Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 10 lutego 2012

Wierny szpieg



Czy zastanawialiście się dlaczego USA i sojusznicy nie mogą sobie poradzić z terroryzmem? Pomimo satelitów, totalnej inwigilacji rodem z Orwella, która dzisiejszą demokrację zmieniła w parodię tego słowa, pomimo komputerów, tortur i bogactwa?


Kiedyś byłem fanem Toma Clancy’ego, którego powieści w stylu Polowania na Czerwony Październik były moją ulubioną rozrywką. Niestety, ostatnie rzeczy, które wyszły spod jego pióra, trudno nazwać dziełami. Na kilometr tchną sztampą i kiczem, stają się symbolem amerykańskiego stylu pisania „bestsellerów” w najgorszym znaczeniu tego słowa.

W poszukiwaniu nowych trendów sięgnąłem po powieść Alexa Berensona Wierny szpieg (The Faithful Spy). Wziąłem ją do ręki z pewną dozą nieśmiałości, gdyż entuzjastyczne recenzje amerykańskich krytyków zamieszczona na okładce z jednej strony kusiły a z drugiej ostrzegały. Obawiając się kolejnej szmiry nastawionej na zadowolenie jak najliczniejszej, niekoniecznie inteligentnej, rzeczy czytelników rozpocząłem lekturę.

Tytułowym wiernym szpiegiem jest John Wells, agent CIA, któremu dzięki wrodzonym talentom, pochodzeniu i szkoleniu udaje się, jako jednemu z niewielu Amerykanów, dostać w szeregi Al-Kaidy. Jako jedynemu udaje mu się dotrzeć w najbliższe otoczenie Osamy ale to wszystko trwa tak długo, iż jego mocodawcy zaczynają nabierać wątpliwości co do wierności swego agenta. Sprawę dodatkowo komplikują wydarzenia 11 września 2001 roku którym John nie zapobiegł i o których nie ostrzegał. Jakby tego było mało staje się on autentycznym muzułmaninem, który w Koranie odnajduje Prawdę. Potem całkowicie zrywa kontakt z centralą, co jeszcze zwiększa podejrzenia CIA.

Al-Kaida szykuje nową masakrę w Stanach, by znienawidzonym kafirom nie dać zapomnieć o World Trade Center. Jaki cios planują dla USA islamiści? Czy agent Wells okaże się bohaterem, czy zdrajcą? Na to i wiele pytań odpowiedzi poszukajcie sami. Znajdziecie również wątek miłosny, czyli to co kobiety lubią najbardziej, i fachowość w dziedzinie wyposażenia spec służb, czyli to, co najbardziej lubią tygrysy. Zdecydowanie zachęcam do przeczytania tej książki, gdyż lektura jest rozrywką wręcz fantastyczną. Tradycyjnie nie polecam zakupu powieści, choć jest rewelacyjna. Po prostu nie widzę powodu by do niej wracać, tak jak nie ma sensu po raz drugi zdobywać tej samej góry – jest jeszcze tyle innych, które na nas czekają. Poza tym korzystanie z biblioteki jest bardziej ekologiczne, no chyba że przeczytane książki oddajemy w darze bibliotece publicznej.

Wierny szpieg obrazowo i w sensacyjnej formie daje odpowiedź na pytanie postawione we wstępie. O ile cierpienia słabszych są dla wszystkich oczywiste, o tyle większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z trudności, jakie stawia konflikt asymetryczny przed silniejszą ze stron. To bardzo cenna książka, gdyż w Polsce praktycznie się o tym nie mówi i większość społeczeństwa nie może tego zrozumieć, a trudno od wszystkich oczekiwać szukania odpowiedzi w bardziej fachowych źródłach. Tym, którzy sami wiedzą co jest grane, powieść nie powie wiele nowego, ale zapewni świetną rozrywkę i przeniesienie się w autentyczny klimat terroru i antyterrorystów, gdzie obie strony bywają równie okrutne i trudno odróżnić bandytę od szeryfa. Niestety, w życiu jest chyba jeszcze dużo, dużo gorzej niż w powieści. Nawet tak dobrej jak ta...


