Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 1 lutego 2012

Zaćmienie



W Zaćmienie (Eclipse) wpadłem w pełnym pędzie. Obawiałem się trochę katastrofy, co często zdarza się czytelnikom z winy nawet najlepszych autorów cyklów powieściowych, którzy osiągnąwszy granicę swych możliwości na początku lub nawet bliżej środka, nie potrafią już dłużej utrzymać poziomu, zawodząc czytelników, których wcześniej uwiedli. Śmiało parłem do przodu gnany wartką akcją, plastycznymi opisami i niepowtarzalnym klimatem będącym znakiem firmowym Stephenie Meyer. A zaczęło się tak niewinnie...

Zmierzch, pierwsza część sagi (pod tym samym tytułem) o wampirach i wilkołakach współistniejących w ludzkim świecie, nie wydała mi się czymś rewelacyjnym. Niemniej jednak był na tyle dobry, by wciągnąć mnie podstępnie i niezauważalnie, by zmusić do jak najszybszego sięgnięcia po drugą odsłonę opowieści – Księżyc w nowiu. To już była prawdziwa uczta; może nie arcydzieło, ale kawał naprawdę dobrej pisarskiej roboty.

Część trzecia sprawiła, że po raz drugi przewartościowałem swe oceny dotyczące Zmierzchu, a także zmieniłem nieco odczucia, jakie miałem po niedawnej lekturze Księżyca.

Rożne serie powieściowe zdarzało mi się czytać. Jedne zaczynały się fajerwerkiem, jak Diuna Herberta, gasnąc z każdą kolejną książką, jakby większość paliwa spaliła się w pierwszym wybuchu. Inne trzymały równy poziom, jak opowieści o Horatio Hornblowerze pióra C. S. Forestera. Nie kojarzę jednak niczego, co podobnie do prozy Stephenie Meyer przypominałoby mi równię pochyłą. Coraz szybciej, coraz lepiej.

Nie jestem fanem fantasy ani naszego świata zaludnionego potworami. Wolę już potwory w kosmosie. Jakieś takie to bardziej prawdopodobne. Z kryminałów wolę odmiany z dodatkami do czystej rozrywki, choćby szwedzką szkołę kryminału społecznego. Komedie wybieram te, które raczej prowokują do uśmiechu lub śmiechu, niżeli do rechotu. Pomimo tego, pomimo płytkości o jaką posądzałem Zmierzch na początku mojej z nim znajomości, urzekł mnie niezwykły klimat alternatywnej wersji naszego świata wykreowany przez Stephanie Meyer i gładko przeszedłem dalej.

Księżyc w nowiu sprawił, że naprawdę polubiłem tą ciamajdowatą Bellę Swan, o którą zabiegają amanci po równi spośród ludzi, co wampirów i wilkołaków. Doceniłem alegoryczny charakter serii stworzonej przez panią Meyer, która pozwala rozkoszować się jej prozą zarówno tym, którzy szukają warstw pod warstwami i aluzji w aluzjach o aluzjach, jak i początkującym, którzy pomiędzy wierszami niczego jeszcze odczytać nie potrafią. Rozsmakowałem się w zimnych, pochmurnych klimatach i sercowych rozterkach Isabelli zakochanej jednocześnie w dwóch rywalach walczących ze sobą o jej serce. Jako bardzo zgrabny oceniam sposób w jaki autorka ożeniła legendy o wilkołakach i podania o wampirach, tworząc z nich dwie współistniejące, choć zwalczające się rasy. Klan krwiopijców jaroszy to już jest majstersztyk, że nie wspomnę o klanie Volturi. Kto czytał, ten wie, a pozostałym nie zdradzę żadnych szczegółów. Przeczytajcie sami, albowiem zaprawdę warto.

Wielu powie, iż opowieści o przygodach Belli są sztampowe, a książki Stephenie Meyer płytkie jak kałuża na niemieckim asfalcie. Ja też tek myślałem; na początku. Finis coronat opus, czyli jak stwierdził żelazny mąż: mężczyznę poznać po tym, jak kończy. Gdyby Zaćmienie kończyło cykl Zmierzch, to powiedziałbym, że jest to dzieło natchnione. Jak chyba żadna inna książka przyciągnął do słowa drukowanego znaczącą część młodego pokolenia, a i takim starym prykom jak ja dostarczył świetnej zabawy. I nie tylko zabawy. Zdaję sobie sprawę, że pisarka prawdopodobnie z premedytacją korzystała z wielu chwytów zwiększających szansę na zdobycie popularności, zwłaszcza popularności wśród nastolatków; profil głównej bohaterki, rozterki serca, rywale jak awers i rewers, etc. Czy to jednak naprawdę coś złego? Czy nie dość już arcydzieł butwiejących w ciemnych kątach bibliotek, jeśli nie wręcz po piwnicach? Może już najwyższy był czas na coś takiego? Gdybym dzisiaj miał oceniać całą serię, powiedziałbym – rewelacja! Zaćmienie nie jest jednak końcem. Przechodzę więc do następnej części, po równi pełen nadziei i obaw. Spotkamy się Przed świtem 



