piątek, 3 stycznia 2020

Alessandro Baricco "City" - Polifoniczny majstersztyk

City

Alessandro Baricco

Tytuł oryginału: City
Tłumaczenie: Joanna Ugniewska
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Liczba stron: 398


Czym Ty jesteś? – zapytałem ja, zafrasowany czytelnik. Jam jest powieścią, ale jeśli się uprzesz, mogę być też prawdą i życiem – odparła mi książką City autorstwa Alessandro Baricco (ur. 1958), włoskiego pisarza i dramatopisarza. Po tak celnej ripoście moja początkowa nieufność stajała niczym lód w obliczu niemiłosiernie palącego słońca, a odrzuciwszy sceptycyzm dałem się ponieść fali przyjemności, jaką jest niewątpliwie obcowanie z dziełem, które nie chce dać się zamknąć w karby schematów czy gotowych formułek.

Już na początku należy jednak potencjalnego śmiałka ostrzec, że City przez większą część lektury nie jest tym, czym wydaje się, że jest lub będzie. Utwór to fantastyczna łamigłówka zmuszająca nas do intelektualnego wysiłku, a jednocześnie niełatwy labirynt, w którego odnogach nie raz i nie dwa przyjdzie nam się zgubić. To rodzaj literackiego kameleona niespodziewanie zmieniającego swoje barwy czy chmury, która przy silniejszych podmuchach wyobraźni autora przybiera coraz to bardziej wymyślne kształty. Alessandro Baricco z upodobaniem bawi się z czytelnikiem w ciuciubabkę, zaplątując go w kolejnych poziomach fikcji, snując historie w opowieściach i opowieści w historiach, udowadniając nam, że to, co zrodzone w literackim umyśle jest materiałem cudownie plastycznym.

City – gdyby podjąć się karkołomnej próby wyjaśnienia, o czym traktuje ta książka choćby w ogólnym zarysie – to historia Goulda, nastoletniego geniusza, który zmaga się z konsekwencjami posiadania intelektu znacznie odbiegającego od średniej. W chwili rozpoczęcia akcji Gould to chłopiec-samotnik, doskonale odnajdujący się w towarzystwie swoich fikcyjnych przyjaciół (niemowy Poomeranga oraz olbrzyma Diesla), pozostający pod opieką rzekomej guwernantki – także niemej – od której ojciec bohatera w cotygodniowych rozmowach telefonicznych z marnym skutkiem usiłuje się dowiedzieć o postępach syna. Gould studiuje w college’u z nastawieniem otrzymania nagrody Nobla w bliższej lub odrobinę dalszej przyszłości, a jedynymi ludźmi, z którymi się styka i z jakimi nawiązuje realne interakcje są profesorowie, całe grono profesorów. Dziwnych, bardzo dziwnych lub tylko zdziwaczałych. Dopiero przypadkowo nawiązana znajomość z Shatzy Shell, dziewczyną, która odkąd skończyła 6 lat pracuje nad westernem, i która w ramach umowy o staż w wydawnictwie CRB obsługuje ankietę telefoniczną dotyczącą kwestii ewentualnego uśmiercenia matki jednego z komiksowych super bohaterów, pozwala Gouldowi powoli i stopniowo uzmysłowić sobie fakt, że (…) potrzebował kogoś, kto pomógłby mu pozostać dzieckiem [1]. Ten mozolny proces uświadamiania sobie, że nie wolno skłaniać kogoś, by podporządkował całą swoją egzystencję jednemu celowi oraz interakcje zachodzące pomiędzy Gouldem i Shatzy stanowią sedno utworu, które uzupełnione jest pokaźną paletą wątków pobocznych.

