czwartek, 31 lipca 2014

Po zagładzie




Dmitry Glukhovsky


(Дмитрий Алексеевич Глуховский)


Metro 2033


tytuł oryginału: Метро́ 2033

tłumaczenie: Paweł Podmiotko

wydawnictwo: Insignis Media 2010

Do debiutanckiej powieści Dmitrija Głuchowskiego podszedłem jak zwykle, czyli nie zapoznając się bliżej ani z autorem, ani z historią powstania książki. Oczywiście w tym wypadku mniej więcej wiedziałem, w jakich realiach, czasach i kanonie rzecz będzie się rozgrywać, gdyż trudno chyba, czy to wśród maniaków gier komputerowych, czy to wśród miłośników literatury, spotkać kogoś, kto o Metrze 2033 w ogóle nie słyszał, tym bardziej, iż dało ono impuls do powstania dwóch dość głośnych gier i stanowiło początek całej serii powieści piór różnych autorów, którzy fabułę swych dzieł oparli na uniwersum wykreowanym przez Głuchowskiego, który też zresztą napisał i swój własny ciąg dalszy.

Metro 2033; jak sam tytuł wskazuje, to przyszłość. Choć niezbyt już daleka – pułapka umieszczania dat w sf. Świat po wymianie ciosów, również atomowych, między wielkimi mocarstwami. Co się stało z cywilizacją, z całą ludzkością, dokładnie nie wiadomo, ale pewnie szlag ją trafił. W Moskwie niedobitki, które już ludzkością trudno nazwać, schroniły się w tunelach metra. Tam próbują przetrwać. Na powierzchni nie wszystko wymarło. To co wybiło ludzi i sprawiło, iż Ziemia nie jest już miejscem dla nich, jednocześnie uruchomiło przyspieszoną ewolucję gatunków, które przetrwały pierwsze uderzenie i promieniowanie, jakie pozostało po kataklizmie. I te właśnie formy życia są największym zagrożeniem dla ukrywających się w tunelach, którzy nie mogą się do końca odciąć się od świata na górze, gdyż szaber resztek dawnej cywilizacji jest podstawą ich istnienia na jakim takim poziomie. Jakby tego było mało, pod ziemią też pojawiają się nowe elementy łańcucha pokarmowego, w którym człowiek niekoniecznie stanowi ostatnie ogniwo.

Herosem naszej opowieści jest Artem, młody chłopak ze społeczności zamieszkującej stację WOGN, jak i inne przypominającą teraz plemienną, podziemną wersję państwa-miasta. Jak każda zewnętrzna stacja systemu metra, WOGN od dawna zmaga się z większymi przeciwnościami niż stacje wewnętrzne, ale ostatnio napór niespotykanych wcześniej potwornych przeciwników sprawia, iż nad WOGN-em zawisła realna groźba zagłady. W poszukiwaniu pomocy Artem wyrusza w pełną przygód podróż do stacji, które zachowały więcej z dorobku dawnej ludzkości; wiedzy i technologii.

Jak widać z powyższego, fabuła nie jest specjalnie skomplikowana, choć od razu trzeba bardzo podkreślić, iż cały czas trzyma czytelnika w niepewności nie tylko co do zakończenia, ale i sposobów, w jaki rozwiną się poszczególne sytuacje. Epilog powieści jest zaś prawdziwie zaskakujący i potężnym akcentem wpisuje się w warstwę filozoficzno-moralizatorską, do której jeszcze powrócę.

O postapokaliptycznych światach napisano już powieści wiele, podobnie jak i powieści drogi pojawiło się sporo. Muszę jednak przyznać, że tak dobrze oddanego klimatu jednego i drugiego, jak dotąd, nie zdarzyło mi się spotkać, no może poza Strugackimi i jeszcze kilku innymi dawnymi tytanami s-f. Kiedy czytałem Metro, wprost dźwięczała mi w uszach kultowa ścieżka dźwiękowa Fallout*, do czego nawet Drodze Cormaca McCarthy’ego, przez wielu uznawanej za arcydzieło, bardzo było daleko.

Klimat, realia uzbrojenia i wyposażenia, gdzie autor uniknął wpadek, co cieszy prawdziwe tygrysy, to nie jedyne zalety, które i tak same by wystarczyły, by jako postapokaliptyczna przygodówka powieść weszła na trwałe do kanonu literatury fantastycznonaukowej. Po pewnym czasie czytelnik zaczyna zdawać sobie sprawę, iż opowieść ma bardzo odważną i racjonalną warstwę filozoficzno-moralną. Pytania o wiarę, o jej istotę i wartość, o człowieczeństwo i jego ocenę, o naturę Boga i człowieka, a nawet o naturę rzeczywistości w zderzeniu z literaturą, są nie tylko wyartykułowane wprost, ale również bez reszty powiązane z motorem napędzającym akcję i z zaskakującym zakończeniem, które zarazem stanowi tych rozważań tych podsumowanie. Jakie ono jest, tego oczywiście zdradzać nie będę.

Tyle wynika z samej powieści. Tym razem warto jednak dodać małe co nieco o okolicznościach jej powstania. Głuchowski zaczął pisać Metro (taki był pierwszy tytuł - bez cyferek - co było chyba jednak bardziej perspektywicznym pomysłem) jako nastolatek. Jako uczeń dojeżdżał moskiewskim metrem do szkoły i jego znajomość była pewnie impulsem do wykreowania takiego właśnie świata, a zarazem dodała powieści wiarygodności w tle. Na pewno wpływ na autora wywarł szereg klasyków s-f, jacy tworzyli przed nim oraz kultowa, wspomniana już seria gier Fallout, która pozostawia niezatarty ślad na każdym, kto się z nią zetknął. Pierwsza wersja powieści została w 2002 roku bezpłatnie opublikowana w internecie wraz z linkami do muzyki proponowanej do słuchania w trakcie lektury. W świetle powyższego twierdzenia niektórych recenzentów, iż powieść „wyraźnie została napisana pod kasę”, najlepiej świadczą o ich autorach.

W tej pierwotnej wersji opowieść miała inne zakończenie niż obecnie, lecz pod naciskiem fanów i wydawnictw zmieniono je przed pierwszą publikacją papierową, która miała miejsce w roku 2005 (jedna z prezentacji Metra 2033 miała miejsce w przeciwatomowym bunkrze Ministerstwa Łączności na Tagance.). Warto też wspomnieć, że dzisiejszy ostateczny kształt powieść uzyskała w trakcie interaktywnych internetowych konsultacji autora z czytelnikami, również fachowcami od metra, uzbrojenia i służb specjalnych. Tutaj należałoby spoliczkować następnych recenzentów; tych, którzy piszą, iż powieść miała napędzać sprzedaż gry pod tym samym tytułem (i odwrotnie). Sęk w tym, że pierwsza część gry miała premierę dopiero w roku 2010(!), a powieść do dziś jest dostępna za darmo na stronie autora. To jednak przerasta jak widać możliwości umysłowe wielu moich rodaków i kolegów po piórze, dla których nienawiść jest ważniejsza niż fakty. To ostatnie uczucie jest chyba jednym z nieodłącznych, o ile nie głównych, atrybutów bycia człowiekiem, o czym z wielkim żalem opowiada również Metro 2033. Może właśnie tego niektórzy nie mogą w nim znieść. Nie muszę już chyba dodawać, że do lektury gorąco i z pełnym przekonaniem zachęcam, choć jako bezproblemowa, bezrefleksyjna rozrywka, na którą liczyłem, powieść wcale się sprawdziła


Wasz Andrew


* seria gier RPG osadzona w świecie po wojnie atomowej (jest też odnoga strategiczna - Brotherhood of Steel)


Uniwersum Metro 2033: Metro 2033 [Dmitry Glukhovsky]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Metro 2033 - nowe wydanie [Dmitry Glukhovsky]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 29 lipca 2014

O tajnych informacjach



Access to secret intelligence [is] one of the more potent aphrodisiacs of power

(„Dostęp do tajnych informacji wywiadu jest jednym z silniejszych afrodyzjaków władzy”)

David Stafford Churchill and Secret Service (1998 r.)

motto z okładki książki Mariana Zacharskiego Krwawiąca granica

poniedziałek, 28 lipca 2014

O umiłowaniu historii




Ktoś kiedyś powiedział, że Polacy kochają swoją historię. To nieprawda. Polacy kochają swoje wyobrażenia o historii. A więc mity stworzone dla potomnych ku pokrzepieniu serc.