Wasz Andrew

ZMIERZCH Tom 3: Zaćmienie [Stephenie Meyer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Zaćmienie [Stephenie Meyer]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

wtorek, 31 stycznia 2012

Księżyc w nowiu



Księżyc w nowiu (oryg. New Moon) to druga część cyklu o perypetiach Isabelli Swam, amerykańskiej nastoletniej niedorajdy. W pierwszej części zatytułowanej Zmierzch, urwanej prawie w pół słowa, śledziliśmy początek szalonej miłości wspomnianej szarej myszki do księcia z bajki, nieziemsko przystojnego i bogatego Edwarda Cullena, którego jedyną wadą jest to, iż jest wampirem.


Zmierzch, choć nie jest zbyt ambitną lekturą, wciągnął mnie i z niecierpliwością przeskoczyłem do Księżyca w nowiu ciekaw, jak też autorka rozwinie temat związku wilkołaka z człowiekiem.

Pod względem edytorskim druga część wampirzego cyklu, choć wydana w tej samej oficynie, prezentowała się o tyle gorzej, iż w treści roi się od błędów; złych form i zagubionych końcówek. Pomimo tego dyskomfortu okazała się jeszcze bardziej wciągająca niż Zmierzch. Schematyzm fabuły zdecydowanie przełamało zaludnienie wampirzo-ludzkiego świata trzecią rasą, wilkołakami. Co to będzie miało wspólnego z główną bohaterką i jak się rozwinie jej miłość do pięknego krwiopijcy, nie będę zdradzał.

Z jednej strony, podobnie jak w przypadku Zmierzchu, Księżyc w nowiu zdecydowanie wypada pochwalić za to, że potrafił przyciągnąć do czytelnictwa szerokie rzesze młodzieży dotąd cierpiącej na awersję do słowa pisanego na papierze, zwłaszcza zaś płci piękniejszej. Daje też całkiem niezłą rozrywkę, choć jednorazową, bo drugi raz czytać sobie tego nie wyobrażam, nawet czytelnikowi dojrzałemu i oczytanemu.

Z drugiej jednak, zwłaszcza jako powieść kierowana do młodych czytelniczek, musi być powieść Stephanie Meyer napiętnowana za pozorne szerzenie stereotypów, które od wieków zadżumiają umysły romantycznych nastolatek, a nawet nastolatków. Nie jestem pewien, czy wszyscy tą pozorność wychwycą.

„Miłość jest ślepa. Im mocniej się kogoś kocha, tym bardziej irracjonalnie się postępuje”* Wielu odbiorców, zwłaszcza mniej uważnych, jest pewna, iż ta tak często powtarzana w tekście teza jest motywem przewodnim powieści. Jednak w rzeczywistości dylematy głównej bohaterki są rozterkami dojrzałego człowieka; jak pogodzić sprzeczne okoliczności życia, których pogodzić się nie da, jak zdobyć miłość na której nam najbardziej zależy, a jednocześnie wyrządzić jak najmniej szkód naszym bliskim, których ten sukces zrani. Są to sytuacje jakże częste w codziennym życiu i nienawidzące się potwory pomiędzy którymi balansuje Isabella można odbierać jako alegorię sytuacji bez wyjścia, gdy wybór jest tylko pomiędzy złem większym a mniejszym. Podobnie ograniczenia fizyczne bohaterki można odczytywać jako aluzję do bezsilności, z którą tak często borykają się ludzie w swym życiu, a jej ukryte talenty jako niewykorzystane zdolności, których wielu z nas ma w sobie świadomość, ale wykorzystać ich nie potrafi. Jak wiele jest zaprzepaszczonych talentów pokazują choćby programy takie jak X-Factor. W muzyce te talenty wyłapuje telewizja, ale w innych dziedzinach niejednokrotnie niezwykłe nawet zdolności są zaprzepaszczane.

O tym, że powieść ma charakter alegoryczny świadczy choćby takie zdanie: „Chcę być wieczną nastolatką, tak jak ty.”**. To nie są słowa nastolatki. Młodzi chcą być dorośli. To dorośli chcą być wiecznie młodzi.

Czy nastolatek widzi analogie między rozgrywką z potworami, a rozgrywką z losem? Nie wiem. Ważne, że powieść wciąga, powiększa rzesze młodych czytelników (chyba głównie czytelniczek), a i dorosłym potrafi zapewnić dobrą rozrywkę. Nie rozpisuję się dalej, gdyż właśnie zaczynam następną część – Zaćmienie. I wcale się tego nie wstydzę. Księżyc w nowiu to dobra, bardzo dobra powieść, choć arcydziełem też na pewno nie jest


Wasz Andrew

* Księżyc w nowiu str. 289
** Księżyc w nowiu str. 457

Ps. W trakcie lektury kolejnych książek składających się na cykl Zmierzch nastąpiło przewartościowanie pierwotnej oceny powieści Księżyc w nowiu. Tutaj pozostawiłem pierwotne oceny; takie jakie nadałem przed przejściem do następnych części. Jak i dlaczego zmieniały się moje wrażenia dotyczące Zmierzchu przeczytacie w następnych recenzjach. Zapraszam do lektury refleksji z Zaćmienia, która ukaże się już wkrótce.

