Erich Maria Remarque Łuk triumfalny
Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.
środa, 28 listopada 2012
wtorek, 27 listopada 2012
Łuk Triumfalny
Łuk Triumfalny
oryg.: Arc de Triomphe
tłumaczenie: Wanda Melcer
Czytelnik Warszawa 1990
Książki mogą być wspaniałe na różne sposoby; bawić słowem, urzekać stylem, uczyć lub dostarczać tematów do przemyśleń. Autorzy też są różni; jedni trzymają poziom, a inni piszą nierówno. Nigdy nie wiem do końca, czego się mam spodziewać, gdy w ręce trzymam coś nowego, choćbym miał już wcześniej kontakt z dziełami danego twórcy. Erich Maria Remarque to niemiecki pisarz, któremu największą sławę przyniosła powieść Na Zachodzie bez zmian z 1929 roku, jedna z najlepszych w historii opowieści o wojnie. Sięgając teraz po Łuk triumfalny ciekaw byłem, jak też Mistrz poradził sobie z nieco odmienną tematyką, choć równie jak realia I Wojny Światowej, znaną mu z autopsji.
Łuk Triumfalny, po wieży Eiffela jedna z najbardziej znanych w świecie budowli Paryża, jest niewątpliwie symbolem narodowej pychy Francji, jej militarystycznych i mocarstwowych ambicji, a dla Remarque’a również pomnikiem wszystkich tych ludzkich istnień, które poświęcono w ich imieniu. W cieniu tego monumentalnego obiektu żyje niemiecki uchodźca bez paszportu, wizy i prawa pobytu. Ten zdolny chirurg, prawdziwy wirtuoz skalpela, musi ukrywać się pod przybranym nazwiskiem i za grosze wykonuje nierzadko bardzo skomplikowane i niezwykle trudne operacje, które przypisywane są mniej utalentowanym francuskim kolegom po fachu, którzy firmują je swymi nazwiskami i zgarniają lwią część dochodów z tej działalności. Ludwik Fresenburg lub też Ravic, gdyż przez większość czasu pod tym właśnie nazwiskiem nasz bohater występuje, choć używa również innych przybranych tożsamości, uciekł z Niemiec po pobycie w obozie koncentracyjnym i katowniach gestapo, w których zamordowano jego ukochaną. Teraz spotyka w Paryżu nową wielką miłość. Tym razem trafia na femme fatale, czego jest zresztą świadomy, choć może nie od samego początku romansu.
Akcja powieści rozgrywa się w okresie bezpośrednio poprzedzającym wybuch II Wojny Światowej. Wojny, która miała nigdy nie nadejść. Paryż zapełnia się coraz liczniejszymi rzeszami imigrantów, a i Francuzi z każdym dniem, jedni świadomie, a inni instynktownie, widzą zbierającą się nad Europą burzę. W narastającej atmosferze tymczasowości zaczynają żyć nie tylko ukrywający się w Paryżu uchodźcy różnych narodowości, ale i sami Paryżanie. W tym niesamowitym klimacie rozgrywa się jedna z najlepszych historii miłosnych w dziejach literatury i zmaganie się głównego bohatera z demonami jego przeszłości. Jak się wszystko skończy, oczywiście nie będę zdradzał.
Niepowtarzalny styl Remarque’a sprawia, iż lektura jest prawdziwą ucztą dla czytelnika* zarówno całkowicie początkującego, jak i największego konesera. Zarazem spokojny, ale i pełen potężnej dynamiki, wciąga nie jak wartki, górski strumień mało wody niosący, ale jak wielka rzeka, pod której spokojną powierzchnią ukryte są głębie i zdradliwe wiry. Wciąga, ale jednocześnie pozwala w każdej chwili się oderwać i oddać refleksji, kawie lub innym czynnościom, z pełną świadomością, iż w każdej chwili, gdy tylko znów ją otworzymy, pochłonie nas bez reszty, tak jakbyśmy jej nigdy nie odkładali, jak ukochana, która nawet nieobecna przez chwilę, cały czas jest jakby z nami.
