piątek, 4 listopada 2016

Sándor Márai "Pierwsza miłość", czyli zakazany owoc

Pierwsza miłość

Sándor Márai

Tytuł oryginału: Bebi, vagy az elso szelesem
Tłumaczenie: Feliks Netz
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 308
 
 
 
 
Miłość to pojęcie, które bardzo trudno jest spętać w karby słów. To uczucie, którego sens i znaczenie jest ulotne niczym dym, wymykające się prostym definicjom, równie skutecznie opierające się wyszukanym formułom i frazom. Wszelakiej maści odcienie emocji traktowanych jako przejawy miłości, bardzo różny sposób jej postrzegania oraz niekonsekwencja określaniu jej przymiotów sprawiają, że miłość od dawna jest przedmiotem wielu badań i analiz. Miłość jest także wdzięcznym tematem literackich tekstów, chociaż jest to zagadnienie zdradzieckie i śliskie – bardzo łatwo jest popaść w banał, sprowadzić całe dzieło do steku sloganów czy też zbyt mocno skoncentrować się wyłącznie na jednym aspekcie tej skomplikowanej materii, plącząc się przy tym niemiłosiernie w swoich przemyśleniach i refleksjach. Tych wszystkich meandrów oraz groźnych piargów w swojej debiutanckiej powieści Pierwsza miłość, uniknął Sándor Márai, wybitny węgierski pisarz, z którego prozą zetknąłem się już dzięki interesującej lekturze dzieła Pokrzepiciel.

Pierwsza miłość to utwór utrzymany w formie dziennika. Pierwszoosobowym narratorem jest Gáspár, pięćdziesięcioczteroletni mężczyzna, obywatel Cesarstwa Austro-Węgierskiego pracujący w prowincjonalnym miasteczku jako nauczyciel łaciny. Egzystencja bohatera naznaczona jest powtarzalnością, niezmiennością i przewidywalnością. Toczy się ona w powolnym rytmie przyzwyczajeń, od dawna hodowanych i pieczołowicie karmionych przesądów, drobnych obsesji oraz rytuałów. Wszystko spointowane jest starczą pedanterią, która tylko podkreśla jałowość bytu prowadzonego niejako z musu, dla zabicia czasu. Starzejący się belfer, osoba nieśmiała i zamknięta w sobie, którą łatwo wprowadzić w konfuzję to niewolnik swojego sposobu życia oraz rutyny wyznaczającej ciasne ramy jego codzienności. W momencie rozpoczęcia utworu, narrator zdradza objawy metafizycznego kryzysu, który zmusza go do podsumowania dotychczasowego żywota oraz redefinicji wyznawanych wartości.

Bodźcem, który inicjuje całą serię zdarzeń są zaobserwowane pierwsze oznaki starości. Ciało, jak dotąd posłuszne i niezawodne, zaczyna jawić się jako materiał, który podlega erozyjnemu działaniu czasu. Odkrycie skłania protagonistę do wzięcia urlopu w celu wypoczynku i rekonwalescencji. Wyrwanie się z kieratu powszedniości staje się  okazją do koncentracji na samym sobie, sposobnością do przeprowadzenia autoanalizy i zagłębienia się w odmętach własnej duszy, której zakamarki skrywają ogromne pokłady nieprzeniknionego i zagadkowego mroku. W ten oto sposób zachodzące zmiany zewnętrzne (starzejący się organizm) okazują się pomostem, prowadzącym do niepokoju i obaw związanych z duchowością bohatera, który ze zgrozą konstatuje, że pomimo upływu ponad pół wieku, wciąż nie poznał w pełni samego siebie. Wskazówką, która umożliwia wejście na ścieżkę zrozumienia funkcjonowania własnego umysłu, staje się spotkanie z nieznajomym mężczyzną – prowadzone konwersacje, urywane i niepewne, pełne niedopowiedzenia i krępacji, naprowadzają nauczyciela na ulotny ślad, trudną do wyrażenia myśl, orbitujące wokół grzesznej samotności, groźnej choroby zakaźnej, na którą lekarstwem są tylko Bóg albo miłość.

Sándor Márai w swojej debiutanckiej powieści zaskakuje dojrzałością oraz misterną konstrukcją stworzonego świata przedstawionego. Węgierski autor stosuje skromną paletę rekwizytów (świadomość przemijalności, stwierdzenie własnej śmiertelności, miłosny trójkąt, małomiasteczkowa atmosfera), z których z sukcesem buduje utwór o rozwiniętej warstwie psychologicznej. Márai serwuje czytelnikowi studium ukazujące człowieka, docierającego na skraj umysłowego rozchwiania, u którego można zaobserwować powolną, acz stopniową i sukcesywną dezintegrację osobowości, rozpuszczaną w kwasie podświadomej zazdrości i wywołanej nią ślepej nienawiści.