Piotr Zychowicz

z notki na okładce książki Mariana Zacharskiego Krwawiąca granica

sobota, 26 lipca 2014

Kwitnąca róża, ciekawe czasy

Gorzkie spotkanie

Eileen Chang 

Tytuł oryginału: Xiao Tuanyuan
Tłumaczenie: Katarzyna Kulpa
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 336
 
 
 
 
 
 
 


Obyś żył w ciekawych czasach – to jedna ze starożytnych chińskich klątw, rzucana pod adresem wyjątkowo nielubianych osobników. Cóż może być bowiem gorszego od egzystencji w tym wycinku historii, w którym dzieje się wyjątkowo dużo? Wojny, zarazy, przewroty na szczytach władzy, knowania, intrygi, rewolucje, insurekcje, monumentalne bitwy, klęski żywiołowe, skandale, afery – wszystko to prezentuje się całkiem nieźle, tj. intrygująco, ale jedynie z odpowiednio dalekiej perspektywy, np. historycznej. Sprawy przybierają natomiast zupełnie innego obrotu, kiedy sami znajdujemy się w epicentrum przemian, diametralnie zmieniających wizerunek kraju, narodu, całego kontynentu czy też świata. Potęga działających ponad naszymi głowami sił, na które nie mamy niemal żadnego wpływu idealnie unaocznia naszą niemoc, miałkość. Jesteśmy niczym kurz, który na wzburzonym wietrze historii wznosi się po to, by za chwilę opaść i gęsto zaścielić ziemię. Nikt jednak nie wybiera pory, w jakiej przychodzi mu bytować na tym łez padole, za to każdy stara się dźwigać brzemię losu, jakie przypadło mu w udziale. O tym jak prezentowało się życie Eileen Chang w czasach, które niewątpliwie zasługują na miano interesujących, możemy przekonać się za sprawą lektury Gorzkie spotkanie.
Eileen Chang, urodzona w 1920 roku jako Zhang Ying, zmarła w 1995 roku, to chińska pisarka, zaliczająca się do grona najbardziej wpływowych literatów Państwa Środka. Autorka przyszła na świat w otoczonej szacunkiem rodzinie – jej dziadek ze strony ojca był zięciem wysoko postawionego sędziego za czasów panowania dynastii Qing, z kolei dziadek ze strony matki był prominentnym dowódcą marynarki wojennej. Rodzice zajmowali się głównie trwonieniem rodzinnego majątku, który był naprawdę pokaźny – mimo częstych podróży do Europy matki Zhang Zhiyi, pomimo nałogów ojca Huang Suqionga, Eileen Chang mogła liczyć na solidną edukację. Już od najmłodszych lat uczyła się ona angielskiego u prywatnego nauczyciela, uczęszczała do żeńskiej szkoły chrześcijańskiej St. Mary's Hall w Szanghaju. Podjęła także studia na Wydziale Literatury na Uniwersytecie Hongkongu, które jednak przerwała z uwagi na wybuch drugiej wojny chińsko-japońskiej (1937 – 1945). Już w trakcie trwania konfliktu Chang postanowiła zarabiać na życie za pomocą pisarstwa. Eileen od najmłodszych lat zdradzała literackie talenty – jako 11-lata debiutowała w szkolnym magazynie, a rok później opublikowana została krótka nowela jej autorstwa. Kariera Chang nabrała rozpędu w 1943 r. za sprawą cieszącego się sporą estymą edytora Zhou Shoujuana. Bardzo szybko Eileen Chang zyskała status najpoczytniejszego pisarza w Szanghaju. W parze z rosnącą sławą nie postępowało jednak szczęście prywatne literatki. Popularność stała w wyraźnym kontraście do życia osobistego, naznaczonego licznymi rozczarowaniami – tragedie, rozwody, aborcja, wzrastające poczucie odosobnienia składają się na niezwykły portret artystki, o której możemy dowiedzieć się wielu informacji dzięki powieści Gorzkie spotkanie, wydanej już po śmierci autorki.
Główną bohaterką utworu, który upstrzony jest licznymi wątkami autobiograficznymi, jest Julia Sheng. Czytelnik poznaje historię kobiety za sprawą trzecioosobowego narratora, który towarzyszy Julii w niemal każdych okolicznościach, znając przy tym jej najskrytsze myśli, wrażenia, refleksje. Z kart książki wyłania się obraz, na który składają się liczne, pojedyncze sceny z życia Sheng. Prezentowane są one w formie krótkotrwałych migawek, przypominających czarno-białe fotografie, na widok których uchwycony w ich ramach obiekt zaczyna snuć wspomnienia, powracać myślami do odległych wydarzeń, głęboko zanurzając się w dawno minioną przeszłość. W rezultacie powieściowy czas biegnie w sposób nielinearny, wykonując dziwaczne figury, układając się w niełatwe do uchwycenia formy. Z racji braku wyraźnej chronologii, licznych retrospekcji, reminiscencji oraz prolepsis czas akcji przypomina zegarowe wahadło – w jednej chwili wybiegamy w odległą przyszłość, by za chwilę skonstatować, że oto brodzimy już w równie dalekiej przeszłości. Natomiast samo dzieło jawi się jako jedna wielka retardacja – narrator co chwila zawiesza swoją opowieść, rozpoczyna zupełnie nowy wątek, by za chwilę powrócić do poprzedniego tematu. Zabieg ten dość mocno utrudnia płynny odbiór dzieła, ale jednocześnie wymusza na czytelniku ciągłą uwagę, bowiem chwila dekoncentracji, gapiostwa skutkuje natychmiastowym zabłąkaniem pośród gąszczu przedstawianych wydarzeń.
Wzmożona atencja jest tym bardziej pożądana, że akcja utworu osadzona jest w bardzo ciekawych czasach. Lwia część Gorzkiego spotkania rozgrywa się w czasie drugiej wojny chińsko-japońskiej, kiedy to Julia Sheng, podobnie jak Eileen Chang zostaje zmuszona do przerwania swoich studiów w Hongkongu. Fabuła, próbując nadążyć za niespokojną bohaterką przenosi się także do Szanghaju, na chińską wieś, a nawet do odległych Stanów Zjednoczonych. Uczciwie należy przy tym przyznać, że chociaż perspektywa czasowa oraz miejsca, do których wiodą powieściowe wątki zmieniają się w utworze niczym w kalejdoskopie, to jednak sama akcja pozostaje raczej niespieszna, postępując sukcesywnie, niczym wędrowiec krok po kroku metodycznie zbliżający się do kresu swojej podróży.
Julia Sheng, którą w sporej mierze można utożsamiać z Eileen Chang, należy do osób raczej skrytych, niezbyt chętnie dzielących się swoją prywatnością. Za sprawą wyniosłej i surowej matki, którą śmiało można określić mianem zimnej, Julia nie przejawia zbytnich tendencji do okazywania własnych emocji – z tego względu wydaje się, że przyjęty w dziele trzecioosobowy narrator, którym może być przecież Julia, a więc w pewnej mierze również Eileen Chag jest naturalnym, ba, najbardziej adekwatnym wyborem. Pozwala on chociaż w pewnym stopniu wyjść poza sferę swojej osoby i spojrzeć z odrobinę rozleglejszej perspektywy na własne postępowanie, podjęte decyzje, dokonane wybory. Co ciekawe osobnik snujący tę złożoną opowieść wcale nie pragnie odmalować jej z zachowaniem wszystkich szczegółów. Wielu kwestii nie wyjaśniono do końca, kilka wątków pozostawiono niedomkniętych, niejedno zdanie w ogóle nie zostało wypowiedziane – stąd w utworze dominuje nastrój tajemnicy, dyskrecji, efemeryczności. Czytelnik skazany jest na własną wyobraźnię oraz domysł, z pomocą których musi wypełnić ziejące w fabule dziury.
Gorzkie spotkanie to także interesująca wyprawa w skomplikowaną sieć rodzinnych koligacji Julii. Ogromne wrażenie robi ogromna familia bohaterki, która przyprawia wręcz o zawrót głowy. Druga Stryjenka, będąca w rzeczywistości biologiczną matką, Starsza Stryjenka, która z racji braku potomstwa postanowiła adoptować Julię, będąca więc matką z formalnego punktu widzenia, Trzecia Ciotka, Jedenasta Konkubina, Trzynasty Wuj, Młodszy Brat będący kuzynem, wujkiem, albo też …? Rozciągłość i długość korzeni pokrewieństwa jest porażająca, jednocześnie dobrze uzmysławia różnice w postrzeganiu więzów krwi. Julia może pochwalić się całym zastępem bliskich, ale w rzeczywistości jest ona osobą bardzo samotną. Matka Rachel (urodzona jako Zhang Zhiyi), piękność z domieszką portugalskiej krwi, to dumna i wyniosła kobieta, która uwielbia czerpać z życia pełnymi garściami. Jej niezależność podkreślają status rozwódki oraz częste wyprawy do Europy. To wieczna podróżniczka, ciągle gotująca się do wyjazdu. Z tego względu traktuje ona własne dzieci, Julię oraz Juliana, bardziej jako brzemię i ciężar niż źródło radości. To kule u nogi, które skutecznie krępują pełną swobodę ruchów. Nad towarzystwo dzieci przekłada obecność adorujących ją mężczyzn. Wcale nie lepiej prezentuje się Edward (urodzony jako Huang Suqiong), nazywany Nedem, ojciec Julii. Jako nałogowy palacz opium, morfinista oraz czytelnik lekko pornograficznych powieści nie stanowi zbyt dobrego przykładu dla własnych dzieci. W dodatku często działa pod wpływem emocji, jest impulsywny, lubi towarzystwo kobiet, chociaż żadnej z nich nie potrafić obdarzyć należytym szacunkiem. Trudno mówić również o cieple domowego ogniska w sytuacji, gdy dzieci nie mają właściwie prawdziwego domu. Matka zajmuje się nimi jedynie okazjonalnie, kiedy powraca ze swoich eskapad, z kolei pomieszkiwanie z Nedem to egzystencja w opiumowym dymie, pośród ludzi pogrążonych w narkotycznym amoku. Syn oraz córka nie mają zbyt wielu okazji, by zaznać rodzicielskiej miłości. Nawet po latach Julia wspomina krótki, wymuszony chwilą kontakt fizyczny z matką poprzez dotknięcie jej dłoni jako coś niezwykłego, wręcz nienaturalnego.
