Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 9 lutego 2012

Oczy anioła



Angel Eyes (2001)



Z „pewną nieśmiałością” zacząłem oglądać ten film, bo Jennifer Lopez nie kojarzy mi się, najoględniej rzecz biorąc, z aktorstwem najwyższych lotów. Pierwsze minuty filmu to dosyć wartka akcja. Bez żadnych rewelacji, jak w typowym odcinku pierwszego lepszego serialu kryminalnego, ale da się oglądać.

Akcja od początku kręci się wokół Sharon Pogue (Jennifer Lopez), policjantki z problemami i Catcha (James Caviezel), faceta po naprawdę poważnych przejściach. Z filmu sensacyjnego mamy tylko tło, czyli epizody z policyjnych przygód Sharon.



Osią fabuły jest uczucie rodzące się pomiędzy tą dwójką od momentu, gdy Catch ratuje życie Sharon w czasie starcia z bandziorami. Ciekawość widza od początku wzbudza tajemnica Catcha, który nie figuruje w żadnych spisach, nie ma numeru ubezpieczenia ani nawet mebli w mieszkaniu. Rodząca się miłość pozwala jednak przezwyciężyć wszystkie przeszkody i uporać się z upiorami przeszłości. Co i jak zobaczcie sami.



To jednak, co zostawiam na koniec, to smaczki. Film ten mogę zdecydowanie polecić dla gry Jamesa Caviezela – jest naprawdę niezły. Muzyczka jest tym, co przesłania ewentualne niedociągnięcia. Film warto obejrzeć choćby tylko dla popisowej gry na trąbce, jaką mamy okazję usłyszeć, gdy Catch zaczyna przypominać sobie, kim był w przeszłości. Ten kawałek jest naprawdę rewelacyjny, o czym z pełnym przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew





środa, 8 lutego 2012

Śmierć w Breslau



Śmierć w Breslau jest druga powieścią Marka Krajewskiego, która wpadła mi w ręce (po Festung Breslau). To pierwsza z cyklu powieści o życiu Eberharda Mocka, biorąc pod uwagę chronologię zdarzeń, które jak dotąd seria zawiera. Jest to czarny, bardzo czarny kryminał, z dużą dawką pesymizmu, demoralizacji i dekadencji.


Eberhard Mock, wrocławski radca kryminalny, staje przed zadaniem wykrycia sprawców brutalnego zgwałcenia i zabójstwa młodej arystokratki, wraz z którą zostają pozbawione życia jeszcze dwie inne osoby. Sprawę komplikuje sytuacja polityczna we Wrocławiu i w całych Niemczech. Jest to czas Nocy Długich noży, początków holocaustu i drogi Hitlera do podboju świata. Walka o władzę pomiędzy piewcami nowego porządku oraz powiązania ze starymi układami, które teraz mogą być zgubną plamą na życiorysie, komplikują sytuację Mocka niepewnego nie tylko własnej kariery, ale i głowy. Wpływają również na prowadzone przez niego śledztwo i jego wyniki. Tradycyjnie fabuły nie będę opisywał, gdyż po odkryciu kart lektura nie będzie miała sensu, podobnie jak rozgrywka w pokera.

Śmierć w Breslau, jak wspomniałem na wstępie, jest bardzo mroczna. Nie tyle ze względu na zbrodnie, których w powieści nie brakuje, ale z powodu spojrzenia na ówczesny Wrocław, który jawi się jako miasto zamieszkane tylko i wyłącznie przez prostytutki, dziwkarzy, alfonsów, złodziei i wszelkiego rodzaju degeneratów. Mnie osobiście zaczęło to po pewnym czasie męczyć, choć w pewnym zakresie obraz ówczesnych Niemiec chyba zbyt daleko od obrazu z powieści Krajewskiego nie odbiega.