Za sprawą tych licznych odnóg, na City można spojrzeć jak na literacki Wszechświat, w którym występuje cała mnogość pomniejszych układów. Wybuchowa mieszanka Włocha to zaczątek scenariusza interesującego Westernu z całą bandą – o zgrozo, trzeba się powtórzyć i ponownie użyć ulegającego w tym tekście wyświechtaniu sformułowania – oryginalnych postaci. To pastisz na kinematograficzne obrazy traktujące o bokserskich mistrzach, których narodzinom towarzyszy krew, pot i łzy oraz moralne gówno, z jakim trzeba się zmierzyć. To cudowny teoremat prof. Mondriana Kilroya poświęcony ideom w stanie czystym i dokonywanym na nich gwałcie, koniecznym do tego by przetransformować je w coś użytecznego, zrozumiałego, pojmowalnego, ale przez to sztucznego i niechybnie zamieniającego się w broń, używaną do walki z bliźnimi. To na pozór szaleńczy wykład o epifanicznym charakterze werandy, będącej w mniemaniu prof. Bandiniego anomalią, jako, że jest ona (…) jednocześnie miejscem wewnątrz i miejscem na zewnątrz [2], co sprawia, że owa weranda jest świetną reprezentacją samego człowieka, zmuszanego przez okoliczności naszpikowanymi zasadami, regułami i oczekiwaniami do tego, by trwać w kłamstwie, schowanym za przybieranymi na potrzeby danej chwili maskami. To intrygująca interpretacja serii obrazów Nymphéas (Lilie Wodne) autorstwa Claude’a Moneta, które w ocenie przywołanego już prof. Mondriana Kilroya pozwalają zrozumieć czym jest (…) nicość widziana okiem niczyim [3]. To obalający teorię na temat podwójnej dynamiki pseudocząstek artykuł o roboczym tytule Obiekcje wobec purée z Vancouver. To wreszcie cudowne rozważania dotyczące futbolu oraz przede wszystkim niezwykłym boiskowym sytuacjom oraz ich interpretacjom w świetle obowiązującego regulaminu, jakie Gould prowadzi wspólnie z prof. Taltomarem (Szalona burza na boisku. Dwudziesta minuta drugiej połowy. Crossowe podanie z lewej, środkowy napastnik z drużyny gości, oczywiście na spalonym, zatrzymuje piłkę piersią, sędzia gwiżdże, ale gwizdek zamókł i nie działa, środkowy napastnik strzela, sędzia znów gwiżdże, ale gwizdek ponownie zawodzi, piłka trafia do bramki sędzia próbuje gwizdnąć na palcach, ale obślinia sobie rękę i to wszystko, środkowy napastnik rusza jak szalony w stronę narożnej chorągiewki, zdejmuje koszulkę, opiera się o chorągiewkę, wykonuje kilka kroków jakiegoś idiotycznego brazylijskiego tańca, a w końcu spopiela go piorun, który trafia prosto we wspomnianą chorągiewkę [4]).

City to również znakomity bodziec do samodzielnych refleksji poświęconych bardzo szerokiemu spektrum zagadnień. Pozostając przy futbolowych klimatach, bardzo ciekawie prezentuje się odpowiedź prof. Taltomara na pytanie Goulda o to, dlaczego profesor nigdy nie podaje grającym piłki, kiedy ta przypadkiem opuści boisko i znajdzie się w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Albo patrzysz, albo grasz [5] – stwierdzenie to z jednej strony nic innego jak ubrana w dość nietypowe szaty zasada nieoznaczoności Heisenberga (w przypadku mechaniki kwantowej oznacza to, że nie ma możliwości, by jednocześnie dokładnie zmierzyć pęd i położenie cząstki), która okazuje możliwa do zastosowania w świecie bliższym i bardziej codziennym. Gould dowiaduje się zatem, że idealny obserwator, tj. taki któremu najbliżej do miana bezstronnego to obserwator nie biorący udziału w danym wydarzeniu, nie zaangażowany w nie emocjonalnie, nie powiązany w najmniejszym stopniu z żadnym z uczestników. Cóż jednak przychodzi nam z takiej chłodnej, wręcz lodowatej obiektywności i obojętności? Czy warto wyłącznie podglądać egzystencję innych, tuszując tym samym brak sensu i celowości własnej wegetacji? Nie mniej interesujące są dygresje na temat obsesji – Nagroda Nobla, pas mistrzowski w boksie, zemsta na starszym bracie, w którego cieniu wegetowało się przez całe życie. Alessandro Baricco na różne sposoby sygnalizuje, że oddanie się we władanie takich obłąkańczych dążeń skutkuje tym, że człowiek sukcesywnie zatraca swoją osobowość, stając się coraz uboższym z uczuciowego punktu widzenia – zostaje z niego jedynie skorupa, w której echem odbija się chorobliwa pasja.