Zajmujący jest także wyłaniający się z opowieści obraz przemian społecznych, zachodzących w Chinach. Ich najmocniejszy akcent stanowi pokolenie rodziców Julii, chwiejnie balansujące pomiędzy tradycją przodków, a nowym, które sunie z Zachodu. Obserwując zachowanie oraz postępowanie Rachel czy Neda, czytelnik otrzymuje kolejny dowód na to, że asymilacji ulegają najszybciej i najłatwiej najniższe wzorce postępowań. Rozwody, używki, miłosne skandale stają się niemal wyłączną rzeczywistością dorosłych istot, które galopując samotnie poprzez życie, skuszone obietnicą dającego wyzwolenie i satysfakcję indywidualizmu, niepomne są na pragnienia i potrzeby innych – kontakty z własnymi dziećmi, kolejnymi wybrankami są przelotne, płytkie, krótkotrwałe. Swoistym symbolem postępującego rozkładu moralnego jest stolik ofiarny dla przodków, szczelnie okryty bielą papierosowego popiołu. Jednocześnie śledząc skomplikowane sieci intryg, powiązań, utarczek, przepychanek, do jakich dochodziło w ogromnych, wielopokoleniowych rodzinach Racheli oraz Neda, polski czytelnik ma sposobność przekonać się jak wyglądały chińskie rody oraz jakie relacje w nich panowały.
Ponieważ główna akcja powieści rozpostarta jest w latach 30. oraz 40. XX wieku, mamy okazję podziwiać Państwo Środka w dość unikalnym etapie jego rozwoju – w wyniku proklamowania republiki Chińskiej (1911 – 1949) władza cesarska powoli chyli się ku upadkowi, którego zapowiedzią jest utworzenie na terenie Mandżurii marionetkowego państwa Mandżukuo, rządzonego przez cesarza Puyi z dynastii Qing, będącego w rzeczywistości protektoratem japońskich okupantów. Jednocześnie do głosu nie doszli jeszcze komuniści na czele z Mao Zedongiem. Kraj zawieszony jest w próżni – ścierają się w nim wpływy oraz interesy zachodnich mocarstw. Królestwo Brytyjskie, Stany Zjednoczone, czy Francja nie pozwalają by Chiny doczekały się statusu poważanego gracza na salonach światowej polityki. Odbija się to na sytuacji wewnętrznej, w której charakterystycznym trendem jest stale wzrastająca westernizacja życia codziennego. Warto zwrócić uwagę na szeroko rozpowszechniony w większych miastach zwyczaj przyjmowania bądź tłumaczenia dotychczasowych imion na angielskie odpowiedniki. Julia, Julian, Edward, Rachel, Trudy, Bibi – nietrudno zorientować się, że nie są to rdzenne, chińskie imiona. Analizując zachowanie ludzi związanych z główną bohaterką, jej bliskich, członków rodziny, w oczy rzuca się nieszczerość, którą naznaczona jest większość działań. Kłamstwo, oszustwo, niedomówienie są na porządku dziennym, a zdrada nie jest niczym wyjątkowym. Wiele ruchów wykonywanych jest na pokaz, bardzo istotne są odpowiednia prezencja oraz pozory. Jednocześnie nieczęsto można spotkać się ze szczerymi, autentycznymi uczuciami, do rzadkości należą głębokie więzi emocjonalne łączące kobietę oraz mężczyznę. Całość kojarzy się z melodramatem albo wspomnianym na kartach powieści japońskim teatrem , w którym aktorzy zasłaniają twarze efektownymi maskami.
Powieść często wkracza także w sferę miłości, czy raczej uczuć, jakie wywiązują się pomiędzy osobami przeciwnej płci. Rodzące się emocje są najczęściej nieporadne, ślepe, niezdarne. Dominuje egoizm, typowy jest brak empatii oraz wyczucia, niechęć do podejmowania prób zrozumienia drugiej osoby. W konsekwencji miłość, uczucie kojarzące się ze szlachetnością, altruizmem, sztuką wzajemnego poznawania się, dzielenia się sobą, zamienia się w ślepą szamotaninę, której istota skupia się na odpieraniu kolejnych, mających boleśnie ubóść ciosów, zadawanych z precyzyjną zajadłością. W tego typu toksyczne związki angażuje się główna bohaterka, która nie zaznawszy uczucia miłości od swoich rodziców musi uczyć się go od podstaw, w sposób dość bolesny – metodą prób i błędów. W rezultacie kolejne spotkania należą do tych gorzkich z natury, ulotnych i nietrwałych, kiedy nie sposób nawiązać nici porozumienia z drugą osobą. Prezentowane w tej materii doświadczenia Julii przedstawiane są w sposób bezpośredni, ocierający się wręcz o brutalność. Aborcja, liczne miłosne zawody, związek z człowiekiem okrzykniętym zdrajcą, kolaborującym z japońskim okupantem, będącym w dodatku osobnikiem zaborczym i przedmiotowo traktującym swoje partnerki, składają się na smutny obraz toksycznych emocji, które stały się udziałem Julii.
Książka stanowi bardzo mocną, dosadną lekturę, która ogromnie ciekawi, intryguje oraz kusi do odnajdywania punktów stycznych pomiędzy powieściową fabułą o życiem autorki. Jednocześnie warto nadmienić, że Gorzkie spotkanie to tylko rękopis, dzieło, które przed ostateczną publikacją nigdy nie doczekało się ostatecznego szlifu z ręki mistrza, który je stworzył. Dzięki ogromnie inspirującemu posłowiu autorstwa Song Yilanga, syna redaktorów Eileen Chang i wykonawcy ostatniej woli pisarski, czytelnik dowiaduje się, że powieść Xiaotuayuan nie została ukończona i zgodnie z testamentem autorki powinna zostać zniszczona. Zagłębiając się w lekturę Gorzkiego spotkania warto mieć świadomość, że obcuje się z dziełem niekompletnym, w którym planowane były liczne poprawki, korekty, stąd pewne zgrzyty, niedociągnięcia i niedoskonałości, słowem wszystkie chropowatości na surowej bryle, których nikt nigdy nie wypolerował. Z drugiej jednak strony utwór pozostawiony w takim niegotowym jeszcze stadium to świetna okazja śledzenia i podziwiania kolejnych etapów powstania literackiego tekstu.
Co interesujące, za sprawą komentarza Song Yilanga długa lista podziękowań i nazwisk osób, bez których utwór nigdy by nie powstał nabiera zupełnie innych barw dzięki załączonej korespondencji pomiędzy Eileen Chang a Song Qi i Kuang Wenmei. Czytelnik ma znakomitą sposobność, by dowiedzieć się, na czym może polegać udział osób postronnych w kreacji powieściowego dzieła. Racjonalna krytyka, dobre słowo, dawka otuchy, pociecha w newralgicznych momentach, etc., okazują się ważnymi składnikami, cementującymi fundamenty literackiej pracy.
Ponadto posłowie, wzbogacone o listy Eileen Chang we wspaniały sposób uzmysławia jak skomplikowanym procesem jest pisanie, czy raczej tworzenie powieści. Przelewana na papier historia zaczyna żyć własnym życiem, niekiedy gwałtownie puchnie, rozrasta się w sposób niekontrolowany, czasami zaś zamiera, kurczy się w sobie, za nic nie pozwalając się poprowadzić dalej – bezczelnie wymyka się swojemu stwórcy, igrając z nim bezwstydnie, uzmysławiając mu, że nie jest demiurgiem w pełnym tego słowa znaczeniu, bowiem jego wszechwładza i kreacyjna niezależność są tylko pozorne, bardziej postulowane niż faktyczne. Ciekawa jest także kwestia wątków autobiograficznych, które stanowią swoiste akty nagości wobec czytelnika. Fakty z przeszłości oglądane z perspektywy minionego czasu mogą budzić różne uczucia, wywoływać skrajne emocje, ale nie można ich już zmienić, wpłynąć na ich bieg. Ich prezentacja w pełnym świetle sprawia wrażenie próby pogodzenia się z nimi, akceptację dokonanych wyborów, nawet tych, których się później żałowało. Wędrówka przez własne wspomnienia to także odkrywanie na nowo swojej osoby, możliwość śledzenia zmian, do jakich w niej doszło.
Reasumując, Gorzkie spotkanie okazało się całkiem słodkim kąskiem, mimo, że nie jest to owoc w pełni dojrzały. W książce zawarto kluczowe wydarzenia i fakty, które ukształtowały życie oraz charakter Julii Sheng, alter ego Eileen Chang. Z cienia osobistych doświadczeń wyłania się także obraz Chin z okresu burzliwych przemian, szkic niespokojnych czasów w trakcie wojennej zawieruchy. Nie brakuje również psychologicznych portretów, które w ogromnej mierze powstały w oparciu o znane autorce postacie. Wydaje się, że lektura jest szczególnie godna polecenia miłośnikom chińskiej literatki, doskonale znających jej niespokojne dzieje – czytelnik zaopatrzony w dokładną wiedzę na temat życia pisarki z pewnością wyłowi niejeden zawoalowany intrygujący biograficzny smaczek, który sprawi, że barwna sylwetka Eileen Chang nabierze jeszcze większej ilości kolorów. 
  
