piątek, 29 lipca 2016

Max Blecher "Zabliźnione serca", czyli Sanatorium pod Powozem

Zabliźnione serca

Max Blecher

Tytuł oryginału: Inimi cicatrizate
Tłumaczenie: Tomasz Klimkowski
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 200
 






Popuśćmy wodzę fantazji i spróbujmy wyobrazić sobie obraz, który z pewnością mógłby stworzyć szalony malarz, lubujący się w grotesce oraz czerpaniu motywów do swoich płodów z wszelakich epok. Oczom naszym ukazuje się sala. Z początku niewyraźna, zamglona, już po chwili nabiera coraz wyraźniejszych konturów. Sylwetki poszczególnych gości zarysowują się coraz mocniej i szybko konstatujemy, że niemal wszyscy obecni przyjęli pozycje półleżące, co natychmiast przywodzi na myśl jedną ze sławetnych uczt, wyprawianych w okresie Starożytnego Rzymu. Ale, kiedy pejzaż klaruje się na tyle, że możemy pozwolić sobie na jego zbliżenie, ze zdziwieniem zauważamy, że wszyscy osobnicy są ubrani zaskakująco współcześnie, a na ich twarzach zamiast rozpustnych uśmiechów oraz pijackich grymasów, widoczne są bolesne skrzywienia. Ponadto goście sprawiają wrażenie dziwnie sparaliżowanych – ruchy przychodzą im z trudem, a spektrum przyjmowanych postaw jest bardzo wąskie, w zasadzie ograniczające się wyłącznie do leżenia bądź półleżenia. Wyjątkowo wprawny obserwator dostrzega także, że postacie unieruchomione są w gipsowych gorsetach… Co czują ludzi uchwyceni na impresji szalonego artysty? Dlaczego ich ciała zostały uwięzione w tak wymyślny sposób? Jak wygląda ich codzienny byt? Jak już kiedyś wspominałem, literatura często odpowiada na pytania, nad którymi nigdy nawet nie rozważaliśmy. Podobnie jest w przypadku przytoczonej wizji, którą czytelnik ma okazję odszukać na łamach powieści Zabliźnione serca, autorstwa Maxa Blechera.

Max Blecher (1909 – 1939) to rumuński pisarz pochodzenia żydowskiego. Syn zamożnego kupca, właściciela sklepu z porcelaną, przed którym rysowała się całkiem różowa przyszłość. Po ukończeniu liceum, zdolny chłopiec został wysłany na studia medyczne w Paryżu, tyle, że nie przyszło mu skorzystać z uroków żakowskiego życia. W 1928 roku, niedługo po osiągnięciu pełnoletności, u Maxa Blechera zdiagnozowano chorobę Potta, określaną niekiedy mianem gruźlicy kręgosłupa. To bardzo bolesne schorzenie wywołane jest przez bakterie, które atakują tkanki kostne. Blecher, dzięki wsparciu rodziny, starał się walczyć z przypadłością odwiedzając liczne sanatoria w całej Europie – gościł w Berck-sur-Mer we Francji, w Leysin w Szwajcarii oraz w Techirghiol w Rumunii. Niedługo po rozpoznaniu schorzenia, Blecher zadebiutował jako pisarz. Po niecałych 10 latach zmagań, Max Blecher zmarł w 1939, pozostawiając po sobie skromną, acz interesującą spuściznę. Jedną z dostępnych w języku polskim powieści są Zabliźnione serca, w ogromnej mierze bazujące na doświadczeniach samego autora.

Głównym bohaterem utworu jest Emanuel, pochodzący z Rumunii młody żak, studiujący chemię na uniwersytecie w Paryżu, któremu w momencie rozpoczęcia dzieła lekarz stawia szokującą diagnozę – dotychczasowe bóle w plecach, trudności z poruszaniem się oraz złe samopoczucie to wynik gruźlicy kręgosłupa. Nadgryziony przez bakterie jeden z kręgów kręgosłupa oraz potężny ropień wymagający natychmiastowe punkcji nie pozostawiają żadnych złudzeń – Emanuel musi poddać się długotrwałej i nieprzyjemnej kuracji, która wcale nie daje gwarancji na pełne odzyskanie zdrowia. Niezbędnym składnikiem leczenia jest ciężki gipsowy gorset, w którym więzione jest ciało pacjenta celem unieruchomienie go, co pozwala zmniejszyć obciążenie wywierane na zaatakowane kości. Zrezygnowany i zrozpaczony Emanuel, za namową troskliwego i majętnego ojca, decyduje się na przyjęcie do słynnego sanatorium we francuskim Berck-sur-Mer.