Jak na kryminał, język jest bardzo bogaty i plastyczny; żaden rodzaj powieści by się go nie powstydził. Do tego dochodzi rewelacyjna wierność topograficzna. To prześwietny pomysł i taki charakterystyczny rys twórczości autora, który wiele sprytu i pracy włożył w zdobycie wiedzy o świecie, w którym umieścił akcję i swego bohatera. Czuje się prawdziwość starego Breslau; promieniuje to na postaci i akcję, całkowicie przecież fikcyjną. Tu dochodzimy do słabego punktu tej książki. Realia leżące u podłoża zabójstwa, które jest osią kryminału, podobnie jak motywy działania ofiar i sprawców, są mało przekonujące, niespójne historycznie i charakterologicznie. Kolokwialnie mówiąc, kupy się wszystko nie trzyma. Gdyby nie to, powieść warta byłaby polecenia bez zastrzeżeń.

Reasumując, w starej skali ocen, piątka, ale „na szynach”. Świetna rzecz dla miłośników kryminałów, mrocznych klimatów i historycznych smaczków. Dla reszty świata rzecz warta co najwyżej wypożyczenia, na pewno nie zakupu. Z całą pewnością nie jest to też lektura dla ludzi w dołku, o czym Was uprzedzam


Wasz Andrew

wtorek, 7 lutego 2012

Sędzia i jego ćpun



Detlef Wolff

Sędzia i jego ćpun
Der Richter und sein Fixer


Powieść Detlefa Wolffa to klasyczny kryminał. Komisarz niemieckiej policji kryminalnej Gernot Katenkamp wyjeżdża wraz z żoną na urlop do Bangkoku, gdzie spotyka rodaka, sędziego Hannsa Überlendera i jego piękną, młodą, drugą żonę. Tytułowy sędzia prosi gliniarza o pomoc w odszukaniu swego syna narkomana, który ma przebywać w mieście. Jak szybko się okazuje prośba ta ma drugie dno. Sprawa szybko nabiera kryminalnego aspektu. Co dalej przekonajcie się sami.

Sędzia i jego ćpun to lektura, którą polecałbym raczej miłośnikom gatunku, niż wszystkim czytelnikom. Jej nietypowy układ, w którym praktycznie wszystko od początku jest wiadome, przypomina raczej zbeletryzowany reportaż kryminalny niż wymyśloną powieść. Brak stąd napięcia i zagadek, których nieodłącznie oczekujemy od kryminału. Wiemy kto zabił i dlaczego. Jedyne, czego nie wiemy, to czy jeszcze zabije i jak wpadnie. W dodatku postać sprawcy jakaś taka dęta. Dość celnie oddane motywy i mechanizmy światka przestępczo-narkotykowego to dla mnie za mało, by móc ocenić tę powieść na wyżej niż cztery w starej skali ocen i dłużej się nad nią rozwodzić. Jeśli nie macie co robić i uwielbiacie kryminałki, to możecie sobie toto wypożyczyć. Przeciętnemu czytelnikowi nie polecam, a zakup odradzam absolutnie. Lepiej zainwestować choćby w piwo


Wasz Andrew

poniedziałek, 6 lutego 2012

Ciemności, weź mnie za rękę




Zachęcony pozytywnymi recenzjami sięgnąłem po książkę wcześniej nieznanego mi autora, Dennisa Lehane, noszącą wiele obiecujący tytuł Ciemności, weź mnie za rękę. W oryginale Darkness, Take My Hand, co jest warte podkreślenia, gdyż wierne tłumaczenie tytułów staje się ostatnio, nie wiem dlaczego, de mode.


Lektura zaczęła się bardzo interesująco. Już po kilku rozdziałach ten klasyczny kryminał, bo do tego gatunku należy niewątpliwie zaliczyć powieść D. Lehane, wciągnął mnie na dobre. Autor z prawdziwym mistrzostwem buduje uczucie zagrożenia jakiemu podlega główny bohater, Patrick Kenzie. Narastające uczucie obawy o życie swoich bliskich, poszukiwania motywów jakimi kieruje się mroczny zabójca, rozpaczliwe dążenie do odkrycia jego tożsamości.