Wasz Ambrose 



piątek, 25 lipca 2014

Pierwszy dzień pracy



Kilka dni temu wszystkie ogólnokrajowe media obiegał temat, który zapoczątkował bodajże Dziennik Polski. Państwowa Inspekcja Pracy poinformowała, że w naszym kraju firmy znalazły nowy sposób na okradanie państwa i własnych pracowników, bo czymże innym jest zatrudnianie ludzi na czarno. Patent polega na tym, że w razie kontroli informuje się inspektorów Państwowej Inspekcji Pracy, iż cała załoga jest pierwszy dzień w pracy i dlatego pracuje bez umów, ubezpieczeń, itd., itp.

Państwowa Inspekcja Pracy alarmuje, że zjawisko stało się powszechne, bo sprzyja mu przestarzały Kodeks pracy, a szczególnie art. 29, który pozwala zawrzeć umowę o pracę w dniu podjęcia pracy, a nie przed, czyli przez jeden dzień można pracować bez umowy, a podpisać ją dopiero pod koniec szychty lub po jej zakończeniu. Na zgłoszenie do ZUS jest jeszcze więcej czasu, gdyż aż dni siedem. Rewelacje te potwierdziła swym autorytetem rzeczniczka Okręgowej Inspekcji Pracy w Krakowie Anna Majerek oraz wiceszef małopolskiej "Solidarności" Adam Lach*.

Dlaczego czekałem z podjęciem tego tematu tak długo? Postanowiłem być bardziej wyrozumiały niż Pan w rozmowie z Abrahamem i dać Polsce, zanim jej kondycję zmieszam z błotem, większą szansę niż otrzymała Sodoma. Nie czekałem na dziesięciu sprawiedliwych, ale chociaż na jednego. I się nie doczekałem. Może gdzieś się tam odezwał, na jakimś blogu czy w gazecie, ale ani w telewizji, ani w mainstreamowym necie się nie objawił.

Parafrazując Sienkiewicza muszę więc zawołać, - czy tylko głupi i zdemoralizowani tę ziemię (Polskę) zamieszkują? Nie trzeba być geniuszem ani znawcą prawa, by wiedzieć, że ten odkrywczy trick pracodawców z pierwszym dniem pracy jest g… warty. Pomijając już takie „drobiazgi”, których się można czepiać, jak szkolenia BHP i badania lekarskie, które pracownik musi mieć zanim stanie do pracy, nawet na przyuczenie. Jest bowiem prosta metoda na walkę z owym „genialnym” wykrętem. I do jej wymyślenia nie potrzeba żadnej kompletnie wiedzy. Tylko chęć. Wystarczy po prostu przeprowadzić dwie kontrole w pewnym okresie czasu. Za pierwszym razem spisać nazwiska i wrócić choćby nazajutrz, czy za tydzień. Dwa razy ruszyć zza biurka cztery litery.

Jak to jest, że w całej armii urzędników nie znalazł się ani jeden, który by na to wpadł? Ani w całej rzeczy związkowców? Nie będę pisał, gdyż każdy wie o co chodzi, a ja na pewno zaraz zostałbym pozwany za zniesławienie powagi urzędów i związków, gdybym napisał to, co każdy od razu pomyślał.

