piątek, 27 maja 2016

Próba pochwycenia ABSOLUTU, czyli "Procedura" Mulischa

Procedura

Harry Mulisch

Tytuł oryginału: De Procedure
Tłumaczenie: Jerzy Koch
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 320
 
 
 
 
Procedura to sformułowanie reguły postępowania w danej sprawie. Słowo pochodzi z języka łacińskiego (procedere) i znaczy dosłownie postępować naprzód. Potocznie używane jest do nazywania wszelkich urzędowych działań, które straszą już samą swoją oficjalnością, a których istota opiera się na restrykcyjnym i sumiennym przestrzeganiu stosownych dyrektyw, reguł czy przepisów. Procedura w samym swoim brzmieniu skrywa swoisty chłód, obojętność oraz bezwzględność, bowiem każde kurczowe trzymanie się wytycznych narzuca skojarzenia z formalizmem, równoznacznym z nieliczeniem się z tak subiektywnymi wartościami jak ludzkie uczucia, które są przecież immanentną częścią naszej natury, pełnej sprzeczności i ułomności (a objawami tych niedoskonałości się właśnie nieprzestrzeganie oraz niedotrzymywanie wszelakiej maści procedur). Procedura, wyraz o dwoistym obliczu i całkiem bogatej znaczeniowej pojemności, to także tytuł powieści Harry’ego Mulischa, holenderskiego pisarza, uważanego za jednego z czołowych przedstawicieli literatury niderlandzkiej.

Określenie, które przychodzi na myśl w przypadku próby opisania Procedury jednym krótkim zdaniem to z wszech miar udany eksperyment literacki. Dzieło holenderskiego pisarza to twór sam w sobie, zamknięty byt, odrębna słowna materia, która emanuje potężną mocą skrytego w niej ładunku literackiej awangardy. Szczególnie udane są pierwsze strony książki, które są obietnicą czegoś na miarę literackiego ABSOLUTU. Niestety z każdą kolejną kartką wrażenie obcowania z czymś wyjątkowym zanika, by finalnie przedzierzgnąć się w konstatację, że w ręce czytelnika wpadła tylko bardzo dobra powieść, w której poruszono niezwykle aktualną, z perspektywy XXI-wiecznego człowieka, tematykę.

Procedura składa się z trzech części, określanych mianem Akt. Akta A opatrzono podtytułem Mówienie, Akta B to Korespondent, natomiast Akta C oznaczono jako Rozmowa. Sama książka, której struktura jest nieciągła i poszarpana, to w mniejszym lub większym stopniu opis żywota Wiktora Werkera, holenderskiego naukowca, któremu udaje się empirycznie udowodnić tezę, iż życie może zostać wyhodowane w próbówce, tj. poczęte z martwej materii nieorganicznej. Przedmiotem Procedury jest szeroko rozumiana biografia naukowca – jego praca zawodowa oraz zainteresowania i pasje, sprawy prywatne, pełne niepowodzeń, klęsk i porażek, jak również refleksje Wiktora związane z najróżniejszymi zagadnieniami, nie wykluczając tych najcięższego kalibru, takich jak byt, śmierć, sztuka, metafizyka, etc.

Procedura wyróżnia się na tle innych powieści swoją oryginalną formą. Praktycznie każdy rozdział to fragment cechujący się odmiennością stylu. W Aktach A. Mówienie czytelnik zostaje zaproszony do świata Mulischa za sprawą pierwszoosobowego narratora, którym jest literat (z uwagi na moją skromną znajomość dorobku literackiego holenderskiego artysty, nie podejmę się wysnucia tezy, iż jest to alter ego samego autora). Z racji przyjętego sposobu snucia opowieści, na pierwszych stronach nie brakuje apostrof, bezpośredniego zwracania się do czytelnika, dyskutowania z nim czy odsłaniania warsztatu pisarskiego. Z tego względu Procedura przejawia charakter nouveau roman, tj. nowej powieści, dla której znamienny był choćby autotematyzm. Akta B, zgodnie z podtytułem (Korespondent) to typowa powieść epistolograficzna – w listach do dość niezwykłego adresata Wiktor Werker przeprowadza rozrachunek i analizę swojej dotychczasowej, mimo iż naznaczonej sukcesem zawodowym oraz licznymi wyrazami uznania na polu prowadzonych badań, to jednak gorzkiej egzystencji. Akta C. Rozmowa razem ze swoim dość niezwykłym i zaskakującym zakończeniem, przywodzą na myśl pastisz powieści sensacyjnej bądź kryminalnej.

