedynie przeprowadza zabiegi. Kara śmierci to echa czasów dawnych, spowitych przez mroki ciemnoty umysłowej i głupoty ludzkiej, to symbol ery barbarzyństwa, którą ludzkość ma już na szczęście dawno za sobą, a do której to absolutnie nie wypada wracać naszej szlachetnej oraz rozwiniętej cywilizacji.

Spektakl to znakomita groteska, gęsto i często łatana absurdem. W rzeczywistości, do tworzenia której zostajemy zaproszeni, zabieg eutanazji jest już prawnie dozwolony, stąd właśnie legalna, ale wciąż budząca ogromne kontrowersje, działalność kliniki. Cały czas opinia publiczna próbuje poznać powody, dla których ludzie poddają się zabiegowi, stąd też wizyta Dziennikarza, gorącego zwolennika eutanazji, który na polecenie swojego Naczelnego ma przeprowadzić wywiady z pacjentami kliniki i dowiedzieć się, co kieruje ich na drugi brzeg rzeki życia. To nieco zadufany w sobie młody człowiek, szczęśliwy, jak mu się przynajmniej wydaje, mąż oraz ojciec trójki niekoniecznie do niego podobnych dzieci, wieszczący filozofię absolutnej, by nie rzec skrajnej, poprawności politycznej, w imię której każdemu człowiekowi przysługuje prawo wyboru, dotyczące również sposobu, formy oraz daty swojej śmierci. Dopiero interakcja, w którą wejdzie ze Starszą Panią pozwoli mu chociaż na chwilę popatrzyć na rzeczywistość bez klapek na oczach i przekonać się, że większość pacjentów, decydująca się na zabieg, to nie tyle ludzie schorowani fizycznie, co osoby samotne, czujące się niepotrzebne, odrzucone, pozbawione miłości, ofiary, jak to trafnie ujął Tadeusz Różewicz, znieczulicy społecznej. Na kwestię eutanazji inaczej patrzy Szalony Ordynator. Hołduje on idei, że śmierć człowieka następuje już w momencie, gdy znikają chęci do życia. Dalsza egzystencja takiego osobnika jest już tylko niepotrzebną męczarnią, smutną wegetacją, która przedłużana w nieskończoność staje się nieludzkim okrucieństwem. Wydaje się jednak, że założenia myśli przewodniej Ordynatora oparte są na błędnych przesłaniach – myli on mianowicie przyczyny ze skutkami. Co prawda trafnie diagnozuje, że ludzie zdrowi fizycznie, mogą posiadać poważnie schorowaną psychikę, ale wyciągając do nich pomocną dłoń, potrafi im jedynie zaoferować śmierć.

Obsada spektaklu - foto by Dorota Czarnecka [http://www.teatrbarakah.com]
Akcja spektaklu jest dość przewrotna, bowiem w pewnym momencie, ku zgrozie Żurnalisty, okazuje się, że został on wybrany do roli Chrystusa eutanazji. W końcu wiek 33 lat to znakomity okres to umierania za ideę. Ordynator, by w pełni przekonać świat do celowości prowadzonych przez siebie zabiegów potrzebuje męczennika, który udowodni, że eutanazja to w dzisiejszym świecie rzecz niezbędna, umożliwiająca skuteczną oraz ostateczną walkę z wszelakimi formami nieszczęścia. Dziennikarz mamiony jest wizją wielkości, którą jedna może zapewnić mu jedynie śmierć. Pozagrobowa chwała, literackie nagrody za tekst poświęcony eutanazji, mienią się jednak bardzo kusząco. Na co zdecyduje się żądny sławy Dziennikarz? O tym musicie przekonać się już sami.

Warto być może dodać, że Klinika dobrej śmierci w reżyserii Any Nowickiej została wyróżniona na XV Ogólnopolskim Konkursie na Wystawie Polskiej Sztuki Współczesnej. Ponadto tekst Jacka Getnera, na którym oparty jest spektakl okazał się najlepszy w Ogólnopolskim Konkursie TOPORNIADA, upamiętniającym twórczość pisarza Rolanda Topora. Topor to francuski surrealista, którego teksty przesycone są groteską oraz czarnym humorem  (by lepiej poznać styl artysty, zachęcam do lektury recenzji Pamiętnika starego pierdoły oraz Chimerycznego lokatora, autorstwa blogerki Miqa) – żadnej z tych cech nie można odmówić Klinice.

Reasumując, trwający nieco ponad godzinę spektakl wystawiony przez Teatr BARAKAH to znakomity sposób na spędzenie wolnego wieczoru na urokliwym Kazimierzu. Klinika dobrej śmierci, w której rzeczywistość wydaje się rzeczą dość kruchą i ulotną, pokazuje być może wcale nieodległą przyszłość, w której ludzkość, w kwestii wolności osobistej, poszła o ciut za daleko. Wykonując ten jeden dodatkowy krok, zapomniała równocześnie o tym, czego człowiek w swoim życiu potrzebuje najbardziej – ludzkich uczuć, zainteresowania bliźniego, miłości, ciepła, czy zwykłej troski oraz ciekawości o losy drugiego człowieka.

Na koniec wspomnieć można jeszcze o fantastycznej grze aktorów. Genialny oraz niezwykle ekspresywny Jan Mancewicz w roli Ordynatora, znakomicie oddająca zagubienie oraz rozterki Dziennikarza, reżyserka spektaklu oraz założycielka teatru, Ana Nowicka, Krzysztof Prystupa tworzący niezapomnianą kreację obu Mechanicznych Pielęgniarek, uzupełnieni o znaną mi z Szyca Monikę Kufel, Małgorzatę Brożonowicz-Sienkiewicz oraz Franciszka Mułę, stworzyli razem świetny i zgrany zespół, potrafiący nawiązać nić porozumienia z publicznością.

Klinika dobrej śmierci to kawał dobrej roboty, która w pędzącym świecie postępu nakazuje na chwilę przystanąć i poświęcić się chwili refleksji – być może warto rozważyć pytanie, czy człowiek rzeczywiście powinien zostać Panem Losu, mogącym w pełni decydować o cudzej i własnej śmierci.

Zdjęcia autorstwa Doroty Czarneckiej pochodzą ze strony www.teatrbarakah.com