Akcja książki rozwija się niespiesznie, odrobinę leniwie, ale zachodzące wydarzenia coraz mocniej wciągają, nie pozwalając oderwać się od lektury, która kojarzy się z bacznym obserwowaniem dziejącej się na naszych oczach katastrofy – Márai stawia nas w pozycji gapia, który z niezdrową fascynacją śledzi postępujący z coraz większą szybkością rozkład, zniszczenie, destrukcję. Węgierskiemu pisarzowi udało się interesująco podkreślić ten nastrój dewastacji poprzez liczne aluzje wyrażające się w bogatej symbolice – podupadający pensjonat, w którym gości Gáspár, napotkana w trakcie spaceru zaniedbana, z wolna zamieniająca się w ruinę kapliczka, woźny-pijaczyna, staczający się coraz niżej z każdym kieliszkiem czy kondukt pogrzebowy, na jaki przypadkiem natyka się bohater uwypuklają poczucie wszechobecnego rozpadu.

Kunszt Sándora Máraia wyraża się również w przyjętej konwencji, w jakiej utrzymane jest dzieło. Forma osobistego notatnika, który jest zbiorem rozważań, obserwacji i poglądów Gáspára, z góry wyklucza obiektywność relacji. Z tego względu czytelnik skazany jest na subiektywizm, co wiąże się z niedomówieniami, subtelnymi aluzjami oraz niejasnościami – nie wszystkie karty prezentowanej historii są oczywiste i klarowne, a niejedną treść należy wyłuskać, bowiem jest ona schowana pomiędzy wierszami, w gąszczu pozornie pustych zdań i banalnych opisów. W ten sposób Węgier zaprasza nas do współkreacji swojego utworu, bowiem oprócz tego, co zostało zapisane, bardzo ważne jest również to, co czytelnik sobie wyobrazi, wydedukuje bądź odgadnie. Wynikiem towarzyszącej nam stale niepewności, wynikające z pełnego braku obrazu sytuacji, jest pełzające uparcie napięcie – niewielkie, acz uporczywe i stale szukające ujścia.

Ponadto za sprawą jednego z bohaterów – młodego nauczyciela historii, pełnego zapału, pasji i zaangażowania – Pierwszą miłość można rozpatrywać jako metaforę opisującą bezcelowość oporu stawianego przez jednostkę wobec masy okutej szczelnym pancerzem przyjętego systemu, który bezwzględnie tępi wszelkie przejawy niesubordynacji. Inność, odmienność, indywidualizm, kontestacja utrwalonych przez wieki zasad i norm równoznaczne są ze skazą, piętnem, naznaczeniem, które skazuje na izolację i odrzucenie. Postać Gáspára także wpisuje się w konwencję ukazującą starcie pojedynczego osobnika w konfrontacji z anonimowym tłumem – mankamentem protagonisty jest wspomniana samotność, co wiąże się z bytowaniem na krawędzi społecznego nawiasu. Stąd jest już niedaleko do niezależności, jednoznacznie kojarzącą się z mocno wyeksponowaną odrębnością, która w każdym stadzie postrzegana jest jako cecha niebezpieczna i niepożądana.

Reasumując, Pierwsza miłość to bardzo udany debiut Sándora Máraia. Książka nie posiada rozbudowanej fabuły – autor koncentruje się na jednym wątku, który przedstawiony zostaje w sposób niezwykle analityczny. Psychika Gáspára, jego myśli i zachowanie zostają poddane drobiazgowemu i pieczołowitemu opisowi, dzięki czemu czytelnik zyskuje okazję, by przekonać się jak skomplikowaną maszynerią jest ludzki umysł oraz jak wiele czynników wpływa na jego funkcjonowanie. Oprócz tego węgierskiemu autorowi znakomicie udało się pochwycić i oddać małomiasteczkowy klimat – plastyczność pióra sprawia, że czytelnik oczami wyobraźni wyraźnie widzi cienkie ściany poszczególnych domostw, wspólnie przeżywa kolejne plotki, drobne skandale oraz ujawniane rewelacje na temat grzeszków wielce szacownych obywateli. Dzieło Máraia jest mocno pesymistyczne w wymowie oraz bez szans na szczęśliwe zakończenie – wymowa utworu jest taka, że człowiek to istota w gruncie rzeczy przeraźliwie samotna oraz skazana na nieustanne cierpienie.

