wtorek, 10 grudnia 2019

Tadeusz Konwicki "Mała apokalipsa" - Śmierć jednego człowieka

Mała apokalipsa

Tadeusz Konwicki

Wydawnictwo: Mediasat Poland
Seria: Kolekcja Gazety Wyborczej - XX wiek
Liczba stron: 187
 
 
 
 
 
 
Chociaż słowo apokalipsa (z gr. ἀποκάλυψις) oznacza dosłownie objawienie, rozumiane jako ujawnienie przebiegu wydarzeń w dniach ostatecznych, to w potocznym języku wyraz ten używany jest w kontekście katastroficznej przepowiedni. Apokalipsa, przede wszystkim za sprawą ogromnej rzeszy filmów taśmowo produkowanych w fabrykach Hollywood, kojarzy się jako zjawisko makroskalowe, które swoim zasięgiem obejmuje cały ziemski glob. Wybuchy wulkanów, fale tsunami, trąby powietrzne, burze, sztormy, trzęsienia ziemi – oto ogłuszająca kakofonia wygrywana przez przyrodę, która wreszcie postanawia wziąć rzeczy w swoje ręce i ukarać największego ziemskiego pasożyta nie potrafiącego docenić bogactwa natury, jakim został obdarowany. Ruchome obrazki wyświetlane w kinie to emanacja religijnych niepokojów związanych z wizją Sądu Ostatecznego, którego nadejście wieszczone jest z nużącą wręcz powtarzalnością. Tyle, że jak słusznie zauważa bohater jednej z polskich powieści: Wielu już pokoleniom zdawało się, że świat umiera. Ale to tylko ich własny świat umierał [1]. Spuśćmy zatem zasłonę litościwego milczenia na wyświetlane w kinie krajobrazy naznaczone ruiną i pożogą i przyjrzyjmy się jak może wyglądać zagłada nie całej ludzkości, ale jednego tylko osobnika. Wyborną ku temu okazją jest dzieło autorstwa Tadeusza Konwickiego (1926 – 2015) zatytułowane Mała apokalipsa, z którego pochodzi przytoczony cytat.
 
Protagonista a zarazem pierwszoosobowy narrator utworu to starzejący się pisarz przeżywający kryzys twórczy. To osobnik z bogatą przeszłością: za młodu piewca PRL-u, w latach późniejszych trzymający się raczej na uboczu, okazyjnie współpracujący z opozycją. Artysta jest dobrze znany krajowym czytelnikom, słyszano o nim gdzieniegdzie na Zachodzie, chociaż za plecami nazywany jest przez kolegów po piórze (…) prowincjonalnym klasykiem (…) [2]. Literacka niemoc to efekt zmęczenia szarą i naznaczoną powtarzalnością egzystencją (A mój abonament na życie dawno już wyekspirował [3]) oraz braku wiary we własny talent i dokonania – sam bohater postrzega się w kategoriach nieudacznika bez osiągnięć (Mój testament. Moja ostatnia wola. Kłopotliwy dokument, bo nie ma spadku, nie ma spuścizny. Niczego się nie dorobiłem i niczego nie zdobyłem [4]). Jeśli dodać jeszcze do tego fakt, że w kręgach znajomych uchodzi za człowieka owładniętego obsesją śmierci, to zrozumiałym jest fakt, że jawi się jako idealny kandydat na męczennika. Sprawa, za którą miałby oddać swój żywot jest należyta i wzniosła – oto Polskę odwiedza właśnie I sekretarz Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, a celem delegacji jest omówienie ewentualnego przystąpienia Polskiej Republiki Ludowej do ZSRR. Śmierć poprzez samospalenie miałaby być aktem protestu przeciwko przyłączenia Kraju nad Wisłą do Kraju Rad. Perspektywa zakończenia wegetacji w płomieniach nie jest szczególnie atrakcyjna, ale ulegając sile perswazji dwójki przyjaciół, protagonista stosunkowo szybko przystaje na propozycję. W ten sposób rozpoczyna się dziwaczna wędrówka ulicami Warszawy – mężczyzna zbiera rekwizyty niezbędne do wieczornego przedstawienia (kanister benzyny i zapałki) a jednocześnie odbywa pożegnalną podróż, przeprowadzając bilans swojego życia.
 
Włóczęga po stolicy, w trakcie której natykamy się na kolejne postacie to pretekst do ukazania w krzywym zwierciadle realiów PRL-u. Tadeusz Konwicki chętnie korzysta z wyolbrzymień, posiłkując się ironią oraz groteską, co skutkuje uzyskaniem atmosfery przesyconej gorzkim humorem, a przy tym zabarwionej surrealizmem. Świat przedstawiony, w którym bytuje całopalny baranek to wręcz rzeczywistość niebezpiecznie balansująca na granicy szaleństwa. Gazety, których nikt nie czyta, ale z racji dostępności wzbudzające pożądanie każdego, bowiem ich posiadanie jest swoistym wyznacznikiem prestiżu; psychiatryk jako schronienie prominentów z PZPR czujących, że grozi im wypadnięcie z łask; próby z zastosowaniem serwatki jako paliwa dla samochodów z dwutaktowymi silnikami; szpital, w którym lżej chorzy pacjenci pełnią rolę salowych i pielęgniarek, a w przerwach między konsumpcją alkoholu opiekują się cięższymi przypadkami czy piosenki grane przez orkiestrę od tyłu do przodu, żeby nie płacić dewizowych tantiem to tylko część z elementów składających się na realia, którym bliżej do snu wariata niż do jawy ((…) całość nielogiczna, pozbawiona wierzytelności niepoważna [5]).
 