Lubię czytać książki nowe, pachnące świeżą farbą i papierem, ale uwielbiam książki stare i wyczytane. Widać, że nie marnowały się na półce w pogardzie i zapomnieniu. Mój egzemplarz Łuku, wypożyczony z biblioteki, jest niesamowity – cały popodkreślany ołówkiem. Czasami jedna fraza, a czasami całe akapity, aż trudno znaleźć kartkę, która nie nosiłaby tego śladu czyjejś reakcji. I choć ja najczęściej podkreślałbym w innych miejscach, gdybym miał taki zwyczaj, to te niezliczone poziome linie pod tekstem pokazują, jak ponadczasowa i natchniona jest owa powieść, jak dociera do każdego inaczej, inne struny trącając w każdym z nas. Nie straciła niczego ze swej aktualności, choć pierwszy raz wydano ją w 1945 roku.
Jeśli porządny i inteligentny człowiek przeczyta Mein Kampf, najprawdopodobniej nie będzie ani o krok bliżej faszyzmu niż przed lekturą. Jeśli ktoś przeczyta Łuk Triumfalny, na pewno będzie dużo ostrożniej podchodził do wszelkich ideologii, haseł i recept na zabawienie ludzkości. Warto tę książkę polecać każdemu, gdyż właśnie takie powieści są szansą na wychowanie społeczeństw tolerancyjnych, bez wojen i nienawiści.
Łuk Triumfalny można rozpatrywać w wielu płaszczyznach i aspektach. Udało się je autorowi połączyć z tak niepowtarzalnym artyzmem, iż trudno jednoznacznie powiedzieć, co było dla niego najważniejsze. Czy niezwyczajnej klasy opowieść o potężnym uczuciu, czy rozważania o miłości; o tym czym jest, jaka być może i czy czasami nie lepiej ją zabić? Czy opowieść o nadciągającej wojnie, faszyzmie i uchodźcach, czy o wciąż kołem toczącej się historii, w której wszystko poniekąd już było i wszystko znów się powtórzy? A może dylematy o wojnie i pokoju, lub o aborcji, wierze i tolerancji? Na to nie ma odpowiedzi. Niewiele czytałem dzieł tak wyważonych, powieści tak spójnych, że cokolwiek byśmy zabrali, zmienili lub dodali, od razu powstałby dysonans. Choć każdy odbierze tę lekturę nieco inaczej, to każdy ją przeżyje głęboko, na miarę swej wrażliwości i serca, a jest to książka pełna wielkiej mądrości, o którą ostatnio w literaturze, i nie tylko, coraz trudniej, w dodatku mądrości ponadczasowej i wciąż równie, jeśli nie bardziej, aktualnej. Polecam ją więc każdemu gorąco i z absolutnym przekonaniem.
Wasz Andrew
poniedziałek, 26 listopada 2012
Fundamentalne prawo do godności
Uznany za fundamentalistę
Mohsin Hamid
Tytuł oryginału: The Reluctant Fundamentalist
Tłumaczenie: Alina Siewior-Kuś
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 192
Literatura jest niczym Wszechświat –
czasami wręcz przeraża swoim ogromem i bezmiarem, ponadto ciągle się
rozszerza. Niezwykła jest mnogość książkowych bytów, które w tym
Wszechświecie występują. Wiadomym jest również, że część gwiazd będzie
promieniować oślepiających wręcz blaskiem, część natomiast, przynajmniej
z naszej perspektywy, wydawać się będzie jedynie malutkim punkcikiem w
całym oceanie czerni.