City zgodnie z tytułem to także wariacja na temat miasta – zamkniętej przestrzeni nieskończoności, zawierającej w sobie mnogość ludzkich istnień, w której zachodzi szereg interakcji pomiędzy poszczególnymi składowymi: ludźmi, budynkami oraz maszynami. Baricco nie jest pierwszym pisarzem, który w karby słów stara się uchwycić sedno rzeczy tego człowieczego skupiska. Tyle, że metropolia odmalowana przez Baricco nie jest labiryntem, jak ma to miejsce w przypadku takich nowopowieściowych utworów jak Gumy Alaina Robbe-Grilleta czy Spalona mapa Kōbō Abe; nie jest to kłębowisko budowli posiadające coś na wzór duszy, którą potrafią dostrzec wyłącznie nieliczni, wystarczająco wrażliwi osobnicy, o czym przekonuje nas Didier Decoin w swojej książce John Piekło. Miasto, które odmalowuje Baricco jawi się bardziej jako pustynia. Jednostka ludzka jest tutaj przerażająco samotna, a każdy napotkany człowiek, z którym uda się nawiązać nić porozumienia jest na wagę złota.

Kończąc, by nie przedłużać i tak już nieco przegadanego tekstu, przyznaję, że City to literackie miasto, które opuszcza się z niekłamanym żalem. Lektura kilkunastu ostatnich stron była dla mnie doświadczeniem o tyle bolesnym, że coraz bardziej nieznośna stawała się świadomość, że lada chwila zostanę opuszczony przez Goulda, Shatzy i całą bandę oryginałów, w towarzystwie których czas zdawał się biec zupełnie odmiennymi torami. Książkę – tę boską kakofonię stylów i symfonię absurdów gorąco polecam, a sam zaczynam rozglądać się za pozostałymi dziełami Baricco dostępnymi w języku polskim.


[1] Alessandro Baricco, City, przeł. Joanna Ugniewska, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2000, s. 316
[2] Tamże, s. 187
[3] Tamże, s. 117
[4] Tamże, s. 93 – 94
[5] Tamże, s. 146

9 komentarzy:

  1. Byłam na spotkaniu autorskim z Alessandro Baricco na Big Book Festival w Warszawie w czerwcu 2019. Baricco uznaje "City" za najważniejszą i jednocześnie najbardziej osobistą ze swoich książek. Na sali nie było ani jednej osoby, która by ją czytała (wydana już dawno, to prawda).
    Ja czytałam te mniej wymagające, takie właściwie krótkie nowele - "Jedwab" i 'Novecento" i na tyle mnie zainteresowały, żeby chcieć poznać ich autora. "City" wydaje mi się jednak wyzwaniem większego kalibru :-). Jednak, tak jak inne książki o związkach literatury z życiem, to literackie miasto (nawet nie wiem jak bardzo pogmatwane) wydaje się być genialne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę się kiedyś wybrać na Big Book Festival, bo z tego co czytałem, to goszczą tam bardzo ciekawi artyści. Szczerze zazdroszczę możliwości spotkania z Baricco ;)

      Jeśli chodzi o moją styczność z jego twórczością, to byłem kiedyś na spektaklu "Novecento", widziałem też ekranizację tej powieści. A "Miasto" szczerze polecam - książka to gra, szarada, ale przede wszystkim świetna zabawa.

      Usuń
  2. Czytałem, zachwycająca lektura, której nie przebiły inne powieści Baricco (ani "Jedwab", ani "Ocean Morze").

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, zaczynam trochę żałować, że znajomość z artystą zacząłem akurat od jego najlepszego dzieła. Chociaż może uzbrojony w informację, że "City" to opus magnum, nie będę rozczarowany, gdy zdecyduję się sięgnąć po wspomniane tytuły.

      Usuń
  3. Zgadzam się całkowicie - książka majstersztyk. Dziwię się, że nie została jeszcze wznowiona, zwłaszcza że wydaje się u nas nowe powieści Baricco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie szkoda, bo książka warta przypomnienia. I dzięki za info o nowych powieściach, bo to kolejny powód, by bacznie rozglądać się za twórczością tego pana czy to w bibliotece, czy w taniej książce ;)

      Usuń
  4. Ze wszech stron zachwyty - nie spotkałem się chyba z ani jedną złą opinią ni nawet delikatnym rozczarowaniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paradoksalnie, gdybyś zdecydował się podejść do lektury tego dzieła, musiałbyś zachować szczególną ostrożność. Rozbudzony apetyt połączony z ogromnymi oczekiwaniami nierzadko kończy się gorzkim rozczarowaniem :)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)