Rachityczność, nietrwałość i prowizoryczność są wszędobylskie, a przez pryzmat tego, co zamierza dokonać protagonista nabierają one symbolicznego znaczenia, bowiem można odnieść wrażenie, że są one zapowiedzią nadciągającego unicestwienia. W książce nie brak zresztą innych zwiastunów zagłady. Zawalenie mostu Poniatowskiego; orkiestra wygrywająca dziwne tony (…) niczym grzmiący głos Boga w Dzień Sądu Ostatecznego [6]; mieszkanie bohatera, w którym zakręcona zostaje woda oraz odcięty gaz czy wreszcie problemy z ustaleniem aktualnej daty – wszystko zdaje się wieszczyć rychły koniec. Tym samym pisarz-zapałka błąkający się po ulicach Warszawy okazuje się prorokiem przepowiadającym nie tylko własną destrukcję, ale i nieuchronną anihilację całego systemu, w jakim przyszło mu trwać.
 
Na utwór Tadeusza Konwickiego warto też spojrzeć przez pryzmat innych literackich tytułów. Motyw wędrówki dominujący w Małej apokalipsie powoduje, że można doszukać się pewnych podobieństw do Pawany Stanisława Czycza, w której ruch jest wyznacznikiem fabuły. Korelacje są tym silniejsze, że u pochodzącego z Krzeszowic pisarza również mamy do czynienia z błądzeniem pośród majaków i widziadeł. Warszawskie wojaże przypominają także klimat znany z książki Siedmiu szaleńców Argentyńczyka Roberto Arlta, będącego inspiracją dla takich mistrzów jak Ernesto Sábato czy Julio Cortázar. Remo Erdosain, główny bohater, to niespełniony wynalazca a przy tym marzyciel, który potwornie się zadłuża. Dostaje jednak szansę, by spłacić swoje zobowiązanie, ale w tym celu musi zajrzeć w najbrudniejsze i najmroczniejsze zakątki miasta, by w przeciągu jednego dnia znaleźć tytułowych szaleńców gotowych pożyczyć mu gotówkę. Na tle obu wspomnianych dzieł Mała apokalipsa radzi sobie bardzo dobrze – jej zaletami są nacechowany absurdem humor oraz intrygujące przemyślenia i obserwacje, jakimi raczy nas protagonista.
 
Reasumując, książkę Tadeusza Konwickiego czyta się zainteresowaniem oraz uśmiechem, który regularnie wykwita na ustach. Należy jednak wspomnieć, że pod warstwą żartobliwości kryje się  zgorzknienie, rozczarowanie oraz znużenie PRL-wskim otoczeniem. Potencjalny samobójca, którego można uznać za alter ego samego Konwickiego wydaje się być śmiertelnie zmęczony prowadzoną egzystencją – wszechobecne kłamstwo i mistyfikacja, postępujące zobojętnienie, system, którego nie sposób skruszyć (co ciekawe za taki stan rzeczy oskarżona jest zarówno władza jak i opozycja) odbierają ochotę na to, by starać się o cokolwiek. Na szczęście owo znużenie nie udziela się czytelnikowi.
 

[1] Tadeusz Konwicki, Mała apokalipsa, Wydawnictwo Mediasat Poland, Kraków 2005, s. 44
[2] Tamże, s. 20
[3] Tamże, s. 63
[4] Tamże, s. 65
[5] Tamże, s. 89
[6] Tamże, s. 63

6 komentarzy:

  1. To Twoje pierwsze spotkanie z twórczością Konwickiego? Jestem też ciekawa, czy bohater w końcu się podpalił, czy zrezygnował z tego strasznego pomysłu.
    Motyw błądzenia po Warszawie znajduje się jeszcze w „Pętli” Hłaski. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to mój debiut jeśli chodzi o znajomość prozy tego pisarza. Zakończenia zdradzić nie mogę, ale wydaje mi się, że jest dość ciekawe ;)

      A za motyw b. dziękuję. Po Hłaskę chętnie sięgnę.

      Usuń
  2. Ja również rozpoczynałam swoją przygodę z prozą Konwickiego od "Małej apokalipsy" i byłam zachwycona. Potem sięgnęłam po "Kalendarz i klepsydrę", ale mój entuzjazm w trakcie lektury był już znacznie mniejszy... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, czyli jako pozycję nr dwa wybiorę sobie jakiś inny tytuł. Po głowie chodzi mi "Rojsty" - dość kontrowersyjna powieść, bazująca na przeżyciach autora z czasów działalności partyzanckiej w AK. Sporo ciekawych uwag temu tytułowi poświęcił Mati z bloga Rozkminki Pana Dziejaszka we wpisie "Puhacz kontra Bóbr".

      Usuń
  3. Ja do wędrowno-alegoryczno-wyolbrzymionych wędrówek po Warszawie dorzucam jeszcze "Masakrę" Krzysztofa Vargi, czyli pierwszej książki recenzowanej u Pożeracza ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odnotowano. To kolejny polski pisarz współczesny, którego twórczości jeszcze nie znam, więc mam dodatkową motywację, by sięgnąć po "Masakrę" ;)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)