ZMIERZCH Tom 2: Księżyc w nowiu [Stephenie Meyer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Księżyc w nowiu [Stephenie Meyer]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Relikt



Wpadłem na chwilę do biblioteki z nieplanowaną wizytą i jakoś wyjątkowo nie mogłem się na nic zdecydować. W końcu wziąłem Relikt (oryg. Relic) napisany przez spółkę autorską w składzie Douglas Preston i Lincoln Child.


Rozpoczynając lekturę przeniosłem się w wyobraźni nieco w przeszłość, w nietknięty jeszcze stopą cywilizowanego człowieka zakątek dorzecza Amazonki, gdzie amerykańska wyprawa naukowa mająca za cel odnalezienie tajemniczego plemienia oddającego cześć morderczemu bóstwu napotyka niespodziewane trudności. Później przeniosłem się do dzisiejszego Nowego Yorku, gdzie Muzeum Historii Naturalnej przygotowuje nową, kontrowersyjną ekspozycję. Nieoczekiwanie dochodzi do niezwykle brutalnych zabójstw w ciemnych korytarzach podziemi muzealnego kompleksu. Lekceważąc zagrożenie dyrekcja nadal planuje z wielką pompą dokonać otwarcia nowej wystawy. Co dalej nie będę zdradzał, ale powiem krótko – będzie się działo!

Powiem szczerze, że nie bardzo lubię horrory. Zwykle zaczynają się ciekawie, lecz potem nudzą mnie te tony krwi, flaków i infantylne potwory. Bardzo rzadko trafia się coś w tym kanonie, co do końca mnie nie zawiedzie. Nie potrafię sobie przypomnieć żadnego horroru, który by tej zmory uniknął. Nawet takie arcydzieła gatunku jak Ręka mistrza nie są od niej wolne. Dużo lepiej mają się powieści z pogranicza horroru i thrillera, gdzie zagrożenie nie jest nadprzyrodzone, a mniej lub bardziej możliwe. Na szczęście do tej ostatniej grupy należy Relikt.

Od początku mniej więcej coś wiemy, mniej więcej się domyślamy. Chwilami mniej, chwilami więcej. To jedna z głównych zalet tej powieści – do samego końca nie wiemy niczego na pewno, nawet jeśli nam się wydaje, że wszystko już odgadliśmy, a gdy już poznamy zakończenie, gdy już wszystko wiemy, nagle czeka nas jeszcze jedna, ostateczna niespodzianka.

Jak wygląda moja ocena Reliktu? No cóż – dopiero w okolicach jednej trzeciej lektury zorientowałem się, iż jakoś za bardzo mi jest znajoma, a dopiero po połowie się upewniłem, że już tą powieść przed laty czytałem. To by świadczyło, że nie jest rewelacyjna, tym bardziej, że za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć zakończenia. Z drugiej jednak strony muszę uczciwie przyznać, iż do ostatniej kartki czytałem z przyjemnością i zainteresowaniem. O czym to świadczy poza ewentualną sklerozą? Ano o tym, iż książka nie ma większej wartości jeśli chodzi o zawarte w niej treści*, ale w ramach swego kanonu jest skonstruowana perfekcyjnie.

Tok akcji przypomina rytm wiersza Lokomotywa Tuwima, i to tempo utrzyma się aż do epilogu. Ciekawa hipoteza leżąca u podstaw fabuły, absurdalna, ale bardzo ładna, nadaje jej niepowtarzalny smaczek. Schematyczne, nieco komiksowe, ale dzięki temu dobitnie określone postacie i plastyczny, obrazowy język ułatwiają pracę wyobraźni czytelnika. Wszystko to sprawia, iż powieść jest naprawdę świetną rozrywką, jak w moim przypadku nawet za drugim razem, o czym z zadowoleniem Was zapewniam


Wasz Andrew

* Zdarzyła się nawet żenująca wpadka: „...dysponowała jedynie starym, poobijanym biurkiem wciśniętym pomiędzy dwie masywne żamrażarki (...). Nawet w upalne letnie dni musiała przynosić do pracy gruby sweter.” Każdy, kto choć trochę pomyśli i ma wiedzę z zakresu fizyki na poziomie szkoły podstawowej wie, iż takie urządzenia na zewnątrz grzeją. Nawet jeśli w izolowanym termicznie pomieszczeniu postawić włączoną otwartą lodówkę lub zamrażarką, to i tak temperatura będzie w nim rosła.

niedziela, 29 stycznia 2012

Zrozumieć ciszę



(1994 oryg. Silent Fall)

Akcja rozgrywa się w prowincjonalnej miejscowości w USA, gdzie właśnie miało miejsce podwójne zabójstwo. W okazałym domu nad jeziorem brutalnie zamordowano małżeństwo Wardenów. Ich dzieci, Sylvie (świetna rola Liv Tyler) i mały Tim (Ben Faulkner) przeżyły tragedię. Policja po przybyciu na miejsce zdarzenia zastała Tima trzymającego w ręku okrwawiony nóż, który był narzędziem zbrodni. Sytuację komplikuje fakt, że Tim jest dzieckiem autystycznym i nie można nawiązać z nim kontaktu.