Powieść Uznany za fundamentalistę,
autorstwa Mohsina Hamida, finalista nagrody Man Booker Prize 2007, w
moim odczuciu jest lekturą ciekawą i z pewnością zajmującą, jednak żadną
miarą nie można określić jej mianem arcydzieła, jej światło jest
przyjemne, nie poraża jednak wielkością. Książka napisana jest w formie
monologu, który snuje Pakistańczyk Changez. Jego słuchaczem jest
obywatel Stanów Zjednoczonych, który gości w pakistańskim mieście
Lahore. Podczas wizyty w kawiarni, przysiada się do niego Changez i
rozpoczyna luźną konwersację, która przeradza się niejako opowieść o
całym dotychczasowym życiu. Dowiadujemy się, że Changez jest,
kolokwialnie rzecz ujmując, produktem amerykańskiego systemu szkolenia –
absolwent szacownej, nieco wręcz nobliwej uczelni w Princeton, który
tuż po jej ukończeniu z wyróżnieniem otrzymuje propozycję pracy w
renomowanej firmie, zajmującej się wyceną przedsiębiorstw. Początek tej
historii przekonuje nas, że mamy do czynienia z człowiekiem, w przypadku
którego spełnił się klasyczny sen emigranta. Changez w wieku 18 lat
opuścił łono swojej ojczyzny, by na drugiej półkuli zbierać edukacyjne
szlify. Wywodzi się on ze zubożałej, pakistańskiej rodziny, której wielu
członków ciągle karmi się dawną świetnością rodu. W nowym otoczeniu, co
zrozumiałe, jest dosyć ciężko – ogrom obcych ludzi, nowe obyczaje, ale
co chyba najgorsze, rówieśnicy w większości okazują się zwykłymi
snobami, rozpieszczonymi pociechami zamożnych rodziców, które możliwość
nauki na jednej z najlepszych uczelni w kraju traktują jako rzecz, która
należy im się w sposób naturalny, nie jako przywilej. Changezowi nie
brakuje jednak ambicji, by nie odstawać zbytnio od reszty towarzystwa,
łapie pracę dorywczą, która ma za zadanie podreperować jego skromny
budżet. Determinacja oraz upór w dążeniu do celu robią swoje – młody
Pakistańczyk kończy szkołę z wyróżnieniem, na rozmowie kwalifikacyjnej
do firmy Underwood Samson & Company udaje mu się przekonać do siebie
osobę szefa, w rezultacie otrzymać angaż na okres próbny. Świat staje
przed Changezem otworem. Na horyzoncie pojawia się również atrakcyjna,
młoda kobieta, z którą udaje mu się zawrzeć przyjaźń. To właśnie ona, po
przeprowadzce Changeza do nowego miejsca pracy, które mieści się w
kosmopolitycznym Nowym Jorku, pomaga chłopakowi urządzić się w tym
ogromnym i rozbudzającym wyobraźnię mieście.
Z czasem jednak na monolicie szczęścia
zaczynają pojawiać się rysy, chociaż na pozór nie wskazuje na zbliżającą
się katastrofę – Changez otrzymuje umowę na pełny etat, spośród szóstki
kandydatów okazuje się najlepszym analitykiem. Jednak jego relacje z
kobietą, do której zapałał niegasnącym uczuciem okazują się bardzo
skomplikowane – Erica w dalszym ciągu kocha swojego chłopaka Chrisa,
który rok wcześniej zmarł na raka. Bardzo lubi Changeza, szanuje go i z
chęcią przebywa w jego towarzystwie, nie jest jednak w stanie otworzyć w
pełni dla niego swojego serca. Z dalszej relacji dowiadujemy się, w jak
niezwykłym trójkącie miłosnym przyszło żyć narratorowi, jak nierówną
walką prowadził z nieżyjącym przecież rywalem. W dodatku dochodzi do
wydarzenia, które w pamięci Amerykanów uważane jest za jedno z
najtragiczniejszych w dziejach tego całkiem młodego narodu – ofiarę
ataków terrorystycznych padają bliźniacze wieże WTC. W tym momencie
dochodzimy do sedna całej książki, bo uczciwie trzeba przyznać, że wątek
miłosny oraz prywatne życie Changeza są w całości podporządkowane
właśnie problemowi egzystencji obcych w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej po 11 września.
Początkowo Amerykanie po tak zuchwałej
zbrodni popadają w szok i konsternację, z których jednak szybko się
otrząsają. Wszyscy, z pewnością pamiętają dumne i harde oblicza
obywateli USA, którzy samą zaciętością odmalowaną na twarzy zdawali się
mówić, że gniew Ameryki będzie wielki a ręka sprawiedliwości dosięgnie
każdego terrorystę. Mohsin Hamid pokazuje nam również drugie oblicze tej
postawy – ofiarą padają przedstawiciele mniejszości narodowych, w
szczególności wyznawcy Allacha. Na własnej skórze odczuwa to bohater
książki, Changez, które staje się ofiarą niewybrednych komentarzy,
zaczepek oraz ciskanych pod jego adresem wyzwisk. Każdy lot samolotem
zamienia się w Golgotę, kiedy Changezowi przychodzi przejść przez bramkę
kontroli lotów. Jego rysy, ciemna skóra upodabniają go oczywiście do Araba
(w społeczeństwie Amerykańskim zaczyna dominować stereotyp, że wszyscy
wyznawcy islamu to w większości niebezpieczni fundamentaliści –
Arabowie/Talibowie z turbanami na głowach i żądzą krwi niewiernych w
oczach) – praktycznie żaden Amerykanin nie zdaje sobie sprawy, że
Changez jest Pendżabczykiem, obywatelem Pakistanu, czyli kraju, który
pozostaje w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, udostępniając im m. in.