Pobyt w uzdrowisku stanowi dla Blechera świetny pretekst do zaprezentowania całej galerii postaci, zarówno pacjentów i ich rodzin, jak również członków personelu medycznego, którzy odzwierciedlają najróżniejsze postawy, przyjmowane w obliczu choroby. Z uwagi na przyjętą formę trzecioosobowej narracji oraz operowanie mową pozornie zależną, czytelnik zyskuje sposobność, by dziwaczny i zdeformowany sanatoryjny świat obserwować i poznawać z perspektywy głównego bohatera, wrażliwego i bystrego obserwatora, który chętnie dzieli się poczynionymi spostrzeżeniami.

Lecznica w Berck, które opisywane jest jako mała plaża zagubiona wśród wydm, nadmorskie miasteczko [1] to miniaturowy świat, który pozostaje na obrzeżach, toczącego się gdzieś w oddali normalnego życia, tj. nienaznaczonego piętnem śmiertelnej choroby, z którego pacjent jest wykluczony, utraciwszy dostęp do drobnych incydentów, mało znaczących epizodów, składających się na człowieczy byt. Pensjonat, gdzie przebywają kuracjusze to swoista wyspa, na którą trafiają kolejni rozbitkowie – muszą oni akceptować swoje całodobowe towarzystwo, wspólne przebywanie na stosunkowo wąskim wycinku przestrzeni, który nie gwarantuje prywatności, pozornie eliminując wszelką intymność oraz poufałość, zadowalając się substytutami minionej codzienności.

Blecher, co zrozumiałe, jeśli rozważy się jego osobiste doświadczenia, zgrabnie odmalowuje hermetyczny charakter sanatorium, kojarzącego się z enklawą. Powtarzalność prowadzonej egzystencji, ograniczone grono spotykanych osób, poczucie zamknięcia, trudności związane z wykonywaniem najprostszych, najbardziej elementarnych czynności, do których niezbędna jest pomoc bliźniego, stają się punktami zapalnymi, które rodzą frustrację, zmęczenie, bierność, upór oraz zjadliwość. Okrutna obojętność świata zewnętrznego, nie robiącego sobie nic z nieszczęścia danego człowieka, wzmagają te negatywne emocje, które przelewane są na najbliższych, krzywdzonych z dziecięcą złośliwością. Wrażenie opuszczenia intensyfikuje bezwład i apatię – owe doznawanie niemocy Blecher świetnie pochwycił w karby słów, przemawiając ustami jednego z protagonistów: Są takie chwile, kiedy jest cię „mniej niż samego siebie” i mniej niż czegokolwiek. Mniej niż przedmiotu, na który patrzysz, mniej niż krzesła, niż stołu i niż kawałka drewna. Jesteś pod spodem wszystkich rzeczy, w podziemiach rzeczywistości, pod swoim własnym życiem i pod tym, co dzieje się wokół… Jesteś formą bardziej efemeryczną i bardziej wątłą niż najbardziej elementarna materia nieożywiona. Musiałbyś zdobyć się wówczas na olbrzymi wysiłek, aby zrozumieć prostą bezwładność kamieni, i leżysz unicestwiony, sprowadzony do „mniej niż samego siebie” w niemożności zdobycia się na ten wysiłek [2].

Zabliźnione serca to także interesujące studium psychologiczne ludzi dotkniętych schorzeniem jak również tych, którzy ozdrowieli, ale brakuje im odwagi, by na powrót zanurzyć się w morzu dotychczasowej rutyny. Blecher kreśli swoim piórem całą paletę uczuć – począwszy od lęku, oszołomienia i bezsilności, poprzez wrażenie samotności i marginalizacji, skończywszy na gorzkiej goryczy, złości i cynizmie. Ponadto umiejętnie sportretowano podświadomy strach przed diagnozą i towarzyszące mu pragnienie, by pozostać po drugiej stronie brutalnej prawdy [3], tj. po stronie nieświadomości i błogiej niewiedzy, tak, jak gdyby chorobie, nie ubranej jeszcze w szaty realności, czyli nienazwanej i nieokreślonej, mimo wyczuwalnej, ba, wręcz namacalnej obecności, można było umniejszyć jej groźne własności. Bardzo ciekawe są również spostrzeżenia dotyczące pacjentów, którym udało się wygrać z dolegliwością i wynikające stąd obawy przed powrotem do wiedzionego wcześniej żywota. Ta trwoga i zdenerwowanie, zgodnie ze słowami jednego z bohaterów, są konsekwencją faktu, że kto raz został wyrwany z życia i miał wystarczająco dużo czasu i spokoju, aby zadać sobie to jedno zasadnicze pytanie o jego sens – to jedno jedyne pytanie – pozostanie zatruty na zawsze [4]. Jak widać, chroniczne schorzenie, oprócz zniewolenia i ubezwłasnowolnienia można łączyć także z okresem, kiedy to można wyrwać się z zaklętego kołowrotu gnającej na złamanie karku egzystencji, której wyznacznikami są pośpiech i pogoń za dobrami doczesnymi. Przymusowa bezczynność i unieruchomienie, skłaniają do refleksji naznaczonych chęcią rozrachunku i podsumowania swojej ziemskiej działalności, która nierzadko okazuje się czasem bezpowrotnie straconym i w sporej mierze zmarnowanym.