Płód Harryego Mulischa jest ogromnie specyficzny i bardzo często przypomina literacką zagadkę, rodzaj gry, prowadzonej z czytelnikiem. O tym, że holenderski pisarz zabawia się, nieustannie puszcza oko, do tego, który znajduje się po drugiej stronie kartki, świadczą choćby liczne odniesienia do kanonu literatury światowej – dramat R.U.R. Karela Čapka, Czarodziejska góra Tomasza Manna, Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz Marii Shelley, Klucz Tanizakiego czy Proces Kafki to tylko część z tytułów, które przewijają się na łamach Procedury. Co istotniejsze, wspomniane pozycje nie ukazują się w utworze Mulischa tylko przy okazji dyskusji, które odbywają protagoniści – większość książek nawiązuje do fabuły Procedury, jedne dość jasno i oczywiście, inne w sposób bardziej subtelny i zawoalowany. A docierając już do przystanku o nazwie Aluzja (znanego też jako Alegoryczność), dodać należy, że karty dzieła Mulischa aż skrzą się od licznych symboli i rebusów. Miłośnicy Kafki z pewnością doszukają się w powieści Holendra licznych nawiązań do wspomnianego wcześniej Procesu – poszczególne części książki posiadają miano akt, które jednoznaczne kojarzą się z sądem; anonimowe telefony i domniemane oskarżenia kierowane pod adresem Wiktora, których jednak nikt głośno nie artykułuje (nie pojawia się zatem żadna strona, która oficjalnie postawiłaby Werkerowi zarzuty); wreszcie dziwny finał Procedury jest wręcz parafrazą ostatnich stron Procesu. Z kolei prace naukowe Wiktora Werkera można łatwo porównać do działalności naukowca-filozofa Wiktora Frankensteina, usiłującego rozwikłać zagadkę śmierci. Taka interpretacja zdaje się nasuwać pytanie o moralny charakter tego, co robi Wiktor Werker – na przykładzie bohatera książki Mary Shelley widać wyraźnie, że zabawa w boga, tj. powoływanie rzeczy martwych do życia, to zajęcie piekielnie niebezpieczne, którego rezultat mogą obrócić się przeciwko swojemu twórcy. Tłumacząc nazwisko protagonisty (Werker, z holenderskiego, pracownik, robotnik) zbliżamy się natomiast do čapkowskiej sztuki R. U. R. (skrót można rozszyfrować jako Roboty Uniwersalne Rossuma), która traktuje o sztucznych ludziach nazywanych robotami (Czech jako pierwszy posłużył się tym terminem), produkowanych z syntetycznej materii organicznej w celu wykonywania ludzkich zajęć. Čapkowskie roboty nie są jednak zadowolone z funkcji, jakie im przypadają, w efekcie czego buntują się przeciwko swoim stworzycielom, których ostatecznie unicestwiają. Wymowa dramatu jest podobna do przesłania Frankensteina, co naturalnie rodzi pytanie czy taki sam wydźwięk należy przypisać Procedurze (jako dodatkowy smaczek można wspomnieć, że w pierwszej części dzieła przywołana zostaje historia praskiego rabina Löwa, któremu wedle podań i legend udało się powołać do istnienia golema, istotę pozbawioną duszy i mowy).

Ciekawym uzupełnieniem łamigłówek serwowanych przez Mulischa jest hobby Wiktora Werkera, które najogólniej rzecz ujmując sprowadza się do wyłuskiwania znaczeń skrywanych przez znaki, odszyfrowywania wszelkich tekstów, etc. Zainteresowania biologa znakomicie zazębiają się z pierwszymi stronami całej książki, w której występują liczne odwołania do Księgi Stworzenia, nazywanej najwyższą odą do pisma. W tym swoistym wstępie do właściwej treści Procedury, pierwszoosobowy narrator prowadzi bardzo intrygujące rozważania koncentrujące się na akcie kreacji oraz potędze słowa. Szczególnie ciekawe są przemyślenia związane z literaturą. Dla przykładu narrator zwraca uwagę na fakt, że mimo iż pisarz jest demiurgiem, a więc z punktu widzenia książkowego Wszechświata, istotą wszechwiedzącą, wszechmocną i wszystko przewidującą, to sam proces tworzenia danej historii w ostatecznym rachunku napiętnowany jest fundamentalną niepewnością, przypadkiem oraz prawdopodobieństwem. Powoływanie do istnienia literackiej materii jest z tego względu bardzo zbliżone do wydawania na świat potomstwa, bowiem autor nie jest do końca świadom aktu samej kreacji (procesu zamiany zewnętrznych i wewnętrznych bodźców w literackie tworzywo) – po krwi, bólu i męczarniach, na świat przychodzi dzieło, którego postać ukształtowana została w sposób, nie oznaczający całkowitej kontroli słownego architekta.