Główny bohater, na którym ciąży zadanie wydobycia wspomnień z umysłu Toma i wykrycia sprawcy morderstwa, to Jake Rainer (Richard Dreyfuss), wybitny psychiatra dziecięcy, który wciąż jeszcze nie doszedł do siebie po samobójstwie jednego z małych pacjentów, pozostających pod jego opieką.

Jak to w każdej zapadłej dziurze, okazuje się, że wszyscy są ze sobą powiązani a każda rodzina ma swoje tajemnice. Nic nie zapowiada tego, że Jake naraża swe życie a zagrożenie przyjdzie z najmniej oczekiwanej strony. Rozwiązanie zagadki w zamierzeniu nieoczekiwane, ale czy aby na pewno tak to wyszło? Sprawdźcie sami. Film warto obejrzeć choćby ze względu na obsadę i wciąż obcy przeciętnemu widzowi temat autyzmu, lecz na pewno na drugi seans się nie skusicie, o czym rzetelnie Was zapewniam


Wasz Andrew

sobota, 28 stycznia 2012

Kryminalna beznadzieja

made in USA



Dawno temu, kiedy oglądałem pierwszy odcinek CSI, miałem nadzieję na dobry serial kryminalny. Nowoczesna technika, nowe metody, inne spojrzenie... Szybko się jednak zniechęciłem, gdyż oba seriale (CSI: Kryminalne zagadki Nowego Jorku i CSI: Kryminalne zagadki Miami) okazały z odcinka na odcinek coraz bardziej i infantylne, aż osiągnęły poziom totalnej chały. Aktorki wytapetowane jakby właśnie zaczynały sesję próbną do magazynu mody, a nie grały detektywów, co przez kontrast choćby do stylu Wallandera czy Mesjasza aż odrzuca. Podejrzani, którzy zawsze się przyznają, tak jakby nie słyszeli, że jeśli złapią za rękę, to trzeba twierdzić, że ręka nie jest moja. Technicy pałętający się po miejscu zbrodni bez żadnego ładu i składu. Masakra intelektualna. Mimo wszystko jednak, co pewien czas, rzucam okiem na kolejne odcinki. Z różnych powodów. A to reklamy przerwały film na innym kanale, a poza CSI nie ma nic innego na pozostałych, a to ciekawość – a nóż coś ciekawego jednak pokażą. Różnie.

Ostatnio jednak serial przeszedł sam siebie. Jakaś powtórka, nie wiem nawet z którego "sezonu"; odcinek o superbroni, zadziwił mnie głupotą, choć wydawało mi się, że już mnie czymś takim zadziwić nie można. Wszystko zaczyna się kawałkiem, w którym trzech przestępców zostaje zaskoczonych przez coś/kogoś w magazynie nielegalnej broni. Próbują uciekać, ale coś sprawia, że „wyparowują”. Później, gdy się okazuje, że to była sprawka superbroni, doznałem wręcz szoku. Broń, która jest tak nieporęczna, że musi być przenoszona przez dwie osoby, a strzela ze statywu, nie mówiąc o ładowaniu i zasilaniu, miałaby być superbronią? W dodatku nie można przed nią uciec??? Jak to możliwe, skoro w ogóle nie jest mobilna? Jak z nią kogoś gonić albo podejść? Totalna porażka.

Innym razem było jeszcze gorzej. W ciele ofiary detektywi znaleźli kulę „kalibru 41mm”. Na oko widać, że pocisk nie był grubszy niż palec aktora grającego rolę detektywa. O co więc chodzi? Może o głupotę tłumacza, który tradycyjną anglosaską miarę (cal) potraktował jako milimetry? Wtedy .44, czyli 0,44 cala, co daje 11,2 mm czyli prawdziwą armatę wśród broni krótkiej, ale jednak typowo strzelecki kaliber, tłumaczy się jako kaliber 44 mm, czyli kaliber dobrego działka. Tylko czy to wtedy jest tłumacz, czy nieuk? Osobiście nie jestem pewny, czy w tym wypadku chodziło o wpadkę tłumacza. Kaliber .41 nie jest rozpowszechniony. Może to jakiś chochlik? Ale 41 mm to pomyłka przede wszystkim w rzędzie wielkości. O czym to świadczy? Ano o tym, że poziom kadr serwujących naszym mózgom papkę za pośrednictwem telewizji jest żenująco niski. Ktoś powinien zwrócić uwagę na to, że 41 mm to deczko za dużo jak na średnicę palca aktora, bo taki akurat był przedmiotowy pocisk. Nie trzeba do tego ani wiedzy kryminalistycznej, rusznikarskiej, ani żadnej innej. Tylko że w całej grupie ludzi, poczynając od tłumacza, a kończąc na tym, kto dał polski głos aktorom i tym, kto zdecydował o emisji odcinka, nie znalazł się nikt, kto by to zauważył. A może tacy byli tylko im się nie chciało? Kultura bylejakości, jaką są nasze czasy, to jednak temat na osobny, poważniejszy felieton. Tymczasem zamiast CSI wolę sięgnąć po jakąś książkę, co i Wam polecam