To, że cały aparat państwowy i z nim związane instytucje są kompletnie niewydolne i z każdym rokiem stają się większą parodią samych siebie, wie każdy, kto miał z nimi do czynienia. W normalnych krajach nadzieją na okiełznanie korupcji, nepotymzu, nieróbstwa i zwykłej głupoty, owym regulatorem demokracji, jest czwarta władza, czyli media. Przekleństwem Polski jest to, że u nas absolutnie nie spełniają one swej roli. Skoro w tak prostej sprawie, jak ta, bezkrytycznie, niczym objawienie, powtarzają bzdury opowiadane przez urzędników i związkowców, jakby same były na garnuszku pazernych kapitalistów bezczelnie łamiących prawa pracownicze, skoro nie znalazł się ani jeden dziennikarz uczciwy na tyle, by te bzdury ośmieszyć, to jak można mieć nadzieję, że jest w stanie rozgryźć jakieś afery i zrobić cokolwiek innego, niż powtarzać rzeczy, które ktoś im podrzuci by zwalczać konkurentów?

O powszechnej ponad światową miarę polskiej pogardzie dla prawa pracy pisałem już w poście Po osiemnastej. Nie napisałem jednak wtedy, iż o kuriozalnym przypadku Muzeum Czynu Niepodległościowego i Związku Legionistów Polskich opisanym w tym tekście powiadomiłem PiP. I otrzymałem odpowiedź, że się tym zajmą. A było to w… kwietniu. Od tego czasu cisza. I dość o tym.

Casus pierwszego dnia w pracy to kolejny objaw sepsy toczącej Polskę. Nie jest ważne to, że gdzieś jakiś urzędas może wziął w łapę, albo po prostu nawet mu się nie chciało. To się zdarza wszędzie. W każdym kraju. Dużo gorsze jest to, że takie zachowania ukazujące kompletną dysfunkcjonalność podnosi się rangi jedynego możliwego sposobu postępowania i w ich uświęcaniu biorą udział wszyscy, którzy w tym kraju mają jakąkolwiek władzę. Najgorsze jest jednak to, co odbiera wszelką nadzieję – umoczeni są wszyscy. To jedyne wytłumaczenie faktu, że nawet opozycja gra w tej samej tonacji. Zmiana władzy nic nie da. Jak z więzieniami CIA – postkomuniści wdepnęli, PiS ich krył (od kiedy tak zachowuje się prawdziwa opozycja), a PO kryło i jednych i drugich. W takim kraju, gdzie każdy, kto się liczy, wie, co ma mówić i kiedy, nie ma szans, by znalazł się ktoś znaczący, kto krzyknie, iż król jest nagi. I tak by powiedziano, że „sra we własne gniazdo”, czyli zrobiono by z niego zdrajcę i Polakożercę. „Patrioci” trzymają się razem. Niezależnie od tego, jakie kanalie są wśród nich.

Wiem, wiem – gdy mówię, że Polska upada, wielu pomyśli, że jestem nawiedzony. Ja nie twierdzę, że upada Polska kolesi, oszustów, układowiczów i ludzi bez sumienia. Nie, ona ma się wręcz coraz lepiej, pod płaszczykiem wartości, których nikt inny nie posiada. Upada Polska ludzi prawych. O ile kiedykolwiek istniała. Na pewno zaś upadają nadzieje na nią. Każda taka sprawa w mediach, to sygnał dla cwaniaków z całego świata – przyjeżdżajcie tutaj. To idealne miejsce do robienia „interesów”. I zawsze znajdzie się odpowiednia liczba ludzi, którzy będą głośno krzyczeć, że jest coraz lepiej. Im. A że równocześnie wielu porządnych wybędzie, więc to samonapędzające się sprzężenie nabiera podwójnego rozpędu.

Po co to piszę, skoro nie ma w mojej ocenie szans na poprawę? By ci, zwłaszcza młodzi, którzy na razie mają nadzieję, podsycaną optymizmem wylewającym się z telewizora, mieli szansę szybciej przejrzeć na oczy i podjąć odpowiednie decyzje, zanim dojdą do punktu, w którym będzie za późno.


Wasz Andrew


* http://www.wprost.pl/ar/458496/Czesty-sposob-na-omijanie-prawa-pracy-Zaloga-jest-pierwszy-dzien/

czwartek, 24 lipca 2014

Inna twarz wywiadu II RP


Marian Zacharski


Krwawiąca granica


Wydawnictwo Zysk i Ska 2014

Wydanie I

Krwawiąca granica Mariana Zacharskiego, będąca kolejną pozycją w cyklu Kulisy Wywiadu II RP, jest zarazem moim drugim, po Rotmistrzu, spotkaniem i z tą serią wydawniczą, i z twórczością generała*. O autorze nie będę opowiadał, gdyż zainteresowani mogą sobie bez trudności o nim poczytać gdzie indziej. Pytanie, które się nasuwa, to czym jest owa tytułowa krwawiąca granica? Oczywiście granica przedwojenna polsko-niemiecka. Rejon, gdzie zdarzały się incydenty powodujące utratę życia czy rany. Wiąże się to określenie również z przedwojenną niemiecką nomenklaturą, w której nielegalne przekroczenie granicy nazywano jej zranieniem oraz z manierą prasy, zarówno polskiej jak i niemieckiej, godną najgorszych trendów dzisiejszych mediów, określaną jako sang à la une czyli krew na pierwszej stronie, w myśl której każde zdarzenie prezentuje się w agresywny sposób powodujący u odbiorcy poczucie zagrożenia, a zdarzenia na tej granicy właśnie do takich należały.

W polskiej świadomości społecznej, która w sferze historii, zwłaszcza własnej, opiera się bardziej na propagandzie i mitach, niż na wiedzy, graniczny konflikt pomiędzy Niemcami a Polską międzywojenną liczyć należy od dojścia do władzy Adolfa Hitlera, jeśli nie jeszcze od późniejszego okresu, a cała wina za tę sytuację, za wszelkie prowokacje, napaści i zbrodnie, leży po stronie niemieckiej. Marian Zacharski przeciwstawia się tej legendzie i w Krwawiącej granicy ukazuje, że konflikt graniczny w fazie ostrej znajdował się niemal od początku istnienia II Rzeczpospolitej, a niektóre formy bandyckich wręcz zachowań, nie będących wcześniej stałym elementem walki wywiadów, jak na przykład porwanie osoby z terenu innego kraju, były polską innowacją. Zresztą w tym ostatnim wypadku pierwsza akcja tego typu w polskim wykonaniu była kompletnym blamażem.

Głównym wątkiem książki jest rola polskiej Straży Granicznej w systemie wywiadu II RP na kierunku niemieckim. Nie jest to opracowanie kompleksowe, przekrojowe, a raczej rzucenie tematu dotąd szerszemu ogółowi kompletnie obcego, za pomocą na tyle szczegółowego, na ile to obecnie możliwe, zreferowania kilku głośnych wówczas operacji szpiegowskich. Jak wynika z samej definicji tajnych operacji, głośnych - a więc zakończonych wpadką. Prawdziwie udane akcje wywiadowcze prawie nigdy nie trafiają na pierwsze strony gazet, a przynajmniej nie przed upływem dziesięcioleci od ich zakończenia.

Wielką zasługą autora jest, iż odważył się ukazać, że obie strony konfliktu granicznego miały swoje racje i obie ponosiły zań winę. Co prawda jeszcze daleko nam do tego, by większość zauważyła, iż jesteśmy jedynym chyba krajem z uczestniczących w II wojnie, który do dziś twierdzi, że jego żołnierze nigdy nie zabijali jeńców ani cywilów, że to się nie zdarzało, ale książka gen. Zacharskiego to krok w dobrym kierunku. W kierunku odbrązowienia naszej wizji historii tak wybielanej przez dziesięciolecia, że aż infantylnej.

