wtorek, 26 września 2017

Greg Iles * W martwym śnie, czyli szkoda, że nie było inaczej



Greg Iles

W martwym śnie

tytuł oryg.: Dead Sleep
tlumaczenie: Maria i Cezary Frąc
Wydawnictwo: Albatros 2005
liczba stron: 432


Greg Iles (ur. w 1960 w Stuttgarcie) to amerykański autor powieści sensacyjnych, mieszkający w Natchez w Missisipi. Jego twórczość obejmuje również thrillery wojenne i psychologiczne oraz kryminały. Jedynym, jak dotąd, moim spotkaniem z jego twórczością była książka Anioł z Missisipi (Turning Angel), którą czytałem pięć lat temu. Choć wydawnictwo kompletnie się przy tym wydaniu nie popisało, powieść mnie zachwyciła i oto przyszedł czas na kolejne spotkanie z prozą Ilesa.





Wzięta amerykańska pani fotograf Jordan Glass, podczas wizyty w muzeum w Hongkongu, rozpoznaje na jednym z obrazów swoją zaginioną siostrę bliźniaczkę, Jane. Z katalogu wystawy dowiaduje się, że anonimowy artysta namalował aż dziewiętnaście portretów kobiet w cyklu Śpiące kobiety. Część z nich wygląda, jakby spała, ale inne bardziej przypominają martwe, niż śpiące. Jordan postanawia ustalić tożsamość tajemniczego malarza i sprawdzić, czy uzyska jakieś nowe informacje na temat losów siostry. Czy jej się to uda, oczywiście nie zdradzę z oczywistych względów. Niepewność w jakiej lektura trzyma czytelnika niemal do samego końca, jest jednym z niewątpliwych atutów powieści.

Jeśli chodzi o styl, Greg Iles nie zawiódł mnie w najmniejszym stopniu. Język powieści jest prosty, ale nie prostacki. Klarowny, jednoznaczny, pozwala czytelnikowi nie tylko bez problemu wcielić się w postać protagonistki i wyobrazić sobie świat przedstawiony, wydarzenia i emocje, ale i śledzić jej tok rozumowania jednocześnie, równolegle, prowadząc własną pracę dedukcyjną mającą na celu rozwikłanie kolejnych zagadek, które pojawią się w miarę, jak sytuacja się rozwinie. A że się rozwinie, to mało powiedziane. Będzie się działo! Niestety, w typowo hollywoodzkim stylu. O ile pierwsza, mniej więcej, połowa powieści jest wręcz zachwycająca, to potem nie jest już tak idealnie.

Od początku lektura wciąga. Jest i akcja, i fabuła o więcej niż zwykłym poziomie komplikacji, i przekonujące dramatis personæ... Jest i nastrój zagrożenia, i zagadka do rozwiązania, i rodzące się uczucie głównej bohaterki (do kogo, tego oczywiście nie zdradzę)... Gdyby tak było do końca, byłaby to doskonała powieść, którą określiłbym jako thriller kryminalny. Niestety. O ile tożsamość malarza i losy Jane nie są do odgadnięcia niemal do samego końca, to już dość wcześnie zaczynamy się domyślać o co w ogólnych zarysach chodzi. Im bliżej do kulminacji, tym bardziej zaczyna do nas docierać, że konstrukcja samej intrygi kryminalnej jest tak sztucznie skomplikowana, że przekracza granicę między mało prawdopodobnym a naciąganym. W dodatku zakończenie, w jednym momencie wyjaśniające i główne zagadki, i mniej ważne wątki z przeszłości, sprawia wrażenie „filmowego” w najgorszym znaczeniu tego słowa, tak jakby to nie była powieść, tylko scenariusz kolejnego „hitu” kinowego. Im bliżej epilogu, tym całość staje się mniej przekonująca, decyzje bohaterów mniej umotywowane. Powieść robi się płytka, za to napakowana wciśniętymi na siłę elementami obowiązkowymi dla hitów kina klasy B. W dodatku autor wtrynił do tego obok siebie ulubione elementy „psychologii kinowej” – i osobowość naprzemienną, i wyparcie. To już naprawdę za dużo, jak na jedną książkę.

Wydumana, wysztuczniona intryga, bezczelne parcie na hit sprzedażowy i zakończenie w ogóle nie mające umotywowania w przebiegu wcześniejszych wydarzeń ani w charakterystykach podejmujących kluczowe decyzje postaci, ale mające zadowolić szerokie rzesze czytelników, to nie jest ten Greg Iles, którego pamietam z Anioła z Missisipi. Wielka szkoda, ale w tej sytuacji w starej skali ocen (od 2 do 5) nawet cztery będzie mocno naciągane. Trudno więc, bym powieść polecał. Z drugiej jednak strony, na pewno jeszcze do tego autora wrócę. Może Iles jest jak David Morrell, po którym nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać – czy kompletnego knota, czy prawdziwego odkrycia.


Wasz Andrew

2 komentarze:

  1. W starej skali 4 to była chyba bardzo dobra ocena, ale w sumie ja już się załapałem na 1-6.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w starej skali bardzo dobra to było 5, 4 dobra, 3 dostateczna a 2 niedostateczna :)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)