Wasz Andrew

piątek, 27 stycznia 2012

Statek „Derbent”



Jakiś czas temu, drogą wymiany, wpadła mi w ręce książka Statek „Derbent” (Танкер „Дербент”), której autorem jest Jurij Krymow (Юрий Соломонович Крымов), a tłumaczenie popełniła* Melania Kierczyńska. Nie żeby mi na Derbencie zależało, ale miałem na zbyciu książkę całkowicie mi zbędną, więc czemu nie...

Do lektury się nie paliłem, gdyż 1949 rok, w którym ją wydano, to wojujący socrealizm, więc na arcydzieło nie miałem raczej co liczyć, ale w końcu przyszedł ten dzień i zacząłem czytać. Z początku z wyraźną niechęcią, ponieważ literatura to ewidentnie komunistyczna, a więc „świadoma” w ten szczególny sposób, który wpływa i na treść, i na formę.

Książka składa się z dwóch części: zasadniczej, czyli powieści Statek „Derbent” i dodatku, którym są listy z frontu roku 1941 pisane do rodziny przez powieściopisarza, który tą swoją przygodę przypłacił życiem. Dwie części – dwa światy.

Właściwa powieść, pomimo maniery specyficznej dla czasów, w których powstała i pewnych niedomagań tłumaczenia, po krótkim okresie aklimatyzacji czytelnika staje się lekturą interesującą i dość przyjemną w odbiorze. Fabuła to typowa socrealistyczna opowieść o stakanowskich racjonalizatorach walczących o zwiększenie produkcji przeciwko oporowi skostniałego społeczeństwa i zdegenerowanych elementów antyludowych. Również forma i zakończenie jest zgodna z kanonem walczącej literatury komunizmu. Nie będę ich przybliżał, by nie psuć niewątpliwej przyjemności, jaką niejednemu dzisiejszemu uważnemu czytelnikowi może dać ta lektura.

O dziwo, niewątpliwym atutem powieści jest przekład, którego archaiczne i prostackie słownictwo morskie jest krańcowo odmienne od tego, które znamy z literatury pisanej przez elitę oficerów naszej przed i powojennej marynarki handlowej oraz wojennej. Nie są tego w stanie zepsuć nawet ewidentne błędy merytoryczne i językowe. Krymow objawia się nam również jako bystry obserwator, mimo propagandowego nastawienia potrafiący celnie odmalować różne typy charakterów ludzkich, ich wzajemne interakcje ze zdarzeniami i między sobą oraz specyficzny klimat żeglugi tankowcami po Morzu Kaspijskim bardziej podobnej do jazdy tramwajem, w kółko tam i z powrotem, niż do romantyki transatlantyckich rejsów. Jest i coś dla płci pięknej, czyli wątek miłosny. W sumie – wszystko czego czytelnikom trzeba.

O ile część pierwsza, czyli powieść właściwa, jest do przełknięcia, i to całkiem przyjemnego przełknięcia, to część druga, czyli „Listy z frontu”, brzmi tak fałszywie, iż budzi w ogóle wątpliwości co do autentyczności lub poczytalności autora. Kiedy się je czyta, trzeba sobie cały czas przypominać, że to 1941 rok, kiedy Ruscy na wszystkich frontach biorą lanie niespotykane dotąd w dziejach, gdyż z treści można pomyśleć, że wręcz wygrywają! Kontrast między Listami, a choćby prześwietną powieścią wspomnieniową Przez wojenną zawieruchę jest większy niż między bielą i czernią. Żenada!

Reasumując; mimo wszystko dałbym tej książce czwórkę w starej skali ocen (od 2 do 5). Warto ją przeczytać z różnych względów. Inne wartości ma dla marynistów, inne dla koneserów znudzonych klonopodobnymi bestsellerami naszych czasów, a inne choćby dla młodzieży, która może przenieść się nie tylko w tamte dziwaczne czasy, ale przede wszystkim posmakować nieskażonego autentyzmu ówczesnej osobliwej mody w literaturze. Na pewno warto więc sięgnąć po Statek „Derbent”, choć nie jest to lektura dla niewyrobionych lub nieuważnych czytelników


Wasz Andrew

* Jeśli ktoś nie wie, iż prędkość statku na morzu zawsze podaje się węzłach, a nie w milach morskich na godzinę, choć to w sumie to samo, to automatycznie wypada z kanonu literatury marynistycznej. Podawanie zaś prędkości w milach morskich (a nie w milach morskich na godzinę), jest ewidentnym niechlujstwem językowym, podobnie jak wpadki typu „trzeba wziąć się w ręce” zamiast „wziąć się w garść” (recenzja dotyczy wydania 3 z 1949 roku, wydawnictwo „Książka i Wiedza” (nomen omen).