Fabuły nie będę streszczał, by nie pozbawić Was tego dreszczyku emocji, który niewątpliwie towarzyszy tej lekturze. Jest tu i klasyczna, otwarta do ostatniej chwili zagadka; kto jest morderca, jest i suspens, i nastrój, i akcja. Jest nawet sporo mądrych pytań i materiału do refleksji. A jednak czegoś brakuje.

Już od połowy powieści miałem wrażenie, iż autor za bardzo chciał napisać bestseller. Opisy zbrodni jakby na siłę okrutnych, do przesady krwawych. Prawdziwy odpowiednik literacki ton ketchupu lejących się z ekranu w kryminałach i horrorach drugiego gatunku. Do tego ci psychopaci. Chyba Dennis Lehane nie wie nawet co oznacza ten termin i ilu takich ludzi jest wokół niego. Pomijając już niejednoznaczność i podzielność tego określenia, można powiedzieć, iż podobnie jak nie ma na Ziemi nie ma czerni ni bieli doskonałej, a jest mnóstwo szarości, tak i wśród ludzi; o stuprocentowych psychopatów lub całkiem normalnych trudno, pełno zaś takich, którzy mogą być tym lub tamtym zależnie od różnych czynników. Denerwuje mnie już utożsamianie morderców z psychopatami. Nikogo nie karze się za to, że jest pedofilem, psychopatą, faszystą czy fetyszystą. Karze podlegają czyny: zabójstwa, zgwałcenia, obnażanie się w miejscach publicznych, itd.

Nie każdy, nawet zdecydowany, psychopata jest groźny dla otoczenia. Jeśli zdrowe są mechanizmy społeczne to nawet osobnik psychopatyczny może uznać, iż najkorzystniejsze dla niego jest przestrzeganie norm społecznych. W każdym społeczeństwie stosunek procentowy poszczególnych odchyleń od normy jest taki sam. Fakt, że w różnych społeczeństwach stopień zagrożenia przestępczością w ogólności jest różny, a także różne jest zagrożenie poszczególnymi kategoriami czynów, jest najlepszym przykładem, iż to społeczeństwo samo sobie w dużym stopniu jest winne jeśli psychopata, pedofil czy inny taki to a taki zostanie zabójcą lub innym przestępcą. To jednak temat na osobne rozważania. Kończąc dygresje o złożoności działań ludzkich i reasumując wrażenia z lektury, muszę stwierdzić, że ta powieść D. Lehane jest warta wypożyczenia z biblioteki i przeczytania jeśli szukacie czegoś, co oderwie Was od problemów i zapewni dreszczyk emocji. Na pewno to lepsze niż serial kryminalny w TV, zwłaszcza dla miłośników kryminałów, thrillerów i horrorów. Odradzam jednak kupno tej książki i postawienie jej na widocznym miejscu na półce w salonie. To mocna czwórka w starej skali ocen ale do piątki jej jednak daleko. Bardzo daleko, o czym Was szczerze zapewniam... 



Wasz Andrew


niedziela, 5 lutego 2012

Seks z internetu



Jakiś czas temu telewizja zafundowała nam po dzienniku dramat obyczajowy w reżyserii Toma McLoughlina Seks z internetu (2005, Cyber Seduction: His Secret Life). Opowiada on, nawet ciekawie, o uzależnieniu młodego chłopaka od internetowej pornografii. Jego nałóg staje się tak silny, że w końcu nie potrafi on już normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Oczywiście, jak na film made in USA przystało, główny bohater na koniec, gdy jest już na dnie, przełamuje się, decyduje na terapię odwykową i obiecuje, że od tej chwili wszystko będzie dobrze.


