piątek, 21 sierpnia 2020

Jehudit Hendel "Szaleństwo psychiatry" - W bagnie zazdrości

Jehudit Hendel

Szaleństwo psychiatry

Tytuł oryginału: Terufo szel rofe hanefesz
Tłumaczenie: Tomasz Korzeniowski
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Biblioteka Babel
Liczba stron: 184




Juwenalis z Akwinum, rzymski poeta i satyryk, w jednym swoich dzieł zadaje przewrotne pytanie: Quis custodiet ipsos custodes?, co można tłumaczyć jako: Kto pilnować będzie samych strażników? Człowiek to przecież istota niedoskonała i pełna ułomności, w rezultacie czego nie mamy żadnych gwarancji, że obrońcy moralności czy etyki nie poczują się z czasem niczym nadludzie, których nie obowiązują ustalone kodeksy i normy. Parafrazując nieco to zdanie i odnosząc się do książki Szaleństwo psychiatry autorstwa izraelskiej pisarki Jehudit Hendel (1921 - 2014), można zapytać: Kto będzie leczył samych lekarzy? Szczególnie gdy chodzi o choroby tak problematyczne jak te, które dotykają człowieczego umysłu - czy psychiatra, który sukcesywnie zanurza się we własnych obsesjach jest w stanie pomóc innym?

Głównym bohaterem dzieła Jehudit Hendel jest Elchanan Gil, człowiek, (...) którego profesją jest badanie ludzkiej duszy (...) [1]. Elchanan wspiera swoich pacjentów w odzyskiwaniu psychicznej równowagi, ale nie potrafi zapanować nad wzburzonym kotłem własnych emocji. Źródłem niepokoju i napięcia - nieustannych towarzyszy Elchanana - jest związek, w który wikła się mężczyzna. Protagonista decyduje się na ślub z Jaeli, wdową po swoim tragicznie zmarłym przyjacielu Joelu. Nie byłoby w tym nic dziwnego czy niestosownego, gdyby nie fakt, że Elchanan przez lata prowadził życie podglądacza, a ofiarą jego niezdrowej ciekawości padli właśnie Jaeli i Joel. Z tego względu małżeństwo ze skrycie wielbioną Jaeli, początkowo jawiące się jako spełnienie sennego marzenia, stopniowo zamienia się w koszmar, z którego Elchanan nie może się wybudzić. Duch nieżyjącego przyjaciela nie pozwala o sobie zapomnieć i wkrótce staje się zmorą psychiatry - Elchanan nie umie wyzbyć się chorobliwej zazdrości, która niczym żrący kwas zżera relację z Jaeli.

Perypetie Elchanana można odczytać jako studium postępującego szaleństwa. Obsesja, która sukcesywnie kiełkuje w umyśle bohatera, przyjmuje niepokojące rozmiary i skutecznie deformuje jego spojrzenie na rzeczywistość. Jehudit Hendel przekonująco odmalowuje paranoiczne myśli, którym poddaje się Elchanan, opisując przy tym wpływ, jaki w ten sposób wywierany jest na najbliższych. Wydaje się, że autorka z jednej strony pragnie zasygnalizować, że współżycie z drugim człowiekiem niemożliwe jest bez zaufania mu, z drugiej zaś - że miłość nie polega na zaborczej chęci posiadania ukochanej czy ukochanego na własność bądź na wyłączność. Stąd też ukrywanie własnych słabości, przewin czy grzeszków z reguły przynosi jeszcze bardziej toksyczne i przykre konsekwencje niż wyznanie bolesnej czy gorzkiej prawdy.

Co ciekawe, stan w jakim pogrąża się Elchanan, staje się dla niego bodźcem, by uważniej przyjrzeć się leczonym pacjentom, w których zaczyna dostrzegać ludzi, a nie mniej lub bardziej interesujące przypadki. Poczynione przez protagonistę obserwacje doprowadzają go do smutnej konstatacji, która zdaje się być wymową całej książki, tzn., że człowiek to istota niezwykle tajemnicza, skrywająca w sobie ogromne pokłady obcości i mroku: Jaki ja zawód sobie wybrałem, jaki byłem naiwny, myślałem, że medycyna, medycyna - ale jaka ona jest bezsilna wobec natury, jaka bezradna, szuka, szuka, a natura swoje, okrutna, silna, wszystko przezwycięża, a cóż ja wiem z tego, co się tam dzieje w duszy, w mózgu. I te badania, badania, a na koniec - wobec życia jedynie błądzimy w ciemności [2]. Dusza ludzka - (...) zagadka i bezsilność (...) [3] - jawi się wręcz jako przepastna otchłań, nad którą nie należy się zbytnio pochylać, bowiem przekroczenie krawędzi grozi bardzo bolesnym upadkiem.

Druga ważna myśl, która przewija się właściwie przez cały utwór jest stwierdzenie, że w dobie kultu ja człowiek staje się istotą coraz bardziej samotną i wyobcowaną. To zakopywanie się w sobie prowadzi do sytuacji, w której lękamy się otworzyć na drugiego człowieka - a kiedy boimy się zaufać, to niemożliwe jest nawiązanie nici porozumienia, co jest jednoznaczne z tym, że bardzo trudno nam pomóc.