Statek Derbent [Jurij Krymow]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 26 stycznia 2012

Zmierzch



Po bestseller Stephenie Meyer Zmierzch (Twilight) sam pewnie bym się nie pofatygował ani do biblioteki, ani tym bardziej do księgarni. Mimo dość intensywnej, z całą pewnością kosztownej, akcji promocyjnej podświadomie czułem, że nie jest to literatura zbyt wysokich lotów. Jak więc się to stało, że książkę poznałem i jakie były z tej znajomości odczucia?


Zdarzyło się, że akurat miałem chęć na typowo rozrywkową lekturę. W domyśle miałem jakąś powieść; najpewniej sensację lub kryminał. Zauważyłem jednak, że znajome mi nastolatki, zwłaszcza płci podobno piękniejszej, które raczej nie były dotąd szczególnie zapalonymi czytelniczkami czegokolwiek dłuższego niż SMS-y, z prawdziwą fascynacją wręcz pochłaniają książki Stephane Meyer. Postanowiłem sprawdzić, co też je tak wciągnęło. I stało się.

Każde następne pokolenie jest chyba bardziej podatne na reklamę. Z jednej strony to chyba wynik braku szczepionki, jaką był komunizm i wspomnienie o nim, które dają wrodzoną podejrzliwość do tego, co się lansuje w mediach. Z drugiej strony zawdzięczamy to wyznacznikowi dzisiejszego oblicza kapitalizmu; wytężonej pracy rzesz specjalistów od marketingu, którzy chcą wyhodować nową gałąź drzewa genealogicznego człowieka – człowieka konsumującego. Człowieka, który nie tylko kieruje się reklamą w wyborze sposobu zaspokajania własnych potrzeb, ale człowieka, którego potrzeby tworzy reklama. Zmierzch jest chyba wytworem przeznaczonym dla tego nowego typu człowieka.

Stephane Meyer stworzyła powieść rodem z podręcznika pisania bestsellerów. Mamy i miłość, o ile ktoś nie odróżnia miłości od fascynacji, zauroczenia i tysiąca innych podobnych stanów. Mamy kopciuszka i księcia z bajki. Nasi bohaterowie są w wieku odpowiednim dla grupy docelowej, czyli lat nastu (o ile wampir może być nastolatkiem). Cała rzecz rozgrywa się w środowisku szkoły średniej, aby odbiorca w pewnym przedziale wiekowym łatwo się identyfikował z bohaterami i realiami. Całość napisana językiem łatwym i przyjemnym w odbiorze. Czyta się szybko i... Nie ma zakończenia!

Przyzwyczajony jestem, iż powieść opatrzona tytułem, nawet jeśli jest częścią cyklu, w mniejszym lub większym stopniu stanowi zamkniętą całość. Zakończenie Zmierzchu jest takie, jakoby go nie było, a tytuł powinien brzmieć Tom 1. Dla mnie to już lekka przesada.

Jest wiele czynników, które składają się na to, iż jedną książkę oceniam dobrze, a inną źle. Zmierzch to po prostu bajka. Nie baśń, która niesie jakieś przesłanie, wiedzę lub prawdę ukrytą, ale bajka; infantylna, bez żadnych wartości, bez żadnego innego celu poza rozrywką. Rozrywką w dodatku miernego lotu. Dobrą powieść poznaję między innymi po tym, iż nawet bardziej wybredny czytelnik zastanawia się, co będzie dalej, a nie, co też autor jeszcze wymyślił i czy na koniec całość dalej będzie się kupy trzymać. Po zakończeniu lektury książki Stephanie Meyer chciałem natychmiast sięgnąć po następną (następny tom?), ale tylko i wyłącznie po to, by sprawdzić czy nadal realia wymyślonego świata zaludnionego wampirami będą spójne, by się dowiedzieć, co jeszcze ta Meyer wymyśliła.

Główni bohaterowie w Zmierzchu są mało przekonywujący. Już realniejsze są postacie drugoplanowe i związki między nimi. Isabella Swam, zmierzchowa Julia, której Romeo okazuje się wampirem, jest karykaturą zagubionej nastolatki. Karykaturą z tego względu, iż cechy psychiki, które kojarzymy z tym okresem życia są u niej przerysowane do tego stopnia, iż przesłaniają rzeczywiste podstawy jej charakteru, te, które odróżniają jednego człowieka od drugiego. Podobnie jest i z innymi rzeczami. Miałkość i miernota.