Ostatnim, chociaż równie istotnym elementem Procedury, który przykuł moją uwagę  jest temat międzyludzkich stosunków. Relacje prezentowane na łamach omawianej pozycji są rachityczne, kulawe, niedopowiedziane, ułomne. Żadne kluczowe słowa nie mogą zostać wyartykułowane, telefony tylko podkreślają zagubienie człowieka w plątaninie technologii, natomiast listy zdają się nie docierać do prawidłowych adresatów. Porozumienie, dialog, kontakt z drugim człowiekiem są czymś abstrakcyjnym, czymś pożądanym, do czego usilnie się dąży, ale czego nie można osiągnąć. Ową niemożność zadzierzgnięcia autentycznej relacji podkreśla przytoczona w Procedurze powieść Klucz, autorstwa japońskiego mistrza słowa Jun'ichirō Tanizakiego, (dzieło, w którym dwoje bohaterów pisze pełne pruderii i sztuczności dzienniki osobiste, będąc w pełni świadom faktu, że partner czytuje potajemnie te prywatne zapiski).

Reasumując, Procedura Harryego Mulischa to bardzo dobra lektura. Sprawnie napisana oraz zawierająca interesujące przesłanie. W dobie pędzącego na łeb na szyję postępu technologicznego, za którym absolutnie nie nadąża stała i niezmienna ludzka natura, powieść Holenderskiego pisarza wydaje się być ostrzeżeniem przed zbytnią pychą i zadufaniem we własne możliwości – zbyt silna wiara gatunku ludzkiego w swoją potęgę może zakończyć się bardzo nieprzyjemną lekcją, z której nie będzie okazji wysnuć wniosków na przyszłość. Egipski Sfinks, a więc uosobienie tajemnicy, i rozciągająca się za nim bezkresna pustynia, świetnie wyrażają obawę przed szaleńczą ciekawością, poznaniem absolutnie wszystkiego – bezrefleksyjne uleganie żądzy wiedzy może zwieść człowieka na manowce, doprowadzić do ślepego zaułka w mrocznym labiryncie, gdzie na definitywne dlaczego? nie ma już żadnej odpowiedzi, poza bezkresną pustką.
 
Wasz Ambrose 

15 komentarzy:

  1. Rozumiem, że początkowo byłeś pewien, że trafiłeś na arcydzieło, po czym przeżyłeś rozczarowanie, ale od razu zaskakujesz stwierdzeniem, że książka jest tylko bardzo dobra… O, matko! Żebyśmy trafiali na same „tylko bardzo dobre” książki;)
    Widzę, że powieść stanowi interesującą mieszankę konwencji (gra z czytelnikami odnosząca się do dzieł literackich) i oryginalnej formy. Brzmi ciekawie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, widzę, że udało mi się całkiem klarownie opisać moje przeżycia, bowiem było dokładnie tak jak piszesz :) Pierwsze strony powieści to wręcz obietnica kontaktu z ABSOLUTEM, później książka schodzi na nieco niższy poziom, ale to wciąż bardzo, bardzo dobra i interesująca lektura. Stąd to moje "tylko" zostało zapisane kursywą.

      Usuń
  2. Jeszcze nie znam tego pisarza. Książka o naukowcu. To rzadko spotykane w literaturze obyczajowo-psychologicznej. Może pisarzom wydaje się, że naukowiec to postać dla czytelników nieciekawa. W książce, o której piszesz, interesowałyby mnie uwagi na temat procesu twórczego. Jak rozumiem, autor porównuje proces pisania książki do wydawania na świat potomstwa. Takie porównanie widzę bardzo często i nie do końca się z nim zgadzam. Nie wierzę, by pisanie książki było aż tak bolesne i męczące jak urodzenie prawdziwego dziecka :) Poza tym na to, jakie to dziecko będzie (te z krwi i kości), matka nie ma żadnego wpływu, a na jakość dziecka książkowego rodzic ma wpływ bardzo, bardzo duży.

    Będę pamiętać o tej książce :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie kreacja głównego bohatera odrobinę skojarzyła się z protagonistą "Cząstek elementarnych", powieści autorstwa francuskiego skandalisty Michela Houellebecq'a. Ale masz rację - motyw naukowca jako głównej postaci nie jest w literaturze zbyt częsty.