lotniska, z których amerykańskie bombowce prowadzą bombardowania
afgańskich miast i wiosek. Mohsin Hamid znakomicie przedstawia
ignorancję Amerykanów, którą z pewnością możemy rozciągnąć również na
kraje Zachodu – jej efektem jest ksenofobiczny lęk, nieufność,
podejrzliwość wobec każdego człowieka o smagłej cerze. Changez mimo
doznawanych nieprzyjemności nie bierze pod uwagę opcji, by opuścić Nowy
Jork, co zresztą jest dość zrozumiałe – wiązałoby się do z rezygnacją ze
znakomitej pracy, przynoszącej sowite dochody, pozwalająca prowadzić
życie na dość wysokiej stopie. Changez prowadzi zatem egzystencję
dualistyczną – z jednej strony jest członkiem amerykańskiego
społeczeństwa, a poprzez swoją rzetelną pracę na rzecz Underwood Samson
& Company przyczynia się do wzrostu potęgi gospodarczej USA. Co
dzień śledzi jednak światowe wydarzenia i jest świadkiem eskalacji
napięcia pomiędzy Pakistanem a Indiami – konfliktem, który mógłby zostać
uciszony bardzo szybko – wystarczyłoby, aby Stany Zjednoczone wyraźnie
podkreśliły, że Pakistan to ich ważny sojusznik, a z pewnością Hindusi
pokornie opuściliby szabelkę. Nic takiego nie ma jednak miejsca, przez
co oba kraje znajdują się na krawędzi wojny, który może przerodzić się
nawet konflikt atomowy. Oczy na całą sytuację otwiera mu dopiero poznany
w trakcie podróży do Chile wydawca książek Juan Baptista, który
opowiada Changezowi o janczarach – chrześcijańskich dzieciach,
porywanych przez Turków w trakcie potyczek, następnie szkolonych na
muzułmańskich żołnierzy, odznaczających się żarliwością oraz niezwykłą
lojalnością, nie zdając sobie do końca sprawy, że przyczyniają się do
destrukcji własnej cywilizacji.
Mohsinowi Hamidowi udało napisać się
naprawdę ciekawą powieść. Pierwszoosobowa narracja nadaje autentyzmu
całej lekturze, która z pewnością jest bardzo interesującym spojrzeniem
na wydarzenia z 11 września oraz ich konsekwencje. Dzięki Hamidowi
znajdujemy się niejako po drugiej stronie konfliktu. Pisarz
znakomicie ujawnił represje, które spotkały przedstawicieli mniejszości
narodowych zamieszkujących USA – poczucie izolacji, odrzucenia,
nieufności, niekiedy wręcz wrogości – oto odczucia towarzyszące m.in.
Changezowi. Hamid znakomicie uwypuklił także fakt, że pod płaszczykiem
walki z terroryzmem Stany Zjednoczone roszczą sobie prawa do interwencji
praktycznie w każdej części globu. Okazuje się, że za sprawą grupy
fanatyków niepodległy i suwerenny kraj, na terenie którego funkcjonują,
może paść ofiarą pokojowej akcji zbrojnej w wykonaniu żołnierzy
Wielkiego Brata. Oczywiście straty wśród cywili są bolesną
koniecznością, wliczoną w koszta takowych operacji. Moim skromnym
zdaniem książka celnie punktuje zachowania Amerykanów, którzy bardzo
często poprzez swoje zadufanie, poczucie wyższości, nieskrywaną pogardę
dla innych, sami zrażają do siebie pozostałe nacje, niepotrzebnie
przysparzając sobie dodatkowych wrogów. To z pewnością ciekawy głos w
dyskusji na temat narodowego terroryzmu. To lekcja, którą należy odrobić
– wydaje się, że Dżhihad, czyli Święta Wojna, to również dzieło
Amerykanów.
Wasz Ambrose
Nowa inteligencja
Gabriel Narutowicz - pierwszy Prezydent Rzeczypospolitej, patriota i genialny inżynier, podziwiany w Europie, zamordowany w Polsce, symbol trudnych losów prawych ludzi w naszym kraju.