Jak więc oceniam Zmierzch? Pozytywnie! Dlaczego? Dlatego, że ta powieść (i cały cykl), o czym już wspomniałem, wciągnął w nałóg czytania część pokolenia, które dotąd patrzyło na grubsze książki niczym diabeł na kropidło. Pomimo sztampowości Zmierzch ma jednak pewne aspekty świeżości. Pomimo płytkości i prostoty potrafi jednakowoż czytelnika wciągnąć, czego i ja z niejaką przyjemnością doświadczyłem. Koneserowi literatury lektury Zmierzchu raczej nie polecam, chyba że nie stroni również od typowo rozrywkowej twórczości niezbyt wysokich lotów lub kierują nim motywy podobne do moich, niejako badawcze. Wszystkim jednak, którzy dotąd nie lubili książek, zwłaszcza nastolatkom, polecam produkt, bo tak chyba ten wytwór pani Meyer trzeba nazwać. Jest szansa, że Wam się spodoba, oswoi z książkami i, na co mam wielką nadzieję, sprawi, iż z czasem i po bardziej wartościowe dzieła sięgniecie z przyjemnością, z własnej potrzeby


Wasz Andrew 


Ps. W trakcie lektury kolejnych książek składających się na cykl Zmierzch nastąpiło przewartościowanie pierwotnej oceny powieści Zmierzch otwierającej serię. Tutaj pozostawiłem pierwotne oceny; takie jakie nadałem przed przejściem do następnych części. Jak i dlaczego zmieniały się moje wrażenia dotyczące Zmierzchu przeczytacie w następnych recenzjach. Zapraszam do lektury refleksji z Księżyca w nowiu, która ukaże się już niebawem.

Zmierzch [Stephenie Meyer]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

środa, 25 stycznia 2012

Saga o "Łupaszce"



Tomasz Strzembosz


SAGA O „ŁUPASZCE”

ppłk. Jerzym Dąmbrowskim


Czując już pewien przesyt beletrystyką, jakiś czas temu sięgnąłem dla odmiany po książkę typowo historyczną, po Sagę o „Łupaszcze” pióra znanego historyka Tomasza Strzębosza. Jest to opowieść o życiu Jerzego Dąmbrowskiego*, zawodowego wojskowego; oficera. Karierę rozpoczął on w carskiej armii rosyjskiej, a potem kontynuował służbę w Wojsku Polskim. Odniósł wielkie sukcesy jako oficer kawalerii w wojnie polsko-bolszewickiej. Kariera wojskowa i życie tej niezwykle interesującej i barwnej postaci zakończyły się po kampanii wrześniowej. Został poddany torturom przez bolszewików i następnie zamordowany.


Dowództwo ochotniczego oddziału braci Dąbrowskich – luty 1919 rok. Siedzą od lewej: Władysław i Jerzy

Książka jest niezwykle wciągająca, gdyż postać Dąmbrowskiego jest szalenie interesująca, podobnie jak jego dzieje. Całość opatrzona licznymi odniesieniami do źródeł, gdyż tylko mrówczej pracy autora zawdzięczamy możliwość zapoznania się z tym fascynującym wątkiem naszej historii. Choć styl pisarstwa prof. Strzembosza jest typowy dla większości zawodowych polskich historyków, czyli trudno nazwać go porywającym i porównywać choćby do Suworowa, to Saga o „Łupaszce” nadrabia treścią naprawdę wartościową. Cenną nie tylko dla zainteresowanych tematyką historyczną, ale i dla każdego, kto czuje się Polakiem albo po prostu chce wiedzieć więcej o Polsce. Nie jest to niestety książka wesoła i optymistyczna. Pomijając tragiczny koniec głównego bohatera, sam obraz Polski międzywojennej i jej armii również nie jest zbyt pozytywny. Podobnie jak w prześwietnej książce Kazimierza Leskiego Życie niewłaściwie urozmaicone, tak i tutaj widzimy, iż kliki i koterie nie są wynalazkiem komuny. O ile książka Leskiego jest autobiograficzna, a więc ma prawo być mocno subiektywna, choć chyba nie jest, to Saga jest pracą ściśle historyczną, a więc z natury rzeczy swojej, niejako nominalnie, bardziej obiektywną. To smutne, ale również ona wyraźnie pokazuje, iż w przedwojennej Polsce, tak jak i dzisiaj, znajomości bardziej liczyły się od zasług, zdolności i umiejętności. Lepszy był swój, choć głupi, niż mądry, ale nie nasz. Nie trzeba było nawet być przeciw. Wystarczyło, że się ktoś w odpowiednim momencie nie podłączył do danego towarzystwa, które raz dorwawszy się do władzy aż do końca preferowało znajomych i znajomych swych znajomych.