Może ten film niósłby jakieś wartości, bo wszak ostrzega przed niebezpieczeństwami, jakie czyhają w internecie, gdyby nie jego czarno-biały sposób widzenia świata. Ten daltonizm jest tak skrajny, że aż bliski naszej, polskiej rzeczywistości. Każdy, kto ma odwagę przyznać, że lubi oglądać pornografię, jest według McLoughlina be, a każdy, kto jej nie lubi, jest O.K. W filmie wszyscy pozytywni bohaterowie na wszelką wzmiankę o pornografii wołają „Co za syf! Nie chcę oglądać tego świństwa!”. Jedyną osobą, która nieśmiało próbuje wtrącić głos rozsądku, to ojciec nieszczęśliwego młodziana opętanego przez demona internetowego seksu. Mówi on, że każdy chłopak lubi oglądać od czasu do czasu takie zdjęcia i że to samo w sobie nic złego. Niestety, trudno go ocenić jako postać pozytywną, gdyż tak naprawdę bagatelizuje problem, jakim jest nałóg syna, co prowadzi do tego, że sytuacja staje się z czasem katastrofalna.

Teraz docieramy do sedna sprawy. To nie pornografia jest groźna, zła, niemoralna czy też szkodliwa. (Zresztą czym jest pornografia i czy można się wypowiadać o szkodliwości czegoś, czego nikt nie umie określić ani zdefiniować? To osobny temat, więc odsyłam do mojego tekstu z 2008 roku.) Szkodliwy, groźny i zły jest nałóg, patologiczne uzależnienie uniemożliwiające delikwentowi prowadzenie normalnego życia. W ostatnich czasach szerzy się całe mnóstwo takich niebezpieczeństw. Do tradycyjnych jak nikotyna, narkotyki, alkohol i seks dochodzą nałogi internetowe, komputerowe, ale też nałogowe objadanie się, odchudzanie, dbanie o swój wygląd, umiłowanie zakupów i wiele innych. Nie są to produkty najnowszej techniki. Były zawsze, tylko dynamika ich występowania się zmieniała. Przykładowo w okresie międzywojennym kokainistów w Polsce było niewielu, natomiast w sąsiednich Niemczech był to znaczący problem społeczny. Popularność różnych nałogów zmienia się bowiem, jak by powiedział matematyk, zarówno w funkcji czasu jak i położenia. Nie tylko geograficznego, ale i wśród warstw (klas) społecznych, narodowości, wyznań, itd. Nikt przy zdrowych zmysłach nie rzuci tezy, że jedzenie jest niebezpieczne, a przecież jego patologiczne umiłowanie prowadzi do gorszych nawet skutków niż nałogi „umysłowe”, takie jak internet i gry komputerowe, gdyż rodzi zmiany somatyczne, często niestety nieodwracalne. Podobnie zresztą szkodliwe jest niekontrolowane odchudzanie. Podejrzewam nawet, że tak nobliwe zamiłowanie jak czytelnictwo, jeśli przejdzie w stan nałogu, stanie się chorobą wymagającą leczenia, uniemożliwi bowiem dalsze życie uzależnionemu od książek. Z tego też powodu film ten oceniam jako bardzo mierny, a nawet w pewnym stopniu szkodliwy. Tym bardziej szkodliwy dla Polaków, że nasz naród ma niejako wbudowaną w swoją istotę skłonność do przesady i nadgorliwości, do upraszczania i wypaczania, do niszczenia wszystkiego, co autorytety określiły jako niepotrzebne, złe, inne.



Na koniec jeszcze jedna sprawa. Po emisji filmu przez kilka dni oczekiwałem zainteresowania tą tematyką ze strony naszej wielkiej polityki. Szczęściem skończyło się tylko na kilku mało znaczących echach w internecie. Tutaj zrodziła się we mnie refleksja, ogólnonarodowa, że tak powiem. Jak dobrze, że teraz rządzi PO, a nie PiS! To śmieszne, bo wcale nie jestem zwolennikiem PO, choć przyznaję, że nie trawię PiS, a Kaczyńskich w szczególności. Dobrze jednak pamiętam jak było za rządów PiSu, a kto zapomniał, ten może sobie przypomnieć, choćby czytając wspominany już mój tekst z 2008. Chyba główną zaletą rządów PO jest brak oszołomstwa, które wiązało się z PiSem, gdy był on u steru, i wiąże się nadal, gdy jest w opozycji. Jak nie aborcja to pornografia, jak nie mianowanie Chrystusa na Króla Polski, to inne nawiedzone tematy. Dzięki Bogu chociaż za trochę normalności, jaką możemy się cieszyć dzięki rządom PO, bo innych cudów, gospodarczych w szczególności, to ja się raczej po obecnym rządzie nie spodziewam.