Wasz Andrew

czwartek, 9 lutego 2012

Oczy anioła



Angel Eyes (2001)



Z „pewną nieśmiałością” zacząłem oglądać ten film, bo Jennifer Lopez nie kojarzy mi się, najoględniej rzecz biorąc, z aktorstwem najwyższych lotów. Pierwsze minuty filmu to dosyć wartka akcja. Bez żadnych rewelacji, jak w typowym odcinku pierwszego lepszego serialu kryminalnego, ale da się oglądać.

Akcja od początku kręci się wokół Sharon Pogue (Jennifer Lopez), policjantki z problemami i Catcha (James Caviezel), faceta po naprawdę poważnych przejściach. Z filmu sensacyjnego mamy tylko tło, czyli epizody z policyjnych przygód Sharon.



Osią fabuły jest uczucie rodzące się pomiędzy tą dwójką od momentu, gdy Catch ratuje życie Sharon w czasie starcia z bandziorami. Ciekawość widza od początku wzbudza tajemnica Catcha, który nie figuruje w żadnych spisach, nie ma numeru ubezpieczenia ani nawet mebli w mieszkaniu. Rodząca się miłość pozwala jednak przezwyciężyć wszystkie przeszkody i uporać się z upiorami przeszłości. Co i jak zobaczcie sami.



To jednak, co zostawiam na koniec, to smaczki. Film ten mogę zdecydowanie polecić dla gry Jamesa Caviezela – jest naprawdę niezły. Muzyczka jest tym, co przesłania ewentualne niedociągnięcia. Film warto obejrzeć choćby tylko dla popisowej gry na trąbce, jaką mamy okazję usłyszeć, gdy Catch zaczyna przypominać sobie, kim był w przeszłości. Ten kawałek jest naprawdę rewelacyjny, o czym z pełnym przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew





środa, 8 lutego 2012

Śmierć w Breslau



Śmierć w Breslau jest druga powieścią Marka Krajewskiego, która wpadła mi w ręce (po Festung Breslau). To pierwsza z cyklu powieści o życiu Eberharda Mocka, biorąc pod uwagę chronologię zdarzeń, które jak dotąd seria zawiera. Jest to czarny, bardzo czarny kryminał, z dużą dawką pesymizmu, demoralizacji i dekadencji.


Eberhard Mock, wrocławski radca kryminalny, staje przed zadaniem wykrycia sprawców brutalnego zgwałcenia i zabójstwa młodej arystokratki, wraz z którą zostają pozbawione życia jeszcze dwie inne osoby. Sprawę komplikuje sytuacja polityczna we Wrocławiu i w całych Niemczech. Jest to czas Nocy Długich noży, początków holocaustu i drogi Hitlera do podboju świata. Walka o władzę pomiędzy piewcami nowego porządku oraz powiązania ze starymi układami, które teraz mogą być zgubną plamą na życiorysie, komplikują sytuację Mocka niepewnego nie tylko własnej kariery, ale i głowy. Wpływają również na prowadzone przez niego śledztwo i jego wyniki. Tradycyjnie fabuły nie będę opisywał, gdyż po odkryciu kart lektura nie będzie miała sensu, podobnie jak rozgrywka w pokera.

Śmierć w Breslau, jak wspomniałem na wstępie, jest bardzo mroczna. Nie tyle ze względu na zbrodnie, których w powieści nie brakuje, ale z powodu spojrzenia na ówczesny Wrocław, który jawi się jako miasto zamieszkane tylko i wyłącznie przez prostytutki, dziwkarzy, alfonsów, złodziei i wszelkiego rodzaju degeneratów. Mnie osobiście zaczęło to po pewnym czasie męczyć, choć w pewnym zakresie obraz ówczesnych Niemiec chyba zbyt daleko od obrazu z powieści Krajewskiego nie odbiega.

Jak na kryminał, język jest bardzo bogaty i plastyczny; żaden rodzaj powieści by się go nie powstydził. Do tego dochodzi rewelacyjna wierność topograficzna. To prześwietny pomysł i taki charakterystyczny rys twórczości autora, który wiele sprytu i pracy włożył w zdobycie wiedzy o świecie, w którym umieścił akcję i swego bohatera. Czuje się prawdziwość starego Breslau; promieniuje to na postaci i akcję, całkowicie przecież fikcyjną. Tu dochodzimy do słabego punktu tej książki. Realia leżące u podłoża zabójstwa, które jest osią kryminału, podobnie jak motywy działania ofiar i sprawców, są mało przekonujące, niespójne historycznie i charakterologicznie. Kolokwialnie mówiąc, kupy się wszystko nie trzyma. Gdyby nie to, powieść warta byłaby polecenia bez zastrzeżeń.

