piątek, 4 stycznia 2019

Joanna Bator "Wyspa łza" - Wyspa intymności

Wyspa łza

Joanna Bator

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 304
 
 
 
 
 
 
Człowiek to istota, która mniej lub bardziej świadomie akcentuje swoje istnienie. Jak słusznie zauważył Kōbō Abe, w społeczeństwach wysoko rozwiniętych nasza egzystencja jest potwierdzana przez (…) różnego rodzaju zaświadczenia – umowa, prawo jazdy, dowód osobisty, pozwolenie na używanie czegoś, potwierdzenie tytułu, autoryzacja, zameldowanie, pozwolenie na broń, książeczka związkowa, listy polecające, weksle, dowody wpłaty pożyczki, czasowe zezwolenie [1] to tylko część z rzeczy, które powodują, że trudno jest pozostać anonimowym. Biorąc pod uwagę te czynniki rodzi się pytanie, jak to możliwe, że wciąż trafiają się przypadki ludzi, znikających nie pozostawiwszy po sobie nawet najmniejszego śladu, tak jak miało to miejsce choćby z Sandrą Valentine, amerykańską bizneswoman, której rozpoczęta w 1988 roku podróż po świecie zakończyła się w niespełna rok później, kiedy kobieta zaginęła na trawionej wojną domową Sri Lance. Śledztwo prowadzone przez ambasadę USA, ojca i macochę Sandry oraz wynajętego prywatnego detektywa nie przyniosło żadnych rezultatów, a z biegiem czasu, który wszystko wycisza i wygładza, dramat młodej Amerykanki powoli utonął w bagnie niebytu. Sprawę Sandry przed zupełnym pogrążeniem się w nicości ratuje Joanna Bator, polska pisarka, autorka m.in. Ciemno prawie noc, Roku królika czy Purezento, która w książce Wyspa łza przypomina o niejasnych losach obywatelki Stanów Zjednoczonych.
 
Już pierwsze strony wskazują na to, że utwór Joanny Bator to twór specyficzny, wymykający się prostym schematom oraz próbom kategoryzacji. Wzmianka jest o tyle istotna, że czytelnicy kojarzący artystkę za sprawą wcześniejszych, raczej klasycznych powieści takich jak Chmurdalia, Piaskowa góra czy wspomniane już Ciemno, prawie noc, tym razem uraczeni zostają płodem, przywodzącym na myśl postmodernistyczny eksperyment, czego wynikiem może być zdziwienie czy rozczarowanie. Sama Bator określa swoją książkę jako podróż (…) tropem Innej kobiety, by napisać reportaż literacki z przygód własnego ja w tropikach. Nie ma co liczyć ani na klasyczną autobiografię, ani na historię detektywistyczną, ale wycisnę z miąższu rzeczywistości samą esencję prawdy i doprawię ją zapachem cynamonu. Cóż więcej mi pozostaje, skoro już wciągnęła mnie nisza w czasie [2].
 
Owa nisza w czasie to swoista nadzieja na wyrwanie się ze (…) strefy szarej i bezwietrznej, gdzie na martwych wodach stoją statki z oklapłymi żaglami, a marynarze pozbawieni zajęcia tępo patrzą w odmęty albo rzygają przez burtę [3]. Snująca opowieść narratorka, którą nietrudno utożsamiać z samą Joanną Bator, wyznaje, że (nie po raz pierwszy) dostała się (…) we władzę Czarnego Słońca (…) [4]. Swoista niemoc pisarska przeplatająca się z widmem depresji skutkują zarówno chęcią ucieczki od przytłaczającej rutyny (Zniknąć z tej całej krzątaniny, przestać tkać tekst codzienny, ot tak, jakbym żyła w sposób, który pozwala spakować plecak i ruszyć w świat, nie tłumacząc nikomu [5]), jak również nieustannymi poszukiwaniami natchnienia do nowej książki. Impulsem do wyrwania się z marazmu jest natknięcie się na wzmiankę o Sandrze Valentine i w konsekwencji ulegnięcie (…) tropikalnemu bzikowi podszytemu melancholią (…) [6], czyli wyprawa na Cejlon, wyspę w kształcie łzy, (…) słynącej z czarnej magii i zachodów słońca przyprawiających o szaleństwo [7].
 
Wyspa łza to dzieło, które opiera się klarownym klasyfikacjom i z tego względu autorce udało się zawrzeć ogrom treści oraz poruszyć szereg interesujących zagadnień. Kwestią, której poświęcono niemało miejsca jest obrzęd literackiej kreacji – narratorka zdradza w jaki sposób wyłuskuje z otaczającej ją rzeczywistości zahaczki (czyli wszelakiej maści fakty, zdarzenia, postacie czy impresje, które (…) służą do tego, by zaczepiać o nie nić i tkać opowieść [8]) i transponuje je do tekstowej przestrzeni (Trzeba szatkować, ucierać, mieszać, miksować motywy z własnego życia i zszywać ze skrawkami rzeczywistości, które uda się wyszarpać z tropikalnej materii [9]). Bator pozwala nam też zrozumieć, czym dla niej samej jest proces spajania słów, który bynajmniej nie jest traktowany jako rozrywka czy chwila wytchnienia, bowiem (…) pisanie to nie przelewki, tylko szczególna działalność, pozwalająca przedstawić walkę podmiotu z utratą i ostatecznie śmiercią (…) [10].
 
W utworze pobrzmiewają także echa wydarzeń z prywatnego życia pisarki, które nadają dziełu intymny charakter, znamienny choćby dla dziennika. Autorka przywołuje wspomnienia, które wymieszane z płynącymi z otoczenia bodźcami stają się źródłem interesujących refleksji i spostrzeżeń. Ich natura zahacza m.in. o społeczne role, w jakie jesteśmy wtłaczani na każdym kroku, piętno kolonializmu odciśnięte na stosunkach pomiędzy miejscowymi, a dawnymi panami czy międzyludzkie konflikty i ich destrukcyjny wpływ ((…) wojna psuje mężczyzn jak cukier zęby [11]). Ponadto Bator odkrywa przed nami swoje spojrzenie na takie tematy jak feminizm (kobiety ciągle muszą walczyć o swoją niezależność, a przedmiotem najzagorzalszych bitew jest ciało: (…) mierzone, ważone, dzielone, kradzione i sprzedawane [12]), homofobia (będąca (…) niczym innym jak rewersem mizoginii (…) [13]) czy podświadoma potrzeba ruchu, niekiedy przyjmująca formę nomadyzmu (narratorka zdradza, że w jej przypadku byt to (…) życie bez korzeni, oparte na więziach w postaci kłączy, splątanych i delikatnych jak nitki babiego lata [14]).
 
Z ruchem wiąże się też problematyka i złożoność aktu podróżowania, który postrzegany jest zupełnie inaczej niż turystyczne, jakże powierzchowne i płaskie podglądactwo, sprowadzające się do pstryknięcia kilku niezapomnianych zdjęć oraz chwilowego zachłyśnięcia się barwnością orientalnej egzotyki, sfinalizowanych zakupem mniejszej bądź większej liczby pamiątek. Aby oddać istotę wojażu, przytoczone zostają słowa szwajcarskiego obieżyświata, Nicolasa Bouviera stwierdzającego, że: Nie po to rusza się w drogę (…) żeby nałykać się egzotyki i błyszczeć anegdotami jak świąteczna choinka. Droga jest po to, żeby nas oskubać, wyżąć, wymaglować, aż będziemy jak stary, sprany ręcznik, który z kawałkiem mydła dają nam w burdelach [15]. Ale narratorka, również ma coś do dodania w tej materii: Czarna magia podróży polega na tym, że niezależnie od nas dokonuje się szczególna wymiana i część podróżującej osoby zostaje tam, gdzie zatrzymała się ona na dłużej (…) [16].
 
Odwołanie do Bouviera nie jest przypadkowe, jako, że Szwajcar w połowie lat 50-tych XX wieku także gościł na Cejlonie – tyfus oraz problemy finansowe sprawiły, że młody podówczas podróżnik spędził na wyspie niemal 2 lata, a nabyte doświadczenia opisane zostały właśnie w książce Ryba-Skorpion. Sporo uwagi poświęcono także innemu literatowi, który odwiedził te tropikalne rejony – Witkacy, bo to o jego śladach wspomina Bator, przebywał na Cejlonie kilka dni w 1914 roku, gdzie planował odebrać sobie życie, po tym, jak burzliwy związek z Jadwigą Janczewską zakończony został przez samobójczą śmierć kobiety. Pogłosy tych dramatycznych epizodów znajdują oddźwięk w Pożegnaniu jesieni czy 622 upadkach Bunga. Proza Bator przesycona jest zresztą odwołaniami i nawiązaniami do innych dzieł, niekoniecznie traktujących o Cejlonie (autorka chętnie sięga po Gombrowicza, Michaela Ondaatje, Harukiego Murakamiego czy Rolanda Barthesa), co nadaje jej intertekstualny charakter. Wyróżnikiem stylu Wyspy łzy jest ponadto język, który podobnie jak w pozostałych dziełach Bator, wesoło mieni się pięknymi metaforami (Jęzor morza zlizuje dni z piasku (…) [17]) oraz oryginalnymi porównaniami (Kościół w Negombo, niezgrabna masywna bryła przyszpilona krzyżem, przypomina jednocześnie coś, co widziałam już tysiące razy, i sprawia wrażenie irytująco zwichrowanego, jak usta Gombrowiczowskiej Katasi [18], bohaterki Kosmosu).
 