Nie od dziś wiadomo, że Polak za granicą jest postrzegany najczęściej jako kombinator i cwaniaczek. Na pewno jest to dla wielu krzywdzące, lecz ten stereotyp nie wziął się znikąd. Rozbiory, powstania, okupacja i nieustanna, trwająca do dziś emigracja – przerzedziły szeregi ludzi mądrych, inteligentnych i niepokornych w naszym kraju. Przeżywali, pozostawali i rozmnażali się za to ci, którzy potrafili kombinować nie oglądając się na nic i na nikogo. Co prawda nasz naród nie odszedł aż tak daleko od zwykłej ludzkiej przyzwoitości, jak niektóre narody byłego Związku Radzieckiego, ale równie nam daleko do nich, jak do tych „normalnych”. Wydawałoby się, iż rolą inteligencji jest odbudować zachwianą równowagę, promować tych, którzy chcą uczciwie pracować, być dobrymi i godnymi zaufania fachowcami. Tak się jednak nie dzieje.
Nowa Ustawa o Szkolnictwie Wyższym uzależniła uzyskanie stypendium dla najlepszych studentów nie tylko od wyników w nauce, czyli od średniej ocen, jak było dotychczas, ale również od „osiągnięć”. Brane są pod uwagę „osiągnięcia naukowe lub osiągnięcia artystyczne lub wysokie wyniki sportowe we współzawodnictwie międzynarodowym lub krajowym”. Nie będę już komentował polszczyzny ustawodawcy, który nie wie co to przecinek i powtórzenie, gdyż poziom naszych elit to temat morze, więc od razu przejdę do meritum. O ile wyniki sportowe są dość łatwe do zweryfikowania, choć i one pozostawiają pewne pole manewru dla kombinatorów, to nie wyobrażam sobie wyceny osiągnięć artystycznych. Jak przewidziałby średnio inteligentny dzieciak z liceum, co jednak przerosło naszych ustawodawców, jest to idealna furtka, by nabić sobie punkty. No i studenci ruszyli po zaświadczenia, których nie ma praktycznie jak zweryfikować, i oto na przykład na KUL-u stypendium „naukowe” zdobył student ze średnią ocen 3,19, a nie załapał się taki ze średnią 4,95*. Czyż trudno o bardziej czytelny sygnał, że uczciwa, rzetelna praca przez cały rok, w dodatku wymagająca pewnie uzdolnień, gdyż z samą pracą o średnią w okolicy 5 trudno, nie jest wskazana, że zamiast zdobywać wiedzę, lepiej kombinować?
Ustawodawca broni się, iż uczelniom pozostawiono wolność w ustalaniu wagi, jaka będzie przykładana do owych „osiągnięć” i można wszystko ustawić tak, by nie było sytuacji podobnej jak choćby na nieszczęsnym KUL-u. Dla mnie to żadne usprawiedliwienie, gdyż jeśli się daje dziecku nabity pistolet, to jest się odpowiedzialnym za skutki, które z tego mogą wyniknąć. A że niektóre uczelnie zachowały się jak dziecko bawiące się naładowanym pistoletem tatusia, to i ustawodawca powinien się czuć winnym. A że się nie czuje? To też jeden z objawów tego, jak daleko nam do normalności.
Zostawmy jednak nieszczęsny KUL i popatrzmy na uczelnie, które w swych wzorach na punkty do stypendium przyłożyły niewielką wagę do „osiągnięć”, premiując głównie średnią. Co mają zrobić studiujący tam utalentowani sportowcy, którzy nie do końca mogą poświęcić się nauce w takim stopniu, jak kujony? Też chyba nie do końca dobre rozwiązanie.