O ile jednak wymowa utworu jest dosyć interesująca, o tyle samo dotarcie do niej jest dość problematyczne. Styl jakim operuje Jehudit Hendel jest bardzo arytmiczny i momentami nużący, a przez to trudny w odbiorze. Zastosowana trzecioosobowa narracja utrzymana jest w formie mowy pozornie zależnej, co daje czytelnikowi sposobność, by podejrzeć myśli Elchanana. Tyle, że procesy zachodzące w umyśle mężczyzny są niezwykle powikłane a jednocześnie rozwlekłe - trawiące bohatera szaleństwo skutkuje tym, że wiele przedmiotów, wydarzeń czy scen jest pieczołowicie odtwarzanych i drobiazgowo analizowanych, co jednak nie prowadzi do żadnych odkrywczych wniosków, za to skutecznie męczy. Ponadto dialogi zostały wessane w strukturę jednolitego tekstu, co dodatkowo wymusza na czytelniku skupienie i koncentrację. W efekcie, mimo iż polskie wydanie to niespełna 200 stron wypełnionych dużą i czytelną książką, to sama lektura kojarzy się z grząskim gruntem, przez który nie da się szybo i sprawnie przebrnąć.

Reasumując, Szaleństwo psychiatry, mimo sporego potencjału okazuje się być przeciętną powieścią. Jehudit Hendel porusza interesującą i ważną tematykę, ale sposób w jaki to czyni bardzo mocno odrzuca. Kilka ciekawych refleksji to za mało, by wynagrodzić wysiłek, jaki należy włożyć w lekturę. Stąd mój ambiwalentny stosunek do książki, która (skutecznie) prosiła się o dokończenie, ale która jednocześnie wysyłała ze mnie pokłady czytelniczej energii.


---------------

[1] Jehudit Hendel, Szaleństwo psychiatry, przeł. Tomasz Korzeniowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009, s. 10

[2] Tamże, s. 113

[3] Tamże, s. 115

8 komentarzy:

  1. „Czy psychiatra, który sukcesywnie zanurza się we własnych obsesjach jest w stanie pomóc innym?” – pytasz. Moja odpowiedź brzmi: Oczywiście, że jest. Tak samo jak szewc, który chodzi bez butów, jest w stanie uszyć buty dla innych. :)
    Widzę, że ta autorka nie przypadła Ci do gustu, wolisz innych izraelskich pisarzy – Alonę Kimchi, Amosa Oza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, faktycznie, przecież "szewc w dziurawych butach chodzi" ;) Ale dla mnie to wciąż fascynujące, że człowiek, który nie potrafi uporać się z własnymi demonami, może wspierać innych.

      A co do Jehudit Hendel to ta książka nie wywarła na mnie najlepszego wrażenia, ale nie oznacza to, że powieść jest zła pod każdym względem. No i rzeczywiście, prozę Oza czy Kimchi, przynajmniej jak na razie, oceniam wyżej. Ale jeśli pojawi się jeszcze w naszym kraju jakieś tłumaczenie Hendel, to nie dać autorce jeszcze jedną szansę.

      Usuń
  2. Interesowałam się kiedyś tą książką, tak jak innymi pozycjami z literatury izraelskiej, pojawiającymi się na naszym rynku. Jednak skutecznie mnie zniechęciłeś i ostrzegłeś przed kiepskim stylem pisarki (cytaty to potwierdzają). Natomiast jeśli chodzi o sam temat - jest arcyciekawy. Obracam się w środowisku psychologów, którzy znakomicie sobie radzą np. z problemami wychowawczymi rodziców dzieci z jakimiś zaburzeniami, ale sami nie widzą u siebie różnych błędów, nie potrafią ich uniknąć. Często też nie przyjmują do wiadomości uwag otoczenia, bo "przecież jestem fachowcem". A psychoterapeuci, którzy przeszli własną, wieloletnią terapię? I oni wydają mi się czasem nieźle "pokręceni". Szaleni psychiatrzy też się pewnie zdarzają, ale - tak sądzę - znakomicie się maskują.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, zaczynam mieć powoli wyrzuty sumienia, że w ogóle zdecydowałem się na lekturę "Szaleństwa psychiatry", bo swoim tekstem wyświadczyłem Jehudit Hendel niedźwiedzią przysługę, raczej zniechęcając potencjalnych czytelników i czytelniczki.

      A za dalszą część komentarza b. dziękuję, bo Twoje spostrzeżenia są b. ciekawe. Szczególnie podoba mi się motyw maskowania - faktycznie, przecież ktoś, kto zna fach od podszewki, musi też doskonale wiedzieć jak prezentować się ogółowi, by uchodzić za osobnika w pełni zrównoważonego ;)

      Usuń
    2. Można też ująć to inaczej - czy klasyczny psycholog i psychiatra nie opiera się na karkołomnym założeniu, że jest mądrzejszy od pacjenta, więc to on rozgryzie jego, a nie odwrotnie? Zresztą - dla mnie, i potwierdzają to liczne dowody, klasyczne wersje tych specjalności bliższe były szamaństwa niż medycyny a i z nauką niewiele mają wspólnego. Zresztą - medycyna też ma różne swoje mody, zabobony i wierzenia. Temat rzeka, w dodatku fascynujący.

      Usuń
    3. Faktycznie, temat bardzo ciekawy. No i ta interakcja pacjent-lekarz może być rzeczywiście b. problematyczna. U Hendel ciekawie pokazano jak zmienia się stosunek Elchanana do pacjentów na skutek własnych przeżyć - dopiero pod wpływem doświadczonych traum zachowanie podopiecznych staje się dla niego bardziej zrozumiałe.

      Usuń
  3. Świetnie napisany artykuł. Mam nadzieję, że będzie ich więcej.

    OdpowiedzUsuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)