Rezultatem tych wszystkich zabiegów jest książka, którą trudno przypisać do ściśle określonego gatunku. Proza Wyspy łzy ulepiona jest w równej mierze z ułudy, fantazji jak i faktów, autentycznych przeżyć, a czas zdaje się biec w takim kierunku, na jaki aktualnie przyjdzie mu ochota. W utworze można odnaleźć elementy dziennika, można spojrzeć na niego jak na zapis narodzin literackiego dzieła (genialnego Roku królika) bądź też brudnopis, w którym kotłują się zarodki kolejnych pomysłów. Wreszcie wspólna podróż z Joanna Bator, to zachęta, by zagłębić się w odmętach własnej duszy, by przyjrzeć się naszej bliźniaczej, ciemnej stronie. Dla mnie bardzo  solidna pozycja, jedna z ciekawszych lektur pożegnanego roku 2018.
 
P.S. Warto dodać, że integralną częścią książki są fotografie (w większości czarno-białe) autorstwa Adama Golca, które w intrygujący sposób wzbogacają treść dzieła.
 

[1] Kōbō Abe, Kobieta z wydm, przeł. Mikołaj Melanowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1975, s. 99
[2] Joanna Bator, Wyspa Łza, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015, s. 30
[3] Tamże, s. 12
[4] Tamże, s. 8
[5] Tamże, s. 12 – 13
[6] Tamże, s. 27
[7] Tamże, s. 27 – 28
[8] Tamże, s. 172
[9] Tamże, s. 115
[10] Tamże, s. 167
[11] Tamże, s. 37
[12] Tamże, s. 244
[13] Tamże, s. 245
[14] Tamże, s. 242
[15] Nicolas Bouvier, Ryba-Skorpion, przeł. Andrzej Frybes, Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 1999, s. 43
[16] Joanna Bator, Wyspa Łza, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015, s. 197
[17] Tamże, s. 236
[18] Tamże, s. 57
 

14 komentarzy:

  1. Ja czytałem tylko jedną powieść tej autorki i była całkiem niezła. Cieszę się, że te opinie, które wtedy do mnie dotarły, iż inne jej powieści są słabe, nie potwierdziły się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, akurat "Ciemno prawie noc" to jedna z dwóch - obok "Kobiet" - powieści, której jeszcze nie przeczytałem. Jeśli zaś chodzi o narzekania na "Wyspę łzę" to w pewnym stopniu jestem w stanie je zrozumieć - jeśli ktoś podchodzi do lektury tego dzieła z nastawieniem, że otrzyma klasyczną powieść, to faktycznie może czuć się zawiedziony.

      Usuń
  2. Zainteresowałeś mnie tą książką, pomijałam ją zupełnie w moich planach czytelniczych. Jest w niej, jak piszesz, wieloznaczność wokół zjawiska "podróżowanie" - podróżowanie wgłąb siebie, nie tylko przemieszczanie się w przestrzeni. To motyw, który lubię tropić w książkach. A znasz inne niejednoznaczne gatunkowo książki o podróżowaniu, a raczej o delektowaniu się ucieczką od codzienności i w ten sposób poszukiwaniu siebie? Mnie osobiście bardzo przypadła do gustu proza W.G. Sebalda ("Pierścienie Saturna" i "Austerlitz"), Stefana Hertmansa ("Wojna i terpentyna") oraz "Podróż na południe" Ajvaza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie trochę czasu zeszło zanim w końcu sięgnąłem po twórczość Joanny Bator (moja dziewczyna chwaliła mi jej powieści od dawna), ale jak już się zdecydowałem, to wsiąkłem na dobre. Tyle, że w przypadku "Wyspy łzy" uważam, że bardzo ciekawym doświadczeniem jest zapoznanie się z "Rokiem królika" i dopiero wtedy, sięgnięcie po "Wyspę łzę".

      A co do motywu ruchu, ucieczki, podróży to na myśl przychodzą mi dzieła Margaret Atwood ("Pani Wyrocznia", "Okaleczenie ciała"). Z ruchem kojarzy mi się też proza Olgi Tokarczuk. Z kolei jeśli mówimy o zaszyciu się gdzieś na odludziu i zaglądaniu w mroki własnej duszy, to przed oczami pojawia się Kerouac i jego "Big Sur". Nietypową formę podróży uprawia też Henry Miller w "Klimatyzowanym koszmarze" - pisarz, po latach pobytu w Europie, wraca do rodzimych Stanów Zjednoczonych, zjeżdża je wzdłuż i wszerz, i krytykuje praktycznie wszystko, co amerykańskie.

      Usuń
  3. Margaret Atwood dotąd nie kojarzyła mi się z motywem podróży, ucieczki, ale - jak sądzę - jej proza jest tak pojemna, że wyłowiłeś z niej właśnie to, a mi z kolei ten wymiar jej prozy umknął.
    Wstyd się przyznać, ale nie czytałam jeszcze Keruaca, na pewno stał się on symbolem takiej eskapistycznej prozy i koniecznie muszę sięgnąć po jakąś jego powieść, może właśnie po "Big Sur" albo po prostu po "W drodze". Ciekawe, jak by się czytało o tamtych buntowniczych czasach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Główna bohaterka "Pani Wyroczni" pozoruje własną śmierć i wyjeżdża (chyba) z Kanady do Włoch. Z kolei protagonistka "Okaleczenia ciała" po przebytej operacji mastektomii postanawia uporządkować swoje dotychczasowe życie i w tym celu wyrusza do jednego z karaibskich państewek. Ale fakt, że proza Atwood to sporo tytułów i niekoniecznie we wszystkich mamy motyw ucieczki.

      Jeśli o Kerouaca to ja też nie jestem żadnym znawcą jego twórczości. Oprócz wspomnianego "Big Sur" czytałem tylko "Maggie Cassidy". Z tych dwóch dzieł, "Big Sur" wydaje się o wiele dojrzalsze. A jeśli zdecydujesz się na sięgnięcie po prozę Kerouaca, to z niecierpliwością będę czekał na zapis Twoich wrażeń :)

      Usuń
  4. Dotarłem do "płodem, przywodzącym na myśl postmodernistyczny eksperyment". To mi wystarcza :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, nikogo nie zmuszam, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że są czytelnicy, którzy cenią sobie zabawę ze słowem i formą, ale nie brak też takich, którzy stronią od tego typu eksperymentów :)

      Usuń
  5. Widziałam kiedyś bardzo krytyczne opinie o tej książce – według recenzentów jest nudna, ekshibicjonistyczna, dziwaczna itd. Twoja recenzja jest o wiele łaskawsza, zachęcająca do czytania. A czy autorce udało się odkryć coś nowego na temat zniknięcia Amerykanki? Czy ma jakieś domysły co do losów zaginionej? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nudna - raczej nie. Dziwaczna - owszem. Ekshibicjonistyczna - jak najbardziej, chociaż w znaczeniu takim, że autorka odsłania swój warsztat. Bator pozwala przyjrzeć się czytelnikowi jak wygląda proces transponowania elementów rzeczywistości do świata literackiej fikcji.

      Jeśli chodzi o wątek Amerykanki to jest on raczej punktem zaczepienia całej historii. Od czasu do czasu przewija się w dziele, ale nie pełni już tak istotnej roli. Echa tej historii można jeszcze odnaleźć w "Roku królika", w którym to dziele bardzo istotny jest motyw zniknięcia.

      Usuń
  6. Jesteś chyba jedną z nielicznych osób, którym podobała się ta książka.;) Jeszcze nie czytałam i prawdę mówiąc, nie wiem, czy przeczytam.;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może na pozytywny odbiór powieści wpłynął fakt, że najpierw przeczytałem "Rok królika", a dopiero później "Wyspę łzę", która de facto stanowi zapis powstawania "Roku królika" właśnie. "Wyspa łza" czytana bez tego kontekstu faktycznie może miejscami jawić się jako dziwna i niezrozumiała, ale kiedy dane fragmenty odnosimy do "Roku królika" wszystko jest cudownie klarowne, a przy tym intrygujące, bowiem możemy podejrzeć, w jaki sposób pracuje Joanna Bator.

      W każdym razie, gdybyś się kiedyś skusiła, najpierw (koniecznie) przeczytaj "Rok królika", a dopiero później "Wyspę łzę".

      Usuń
  7. Na początek przygody z Bator co byś zaś polecał?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, bardzo trudno pytanie.

      Ale po na myślę odpowiem, ze zaczynaj od czegokolwiek, byle nie od "Wyspy łzy". Dla mnie początkiem znajomości był "Rok królika" i jak na razie jest to wg mnie najlepsza powieść Bator, więc może ją warto polecić ;)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)