Są również uczelnie, które za pomocą zapisów o głosie rektora i samorządu zostawiły sobie furtkę, by ręcznie korygować listę przyznawanych stypendiów, gdyby miało dojść do takich cyrków jak na KUL-u. Czy to jednak nie brzmi jak „punkty punktami, średnia średnią, a my i tak damy komu chcemy”? Czy taki zapis, w gruncie rzeczy o uznaniowości, nie budzi wątpliwości co do uczciwości podjętych decyzji? Wszak nie urodziliśmy się wczoraj i każdy wie, co znaczą w Polsce znajomości…
Najważniejsze, o czym jakoś nikt nie mówi, to fakt, iż w wielu krajach na uczelniach są stypendia za „osiągnięcia”, jak choćby powszechnie znane stypendia sportowe w USA. Jest tylko jedna różnica, ale za to zasadnicza. Jeśli stypendium dla sportowca, artysty czy innego wybitnego, ale niechętnego nauce studenta, jest fundowane z innej puli, niż stypendia za średnią i wyniki w nauce, to nikt nie ma wrażenia, że nie warto się uczyć. Sportowiec nie zabiera miejsca utalentowanemu i pracowitemu studentowi. Niezależnie od sportowców, dla kujonów przypadnie tyle samo pieniędzy i tyle samo miejsc. Nie ma wrażenia, że nie warto uczciwie pracować. Każdy ma prawo wyboru i jasne kryteria. Właśnie tego u nas zawsze brakuje i mam wrażenie, że brakuje coraz bardziej.
Kto choć trochę się orientuje, jak jest w zachodnich dobrych szkołach, i kto ma w sobie choć trochę uczciwości oraz cywilnej odwagi, której od naszych polityków daremnie by oczekiwać, nie może zaprzeczyć, że powszechne zżynanie na wszystkich etapach naszej edukacji jest hańbą, która stawia nas bardzo daleko od normalnego, uczciwego społeczeństwa. Jest to zarazem kradzież i oszustwo, a jest powszechne i milcząco akceptowane. Do tego mnóstwo innych patologii i coraz słabszy poziom nauczycieli, zwłaszcza na wsi. W tej sytuacji studia są ostatnim momentem, w którym przyszłą inteligencję można próbować nieco naprostować. Tymczasem nowy system przyznawania stypendiów „za osiągnięcia” jeszcze pogłębi degenerację naszego systemu oświaty, co odbije się na całym społeczeństwie, gdy nowe roczniki „inteligentów” wejdą w dorosłe życie. Najlepsi i niezłomni wyjadą albo pozostaną na miejscu i szybko się wypalą, stępią niby piła na zapiaszczonej desce. Pozostali się przystosują i będą pomagać w budowie polskiego piekiełka.
Wasz Andrew
Pozostaje to tajemnicą i tragedią historii, że naród [Polacy] gotów do wielkiego heroicznego wysiłku, uzdolniony, waleczny, ujmujący powtarza zastarzałe błędy w każdym prawie przejawie swoich rządów. Wspaniały w buncie i nieszczęściu, haniebny i bezwstydny w triumfie. Najdzielniejszy pośród dzielnych, prowadzony przez najpodlejszych wśród podłych.
Winston Churchill
* Za Lublin.gazeta.pl z dnia 22-11-2012.
piątek, 23 listopada 2012
Zabójstwo na Wyspie Zielonej
W dniu 21 listopada 2012 roku w Krakowie na terenie Miasteczka Studenckiego AGH doszło do kłótni dwóch mężczyzn, która przerodziła się w bójkę. Jeden z nich wyciągnął nóż i śmiertelnie ugodził drugiego. W gruncie rzeczy wiadomość trywialna, gdyby nie to, że przedmiotem sporu było... prawo do eksploracji jednego z osiedlowych śmietników.
Tak oto widzimy jak z dnia na dzień podnosi się poziom życia społeczeństwa Zielonej Wyspy (nie mylić z Emerald Isle).
czwartek, 22 listopada 2012
Chore do szpiku
19 listopada dzielni inspektorzy przeprowadzili akcję kontroli taboru autobusów miejskich na Dolnym Śląsku. Początkowo nagłaśniano to w mediach, ale wkrótce zagłuszył to wrzask, jaki się podniósł wokół polskiego Breivika. O dziwo, i o zgrozo(!), GITD postanowił się wynikami swych działań pochwalić. Oto radosna przechwałka zamieszczona na głównej stronie Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego identyczna z tonem i treścią wcześniejszych zachwytów radiowych i telewizyjnych:
Kierowca wjechał autobusem z pasażerami… do stodołyDodano: 20/11/12W dniu 19 listopada inspektorzy transportu drogowego skontrolowali 115 autobusów miejskich na terenie Dolnego Śląska. Kontrole odbywały się we Wrocławiu, Wałbrzychu, Jeleniej Górze i Legnicy. Zatrzymano 48 dowodów rejestracyjnych (41%). We Wrocławiu na 48 kontroli w aż 23 przypadkach pojazdy straciły dowody rejestracyjne. Powody zatrzymania dowodów rejestracyjnych to m.in.: wycieki płynów eksploatacyjnych, niesprawne układy hamulcowe i kierownicze, zbyt zużyty bieżnik opon i usterki w oświetleniu.W Wałbrzychu jeden z kierowców nie zatrzymał się do kontroli i zaczął uciekać. Autobus z pasażerami na pokładzie zatrzymał się dopiero w stodole. Okazało się, że kierowca nie ma prawa jazdy kategorii D oraz badań lekarskich i psychologicznych. Dodatkowo policjanci zatrzymali miesiąc temu dowód rejestracyjny pojazdu z powodu niesprawnego układu kierowniczego i nieprawidłowo działających drzwi. Pojazd nie został naprawiony i przez miesiąc kierowca jeździł bez dowodu rejestracyjnego.
Jakie są Wasze wrażenia z tej lektury? Dla mnie dołujące. Świadczą o kompletnym upadku państwowości i instytucji takich jak policja i GITD, które się cieszą z wyników podobnych akcji, zamiast się ich wstydzić. Podobnie zresztą świadczą o poziomie naszych dziennikarzy, którzy również nie zauważają przewrotności wyników tej akcji. Co ona bowiem w głównej mierze obnaża? Kompletny brak działań, chorobliwe wręcz nieróbstwo instytucji odpowiedzialnych za poziom bezpieczeństwa na drogach, które myślą, że wszystko da się załatwić zza biurka; przy pomocy radarów i kamer oraz wysyłanych pocztą mandatów.
Jak to się stało, że prawie połowa taboru miejskich przewoźników jest niesprawna, choć codziennie mija na drogach samochody policji i GITD? Czy by mogło do tego dojść, gdyby odpowiednie służby codziennie robiły to, do czego są powołane?
Jest to możliwe tylko dlatego, że te instytucje działają tylko na zasadzie akcji, co jest zresztą normalką w naszym kraju również w wielu innych dziedzinach; na co dzień nic nie robią w kierunku poprawy bezpieczeństwa i koncentrują się tylko na wlepianiu mandatów i poprawianiu statystyk. Najlepszym dowodem jest przykład wymieniony w cytowanej notce: kierowca przez miesiąc jeździł bez dowodu rejestracyjnego, gdyż nikomu nie przyszło do głowy by zrobić coś więcej. Policja zabrała dowód i dla niej sprawa była zakończona. Autobus mógł codziennie mijać radiowozy wyposażone w komputery i mające ponoć możliwość sprawdzania takich rzeczy, ale znając polską rzeczywistość kierowca wiedział, że nie niewiele ryzykuje.
Każdy z nas widzi dzień w dzień radiowozy mijające autobusy i ciężarówki dymiące jak parowozy. I żaden nie zostanie skontrolowany pod kątem nadmiernej emisji spalin. Bo nie ma rozkazu. Wielokrotnie zdarzało mi się jadąc pod prąd mijać radiowozy i nie zostałem zatrzymany, gdyż uliczką, z której w ten sposób korzystałem, wyjeżdżano z aktami i nikomu nie chciało się chwytać za dodatkową robotę. Co innego, gdybym spotkał drogówkę.
W regionach rolniczych nagminny jest widok traktorów i maszyn rolniczych niesprawnych technicznie, bez oświetlenia nawet w nocy czy mgle. Potrafią wjeżdżać nawet do miasteczek, w których są komendy. Za komuny nie do pomyślenia!
Ciekaw jestem, ile wystawiono w tym roku mandatów za śmiecenie; za rzucenie papierka, butelki czy wypróżnienie popielniczki z auta na chodnik? Czy więc dziwne, że Polska tonie w śmieciach od morza, przez lasy, aż po górskie szczyty, a w Czechach, że o Niemczech nie wspomnę, jest czyściej?
Ludzie to widzą i też nie chcą reagować, tym bardziej, że mogą wyjść na idiotów, gdy Sąd lub policja nie ukarze wskazanego sprawcy. Na szczęście ostatnio trochę zmienia się podejście do pijanych kierowców i autobusów dla dzieci, ale to tylko delikatna ryska na monolicie niemocy.
Ludzie to widzą i też nie chcą reagować, tym bardziej, że mogą wyjść na idiotów, gdy Sąd lub policja nie ukarze wskazanego sprawcy. Na szczęście ostatnio trochę zmienia się podejście do pijanych kierowców i autobusów dla dzieci, ale to tylko delikatna ryska na monolicie niemocy.
Gdyby takie akcje jak wspomniana we wstępie były codziennością, gdyby tak było od lat, to pewnie doczekalibyśmy normalności. Inaczej w nieskończoność będziemy jedną nogą w Rosji, a drugą w Niemczech.
Póki policja na drodze i GITD będą robić tylko to, co im przełożeni każą, póki będą reagować tylko na przewidziane na dany dzień wykroczenia, a przymykać oczy na to, co im nie pasuje i czego im się z różnych względów nie chce tykać, póty możemy zapomnieć o poprawie bezpieczeństwa na polskich drogach. I w ogóle o poprawie naszej rzeczywistości.
Wasz Andrew
wtorek, 20 listopada 2012
"Kochaj rewolucję!" Aleksander Sołżenicyn - Niespełniona miłość
Kochaj rewolucję!
Aleksander Sołżenicyn
Tytuł oryginalny: Люби революцию
Tłumaczenie: Ewa Skórska-Filip
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 176
Książka Kochaj rewolucję! to nigdy nie ukończona, młodzieńcza powieść Aleksandra Sołżenicyna, rosyjskiego pisarza, laureata nagrody Nobla z roku 1970. Autora Archipelag Gułag poznałem kilka lat temu zupełnie przypadkiem, kiedy błąkając się między półkami ulubionej biblioteki trafiłem w końcu na Oddział chorych na raka. Co ciekawe następnego dnia, świat obiegła wiadomość, że Sołżenicyn zmarł w wieku 90 lat. Dopiero wtedy dowiedziałem się, kogo książkę zamierzam przeczytać.
Sposób na podryw
Najlepszy sposób na podryw? Wprost zaproponować tej, na którą się ma ochotę, pójście do łóżka. Statystycznie dwa na trzy razy dostanie się w twarz, ale i tak się będzie do przodu, a przy tym bez żadnego wysiłku. Tak przynajmniej ponoć twierdziła pewna znana postać historyczna.
A tak na poważnie? Wszelkie poradniki „jak w pięć sekund wyrwać wszystko co się rusza, bez względu na płeć” uważam za dobre dla cieniasów i frajerów, a i to z zastrzeżeniem, że przyszły cel takich umizgów nie czytał tej samej instrukcji, gdyż wtedy mamy zagwarantowany blamaż największy z możliwych. W schematyczny sposób można poderwać tylko schematycznego partnera. Jeśli ktoś jest miernotą i swe kompleksy pragnie leczyć ilością „sukcesów”, to może próbować takiej drogi, ale podejrzewam, iż i tak czeka go potem wielkie rozczarowanie. Nawet Casanova nie miał stuprocentowej skuteczności mimo zdolności i zaawansowanego marketingu.
Albo się jest wirtuozem, który zawsze czuje jak ma coś zrobić, nawet jeśli, świadomie lub nie, łamie wszelkie utarte schematy, albo jest się miernotą, a wtedy można co najwyżej zostać wyuczonym rzemieślnikiem. Nawet geniusze muszą jednak pamiętać o tym, że jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził. Czy nie lepiej, zamiast się okłamywać i pozować na kogo innego, być sobą? Tym bardziej, że sława bawidamka i plotki, które zawsze nas wyprzedzą, mogą być największym problemem do pokonania, gdy w końcu spotkamy tę jedyną osobę.
Popularność podręczników podrywania jest dla mnie jednym z dowodów na to, że wśród moli książkowych jest tyle samo nieciekawych i przeciętnych ludzi, co wśród książkofobów, a ilość przeczytanych książek nie ma niczego wspólnego z inteligencją. Każdy mądry bardziej by koncentrował się na tym, jak się rozwijać, by zatrzymać przy sobie osobę, na której mu zależy, niż na samym momencie zdobywania. Historia wojen i statystyki rozwodów uczą bowiem, iż łatwiej zdobyć niż utrzymać, a strata zdobyczy bardziej boli niż niespełnione pożądanie.
Wasz Andrew
refleksja wywołana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl sponsorowanym przez wydawcę podręcznika podrywu, którego okładkę widać powyżej
Subskrybuj:
Posty (Atom)