Cała społeczna świadomość polska w temacie naszego międzywojennego wywiadu opiera się na propagandzie mielącej w kółko kilka udanych akcji, a przynajmniej akcji, w których się nie ośmieszyliśmy. Pokazuje się kilka postaci, które były wybitne i pasują do obrazu polskiego rycerza bez skazy (przynajmniej jeśli się zbyt głęboko nie sięga). Krwawiąca granica ukazuje drugą stronę medalu – oficerów wywiadu, których poziom moralny i umysłowy trudno opisać, gdyż w słowniku ludzi cywilizowanych nie ma słów wystarczająco obelżywych. W 1930 wydano oficjalne wytyczne, że oficerom wywiadu nie wolno zabierać w teren tajnych materiałów, gdyż jeden z naszych orłów przeszedł do Niemiec, gdzie wpadł, wraz z najlepszymi kąskami ze swego biura, które powinny leżeć w jego biurze w szafie pancernej o ewidencjonowanym dostępie. Autor tego nie robi, ale każdy czytelnik może sam prowadzić dalsze rozumowanie. Wniosek nasuwa się sam – przez 12 lat istnienia II RP, kto chciał, chodził z tajnościami gdzie chciał, nawet na teren wroga. Gdyby tak nie było, gdyby były odpowiednie szkolenia i procedury, a tylko jeden głąb by się do nich nie zastosował, nie byłoby sensu wydawać takiego rozkazu. Zresztą dotyczył on – kolejne kuriozum - tylko wywiadowców, więc z tego można wysnuć wniosek, że inni oficerowie mogli dalej tak postępować. Zaletą tej książki jest bowiem możliwość snucia własnych przemyśleń na tematy niejednokrotnie zaledwie w niej poruszone.

Jedną z najdziwniejszych rzeczy, które wynikają z przebiegu operacji przedstawionych w Krwawiącej granicy jest refleksja, która równie dobrze mogłaby być wynikiem obserwacji dzisiejszej polskiej sytuacji - naród jak żaden inny doświadczony przez mistrza prowokacji, przez carską Ochranę**, jak żaden inny był i jest na takie działania podatny. Z czego to wynika, ta nieumiejętność uczenia się na błędach, nie tylko cudzych, ale nawet swoich? Zimbardo miałby tu wiele do powiedzenia. Takich pytań, wniosków i skojarzeń, materiał zawarty w książce może spowodować wiele. Nie sposób o wszystkich wspomnieć i na pewno każdy uważny czytelnik będzie miał swoje osobiste, na które tylko on wpadnie, a o których autorowi nawet się nie śniło. To urok historii.

Książka rozpoczyna się bardzo interesującym trickiem stylistycznym. Poznajemy przebieg pierwszej z omawianych akcji, zakończonych śmiercią polskiego oficera, poprzez sprzeczne relacje prasowe z tego okresu pochodzące z obu stron granicy. I mamy wrażenie, że to ci wredni Niemcy znowu wszystko zaczęli i wina jest tylko po ich stronie. Podświadomość każdego dzisiejszego Polaka, wypełniona wsysaną od urodzenia propagandową papką zwaną patriotyzmem, sprawia, że wierzymy bardziej prasie polskiej, a nie niemieckiej, choć wiemy, że każda mogła kłamać. A potem, gdy poznajemy rekonstrukcję wydarzeń… I tak zdradziłem za dużo, choć to nie powieść przecież.

Niestety, po świetnym początku, dalej nie jest już tak różowo. Nie tylko styl jest bardzo nierówny i obok fragmentów, które czyta się z przyjemnością, są takie, które powodują lekki niesmak, ale miejscami nawet zwykła polszczyzna bardzo kuleje. Oszczędzano na korekcie? Na szczęście treść ratuje całość.

Niestety nie jest to pozycja, o czym już wspomniałem, budząca pozytywne refleksje. Jak na dłoni widać obecne już wówczas wady ówczesnej i dzisiejszej Polski, choćby wymiaru sprawiedliwości, które niektórzy zakłamani i zaprzedani propagatorzy nowego porządku chcą przypisać zdeprawowaniu „komuną”: fałszowanie i podrzucanie dowodów, przekupność (oczywiście w imię wyższego dobra) nie tylko policjantów czy prokuratorów, ale nawet sędziów, arogancja władz wszystkich szczebli wobec tych, którzy są niżej… Na tym tle Niemcy, przynajmniej w opisanych wydarzeniach, czyli przed nastaniem Hitlera, jawią się jako dużo bardziej prawi i moralni.

Książka zawiera sporo ilustracji, a wśród nich dużo kopii dokumentów, co bardzo podnosi jej wartość. Niestety tym większym dysonansem, zupełnie niepotrzebnie psującym wrażenie, jest brak rzeczy tak podstawowej, jak podanie źródeł, z których autor korzystał poza tymi, których kopie zamieścił. Jest bowiem oczywiste, że nie wszystkie tezy autora da się wywieść z załączonych materiałów.

Dla mnie bardzo interesujące było podanie wyroków w omawianych sprawach. Zauważyłem, iż z reguły okres pozbawienia praw publicznych był zbliżony do czasu pozbawienia wolności, a czasem nawet dłuższy. To coś całkowicie odmiennego w stosunku do dzisiejszych zwyczajów, zgodnie z którymi pozbawienie praw jest wielokrotnie krótsze, niż wolności. I nasunęło mi się pytanie – jaki cel ma dzisiejsze państwo w takiej praktyce? Czy to dobrze, że złodzieje i inni siedzący w więzieniach przestępcy, skoro nie zostali pozbawieni praw, wybierają tych, którzy mają nami rządzić? Czy naprawdę wyższy wskaźnik frekwencji w wyborach jest tego warty i co ta praktyka sądownicza mówi o dzisiejszej Polsce?

Mam wrażenie, że publikacja w założeniu jest skierowana do miłośników historii, zwłaszcza zainteresowanych wywiadem, wojskowością i polityką. W rzeczywistości jednak może bardzo zaciekawić każdego, gdyż wnioski, jakie z niej wypływają i przemyślenia, które wywołuje, zdecydowanie wybiegają poza dwudziestolecie międzywojenne i narzucającą się w pierwszej chwili ocenę tematyki. Z tego powodu, pomimo mizernych wartości literackich, zdecydowanie polecam każdemu, nie tylko rodakom.


Wasz Andrew


* Stopień generalski nadał Zacharskiemu Prezydent RP Lech Wałęsa w 1995
** Ochrana (ros. Отделение по охранению порядка и общественной безопасности, Otdielenije po ochranieniju poriadka i obszczestwiennoj biezopasnosti, Oddział ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego) – tajna policja polityczna w imperium rosyjskim, powstała po zabójstwie cara Aleksandra II, na mocyukazu Aleksandra III z 14 sierpnia 1881 roku. Zlikwidowana w czasie rewolucji lutowej w 1917 roku. (za Wiki)

Krwawiąca granica [Marian Zacharski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 23 lipca 2014

O potrzebach



Tak naprawdę mamy nadwyżkę tak wielu rzeczy, że musimy dbać o to, by stawały się „modne”, żeby zwiększyć ich pożądanie, utrzymując tym samym popyt na sztucznym poziomie.


wtorek, 22 lipca 2014

Inny wymiar wyzwalania



Oczywiście żaden czarny rynek nie mógłby wyrosnąć w żadnym wyzwolonym kraju bez współpracy amerykańskiego personelu wojskowego. Chciwość nie jest wyłączną domeną ludzi innych nacji.

z oficjalnego opracowania armii amerykańskiej - przytoczył Charless Glass w książce Dezerterzy. Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej (Deserter. The Last Untold Story of the Second World War)

poniedziałek, 21 lipca 2014

O nadziei transcendentalnej





A jeśli sprawia to właśnie oko twojej wiary, jeśli na przyszłą jasność spoglądasz przez kolorowe witraże swoich wyobrażeń? Jakżeż przedziwne są obrazy przyszłości, które ludzkość maluje, korzystając z pędzla wiary i wielobarwnego pigmentu wyobraźni. A jeszcze dziwniejsze jest to, że tak kompletnie się ze sobą nie zgadzają!