      A co do "rodzenia" książek, to wydaje mi się, że nie do końca udane porównanie można wytłumaczyć faktem, że Harry Mulisch to mężczyzna, nie zna więc bólu, jaki przeżywa kobieta w trakcie porodu :)

      Usuń
    2. Otóż to. Mężczyźni nie powinni czynić takich porównań, bo nie wiedzą, co mówią.

      Usuń
    3. Kobiety też lubią się wypowiadać na tematy, o których nie mają pojęcia ;) Obie płcie mają w tym upodobanie :)

      Usuń
  3. Autotematyzm, liczne odwołania do literatury, rozszyfrowywanie znaczeń? Brzmi fascynująco od strony czysto literackiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak też jest - czas spędzony z tą książką to naprawdę dobra zabawa, przynajmniej z literackiego punktu widzenia. Autor zmusza czytelnika do odrobiny intelektualnego wysiłku, ale w zamian oferuję rozrywkę na wysokim poziomie :)

      Usuń
  4. bookiemonster29 maja 2016 10:49

    Jestem pełna podziwu, że umiesz znaleźć te wszystkie literackie odniesienia. Bardzo ciekawa wydaje się budowa tego utworu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, tak się akurat zdarzyło, że książki do których nawiązywał Mulisch albo czytałem, albo dość dobrze kojarzyłem. A sama "Procedura", nawet bez tych literackich nawiązań, jest dziełem bardzo ciekawym.

      Usuń
  5. Lubię takie filozoficzne książki i lubię znajdować w książkach odniesienia do innych książek. Taki "łańcuszek" zawsze jest inspirujący: najlepiej, oczywiście, gdy się dany tytuł zna, ale w przeciwnym wypadku, można skutecznie nabrać ochoty na lekturę. Wielu pisarzy poznałam w ten właśnie sposób - z "polecenia" innych pisarzy (ale to było przed erą blogów, teraz moje czytelnicze zachcianki częściej biorą się z blogowych inspiracji).
    Werker skojarzył mi się z "Frankensteinem" Mary Shelley. A okładka "Procedury" - z przerażającym thrillerem. Skąd ten strach w okładkowym oku, skoro autor, jak piszesz, ostatecznie nie zdradza odpowiedzi na wszystkie ważne, dręczące ludzkość pytania?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też cenię sobie tego typu "meta-dzieła" i również traktuję je jako świetne źródło książek, po które w bliższej lub dalszej przyszłości warto sięgnąć.

      Co do okładki, to ten strach może w pewnym sensie nawiązywać do fabuły powieści i losów głównego bohatera - jego perypetie można porównać do dziejów Józefa K. z "Procesu" Kafki. Więcej zdradzić nie mogę. Drugim wytłumaczeniem jest fakt, że wiedza to nierzadko ból, cierpienie, a więc i strach - poznając człowieczą naturę, odkrywamy również jej mroczne strony.

      Usuń
  6. Czytałam już tak dawno, że nie pamiętam fabuły,ale wrażenie pamiętam. Mulisch zawsze był mistrzem misternych konstrukcji. Nawet w De Aanslag z 1982 roku, powieści która zapewniła mu światową sławę, prowadził narrację wielotorową, jeszcze bez odniesień do filozofii, nie mniej jednak jest to świetna literacko książka. Która w przeciwieństwie do bodajże najsłynniejszej powieści Mulischa De Ontdekking van de Hemel (Okrycie Nieba?, jest o niebo lepsza od De Ontdekking? (pun zamierzony). A Procedura? Jest gdzieś między De Ontdekking i De Aanslag, z tym, że do De Aanslag lubię wracać, do Procedury już nie. A z De Ontdekking najbardziej lubię początek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapytam z czystej ciekawości - czytasz dzieła Mulischa w oryginale? Jeśli tak to szczerze zazdroszczę takiej możliwości :)

      "Procedura" to moja pierwsza styczność z tym autorem. Mam nadzieję, że sięgnę też po powieści, o których piszesz. Póki co wypożyczyłem z biblioteki "Czarne światło".

      Usuń
    2. Chyba lepiej powiedzieć, że czytałam. Obecnie mój niderlandzki wystarcza na lekturę Toona Telegena :) Nie znam polskich tłumaczeń, mam nadzieję że są lepsze niż angielskie, w których kompletnie zniknęła poezja frazy.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)