Reasumując, w starej skali ocen, piątka, ale „na szynach”. Świetna rzecz dla miłośników kryminałów, mrocznych klimatów i historycznych smaczków. Dla reszty świata rzecz warta co najwyżej wypożyczenia, na pewno nie zakupu. Z całą pewnością nie jest to też lektura dla ludzi w dołku, o czym Was uprzedzam


Wasz Andrew

wtorek, 7 lutego 2012

Sędzia i jego ćpun



Detlef Wolff

Sędzia i jego ćpun
Der Richter und sein Fixer


Powieść Detlefa Wolffa to klasyczny kryminał. Komisarz niemieckiej policji kryminalnej Gernot Katenkamp wyjeżdża wraz z żoną na urlop do Bangkoku, gdzie spotyka rodaka, sędziego Hannsa Überlendera i jego piękną, młodą, drugą żonę. Tytułowy sędzia prosi gliniarza o pomoc w odszukaniu swego syna narkomana, który ma przebywać w mieście. Jak szybko się okazuje prośba ta ma drugie dno. Sprawa szybko nabiera kryminalnego aspektu. Co dalej przekonajcie się sami.

Sędzia i jego ćpun to lektura, którą polecałbym raczej miłośnikom gatunku, niż wszystkim czytelnikom. Jej nietypowy układ, w którym praktycznie wszystko od początku jest wiadome, przypomina raczej zbeletryzowany reportaż kryminalny niż wymyśloną powieść. Brak stąd napięcia i zagadek, których nieodłącznie oczekujemy od kryminału. Wiemy kto zabił i dlaczego. Jedyne, czego nie wiemy, to czy jeszcze zabije i jak wpadnie. W dodatku postać sprawcy jakaś taka dęta. Dość celnie oddane motywy i mechanizmy światka przestępczo-narkotykowego to dla mnie za mało, by móc ocenić tę powieść na wyżej niż cztery w starej skali ocen i dłużej się nad nią rozwodzić. Jeśli nie macie co robić i uwielbiacie kryminałki, to możecie sobie toto wypożyczyć. Przeciętnemu czytelnikowi nie polecam, a zakup odradzam absolutnie. Lepiej zainwestować choćby w piwo


Wasz Andrew

poniedziałek, 6 lutego 2012

Ciemności, weź mnie za rękę




Zachęcony pozytywnymi recenzjami sięgnąłem po książkę wcześniej nieznanego mi autora, Dennisa Lehane, noszącą wiele obiecujący tytuł Ciemności, weź mnie za rękę. W oryginale Darkness, Take My Hand, co jest warte podkreślenia, gdyż wierne tłumaczenie tytułów staje się ostatnio, nie wiem dlaczego, de mode.


Lektura zaczęła się bardzo interesująco. Już po kilku rozdziałach ten klasyczny kryminał, bo do tego gatunku należy niewątpliwie zaliczyć powieść D. Lehane, wciągnął mnie na dobre. Autor z prawdziwym mistrzostwem buduje uczucie zagrożenia jakiemu podlega główny bohater, Patrick Kenzie. Narastające uczucie obawy o życie swoich bliskich, poszukiwania motywów jakimi kieruje się mroczny zabójca, rozpaczliwe dążenie do odkrycia jego tożsamości.

Fabuły nie będę streszczał, by nie pozbawić Was tego dreszczyku emocji, który niewątpliwie towarzyszy tej lekturze. Jest tu i klasyczna, otwarta do ostatniej chwili zagadka; kto jest morderca, jest i suspens, i nastrój, i akcja. Jest nawet sporo mądrych pytań i materiału do refleksji. A jednak czegoś brakuje.

Już od połowy powieści miałem wrażenie, iż autor za bardzo chciał napisać bestseller. Opisy zbrodni jakby na siłę okrutnych, do przesady krwawych. Prawdziwy odpowiednik literacki ton ketchupu lejących się z ekranu w kryminałach i horrorach drugiego gatunku. Do tego ci psychopaci. Chyba Dennis Lehane nie wie nawet co oznacza ten termin i ilu takich ludzi jest wokół niego. Pomijając już niejednoznaczność i podzielność tego określenia, można powiedzieć, iż podobnie jak nie ma na Ziemi nie ma czerni ni bieli doskonałej, a jest mnóstwo szarości, tak i wśród ludzi; o stuprocentowych psychopatów lub całkiem normalnych trudno, pełno zaś takich, którzy mogą być tym lub tamtym zależnie od różnych czynników. Denerwuje mnie już utożsamianie morderców z psychopatami. Nikogo nie karze się za to, że jest pedofilem, psychopatą, faszystą czy fetyszystą. Karze podlegają czyny: zabójstwa, zgwałcenia, obnażanie się w miejscach publicznych, itd.

Nie każdy, nawet zdecydowany, psychopata jest groźny dla otoczenia. Jeśli zdrowe są mechanizmy społeczne to nawet osobnik psychopatyczny może uznać, iż najkorzystniejsze dla niego jest przestrzeganie norm społecznych. W każdym społeczeństwie stosunek procentowy poszczególnych odchyleń od normy jest taki sam. Fakt, że w różnych społeczeństwach stopień zagrożenia przestępczością w ogólności jest różny, a także różne jest zagrożenie poszczególnymi kategoriami czynów, jest najlepszym przykładem, iż to społeczeństwo samo sobie w dużym stopniu jest winne jeśli psychopata, pedofil czy inny taki to a taki zostanie zabójcą lub innym przestępcą. To jednak temat na osobne rozważania. Kończąc dygresje o złożoności działań ludzkich i reasumując wrażenia z lektury, muszę stwierdzić, że ta powieść D. Lehane jest warta wypożyczenia z biblioteki i przeczytania jeśli szukacie czegoś, co oderwie Was od problemów i zapewni dreszczyk emocji. Na pewno to lepsze niż serial kryminalny w TV, zwłaszcza dla miłośników kryminałów, thrillerów i horrorów. Odradzam jednak kupno tej książki i postawienie jej na widocznym miejscu na półce w salonie. To mocna czwórka w starej skali ocen ale do piątki jej jednak daleko. Bardzo daleko, o czym Was szczerze zapewniam... 



Wasz Andrew


niedziela, 5 lutego 2012

Seks z internetu



Jakiś czas temu telewizja zafundowała nam po dzienniku dramat obyczajowy w reżyserii Toma McLoughlina Seks z internetu (2005, Cyber Seduction: His Secret Life). Opowiada on, nawet ciekawie, o uzależnieniu młodego chłopaka od internetowej pornografii. Jego nałóg staje się tak silny, że w końcu nie potrafi on już normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Oczywiście, jak na film made in USA przystało, główny bohater na koniec, gdy jest już na dnie, przełamuje się, decyduje na terapię odwykową i obiecuje, że od tej chwili wszystko będzie dobrze.


Może ten film niósłby jakieś wartości, bo wszak ostrzega przed niebezpieczeństwami, jakie czyhają w internecie, gdyby nie jego czarno-biały sposób widzenia świata. Ten daltonizm jest tak skrajny, że aż bliski naszej, polskiej rzeczywistości. Każdy, kto ma odwagę przyznać, że lubi oglądać pornografię, jest według McLoughlina be, a każdy, kto jej nie lubi, jest O.K. W filmie wszyscy pozytywni bohaterowie na wszelką wzmiankę o pornografii wołają „Co za syf! Nie chcę oglądać tego świństwa!”. Jedyną osobą, która nieśmiało próbuje wtrącić głos rozsądku, to ojciec nieszczęśliwego młodziana opętanego przez demona internetowego seksu. Mówi on, że każdy chłopak lubi oglądać od czasu do czasu takie zdjęcia i że to samo w sobie nic złego. Niestety, trudno go ocenić jako postać pozytywną, gdyż tak naprawdę bagatelizuje problem, jakim jest nałóg syna, co prowadzi do tego, że sytuacja staje się z czasem katastrofalna.

Teraz docieramy do sedna sprawy. To nie pornografia jest groźna, zła, niemoralna czy też szkodliwa. (Zresztą czym jest pornografia i czy można się wypowiadać o szkodliwości czegoś, czego nikt nie umie określić ani zdefiniować? To osobny temat, więc odsyłam do mojego tekstu z 2008 roku.) Szkodliwy, groźny i zły jest nałóg, patologiczne uzależnienie uniemożliwiające delikwentowi prowadzenie normalnego życia. W ostatnich czasach szerzy się całe mnóstwo takich niebezpieczeństw. Do tradycyjnych jak nikotyna, narkotyki, alkohol i seks dochodzą nałogi internetowe, komputerowe, ale też nałogowe objadanie się, odchudzanie, dbanie o swój wygląd, umiłowanie zakupów i wiele innych. Nie są to produkty najnowszej techniki. Były zawsze, tylko dynamika ich występowania się zmieniała. Przykładowo w okresie międzywojennym kokainistów w Polsce było niewielu, natomiast w sąsiednich Niemczech był to znaczący problem społeczny. Popularność różnych nałogów zmienia się bowiem, jak by powiedział matematyk, zarówno w funkcji czasu jak i położenia. Nie tylko geograficznego, ale i wśród warstw (klas) społecznych, narodowości, wyznań, itd. Nikt przy zdrowych zmysłach nie rzuci tezy, że jedzenie jest niebezpieczne, a przecież jego patologiczne umiłowanie prowadzi do gorszych nawet skutków niż nałogi „umysłowe”, takie jak internet i gry komputerowe, gdyż rodzi zmiany somatyczne, często niestety nieodwracalne. Podobnie zresztą szkodliwe jest niekontrolowane odchudzanie. Podejrzewam nawet, że tak nobliwe zamiłowanie jak czytelnictwo, jeśli przejdzie w stan nałogu, stanie się chorobą wymagającą leczenia, uniemożliwi bowiem dalsze życie uzależnionemu od książek. Z tego też powodu film ten oceniam jako bardzo mierny, a nawet w pewnym stopniu szkodliwy. Tym bardziej szkodliwy dla Polaków, że nasz naród ma niejako wbudowaną w swoją istotę skłonność do przesady i nadgorliwości, do upraszczania i wypaczania, do niszczenia wszystkiego, co autorytety określiły jako niepotrzebne, złe, inne.



Na koniec jeszcze jedna sprawa. Po emisji filmu przez kilka dni oczekiwałem zainteresowania tą tematyką ze strony naszej wielkiej polityki. Szczęściem skończyło się tylko na kilku mało znaczących echach w internecie. Tutaj zrodziła się we mnie refleksja, ogólnonarodowa, że tak powiem. Jak dobrze, że teraz rządzi PO, a nie PiS! To śmieszne, bo wcale nie jestem zwolennikiem PO, choć przyznaję, że nie trawię PiS, a Kaczyńskich w szczególności. Dobrze jednak pamiętam jak było za rządów PiSu, a kto zapomniał, ten może sobie przypomnieć, choćby czytając wspominany już mój tekst z 2008. Chyba główną zaletą rządów PO jest brak oszołomstwa, które wiązało się z PiSem, gdy był on u steru, i wiąże się nadal, gdy jest w opozycji. Jak nie aborcja to pornografia, jak nie mianowanie Chrystusa na Króla Polski, to inne nawiedzone tematy. Dzięki Bogu chociaż za trochę normalności, jaką możemy się cieszyć dzięki rządom PO, bo innych cudów, gospodarczych w szczególności, to ja się raczej po obecnym rządzie nie spodziewam.


Wasz Andrew

sobota, 4 lutego 2012

Dar od Boga



Poniższy tekst został zainspirowany konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

KONKURS: Groza i horror Clive'a Barkera

"Jestem człowiekiem, a ludzie to zwierzęta, które opowiadają historie. To jest dar od Boga, który stworzył naszą rasę, jednak pozostawił koniec historii niedopowiedziany. (...) Dlatego my tworzymy własne historie, jako gorączkową i zazdrosną imitacją dzieła Stwórcy, mając nadzieję, że opowiemy, jakimś cudem, to, co Bóg pozostawił niedopowiedzianym. A kończąc swoją opowieść, zaczynamy rozumieć, dlaczego się narodziliśmy" - wyznaje Clive Barker.

A co, Waszym zdaniem, jest źródłem nieodpartej chęci, jaką posiada pisarz, który tworzy swoje dzieło? Skąd pochodzi ta wewnętrzna potrzeba opowiadania i wymyślania nowych historii - zarówno tych "życiowych", jak i wymyślonych światów: horrów, książek fantasy itp.?

Ile ze Stwórcy posiada lub ile pragnąłby być może posiadać Autor?

Na początek pozwolę sobie na ripostę wobec Clive’a Barkera i w tym celu przywołam odpowiedź, której według tradycji udzielił Pierre Simon de Laplace cesarzowi Napoleonowi I, gdy ten go zapytał, dlaczego w rozprawie o wahaniach okresowych w ruchu Saturna i Jowisza nie ma wzmianki o Bogu*: - „Sire, ta hipoteza nie jest mi potrzebna.”**. Nie wynika z tego, co sugeruje wielu, iż Boga nie ma. Ta wypowiedź, pod którą się podpisuję obiema rękami, jest przestrogą, by nie mieszać Boga do rzeczy przyziemnych, by skończone i ograniczone istoty nie próbowały objaśniać wyroków i zamiarów istoty wszechmocnej, zwłaszcza w sprawach, która da się wyjaśnić bez mieszania w to Jego.

Gdy ateista, lub nawet wierzący racjonalista, przywołuje co chwilę swe poglądy i się z nimi przy każdej okazji afiszuje, jest to odbierane co najmniej jako brak dobrego smaku, jeśli nie jako presja, agresja i atak wobec wierzących. Zastanawia mnie, dlaczego nie działa to w drugą stronę, dlaczego wierzący przywołujący Boga przy każdej okazji i uzasadniający swe prozaiczne niejednokrotnie czynności Bogiem, nie uważają tego za faux-pas wobec osób o innym światopoglądzie?

„Wyznanie” Clive Barkera” odbieram jako tani chwyt marketingowy, jako kupczenie Bogiem dla wypromowania własnej twórczości, która jest raczej produkcją niż zbiorem arcydzieł. Dobrą, nawet bardzo dobrą, ale produkcją. Barker Michałem Aniołem literatury na pewno nie jest i słowa o boskim natchnieniu w połączeniu z jego twórczością brzmią dziwnie, tym bardziej, iż padają z ust homoseksualisty.

A co naprawdę jest źródłem nieodpartej chęci, jaką posiada pisarz, który tworzy swoje dzieło? Skąd pochodzi ta wewnętrzna potrzeba opowiadania i wymyślania nowych historii?

Te pytania dotyczą poniekąd wszelkich rodzajów twórczości i mam wrażenie, iż ilu ludzi, tyle przyczyn, sposobów i uzasadnień. Chciałbym tutaj przytoczyć jedną z nich, bardzo interesującą, gdyż pokazującą, właśnie na przykładzie literatury, jak niezmierzone są głębie ludzkiego potencjału, z którego nie zdajemy sobie sprawy, dopóki coś lub ktoś ich nie uwolni.

Kiedyś, nie pamiętam już niestety gdzie ani kiedy, przeczytałem bardzo interesujący artykuł, bodajże pod tytułem „rewolwerowe pióra”. Niestety nie mogę go już odszukać, a w sieci brak o nim informacji, co jest zresztą kamyczkiem do ogródka zaślepionych internetem, którzy myślą, iż jak czegoś w necie nie ma, to istnieje. Autor pokusił się o analizę biografii sporej ilości twórców różnych gatunków powieści, którzy są najbardziej płodnymi twórcami, którzy „strzelali” co chwilę nową książką. Stąd też i tytuł. Jakie były wnioski? Najczęściej ludzie stawali się „maszynkami do produkowania powieści” pod wpływem czynników przypadkowych i zewnętrznych. Jeden wylądował w więzieniu i musiał się czymś zająć, a potem nie umiał już przestać, inny dowiedział się, że jest nieuleczalnie chory i chciał zapewnić przyszłość rodzinie, a że niczego nie umiał, więc zaczął pisać. Nie pamiętam wszystkich tych powodów, ale nie ma to znaczenia, jakie one były. Nie wiadomo, czy gdyby nie te przypadki, niespodziewane i drastyczne zmiany w życiu, w ogóle zaczęliby tworzyć.