16 komentarzy:

  1. Moja wiedza o Sándorze Márai ogranicza się do faktu, że to ponoć ulubiony pisarz innego pisarza - Szczepana Twardocha i autor genialnego i kultowego ponoć "Dziennika". A sam Gáspár przypomina mi innego książkowego staruszka, podobnie zepchniętego na margines - profesora Pnina. Czy to dobry trop? Czy "Pierwsza miłość" przypomina powieść Nabokova? Bo jeśli tak, to już wiem, że i ja się z Márai'em polubię!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o pana Twardocha, to jak na razie moja znajomość jego dzieła zakończyła się na "Epifanii Wikarego Trzaski", ale czytując recenzje jego dzienników "Wieloryby i ćmy", dowiedziałem się właśnie tego, że Twardoch bardzo ceni sobie prozę Sándora Máraia. Fakt ten w ogóle mnie nie dziwi, bowiem Węgier to zaiste świetny fachowiec :)

      A co do dobrotliwego i ciamajdowatego Pnina, to chociaż książkę, w której odgrywa on pierwsze skrzypce przeczytałem kilka miesięcy temu, nie wpadłbym na taką konotację :) Wydaje mi się, że Nabokov potraktował swojego bohatera znacznie, znacznie łaskawiej - owszem, prowadzi on nieustanne boje z otaczającą go rzeczywistością, do której jakoś nie potrafi się dostosować, ale te zmagania nie są tak dramatyczne, jak ma to miejsce w przypadku Gáspára. Protagonista Máraia stacza się po równi pochyłej w otchłań szaleństwa i nie jest to ten rodzaj niewinnej fiksacji, która wzbudza uśmiech czytelnika. Ale pomimo faktu, iż wg mnie styl Nabokova i Máraia jest różny, i tak polecam Ci twórczość Węgra. Na tyle na ile udało mi się poznać Twoje czytelnicze upodobania, jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że dzieła Máraia przypadną Ci do gustu.

      Usuń
    2. Czyli właściwie można uznać, że bohater "Pierwszej miłości" jest trochę jak Pnin - opcja Level Hard ;-)
      Już wiem, że ta książka mi się spodoba. Chciałam zacząć od "Dzienników", ale na pierwszy ogień pójdzie "Pierwsza miłość".
      PS Do listy węgierskich pisarzy koniecznie dopisz Kosztolanyi'ego. "Ptaszyna" jest wyborna!

      Usuń
    3. Nawet bardzo hard :)

      A co do prozy Máraia to jako polscy czytelnicy mamy to szczęście, że na nasz rodzimy język przetłumaczono całkiem sporo jego dzieł. Ja na razie poznałem tylko 2 (polecam też "Pokrzepiciela"), na półce cały czas czeka na mnie "Pokój na Itace", planuję też sięgnąć po kolejne utwory tego artysty.

      P.S. O "Ptaszynie" słyszałem, szczególnie odkąd pojawiło się wznowienie w Nowym Kanonie, ale jakoś nie mogę upolować tej książki :)

      Usuń
    4. Ja tez polecam "Ptaszynę" - bardzo niepozorna książka, a tak pełna treści. Klimatem przypominała mi "Żar" Maraia (a raczej odwrotnie Bo pierwszą czytałam Ptaszynę).
      Sam "Żar" zauroczył mnie absolutnie, a nie jestem koneserem wysmakowanej prozy. W tym przypadku czułam piękno języka, wnikliwość spostrzeżeń, słyszałam dźwięki sań i walca w Wiedniu, coś niesamowitego.

      Usuń
    5. Dołączam do osób polecających „Ptaszynę” – piękna, pełna treści, wzruszająca książka. :)

      To nietypowe, że młody autor (kiedy pisał tę książkę, miał około 28 lat) na główną postać wybrał człowieka dwa razy starszego od siebie i umiał wiarygodnie przedstawić jego sposób myślenia, marzenia, cielesne dolegliwości itd. Nie zgodziłabym się ze zdaniem, że człowiek skazany jest na przeraźliwą samotność i nieustające cierpienie. Jedni nie umieją nawiązywać serdecznych więzi i wciąż zmagają się z jakimiś problemami, inni zawsze mają wokół siebie życzliwych ludzi i cierpią tylko pod koniec życia, kiedy są mocno chorzy. A jeśli mają szczęście, umierają we śnie i w ogóle nie cierpią...

      Usuń
    6. Izo, wysmakowana proza to bardzo adekwatne określenie dla stylu Máraia. Z tego, co zdążyłem zauważyć tą cechą charakteryzuje się większość jego książek. A "Ptaszyna" ciągle znajduje się na mojej liście tytułów do przeczytania - niestety jak dotąd nie mogę upolować tego dzieła w sensownej cenie, nie spotykam się z nim nawet w bibliotece.

      koczowniczko, ha, zaczynam odczuwać wyrzuty sumienia, że od taka dawna słyszałem o "Ptaszynie", a jeszcze jej nie przeczytałem.
      A co do cierpienia to bardziej miałem na myśli cierpienia duchowe - ów sławetny Weltschmerz, z którym w pewnym etapie życia zmaga się praktycznie każdy, oczywiście w mniejszym bądź większym stopniu (dla jednych są to króciutkie momenty zwątpienia i duchowe kryzysu, dla innych poważniejsze zaburzenia).