Wasz Andrew

sobota, 4 lutego 2012

Dar od Boga



Poniższy tekst został zainspirowany konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

KONKURS: Groza i horror Clive'a Barkera

"Jestem człowiekiem, a ludzie to zwierzęta, które opowiadają historie. To jest dar od Boga, który stworzył naszą rasę, jednak pozostawił koniec historii niedopowiedziany. (...) Dlatego my tworzymy własne historie, jako gorączkową i zazdrosną imitacją dzieła Stwórcy, mając nadzieję, że opowiemy, jakimś cudem, to, co Bóg pozostawił niedopowiedzianym. A kończąc swoją opowieść, zaczynamy rozumieć, dlaczego się narodziliśmy" - wyznaje Clive Barker.

A co, Waszym zdaniem, jest źródłem nieodpartej chęci, jaką posiada pisarz, który tworzy swoje dzieło? Skąd pochodzi ta wewnętrzna potrzeba opowiadania i wymyślania nowych historii - zarówno tych "życiowych", jak i wymyślonych światów: horrów, książek fantasy itp.?

Ile ze Stwórcy posiada lub ile pragnąłby być może posiadać Autor?

Na początek pozwolę sobie na ripostę wobec Clive’a Barkera i w tym celu przywołam odpowiedź, której według tradycji udzielił Pierre Simon de Laplace cesarzowi Napoleonowi I, gdy ten go zapytał, dlaczego w rozprawie o wahaniach okresowych w ruchu Saturna i Jowisza nie ma wzmianki o Bogu*: - „Sire, ta hipoteza nie jest mi potrzebna.”**. Nie wynika z tego, co sugeruje wielu, iż Boga nie ma. Ta wypowiedź, pod którą się podpisuję obiema rękami, jest przestrogą, by nie mieszać Boga do rzeczy przyziemnych, by skończone i ograniczone istoty nie próbowały objaśniać wyroków i zamiarów istoty wszechmocnej, zwłaszcza w sprawach, która da się wyjaśnić bez mieszania w to Jego.

Gdy ateista, lub nawet wierzący racjonalista, przywołuje co chwilę swe poglądy i się z nimi przy każdej okazji afiszuje, jest to odbierane co najmniej jako brak dobrego smaku, jeśli nie jako presja, agresja i atak wobec wierzących. Zastanawia mnie, dlaczego nie działa to w drugą stronę, dlaczego wierzący przywołujący Boga przy każdej okazji i uzasadniający swe prozaiczne niejednokrotnie czynności Bogiem, nie uważają tego za faux-pas wobec osób o innym światopoglądzie?

„Wyznanie” Clive Barkera” odbieram jako tani chwyt marketingowy, jako kupczenie Bogiem dla wypromowania własnej twórczości, która jest raczej produkcją niż zbiorem arcydzieł. Dobrą, nawet bardzo dobrą, ale produkcją. Barker Michałem Aniołem literatury na pewno nie jest i słowa o boskim natchnieniu w połączeniu z jego twórczością brzmią dziwnie, tym bardziej, iż padają z ust homoseksualisty.

A co naprawdę jest źródłem nieodpartej chęci, jaką posiada pisarz, który tworzy swoje dzieło? Skąd pochodzi ta wewnętrzna potrzeba opowiadania i wymyślania nowych historii?

Te pytania dotyczą poniekąd wszelkich rodzajów twórczości i mam wrażenie, iż ilu ludzi, tyle przyczyn, sposobów i uzasadnień. Chciałbym tutaj przytoczyć jedną z nich, bardzo interesującą, gdyż pokazującą, właśnie na przykładzie literatury, jak niezmierzone są głębie ludzkiego potencjału, z którego nie zdajemy sobie sprawy, dopóki coś lub ktoś ich nie uwolni.