Krótko reasumując, Zabliźnione serca to książka równie melancholijna, co intrygująca. Protagonistami utworu są ludzie w mniejszym bądź większym stopniu powiązani z sanatorium i chronicznymi chorobami, a świat zdrowych osobników przedstawiany jest z ich perspektywy. Dzięki temu Blecherowi znakomicie udało się uzmysłowić jak kruchą istotą jest człowiek, jak niewiele potrzeba, by stał się on bezradny i zależny od dobrego woli bliźnich. Rumuński pisarz, opierając się na swoich przeżyciach, udowadnia również, że schorzenie bardzo często  uprzedmiatawia człowieka, zawężając jego osobowość – człowiek postrzegany jest przez pryzmat dolegliwości, z jaką musi się zmagać, stając się kłębkiem cierpienia i ofiarą płytkiej litości. Proza przejmująca, ale na pewno godna uwagi. Polecam!

P.S. Fotografia, której fragment został wykorzystany do przyozdobienia okładki to pochodzące z 1919 roku zdjęcie włoskiego żołnierza Giuseppe Uggesiego przykutego do szpitalna łoża przez gruźlicę.





[1] Max Blecher, Zabliźnione serca, przeł. Tomasz Klimkowski, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, s. 29
[2] Tamże, s. 190
[3] Tamże, s. 22
[4] Tamże, s. 121

21 komentarzy:

  1. Mocny temat! Mam wrażenie, że w ogóle większość ludzi boi się jakichkolwiek rozmyślań o własnej śmierci, chorobie, która jest tylko jej przedłużeniem i sensie życia, który zawsze się wówczas w skojarzeniach pojawia. To nie kierat codzienności zabiera im czas na myślenie, tylko oni sami uciekają od myślenia w kierat codzienności. Przynajmniej w naszej kulturze, w której, jak to celnie pokazał Andrzej Stasiuk w Grochowie uciekamy od śmierci i umierania, które jeszcze kilka pokoleń temu były oczywistym etapem życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się, można powiedzieć, że współczesna cywilizacja zachodnia ma problem z akceptacją śmiertelności, starości, choroby i tego typu tematów.

      Wspominasz o Stasiuku - sporo słyszałem o tym autorze, ale jakoś nie mogę się zmusić, by sięgnąć po jego prozę. Będę to musiał zmienić :)

      Usuń
    2. Aż tak nie namawiam, żeby mus :) Ja na razie po więcej nie planuję sięgać :)

      Usuń
  2. Do dzisiaj dobrze wspominam tę książkę. Wiem, że ranga inna, ale wolę ją od "Czarodziejskiej góry".;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tymi rangami i rankingami, to różnie bywa.

      Usuń
    2. Aniu, pamiętam Twoją recenzję. Ja również darzę tę pozycję dużą sympatią. A lekturę "Czarodziejskiej góry" planuję podjąć w tym roku - do książki Manna odwołuje się wiele innych literackich płodów, dlatego też chciałbym wreszcie poznać tę powieść.

      Andrew - racja, trudno jest zestawiać i porównywać dzieła, które pisano z innych pobudek, w różnych okresach i w różnych okolicznościach.

      Usuń
  3. Porównanie motywu z "Czarodziejską górą" nasuwa się od razu. U Manna choroba jest alegorią kryzysu europejskiej kultury, u Blechera to studium choroby i samotności. Ciekawa pozycja, chętnie sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaa, "Czarodziejka góra" mnie prześladuje, dlatego niedawno wreszcie zdecydowałem się nabyć tę księgę. Mam nadzieję, że uda mi się ją przeczytać w tym roku.

      Co do Blechera to autor zajął się tematem, który siłą rzeczy stał mu się b. bliski - gdyby nie cierpienie pisarza, być może nie mielibyśmy okazji obcować z tą powieścią.

      Usuń
    2. Posiadam "Gorzkie spotkanie" oraz "Szkołę na granicy". Obydwie kupione za jakieś śmiesznie niskie kwoty:)

      Usuń
    3. Miałem okazję czytać "Gorzkie spotkanie" i uważam, że to świetna lektura. Bardzo interesujący obraz społeczeństwa Chińskiego za czasów republiki. "Szkołę na granicy" także posiadam na półce :)

      Usuń
  4. "Nowy Kanon", pod którego szyldem ukazały się moja ukochana "Ptaszyna" i "Dziewczyna z poczty" to gwarancja udanej lektury! Muszę przeczytać i tę książkę. Pamiętam, że już mi ją polecałeś i wiem, że widziałam ją w którejś z okolicznych bibliotek (pytanie tylko: w której? ;-) )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Dziewczynę z poczty" do dzisiaj miło wspominam a na "Ptaszynę" cały czas poluję - pewnego dnia na pewno ją dopadnę.