      Usuń
    7. Czytałam "Ptaszynę" w wersji elektronicznej dość dawno temu. Przeszukam swoje zasoby. To taka schowana perełka, koleżanka zaproponowała ją jako lekturę na klub książki, przyjęłam tę propozycję bez entuzjazmu. Okazało się jednak, że było warto.

      Myślę, że odczuwanie czasami Weltschmertzu jest rodzajem daru. Oznacza on, że coś czujemy poza zwykłymi fizycznymi odczuciami.

      Usuń
  2. Mamy "Rok Solidarności Polsko-Węgierskiej", więc promowane są książki z Węgier. Udało mi się sięgnąć po kilka tytułów z tego kraju, ale wielki Sándor Márai wciąż przede mną, bo chciałabym poznać jego "Dzienniki", zwłaszcza po tym jak wychwalał je Szczepan Twardoch.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O proszę, o tym roku solidarności to nawet nie miałem pojęcia, ale tak się składa, że w 2016 stosunkowo często sięgam po Węgrów (oprócz Máraia przeczytałem Pétera Esterházy'ego, aktualnie poznaję też twórczość György Spiró).

      A Twardoch, jak widać na podstawie wpisu Twojego oraz Marty, zrobił bardzo dobrą robotę - wspaniale zareklamował Máraia :)

      Usuń
  3. Byłam zachwycona książką, przede wszystkim stylem i kunsztem, o którym wspominasz. I wnioskami o samotności człowieka, bo w gruncie rzeczy, jak zresztą zauważyłeś, przede wszystkim o tym jest ta książka. Fragment na dworcu - uwielbiam: "Nie jestem nikim ważnym. Mimo to, dlaczego to, co się ze mną dzieje, wydaje mi się takie gigantyczne? Gigantycznie niesprawiedliwe, gigantycznie nieszczęśliwe i gigantycznie radosne? Dziwię się jakim sposobem tak olbrzymie uczucie może zmieścić się w moim życiu? Jestem pewien, że to uczucie ma jakąś taką moc, że mógłbym poruszyć, oświetlić i ogrzać cały świat. Dzisiaj czuję, że nie jestem niczym innym, jak tylko przewodem, i że ta gigantyczna moc, ten straszliwy prąd, który porusza świat, oświetla go i ogrzewa, dotarł do mnie, przepłynął przeze mnie i ja, marny słaby przewód, nie wytrzymuję, nie jestem w stanie przekazać go dalej. Ale dla świata jest to tylko przeszkoda cienka jak włos. Prąd pędzi dalej. Nikt tego nie czuje.”

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Márai miał genialny warsztat - obcowanie z jego prozą to czysta przyjemność choćby z tego powodu. Człowiek dowiaduje się jak plastyczny i piękny może być język. A co najistotniejsze, w tym urokliwym stylu opowiadane są naprawdę fascynujące historie.

      Usuń
  4. Mam za soba tylko jeden utwor tego autora, a mianowicie Wystep goscinny w Bolzano, o jednym z epizodow z zycia Casanovy. Niewiele z niego pamietam, ale bylam zachwyconwa. A Two tekst przypomina mi, ze warto i ze powinnam znow po niego siegnac.
    PS. Przepraszam za brak polskich znakow.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja po Máraia sięgam dość rzadko - w chwili obecnej czytam dopiero jego trzecią książkę (dopiero, jeśli weźmie się pod uwagę, ile dzieł ten autor spłodził, i ile z nich zostało przełożonych na polski). Ale paradoksalnie uważam, że takie sporadyczne sięganie po utwory Węgra ma swoje plusy, ponieważ długie przerwy pozwalają jeszcze bardziej intensywnie smakować jego niezwykłą prozę. Serdecznie zachęcam do dalszego poznawania tego pisarza :)

      P.S. Przebywasz gdzieś na obczyźnie, że straciłaś polskie znaki :) ?
      P.S. 2 Oczywiście to żaden problem :)

      Usuń
  5. Też byłam pod wrażeniem te powieści. Nie wiedziałam, że to debiut!
    Z Maraiaego mogę jeszcze z czystym sumieniem polecić to: http://slubnaherbata.blogspot.nl/2015/02/sandor-marai-zar.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za polecenie! "Żar" mam na rozkładzie, zresztą jak wszystkie powieści autora :)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)