Kiedyś, nie pamiętam już niestety gdzie ani kiedy, przeczytałem bardzo interesujący artykuł, bodajże pod tytułem „rewolwerowe pióra”. Niestety nie mogę go już odszukać, a w sieci brak o nim informacji, co jest zresztą kamyczkiem do ogródka zaślepionych internetem, którzy myślą, iż jak czegoś w necie nie ma, to istnieje. Autor pokusił się o analizę biografii sporej ilości twórców różnych gatunków powieści, którzy są najbardziej płodnymi twórcami, którzy „strzelali” co chwilę nową książką. Stąd też i tytuł. Jakie były wnioski? Najczęściej ludzie stawali się „maszynkami do produkowania powieści” pod wpływem czynników przypadkowych i zewnętrznych. Jeden wylądował w więzieniu i musiał się czymś zająć, a potem nie umiał już przestać, inny dowiedział się, że jest nieuleczalnie chory i chciał zapewnić przyszłość rodzinie, a że niczego nie umiał, więc zaczął pisać. Nie pamiętam wszystkich tych powodów, ale nie ma to znaczenia, jakie one były. Nie wiadomo, czy gdyby nie te przypadki, niespodziewane i drastyczne zmiany w życiu, w ogóle zaczęliby tworzyć.

Można więc stwierdzić, iż każdy z nas ma pewnie w sobie zasób mocy, o których nie ma pojęcia. Jedni są części tych przymiotów świadomi, a inni się o nich nawet nie dowiedzą. Jeszcze inni mają świadomość posiadanego potencjału, ale nie mają motywacji lub z pewnych powodów wybierają inną drogę życia. Z tego powodu śmieszą mnie próby porównywania jakiejkolwiek twórczości do manifestacji Bożej woli, a wręcz żenują mnie twórcy, którzy twierdzą, iż On ich natchnął lub porównują własne dzieła do Boskich, choćby jako nieudolne ich naśladownictwo. Tym bardziej podziwiam tych, którzy swoimi dokonaniami wznoszą się ponad przeciętność, którzy w jakieś dziedzinie sięgają po rzeczy niedostępne innym śmiertelnikom, a przy tym zachowują skromność i nie dorabiają sobie legend o pochodzeniu daru, który w sobie odkryli. Tym bardziej, że jak pokazuje życie, nie ma nic za darmo i nie zawsze ktoś, kto błyszczy w roli wielkiego twórcy, jest równie udany w innych rolach społecznych, choćby jako mąż, ojciec czy przyjaciel. Lub po prostu dobry i szlachetny człowiek.

Jedna rzecz to skąd się bierze natchnienie, a druga, to sława. I właśnie to drugie może dawać prawdziwie wielkim artystom pewną namiastkę boskości. Stają się poniekąd nieśmiertelni, przynajmniej na tak długo, jak długo w świadomości społecznej ludzkości trwają ich dzieła i pamięć o nich


Wasz Andrew

* Ale gdzie w tym wszystkim jest Bóg? (oryg. fr. Mais où est Dieu dans tout cela?)
** (oryg. fr. Sire, je n'ai pas eu besoin de cette hypothèse)

piątek, 3 lutego 2012

INNI



The Others (2001)

Film zaczyna się jak typowy thriller psychologiczny w rodzaju niezapomnianego Lśnienia. Jest rok 1945. Na wyspie Jersey, jednej z Wysp Kanałowych u wybrzeży Anglii, która w czasie wojny była pod okupacją niemiecką, w wielkim domu zamieszkuje Grace (Nicole Kidman) wraz z córką Anne (Alakina Mann) i synkiem Nicholasem (James Bentley). Pan domu poszedł na wojnę i chwilowo nie powrócił. Oczywiście dom stoi w bardzo odludnym miejscu, w środku wielkiego, tajemniczego ogrodu, a wszystko ciągle spowija mgła. Dodatkowo nastrój stopniowo narastającego niepokoju potęgują ciemności zalegające dom nawet w środku dnia. Okna są pozasłaniane ciężkimi kotarami, gdyż dzieci są uczulone na światło dzienne. Pani domu nie lubi hałasów, więc w domu jest podejrzanie cicho. Poprzednia służba cała uciekła w niewyjaśnionych okolicznościach. Jakby tego było mało, w domu słychać dziwne odgłosy, a Anne twierdzi, że w nocy w swoim pokoju widziała chłopca o imieniu Victor.