      "Zabliźnione serca" polecałem i nadal polecam - mam nadzieję, że uda Ci się ją odszukać. Przy okazji, jeśli poszukiwania zostaną zwieńczone sukcesem, proszę przekazać moje wyrazy uznania pracownikom biblioteki, którzy zdecydowali się wyposażyć swoją placówkę w taką dobrą (chociaż dość słabo reklamowaną) pozycję.

      Usuń
    2. Książka namierzona - dostępna tylko w jednej okolicznej bibliotece (miałam nadzieję na większą dostępność, to przecież Nowy Kanon). Jakby nie było: książka jest, a to najważniejsze.
      Na pewno pozdrowię personel od Ciebie ;-) A "Ptaszynę" upoluj koniecznie. To lektura obowiązkowa!

      Usuń
  5. Dodam na początek ku formalności, że i ja "Czarodziejską Górę" planuję.

    W temacie zaś powieści recenzowanej, nie przepadam za patrzeniem autorom w życiorys, ale tu akurat łączność treści z życiem jest bardzo ciekawa. Zastanawiam się, czy pisanie nie było też formą autoterapii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ta księga ("Czarodziejska góra") zdecydowanie ma coś w sobie, co przyciąga czytelniczą uwagę. Ciekawy, kto pierwszy zmierzy się z tą lekturą :)

      Życiorys i twórczość to dwa rozbieżne tematy, ale w przypadku niektórych artystów bardzo lubię je łączyć (czy raczej: podejmować takowe próby). Dzięki temu, przy odrobinie szczęścia, może zaobserwować jak z otaczającej autora rzeczywistości destylowane są poszczególne składniki i transponowane do literackich światów.

      Usuń
  6. Ta książka przypomina mi „Szpital Czerwonego Krzyża” Choromańskiego. U Choromańskiego akcja także toczyła się w okresie międzywojennym, a bohaterami byli pacjenci oraz pracownicy szpitala. Co ciekawe, Blecher chorował na gruźlicę kręgosłupa, a Choromański na gruźlicę kości. Interesujące podobieństwo, prawda? A „Zabliźnione serca” wędrują na moją listę, zachęciłeś mnie. Lubię takie „szpitalne” książki, choć nie czytam ich spokojnie, zawsze bardzo żal mi pacjentów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na mojej półce plącze się kupiona już dość dawno temu "Miłość i medycyna" Choromańskiego (piękne wydanie Znaku w ramach serii "50 na 50"). Dzięki za polecenie kolejnego tytułu tego autora.

      Podobieństwo zaiste ciekawe - aż kusi, żeby od razu sięgnąć po prozę Choromańskiego i przekonać się czy u niego ten wpływ choroby na twórczość jest widoczny, a jeśli tak, to w jakim stopniu.

      Ze szpitalnych książek zdecydowanie polecam "Oddział chorych na raka" Sołżenicyna, chociaż jest to bardzo wstrząsająca lektura.

      Usuń
  7. Natychmiast nasuwają się skojarzenia z "Czarodziejską górą" T. Manna. Widać, że sam autor "Zabliźnionego serca" miał podstawy do melancholii. Jest to już kolejna pozytywna recenzja tej książki i chyba warto się za nią rozejrzeć. Zresztą lubię Nowy Kanon, więc tym bardziej mnie ten tytuł kusi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, widzę, że wpis powinien nieco inaczej zatytułować - "Rumuńska czarodziejska góra" czy coś w tym rodzaju byłoby z pewnością bardziej zasadne :)

      Powieść Blechera w pełni zasłużyła, by znalazła się w ramach serii "Nowy Kanon". Polecam z czystym sumieniem :)

      Usuń
  8. Widać, że większości nasuwają się skojarzenia z "Czarodziejską górą", więc chyba naprawdę już nie masz wyjścia (a jestem przekonana, że będziesz zachwycony).
    Bardzo podoba mi się fragment opisujący przebywanie w stanie bezwładności i odcięcia od życia. A książki z tej serii ciągle przede mną. W tym dwie na półce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, można wręcz rzec, że słyszę "Głos góry", chociaż tym razem chodzi o jej czarodziejską odmianę :)

      "Nowy Kanon" powinien przypaść Ci do gustu. Uważam, że zebrano w nim bardzo ciekawe pozycje. Z czystej ciekawości zapytam jeszcze - jakimi pozycjami dysponujesz :) ?

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)