sobota, 19 lipca 2014

Apacze z wysp japońskich

Japońska opera za trzy grosze

Kaiko Takeshi

Tytuł oryginału: Nihon Sanmon Opera
Tłumaczenie (z j. niemieckiego): Zuzanna Melicka
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 232
 
 
 
 
 
 
 
 
Wojna, czyli konflikt zbrojny, toczony pomiędzy zwaśnionymi narodami, państwami, czy grupami etnicznymi to piętno, kroczące za człowiekiem od momentu narodzin cywilizacji. Ponieważ oparta jest na przemocy, działając ponadto niczym katalizator wyzwalający najgorsze ludzkie instynkty, prowadzi ona do spustoszenia oraz ogromnych zniszczeń. Dewastacji ulega zarówno ludzka psychika, moralność, cierpi także świat materialny, począwszy od zabudowań, architektury, na przyrodzie skończywszy. Niemal niemożliwym do uniknięcia następstwem wojennej zawieruchy jest chaos, któremu towarzyszą głód, ubóstwo oraz nędza. Społeczeństwo boleśnie przekonuje się wówczas, że proces budowy, tworzenia jest o wiele bardziej mozolny i trudniejszy od błyskawicznie postępującego burzenia, ślepego demolowania. W kraju, który dopiero powoli odradza się, stając na nogi po przebytych walkach brakuje podstawowych towarów, artykułów pierwszej potrzeby, bez których niemożliwa jest codzienna egzystencja. Państwo, które dopiero odzyskuje swój pierwotny kształt często nie jest w stanie zapewnić swoim obywatelom godziwych warunków, nie potrafi także poradzić sobie z działalnością czarnego rynku, który powstaje i funkcjonuje w każdych okolicznościach, będąc odpowiedzą na potrzeby konsumenckie. Szara strefa budzi raczej negatywne konotacje, ale ludzi z nią związanych oceniać jest raczej trudno, o czym najlepiej świadczy sylwetka Kaiko Takeshiego.
Kaiko Takeshi to żyjący w latach 1930 – 1989, pochodzący z Osaki japoński pisarz, krytyk literacki, eseista, autor opowiadań oraz książek dokumentalnych. W roku 1948 Takeshi przystąpił na Wydział Prawa Miejskiego Uniwersytetu w Osace. Udało mu się zdobyć tytuł prawnika, ale okres nauki nie należał do najłatwiejszych – Takeshi musiał dzielić czas przeznaczony na edukację z wieloma pracami dorywczymi, podejmowanymi w celu opłacenia czesnego. Chwytając się różnych zajęć, nierzadko męczącej fizycznej roboty, Takeshi obracał się także w szarej strefie, z którą w ciężkim, powojennym okresie związanych było wielu Japończyków. Takeshi bacznie obserwował nowe środowisko, w którym się znalazł, zyskując tym samym nieodzowny materiał do napisania swojej Japońskiej opery za trzy grosze, którą wydano w 1959 roku.
Głównym bohaterem utworu jest Fukusuke zwany Szczęściarzem, jedna z wielu ofiar powojennej zawieruchy. W chwili rozpoczęcia utworu, jako pozostający bez zajęcia, ani źródła utrzymania nędzarz i łachmaniarz przemierza on Osakę w stanie niemal agonalnym. Wychudzony, mizerny, wędruje bez wytchnienia po trzewiach miasta niczym nie strawiony kęs, prowadząc przy tym mozolną, beznadziejną i ogromnie wyczerpującą walkę z łaknieniem, które zostało zaprezentowane z naturalistycznym pietyzmem. Za sprawą pióra Takeshiego głód nabiera wręcz zwierzęcych cech – poprzez animizację jawi się on jako groźny przeciwnik: silny i podstępny, uparty i zawzięty, cierpliwie czekający na chwilę ludzkiej słabości, raz za razem ponawiający swoje ataki, ustępując tylko na moment, by zaraz natrzeć ze zdwojoną mocą, bijąc, otumaniając i otępiając, pragnąc wydrzeć na światło dzienne najbardziej pierwotne instynkty, jakie skrywa w sobie ludzka istota. W tych nieprzychylnych okolicznościach do Fukusuke uśmiecha się przewrotny los i poprzez mało atrakcyjną Koreankę wyciąga do niego rękę. Szczęściarz trafia do tajemniczego domostwa, w którym w zamian za syty posiłek oraz obietnicę równie solidnej zapłaty zostaje najęty do pracy. Robota wymaga sporego wysiłku fizycznego, sprytu oraz zaradności, wiąże się z niemałym ryzykiem, ale biorąc pod uwagę położenie, w jakim znalazł się Fukusuke, niemal od początku wiadomo, że oferta długoterminowej kooperatywy jest z rodzaju tych nie do odrzucenia.
Tłem wydarzeń pozostaje odradzająca się po II wojnie światowej Osaka, która niczym rasowa kokietka prezentuje czytelnikowi diametralnie różne oblicza. Kluczem pozwalającym połączyć i zestawić ze sobą ogromnie interesujące, a przy tym zupełnie odmienne dzielnice jest Fukusuke. Początkowo funkcjonuje on w Nowym Świecie, gdzie łatwo uznać go za chodzący śmietnik, albo cuchnący odpadek wielkiego miasta. Niemniej przychylne wrażenie sprawia także sam Nowy Świat – dzielnica niewybrednych uciech, z sinawymi oparami żądz, którymi dyszą zatłoczone ulice. Przypomina ona wielki ropień wyrosły na zdrowej tkance miasta. Rozpusta oraz możliwość zaspokojenia najbardziej wybrednych fantazji działają niczym lep na wszelkiej maści męty oraz szumowiny. Na pejzaż ludzkich postaci składają się w głównej mierze prostytutki, sutenerzy, sprzedawcy pornograficznych materiałów, staczający się na dno studenci, płonący z ciekawości uczniowie szkół średnich. Stawkę uzupełniają narkomani, karciarze, drobni kieszonkowcy oraz zwykli robotnicy, poszukujący rozrywki po męczącym dniu pracy. Jednym zdaniem, tworzące bezkształtną masę larwy ludzkich moskitów, opite krwią i spermą.
Dzięki bardzo dyskretnej kobiecie, nie zdradzającej zbyt szybko celu wędrówki, Fukusuke dociera do dzielnicy Higashi, która narosła wokół dawnej kopalni Sugiyama. Tereny te zamieszkują Apacze – osobnicy z marginesu społecznego, których szeregi zasilają włóczędzy, sutenerzy, bezrobotni, nielegalni imigranci. Wyrzutki, którzy nie otrzymawszy stosownej pomocy od państwa, troszczą się o siebie na własną rękę. Pieniądze, a więc nieodzowne środki do życia, zapewniają bogate złoża kopalni, jakie stanowią tony żelastwa oraz złomu. W latach 1879 – 1945 w Sugiyama działała jedna z największych Japonii fabryk zbrojeniowych. Na przestrzeni kilku milionów kilometrów kwadratowych rozsiane były zakłady produkujące broń, ośrodki szkoleniowe dla służb technicznych, zakłady eksperymentalne dla celów militarnych. Powstawało tu wszystko, czym można zadać śmierć wrogowi – łuski do nabojów, pociski, karabiny, działa, czołgi, pancerne pojazdy. Z oczywistych względów tereny Sugiyamy stanowiły główny cel amerykańskich nalotów bombowych. W przededniu zakończenia wojny, na skutek sukcesywnych ataków, Sugiyama została zamieniona w pustynię, której krajobraz składał się z betonu, żelaza oraz cegieł. Gruzy, ruiny, szkielety budynków skrywały jednak sowite bogactwa. Na tych ogromnych połaciach terenu porozrzucane były niezwykłe kopaliny – co kilka kroków człowiek potykał się o wystające z ziemi, na wpół zagrzebane kupy żelastwa, rdzewiejący złom, który nie mógł się już do niczego przydać. Biedacy i nędzarze nie mogli przejść obojętnie obok takiego majątku, którym Wydział Finansowy Urzędu Miejskiego nie potrafił należycie się zaopiekować. Z uwagi na fakt, że kopalnia znajdowała się niemal w centrum Osaki, sąsiadując z gmachem komendy głównej policji oraz budynkiem szkoły policyjnej, proceder jej eksploatacji musiał być należycie zaplanowany.