Przybywają nowi służący, ale sytuacja wcale się nie poprawia, bo i z nimi jest coś nie tak. Dzięki Bogu nie ma w tym filmie ton ketchupu ani plastikowych potworków. Grozę potęgują rewelacyjne efekty dźwiękowe i dobrze dobrana muzyka. Gra aktorów jest świetna, a Nicole Kidman naprawdę wczuła się w atmosferę tego filmu. Nastrój grozy narasta i trzyma w napięciu aż do całkiem niespodziewanego zakończenia. Film ten można polecić tym, którzy lubią się bać. Co wrażliwsze panie przytulają się do brzydszej części widowni, o czym z przyjemnością Was informuję


Wasz Andrew

czwartek, 2 lutego 2012

Przed świtem



Finis coronat opus, a Przed świtem (Breaking Dawn) kończy cykl powieściowy Zmierzch pióra amerykańskiej pisarki Stephenie Meyer, na który składają się również Zmierzch, Księżyc w nowiu i Zaćmienie. Jak w mojej ocenie wypadł więc cały cykl opowieści o wampirach i jego zakończenie?

Bardzo denerwują mnie seriale, po równi książkowe i filmowe, w których widać moment, od jakiego autorowi, lub autorom, zaczyna brakować konceptu i świeżych pomysłów. Poziom leci w dół, a odbiorca, który już polubił głównych bohaterów, coraz bardziej zniesmaczony, próbuje przetrzymać spadek formy twórców i doczekać powrotu dawnej świetności. Zamiast czerpać przyjemność, zmusza się by trwać przy swoich ulubionych postaciach, aż coraz bardziej ciśnie mu się na usta znany cytat z Potopu: „ – Kończ... waść!... wstydu oszczędź!...” Nawet jeśli tasiemiec się urwie, zanim ten nieszczęsny moment ewidentnie nastąpi, niesmak i tak pozostaje.

Ich przeciwieństwem, tym rzadszym, im dłuższy cykl, są perełki prezentujące równy poziom, jak choćby dzieje szwedzkiego asa tajnych służb Carla Hamiltona pióra Jana Guillou, czy diamencik kryminalny jakim jest bez wątpienia Millennium mistrza Stiega Larssona. Być może stąd trylogia jest formą tak popularną, że im dłuższa seria, tym o wypalenie łatwiej, a dwie powieści z kolei, to jeszcze nie cykl.

Jest jeszcze trzecia odmiana, którą nazywam równią pochyłą. Najrzadsza, lecz właśnie moja ulubiona. Zaczyna się zwyczajnie, ledwie kusi czytelnika, by podstępnie wciągnąć go i wessać. By z coraz większym zapałem połykał kolejne powieści, by coraz niecierpliwiej czekał na każdą następną. I tak do końca, bez załamania, bez znudzenia. Do tej właśnie kategorii zaliczyłbym Zmierzch, którego ukoronowaniem jest Przed świtem.

Stephene Meyer stworzyła świat zaludniony przez ludzi, wampiry i wilkołaki, a także i inne potworaki. Świat spójny i nie obrażający inteligencji czytelnika ewidentnymi bezsensami. Za główną bohaterkę wybrała nastolatkę, zakochaną do szaleństwa, która staje przed dramatycznymi i bolesnymi wyborami. Co wam to przypomina? To baśń na miarę naszych czasów po prostu.