Jerzego Dąmbrowski pierwszy z lewej

Kliki są wszędzie i choć zdrowe społeczeństwa nie mają z tym aż takiego zmartwienia jak Polska, to jest rzecz, która wystawia nam jako narodowi jeszcze gorsze świadectwo. To głupota i bezduszność naszej władzy. To urzędnicy chcący przepisami regulować wszelkie aspekty rzeczywistości zamiast pozostawić decyzje i odpowiedzialność tym, którzy je będą wykonywać. To powoduje iż najlepsi, najbardziej aktywni, uciekają z naszego kraju nie tylko za chlebem. Po prostu się tu duszą. Nie dość, że nie mogą się przebić przez układy i układziki, to władza tak ich zniewala swymi rozporządzeniami, iż tłamsi wszelką aktywność odmienną od tej, której sama oczekuje lub też wykazywaną przez tych, których nie hołubi. Aż cisną się na usta słowa przypisywane Żelaznemu Kanclerzowi**: „Polakom wystarczy dać władzę, a sami się wykończą.”. I książka Tomasza Strzembosza, choć wielce patriotyczna, w pełni to potwierdza, oczywiście koncentrując się na środowisku wojskowym i głównie przez pryzmat tej kasty*** ale tym bardziej wiarygodnie i konkretnie. To takie dołujące, ale nic się na lepsze w tej kwestii nie zmienia. Chyba jest coraz gorzej. Mamy już więcej ograniczeń, zakazów i nakazów, zezwoleń, koncesji i przepisów niż znani ze swego ordnungu Niemcy.**** I choć na pozór Saga o „Łupaszce” ma z dniem dzisiejszym niewiele wspólnego, to tak nie jest. Historia pokazuje nam dzień dzisiejszy w innym świetle. Każda książka taka jak Saga o „Łupaszce” pokazuje nam jak było naprawdę i co z tego wynikło. Dlaczego i z czyjej decyzji. I dzięki temu stajemy się odporni na kłamstwa ludzi, którzy chcą nami manipulować. Świat przez nas widziany z czarno-białego zmienia się w szary, a potem kolorowy. Inna sprawa, że staje się również coraz bardziej skomplikowany. Coraz trudniej o prawdy uniwersalne i niepodważalne, coraz więcej trzeba myśleć, coraz mniej autorytetów, którym można zawierzyć. Ale ja osobiście wolę wiedzieć i wątpić niż wierzyć, że wiem. I dlatego bardzo cenię takie książki jak Saga o „Łupaszce”; obiektywne, bezstronne, docierające do sedna i dociekające prawdy. Polecam ją każdemu, kto nie boi się myśleć i uważnie patrzeć. Jednak na pewno nie jest to rzecz łatwa w odbiorze i rozrywkowa. Zostawcie więc ją sobie na czas, kiedy będziecie się mogli w spokoju poświęcić lekturze i przemyśleniom. Bo warto, o czym gorąco Was zapewniam. I szkoda tylko, że Profesor już niczego więcej dla nas nie napisze...


Wasz Andrew





* Znany także jako Jerzy Dąbrowski lub Jerzy III Dąbrowski (ta III zasadniczo tylko w dokumentach wojskowych, dla odróżnienia od innych oficerów WP noszących to samo imię i nazwisko)
** premier Prus, kanclerz Rzeszy, Otto Eduard Leopold von Bismarck-Schönhausen
*** przytoczę tylko jeden, ale jakże znamienny cytat: Tajny komunikat naukowy Wojskowego Instytutu Naukowo-Oświatowego z 1935 r. stwierdzał m.in. „Całe roczniki oficerów już z góry skazane [są] na wymarcie. Oficerowie ci wiedzą, że o losie ich decyduje nie treść lecz forma. O awansie ich, o utrzymaniu się przy warsztacie pracy, rozstrzyga nie ich wartość jako dowódców i wychowawców, nie ich zdolności umysłowe i fizyczne, nie wydajność pracy, ale różne cyfry, jak data urodzenia, data starszeństwa, przydział jaki w danej chwili mają, czyli czynniki, na które nie mają żadnego wpływu. W takich warunkach owłada ludźmi gorycz i całkowite zniechęcenie. Wyprzedzają ich inni, młodsi, których jedyną zasługą jest to tylko, że się później urodzili. Zdarza się nawet, że niedawni podkomendni stają się przełożonymi. Bije więc to w okrutny sposób w ambicję ludzką, wyrządza ciężką krzywdę moralną, a nawet upadla, łamie charaktery (...).” (Patrz Piotr Stawiecki, Następcy Komendanta..., s.79) (przyp. z Saga o „Łupaszce” str. 161) I nic się nie zmieniło. Przykładowo dzisiaj pewne roczniki załapały się na wcześniejsze (chodzi o „zwykłych ludzi a nie o umundurowanych, itp.) emerytury i nie musiały się zwalniać z pracy. W konsekwencji biorą i emeryturę i pensję, gdyż pracują dalej. Pozostałe roczniki takiej możliwości nie mają. Decyduje tylko fakt urodzenia się w takim a nie innym roku.
**** Po Okrągłym Stole byliśmy jednym z krajów Europy o najniższej liczbie rodzajów działalności gospodarczej wymagającej koncesji lub innej formy zezwolenia. W tej chwili wyprzedzamy lidera (oczywiście Niemcy) z przewagą kilkuset procent.