Właśnie na organizacji pracy koncentruje się Kaiko Takeshi, uzmysławiając czytelnikowi jak kreatywną istotą potrafi być człowiek, który znajdzie się w odpowiednich, tj. stymulujących do wysiłku umysłowego, warunkach. Wydaje się również, że autor pragnął również ukazać, że ludzie to zwierzęta społeczne, którym pierwotny instynkt podpowiada, że w celu zwiększenia szans przetrwania, współdziałanie jest rzeczą nieodzowną. W obozie Apaczów, w którym nie brak starców, dzieci, inwalidów, każdy okazuje się przydatny, każdy może liczyć na jakieś zajęcie. Najsilniejsi osobnicy zajmują się ciężką robotą fizyczną – kopaniem, wydzieraniem kopalni jej skarbów. Ale oprócz krzepy przydatne są również spryt, chytrość, dobry wzrok, czy szczęście. Krewetki są odpowiedzialne za odnalezienie złóż złomu oraz szpiegowanie ruchów policyjnych oddziałów operacyjnych, przewoźnicy transportują ludzi oraz towary na swoich łodziach, czujki dbają o bezpieczeństwo całego przedsięwzięcia, śledząc poczynania policji. Oprócz tego są jeszcze nosiwody, handlarze jadłem, pośrednicy, etc. Każdy jest na swój sposób potrzebny, nieodzowny, przyczyniając się do trwania i funkcjonowania społeczności.
Istotny jest również niepisany kodeks, zgodnie z którym działają Apacze. Przybysz z zewnątrz mógłby przypuszczać, że o rozdziale łupów decyduje prawo pięści, że racja jest zawsze po stronie mocniejszego. Tymczasem niemal wszyscy członkowie osiedla mogą liczyć na równą zapłatę. Większe profity uzyskuje jedynie piątka przywódców, dowodząca całym projektem – procent należny szefowi ustalany jest z podwładnymi mu pracownikami. Zasady szabrowników są bardzo surowe, ale o wiele bardziej sprawiedliwe i ludzkie niż prawo państwowe, które najsłabszych skazuje na marną wegetację bez cienia perspektyw, jakiej doświadczył choćby Fukusuke. Restrykcyjne reguły dotyczą współżycia w osiedlu oraz warunków użytkowania kopalni, na terenie której obowiązuje ściśle przestrzegane prawo własności, prawo do wygrzebanego znaleziska, etc. Najpopularniejszą stosowaną karą za kradzież, próbę oszustwo, wyłudzenia, etc. jest pobicie przez pozostałych członków społeczności, które zazwyczaj okazuje się skutecznym straszakiem przed popełnieniem kolejnego wykroczenia.
Powieść Kaiko Takeshiego, która w ogromnej mierze składa się z opisów, pełni rolę swoistego dokumentu, zapisu funkcjonowania niezwykłego osiedla szabrowników. Historia, oparta na doświadczeniach samego autora, przypomina mi odrobinę Piknik na skraju drogi braci Strugackich. Kopalnia Sugiyama jest niczym sławetna Strefa, do której, przynajmniej oficjalnie, wstęp jest surowo zabroniony, która jednak kusi niepomiernie ogromem skrywanych skarbów i niezwykłości. Tajemniczy teren, pełen pułapek i niebezpieczeństw, niczym organ obrastający w tłuszcz, otaczany jest przez ludzkie osiedla, z których nielegalnie wyruszają kolejni śmiałkowie, gotowi zaryzykować zdrowie oraz życie w zamian za obietnicę poprawy nędznych warunków bytowania. Zarówno Apacze jak i stalkerzy to balansujący na krawędzi prawa, pozornie wolni i niezależni osobnicy. Próba egzystencji w normalnym społeczeństwie zakończyła się dla nich klęską, a Strefa jak również kopalnia okazują się drugą szansą daną przez los. W tych miejscach dotychczasowe życie przestaje mieć znaczenie – liczy się tu i teraz, które można zbudować zupełnie na nowo, na innych niż dotychczas zasadach. Jednocześnie Apacze oraz stalkerzy stają się swoistymi niewolnikami obszarów, na których prowadzą swoją działalność. Poza Strefą, z dala od kopalni, nie mają już czego szukać – w obcym i nieprzyjaznym świecie czeka ich jedynie brak perspektyw, katorżnicza walka o każdy kolejny dzień oraz dojmująca samotność.
Uzupełnieniem utworu są lekcje, jakie udzielane są Fukusuke. Na instruktaż zawodu Apacza składa się historia kopalni, szkolenie związane z posługiwaniem się różnymi narzędziami, szyfry stosowane przez szabrowników, metody jak najbardziej opłacalnego upłynniania towaru, postępowanie w przypadku aresztowania, itd. Czytelnik razem ze Szczęściarzem pobiera nauki pozwalające lepiej zrozumieć fenomen niezwykłej społeczności Apaczów. Co interesujące dla zbieraczy złomu bardzo ważne są określenia, jakie są w stosunku do nich używane. Słowo złodziej uważane jest za bardzo dużą obrazę, wręcz obelgę, która w dodatku nie ma pokrycia w rzeczywistości. We własnym mniemaniu Apacze szabrują, tj. wydobywają z ziemi żelastwo, złom, metale, które skazane są na zagładę, na zardzewienie, na zmarnotrawienie się. Zbieracze skrzętnie wykorzystują fakt, że wygrzebane przedmioty trudno jest zidentyfikować z pozycjami, znajdującymi się w spisie inwentarza, sporządzonym przez Zarząd Gospodarki Mieniem Opuszczonym. Nietrudno dostrzec konotacje z legendarnymi poszukiwaczami złota, którym wizja błyskawicznego wzbogacenia się również przysłania względy moralne i etyczne prowadzonej działalności. Z drugiej jednak strony, nie da się zaprzeczyć faktowi, że osiedle Apaczów oferuje schronienie oraz zajęcie dla jednostek najsłabszych, wyrzuconych poza społeczny margines. Na przykładzie zgodnie koegzystujących byłych kryminalistów, wyrzutków, przestępców można wspomnieć także o aspektach resocjalizacyjnych.
Reasumując krótko, Kaiko Takeshi oferuje czytelnikowi niezwykłą wyprawę w głąb nieprzejrzystych odmętów lumpenproletariatu. Autor prezentuje zdecydowanie słabiej znane, ludzkie oblicze tej warstwy społecznej, która na ogół skazana jest na jałową wegetację. Takeshi udowadnia, że tacy ludzie również zasługują na szacunek, że nieobce są im pragnienia bardziej ułożonej, normalnej egzystencji. Silny ostracyzm pozostałej części społeczeństwa sprawia jednak, że raz wykluczony osobnik ma bardzo niewielkie szanse na powrót, że nie może liczyć na bycie postrzeganym jako pełnoprawna istota ludzka. Ale nawet tacy zdegradowani ludzie będą usiłowali odnaleźć choćby odrobinę szczęścia. Z tego względu Japońską operę za trzy grosze można uznać za spadkobierczynię Opery za trzy grosze Bertolta Brechta oraz Opery żebraczej Johna Gaya, będącymi satyrami na system kapitalistyczny oraz burżuazję. Takeshi prezentując społeczny negatyw, za który uchodzą Apacze w całkiem ciepłych i kolorowych barwach, daje jasno do zrozumienia, że pozytyw, za który można uznać choćby władze Japonii, które doprowadziły do tragicznej w skutkach II wojny światowej, wcale nie jest tak doskonały.

Wasz Ambrose