Można więc stwierdzić, iż każdy z nas ma pewnie w sobie zasób mocy, o których nie ma pojęcia. Jedni są części tych przymiotów świadomi, a inni się o nich nawet nie dowiedzą. Jeszcze inni mają świadomość posiadanego potencjału, ale nie mają motywacji lub z pewnych powodów wybierają inną drogę życia. Z tego powodu śmieszą mnie próby porównywania jakiejkolwiek twórczości do manifestacji Bożej woli, a wręcz żenują mnie twórcy, którzy twierdzą, iż On ich natchnął lub porównują własne dzieła do Boskich, choćby jako nieudolne ich naśladownictwo. Tym bardziej podziwiam tych, którzy swoimi dokonaniami wznoszą się ponad przeciętność, którzy w jakieś dziedzinie sięgają po rzeczy niedostępne innym śmiertelnikom, a przy tym zachowują skromność i nie dorabiają sobie legend o pochodzeniu daru, który w sobie odkryli. Tym bardziej, że jak pokazuje życie, nie ma nic za darmo i nie zawsze ktoś, kto błyszczy w roli wielkiego twórcy, jest równie udany w innych rolach społecznych, choćby jako mąż, ojciec czy przyjaciel. Lub po prostu dobry i szlachetny człowiek.

Jedna rzecz to skąd się bierze natchnienie, a druga, to sława. I właśnie to drugie może dawać prawdziwie wielkim artystom pewną namiastkę boskości. Stają się poniekąd nieśmiertelni, przynajmniej na tak długo, jak długo w świadomości społecznej ludzkości trwają ich dzieła i pamięć o nich


Wasz Andrew

* Ale gdzie w tym wszystkim jest Bóg? (oryg. fr. Mais où est Dieu dans tout cela?)
** (oryg. fr. Sire, je n'ai pas eu besoin de cette hypothèse)

piątek, 3 lutego 2012

INNI



The Others (2001)

Film zaczyna się jak typowy thriller psychologiczny w rodzaju niezapomnianego Lśnienia. Jest rok 1945. Na wyspie Jersey, jednej z Wysp Kanałowych u wybrzeży Anglii, która w czasie wojny była pod okupacją niemiecką, w wielkim domu zamieszkuje Grace (Nicole Kidman) wraz z córką Anne (Alakina Mann) i synkiem Nicholasem (James Bentley). Pan domu poszedł na wojnę i chwilowo nie powrócił. Oczywiście dom stoi w bardzo odludnym miejscu, w środku wielkiego, tajemniczego ogrodu, a wszystko ciągle spowija mgła. Dodatkowo nastrój stopniowo narastającego niepokoju potęgują ciemności zalegające dom nawet w środku dnia. Okna są pozasłaniane ciężkimi kotarami, gdyż dzieci są uczulone na światło dzienne. Pani domu nie lubi hałasów, więc w domu jest podejrzanie cicho. Poprzednia służba cała uciekła w niewyjaśnionych okolicznościach. Jakby tego było mało, w domu słychać dziwne odgłosy, a Anne twierdzi, że w nocy w swoim pokoju widziała chłopca o imieniu Victor.

Przybywają nowi służący, ale sytuacja wcale się nie poprawia, bo i z nimi jest coś nie tak. Dzięki Bogu nie ma w tym filmie ton ketchupu ani plastikowych potworków. Grozę potęgują rewelacyjne efekty dźwiękowe i dobrze dobrana muzyka. Gra aktorów jest świetna, a Nicole Kidman naprawdę wczuła się w atmosferę tego filmu. Nastrój grozy narasta i trzyma w napięciu aż do całkiem niespodziewanego zakończenia. Film ten można polecić tym, którzy lubią się bać. Co wrażliwsze panie przytulają się do brzydszej części widowni, o czym z przyjemnością Was informuję


Wasz Andrew