Wielu zarzuca autorce prostotę języka. Ja mam wrażenie odwrotne. Styl został idealnie dopasowany do głównej bohaterki i jej przyjaciół, a zarazem do docelowej grupy odbiorców, czyli nastolatek. Nie jest ani zbyt wyrafinowany, ani zbyt ubogi. Prosty w dialogach, pełen namiętności w uczuciach, malowniczy w opisach i plastyczny w postaciach. Cykl posiada swój specyficzny, niepowtarzalny klimat. Sceny miłosne, rozterki zakochanych i ból podejmowania decyzji zostały oddane z prawdziwą maestrią; pewnie niejedna czytelniczka uroniła przy nich łezkę. Również sceny batalistyczne porywają czytelnika swą dynamiką i realnością, co należy docenić tym bardziej, iż nie jest to domeną pisarzy płci pięknej.

Właśnie – sceny miłosne. Nieodparcie nasuwa mi się porównanie do wielkiej klasyki, czyli twórczości Tolkiena, która jest tak aseksualna, że aż nasuwa mi podejrzenia o homoseksualne podteksty, co w wersji filmowej było wręcz niesmaczne. Stephanie Meyer wybiera więc słuszną drogę, drogę Szekspira i wielu starych mistrzów, nie kryjąc nierozłączności miłości, pożądania, seksu i macierzyństwa. Nie może dziwić, że młode pokolenie, świadome własnej płciowości i ciągle w mediach atakowane seksualnymi treściami, nie trawi pewnych aspektów tolkienopodobnych eunuchów, a wybiera krew i ból, miłość i seks.

Można wytknąć Zmierzchowi, iż jest jak rodem z przepisu na amerykański bestseller. W tym wypadku jednak nie uznałbym tego za wadę. Ma wszystko, co trzeba, by w dzisiejszych czasach dotrzeć do szerokich rzesz. Ma również wiele wartości, których z pozoru nie widać. Więcej mówi o problemach życiowych, z jakimi przychodzi się ludziom zmierzać niż niejedna autobiografia. Alegorycznie mówi nam o trudnych wyborach, o motywach, jakimi kierują się ludzie. Przede wszystkim zaś dostarcza nam prawdziwych emocji i gra na uczuciach.

Porównywać dzieła literackie można tylko w ramach tego samego gatunku. Nie ma sensu porównywanie kryminału z powieścią marynistyczną, podobnie jak ciężarówki z bolidem formuły pierwszej. Pamiętając o tym, z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, iż Stephanie Meyer udało się stworzyć rewelacyjny cykl powieści dla młodzieży i nie tylko, z których każda jest lepsza od poprzedniej, a wszystkie razem zebrane w całość są doskonałe w swojej klasie. W klasie, którą są same dla siebie, gdyż na razie niczego lepszego w tej kategorii nie znalazłem. Może nie jest to arcydzieło stylu, może nie jest to najgłębszy zbiór refleksji. Nie można mieć wszystkiego. Są dzieła wysławiane przez krytyków i koneserów, które zasadniczo zalegają po piwnicach i składach makulatury, których karty biblioteczne są czyste jak pokrywa świeżego śniegu. Są też bestsellery, które poza wynikami sprzedażowymi niczym innym nie mogą się pochwalić, gdyż zawdzięczają je tylko i wyłącznie nakładom na akcje marketingowe. Zmierzch zaś jest arcydziełem na miarę naszych czasów; na pewno dużo biedniejszym stylistyką niż choćby Romeo i Julia, jednak nie mniej dynamicznym i pełnym uczuć, a na pewno łatwiej strawnym. Wszystko współgra w przemyślanej i natchnionej całości. Nawet zakończenie jest właśnie takie, jakie powinno być w przyjętej konwencji. Polecam więc prozę Stephenie Meyer z pełnym przekonaniem każdemu; od tych, którzy nigdy książek nie lubili, aż po tych, którzy niejeden las przerobiony na księgi przez swe ręce przepuścili. Zarówno płci pięknej, do której chyba przede wszystkim cykl jest adresowany, jak i samczej rasie, która znajdzie tu co nieco w sam raz dla siebie oraz, co może jeszcze cenniejsze, co nieco o kobiecej naturze


Wasz Andrew

Przed świtem [Stephenie Meyer]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE