Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Nowa inteligencja

Gabriel Narutowicz - pierwszy Prezydent Rzeczypospolitej, patriota i genialny inżynier, podziwiany w Europie, zamordowany w Polsce, symbol trudnych losów prawych ludzi w naszym kraju.



Nie od dziś wiadomo, że Polak za granicą jest postrzegany najczęściej jako kombinator i cwaniaczek. Na pewno jest to dla wielu krzywdzące, lecz ten stereotyp nie wziął się znikąd. Rozbiory, powstania, okupacja i nieustanna, trwająca do dziś emigracja – przerzedziły szeregi ludzi mądrych, inteligentnych i niepokornych w naszym kraju. Przeżywali, pozostawali i rozmnażali się za to ci, którzy potrafili kombinować nie oglądając się na nic i na nikogo. Co prawda nasz naród nie odszedł aż tak daleko od zwykłej ludzkiej przyzwoitości, jak niektóre narody byłego Związku Radzieckiego, ale równie nam daleko do nich, jak do tych „normalnych”. Wydawałoby się, iż rolą inteligencji jest odbudować zachwianą równowagę, promować tych, którzy chcą uczciwie pracować, być dobrymi i godnymi zaufania fachowcami. Tak się jednak nie dzieje.


Nowa Ustawa o Szkolnictwie Wyższym uzależniła uzyskanie stypendium dla najlepszych studentów nie tylko od wyników w nauce, czyli od średniej ocen, jak było dotychczas, ale również od „osiągnięć”. Brane są pod uwagę „osiągnięcia naukowe lub osiągnięcia artystyczne lub wysokie wyniki sportowe we współzawodnictwie międzynarodowym lub krajowym”. Nie będę już komentował polszczyzny ustawodawcy, który nie wie co to przecinek i powtórzenie, gdyż poziom naszych elit to temat morze, więc od razu przejdę do meritum. O ile wyniki sportowe są dość łatwe do zweryfikowania, choć i one pozostawiają pewne pole manewru dla kombinatorów, to nie wyobrażam sobie wyceny osiągnięć artystycznych. Jak przewidziałby średnio inteligentny dzieciak z liceum, co jednak przerosło naszych ustawodawców, jest to idealna furtka, by nabić sobie punkty. No i studenci ruszyli po zaświadczenia, których nie ma praktycznie jak zweryfikować, i oto na przykład na KUL-u stypendium „naukowe” zdobył student ze średnią ocen 3,19, a nie załapał się taki ze średnią 4,95*. Czyż trudno o bardziej czytelny sygnał, że uczciwa, rzetelna praca przez cały rok, w dodatku wymagająca pewnie uzdolnień, gdyż z samą pracą o średnią w okolicy 5 trudno, nie jest wskazana, że zamiast zdobywać wiedzę, lepiej kombinować?

Ustawodawca broni się, iż uczelniom pozostawiono wolność w ustalaniu wagi, jaka będzie przykładana do owych „osiągnięć” i można wszystko ustawić tak, by nie było sytuacji podobnej jak choćby na nieszczęsnym KUL-u. Dla mnie to żadne usprawiedliwienie, gdyż jeśli się daje dziecku nabity pistolet, to jest się odpowiedzialnym za skutki, które z tego mogą wyniknąć. A że niektóre uczelnie zachowały się jak dziecko bawiące się naładowanym pistoletem tatusia, to i ustawodawca powinien się czuć winnym. A że się nie czuje? To też jeden z objawów tego, jak daleko nam do normalności.

Zostawmy jednak nieszczęsny KUL i popatrzmy na uczelnie, które w swych wzorach na punkty do stypendium przyłożyły niewielką wagę do „osiągnięć”, premiując głównie średnią. Co mają zrobić studiujący tam utalentowani sportowcy, którzy nie do końca mogą poświęcić się nauce w takim stopniu, jak kujony? Też chyba nie do końca dobre rozwiązanie.

Są również uczelnie, które za pomocą zapisów o głosie rektora i samorządu zostawiły sobie furtkę, by ręcznie korygować listę przyznawanych stypendiów, gdyby miało dojść do takich cyrków jak na KUL-u. Czy to jednak nie brzmi jak „punkty punktami, średnia średnią, a my i tak damy komu chcemy”? Czy taki zapis, w gruncie rzeczy o uznaniowości, nie budzi wątpliwości co do uczciwości podjętych decyzji? Wszak nie urodziliśmy się wczoraj i każdy wie, co znaczą w Polsce znajomości…

Najważniejsze, o czym jakoś nikt nie mówi, to fakt, iż w wielu krajach na uczelniach są stypendia za „osiągnięcia”, jak choćby powszechnie znane stypendia sportowe w USA. Jest tylko jedna różnica, ale za to zasadnicza. Jeśli stypendium dla sportowca, artysty czy innego wybitnego, ale niechętnego nauce studenta, jest fundowane z innej puli, niż stypendia za średnią i wyniki w nauce, to nikt nie ma wrażenia, że nie warto się uczyć. Sportowiec nie zabiera miejsca utalentowanemu i pracowitemu studentowi. Niezależnie od sportowców, dla kujonów przypadnie tyle samo pieniędzy i tyle samo miejsc. Nie ma wrażenia, że nie warto uczciwie pracować. Każdy ma prawo wyboru i jasne kryteria. Właśnie tego u nas zawsze brakuje i mam wrażenie, że brakuje coraz bardziej.

Kto choć trochę się orientuje, jak jest w zachodnich dobrych szkołach, i kto ma w sobie choć trochę uczciwości oraz cywilnej odwagi, której od naszych polityków daremnie by oczekiwać, nie może zaprzeczyć, że powszechne zżynanie na wszystkich etapach naszej edukacji jest hańbą, która stawia nas bardzo daleko od normalnego, uczciwego społeczeństwa. Jest to zarazem kradzież i oszustwo, a jest powszechne i milcząco akceptowane. Do tego mnóstwo innych patologii i coraz słabszy poziom nauczycieli, zwłaszcza na wsi. W tej sytuacji studia są ostatnim momentem, w którym przyszłą inteligencję można próbować nieco naprostować. Tymczasem nowy system przyznawania stypendiów „za osiągnięcia” jeszcze pogłębi degenerację naszego systemu oświaty, co odbije się na całym społeczeństwie, gdy nowe roczniki „inteligentów” wejdą w dorosłe życie. Najlepsi i niezłomni wyjadą albo pozostaną na miejscu i szybko się wypalą, stępią niby piła na zapiaszczonej desce. Pozostali się przystosują i będą pomagać w budowie polskiego piekiełka.


Wasz Andrew


Pozostaje to tajemnicą i tragedią historii, że naród [Polacy] gotów do wielkiego heroicznego wysiłku, uzdolniony, waleczny, ujmujący powtarza zastarzałe błędy w każdym prawie przejawie swoich rządów. Wspaniały w buncie i nieszczęściu, haniebny i bezwstydny w triumfie. Najdzielniejszy pośród dzielnych, prowadzony przez najpodlejszych wśród podłych.


Winston Churchill




* Za Lublin.gazeta.pl z dnia 22-11-2012.

piątek, 23 listopada 2012

Zabójstwo na Wyspie Zielonej



W dniu 21 listopada 2012 roku w Krakowie na terenie Miasteczka Studenckiego AGH doszło do kłótni dwóch mężczyzn, która przerodziła się w bójkę. Jeden z nich wyciągnął nóż i śmiertelnie ugodził drugiego. W gruncie rzeczy wiadomość trywialna, gdyby nie to, że przedmiotem sporu było... prawo do eksploracji jednego z osiedlowych śmietników.

Tak oto widzimy jak z dnia na dzień podnosi się poziom życia społeczeństwa Zielonej Wyspy (nie mylić z Emerald Isle).

czwartek, 22 listopada 2012

Chore do szpiku



19 listopada dzielni inspektorzy przeprowadzili akcję kontroli taboru autobusów miejskich na Dolnym Śląsku. Początkowo nagłaśniano to w mediach, ale wkrótce zagłuszył to wrzask, jaki się podniósł wokół polskiego Breivika. O dziwo, i o zgrozo(!), GITD postanowił się wynikami swych działań pochwalić. Oto radosna przechwałka zamieszczona na głównej stronie Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego identyczna z tonem i treścią wcześniejszych zachwytów radiowych i telewizyjnych:


Kierowca wjechał autobusem z pasażerami… do stodoły

Dodano: 20/11/12

W dniu 19 listopada inspektorzy transportu drogowego skontrolowali 115 autobusów miejskich na terenie Dolnego Śląska. Kontrole odbywały się we Wrocławiu, Wałbrzychu, Jeleniej Górze i Legnicy. Zatrzymano 48 dowodów rejestracyjnych (41%). We Wrocławiu na 48 kontroli w aż 23 przypadkach pojazdy straciły dowody rejestracyjne. Powody zatrzymania dowodów rejestracyjnych to m.in.: wycieki płynów eksploatacyjnych, niesprawne układy hamulcowe i kierownicze, zbyt zużyty bieżnik opon i usterki w oświetleniu.
W Wałbrzychu jeden z kierowców nie zatrzymał się do kontroli i zaczął uciekać. Autobus z pasażerami na pokładzie zatrzymał się dopiero w stodole. Okazało się, że kierowca nie ma prawa jazdy kategorii D oraz badań lekarskich i psychologicznych. Dodatkowo policjanci zatrzymali miesiąc temu dowód rejestracyjny pojazdu z powodu niesprawnego układu kierowniczego i nieprawidłowo działających drzwi. Pojazd nie został naprawiony i przez miesiąc kierowca jeździł bez dowodu rejestracyjnego.

Jakie są Wasze wrażenia z tej lektury? Dla mnie dołujące.  Świadczą o kompletnym upadku państwowości i instytucji takich jak policja i GITD, które się cieszą z wyników podobnych akcji, zamiast się ich wstydzić. Podobnie zresztą świadczą o poziomie naszych dziennikarzy, którzy również nie zauważają przewrotności wyników tej akcji. Co ona bowiem w głównej mierze obnaża? Kompletny brak działań, chorobliwe wręcz nieróbstwo instytucji odpowiedzialnych za poziom bezpieczeństwa na drogach, które myślą, że wszystko da się załatwić zza biurka; przy pomocy radarów i kamer oraz wysyłanych pocztą mandatów.

Jak to się stało, że prawie połowa taboru miejskich przewoźników jest niesprawna, choć codziennie mija na drogach samochody policji i GITD? Czy by mogło do tego dojść, gdyby odpowiednie służby codziennie robiły to, do czego są powołane?

Jest to możliwe tylko dlatego, że te instytucje działają tylko na zasadzie akcji, co jest zresztą normalką w naszym kraju również w wielu innych dziedzinach; na co dzień nic nie robią w kierunku poprawy bezpieczeństwa i koncentrują się tylko na wlepianiu mandatów i poprawianiu statystyk. Najlepszym dowodem jest przykład wymieniony w cytowanej notce: kierowca przez miesiąc jeździł bez dowodu rejestracyjnego, gdyż nikomu nie przyszło do głowy by zrobić coś więcej. Policja zabrała dowód i dla niej sprawa była zakończona. Autobus mógł codziennie mijać radiowozy wyposażone w komputery i mające ponoć możliwość sprawdzania takich rzeczy, ale znając polską rzeczywistość kierowca wiedział, że nie niewiele ryzykuje.

Każdy z nas widzi dzień w dzień radiowozy mijające autobusy i ciężarówki dymiące jak parowozy. I żaden nie zostanie skontrolowany pod kątem nadmiernej emisji spalin. Bo nie ma rozkazu. Wielokrotnie zdarzało mi się jadąc pod prąd mijać radiowozy i nie zostałem zatrzymany, gdyż uliczką, z której w ten sposób korzystałem, wyjeżdżano z aktami i nikomu nie chciało się chwytać za dodatkową robotę. Co innego, gdybym spotkał drogówkę.

W regionach rolniczych nagminny jest widok traktorów i maszyn rolniczych niesprawnych technicznie, bez oświetlenia nawet w nocy czy mgle. Potrafią wjeżdżać nawet do miasteczek, w których są komendy. Za komuny nie do pomyślenia!

Ciekaw jestem, ile wystawiono w tym roku mandatów za śmiecenie; za rzucenie papierka, butelki czy wypróżnienie popielniczki z auta na chodnik? Czy więc dziwne, że Polska tonie w śmieciach od morza, przez lasy, aż po górskie szczyty, a w Czechach, że o Niemczech nie wspomnę, jest czyściej?

Ludzie to widzą i też nie chcą reagować, tym bardziej, że mogą wyjść na idiotów, gdy Sąd lub policja nie ukarze wskazanego sprawcy. Na szczęście ostatnio trochę zmienia się podejście do pijanych kierowców i autobusów dla dzieci, ale to tylko delikatna ryska na monolicie niemocy.

Gdyby takie akcje jak wspomniana we wstępie były codziennością, gdyby tak było od lat, to pewnie doczekalibyśmy normalności. Inaczej w nieskończoność będziemy jedną nogą w Rosji, a drugą w Niemczech.

Póki policja na drodze i GITD będą robić tylko to, co im przełożeni każą, póki będą reagować tylko na przewidziane na dany dzień wykroczenia, a przymykać oczy na to, co im nie pasuje i czego im się z różnych względów nie chce tykać, póty możemy zapomnieć o poprawie bezpieczeństwa na polskich drogach. I w ogóle o poprawie naszej rzeczywistości.


Wasz Andrew

wtorek, 20 listopada 2012

"Kochaj rewolucję!" Aleksander Sołżenicyn - Niespełniona miłość

Kochaj rewolucję!

Aleksander Sołżenicyn

Tytuł oryginalny: Люби революцию
Tłumaczenie: Ewa Skórska-Filip
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 176
 



 
 
Książka Kochaj rewolucję! to nigdy nie ukończona, młodzieńcza powieść Aleksandra Sołżenicyna, rosyjskiego pisarza, laureata nagrody Nobla z roku 1970. Autora Archipelag Gułag poznałem kilka lat temu zupełnie przypadkiem, kiedy błąkając się między półkami ulubionej biblioteki trafiłem w końcu na Oddział chorych na raka. Co ciekawe następnego dnia, świat obiegła wiadomość, że Sołżenicyn zmarł w wieku 90 lat. Dopiero wtedy dowiedziałem się, kogo książkę zamierzam przeczytać.

Sposób na podryw



Najlepszy sposób na podryw? Wprost zaproponować tej, na którą się ma ochotę, pójście do łóżka. Statystycznie dwa na trzy razy dostanie się w twarz, ale i tak się będzie do przodu, a przy tym bez żadnego wysiłku. Tak przynajmniej ponoć twierdziła pewna znana postać historyczna.


A tak na poważnie? Wszelkie poradniki „jak w pięć sekund wyrwać wszystko co się rusza, bez względu na płeć” uważam za dobre dla cieniasów i frajerów, a i to z zastrzeżeniem, że przyszły cel takich umizgów nie czytał tej samej instrukcji, gdyż wtedy mamy zagwarantowany blamaż największy z możliwych. W schematyczny sposób można poderwać tylko schematycznego partnera. Jeśli ktoś jest miernotą i swe kompleksy pragnie leczyć ilością „sukcesów”, to może próbować takiej drogi, ale podejrzewam, iż i tak czeka go potem wielkie rozczarowanie. Nawet Casanova nie miał stuprocentowej skuteczności mimo zdolności i zaawansowanego marketingu.

Albo się jest wirtuozem, który zawsze czuje jak ma coś zrobić, nawet jeśli, świadomie lub nie, łamie wszelkie utarte schematy, albo jest się miernotą, a wtedy można co najwyżej zostać wyuczonym rzemieślnikiem. Nawet geniusze muszą jednak pamiętać o tym, że jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził. Czy nie lepiej, zamiast się okłamywać i pozować na kogo innego, być sobą? Tym bardziej, że sława bawidamka i plotki, które zawsze nas wyprzedzą, mogą być największym problemem do pokonania, gdy w końcu spotkamy tę jedyną osobę.

Popularność podręczników podrywania jest dla mnie jednym z dowodów na to, że wśród moli książkowych jest tyle samo nieciekawych i przeciętnych ludzi, co wśród książkofobów, a ilość przeczytanych książek nie ma niczego wspólnego z inteligencją. Każdy mądry bardziej by koncentrował się na tym, jak się rozwijać, by zatrzymać przy sobie osobę, na której mu zależy, niż na samym momencie zdobywania. Historia wojen i statystyki rozwodów uczą bowiem, iż łatwiej zdobyć niż utrzymać, a strata zdobyczy bardziej boli niż niespełnione pożądanie.


Wasz Andrew

refleksja wywołana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl sponsorowanym przez wydawcę podręcznika podrywu, którego okładkę widać powyżej

poniedziałek, 19 listopada 2012

Rzeki Hadesu



Rzeki Hadesu

Marek Krajewski


Popularność, dodajmy od razu, iż całkiem zasłużoną, przyniósł Markowi Krajewskiemu cykl klasycznych kryminałów o śledztwach prowadzonych przez przedwojennego wrocławskiego detektywa Eberharda Mocka. Później autor stworzył drugą postać pierwszoplanową – lwowskiego policjanta Edwarda Popielskiego, dla którego rozpoczął nową serię powieściową. W Rzekach Hadesu pisarz postanowił doprowadzić do bezpośredniego spotkania tych dwóch mężczyzn o silnych osobowościach. Co c tego wyszło?

W przedwojennym Lwowie dochodzi do porwania i zgwałcenia nastoletniej dziewczynki. Sprawą zajmuje się oczywiście Popielski. Niestety, sprawca nie zostaje ujęty, choć jego tożsamość udaje się odkryć. Potem przychodzi wojna i w powojennym Wrocławiu, gdzie trafiło wielu byłych Lwowiaków, znów splatają się losy pedofila, który dotąd unikał kary, i Edwarda Popielskiego, który już z policją nie ma niczego wspólnego poza tym, że musi jej unikać jak ognia. Tam pojawia się również Mock, który pomaga Popielskiemu, dzięki czemu oba cykle powieściowe zostają połączone. Jak się to wszystko skończy oczywiście nie zdradzę; odebrałoby to książce wiele.

Rzeki Hadesu, jak wszystkie powieści Krajewskiego, są stylistycznie na najwyższym poziomie. Pod tym względem w polskim kryminale współczesnym jest nasz pisarz klasą samą w sobie. Również dbałość o szczegóły historyczne jest stałym wyznacznikiem jego twórczości. Niestety na szczegółach się kończy i w moim odczuciu autor jest jednak tylko perfekcyjnym rzemieślnikiem. Pomimo dbałości o detale, obraz Lwowa, ale nie ten wizualny, a ów dotyczący rzeczy niepomiernie ważniejszych, czyli przedwojennych realiów społecznych, jest dla mnie nieprzekonujący. Wirtuoz nawet zmyślając wszystko, od początku do końca, potrafi ukazać prawdę, ukazać jak było; jak myśleli ludzie, jak czuli, jakie były mechanizmy społeczne i ukryte sprężyny działania władzy. Zmyślając jest bardziej prawdziwy niż ci, którzy opierając się na realiach nie potrafią odtworzyć niczego, co poza konkrety wykracza. Szkoda, że Krajewskiemu w obecnym podejściu tej zaklętej granicy nie udało się przekroczyć, co nie zmienia faktu, iż w tym kanonie w polskiej literaturze w chwili obecnej jest bezkonkurencyjny. Zaznaczam jednak, że tylko w Polsce i tylko w granicach wąsko pojmowanego kryminału. Gdyby rozpatrywać również sensację i powieść szpiegowską, liderem bym go już nie określił.

Rzeki Hadesu często są określane jako obrzydliwe, makabryczne, odrażające. Ja niczego z tych rzeczy w nich nie zobaczyłem. Owszem – jest to kryminał, ale nie mroczny, jak choćby prześwietne powieści Kena Bruena, tylko brudny. I dobrze; to powiew autentyczności. Kto robi w brudach, ten choćby nie wiem jak chciał, czystym nie pozostanie. Jeśli ktoś chce czytać o zbrodni, niech nie oczekuje przyjemnej rozrywki. Jeśli powiemy, że Rzeki Hadesu są odrażające, to jak nazwiemy choćby American Psycho? Nie szafujmy mocnymi określeniami, by nam ich nie zabrakło wtedy, gdy będą potrzebne. Inna sprawa, że brudów, tych w myślach i ustach postaci powieści Krajewskiego, jest najczęściej zbyt mało. Nawet ludzie ewidentnie prości i z marginesu wyrażają się zbyt cenzuralnie, a myślą wręcz jak literaci.

Jak wspomniałem, w kwestii tła i klimatu społecznego, mechanizmów międzyludzkich i zachowań różnych osób w zmiennych warunkach, Rzeki Hadesu wypadają słabo. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę specyfikę gatunku, czyli powieść nieporównanie bliższą kryminałowi w stylu Conan Doyle’a niż choćby współczesnemu kryminałowi skandynawskiemu, to wówczas należy tę powieść ocenić całkiem odmiennie. Nikt przecież nie zarzuca westernowi infantylności scen pojedynków przed saloonem, więc i klasycznemu kryminałowi nie sposób wytykać zbyt mocno pewnej charakterystycznej płytkości. Rzeki Hadesu to kawał dobrego pisarskiego rzemiosła i po uwzględnieniu ograniczeń kanonu jest to rzecz w gruncie rzeczy do polecenia, ale raczej tylko i wyłącznie miłośnikom takiej właśnie odmiany gatunku, niż dobrej literatury w sensie bardziej ogólnym, tym bardziej, iż nawet wcześniejsze powieści autora, jak choćby Festung Breslau, wypadają bardziej przekonująco niż ta właśnie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że za dużo w Rzekach Hadesu zagrań pod publiczkę, jak choćby przejaskrawiona polskość Lwowa czy zalatujący serialem Czas Honoru obraz powojennej rzeczywistości zogniskowany na niedobitkach AK i zaprzedanej ZSRR polskiej służbie bezpieczeństwa. Może to tylko takie moje odczucia, niemniej jednak mam wrażenie, iż uwzględniając wszelkie aspekty, nie jest to książka, którą z czystym sumieniem mógłbym polecić komukolwiek poza zagorzałymi miłośnikami kryminałów. Niestety, gdyż tego pisarza stać na więcej, czego już dawał dowody


Wasz Andrew

czwartek, 15 listopada 2012

dawne dobre czasy



(…) starożytni Grecy mieli bóstwa pijaństwa i radości, Bachusa i Dionizosa. My za to mamy Freuda, kompleks niższości i psychoanalizę.
 

Erich Maria Remarque Łuk triumfalny